Czekając z niecierpliwością na
Redcar, aż wyjdzie z chłodnej kamienicy, siedząc w cieniu
rachitycznych drzew na ulicy Dąbrowskiego, grzebałam w telefonie.
Rzadko używam w nim internetu, bo chodzi jak chodzi, zacina się jak
zacina diabelnie, ale nudziłam się już potwornie. Weszłam na
blogi, bo czasem można i z telefonu coś poczytać. Zajrzałam do
Asika. Oho, znowu „dobre myśli”. I kolejna nominacja.
I o czym ja mam napisać?-
przemknęło mi przez głowę- Przecież o najważniejszym już
powiedziałam jakiś czas temu.
Przelotna myśl o
tamtych wspomnieniach, o tamtym staniu na dachu w środku nocy, o
ślubie, o podróży. I nagle, jak fala, zjawiły się kolejne
wspomnienia, kolejne myśli. Okazało się, że mam ich wręcz za
dużo, bo przecież kto jak kto, ale ja mam cholernie dobre i barwne
życie, chociaż przeplatane złym i niedobrym, jak to nazywaliśmy.
Co z tego. Wspomnień aż za dużo, nawet na to, by trzymać się
Asikowych reguł ( cóż, nigdy nie byłam dobra w ustalanych
odgórnie zasadach). Jedno mi ukradziono i będę musiała się
powtarzać, że tak to nazwę, choć mogłabym wybrać inne. Ale to
też jest istotne. Także, nie przedłużając, zaczynajmy. Powrót
do dawnych i odległych, powrót do bliskich i namacalnych jeszcze
całkiem. Powrót do martwych i zwrot ku żywym, każdy z uśmiechem
i jeszcze większą po latach miłością. Czułością. Dobrą
tęsknotą za tym co było.
Nie będzie więc
tu żadnego porządku, żadnej chronologii, żadnej konsekwencji, jak
to zwykle u mnie. Będą błyski. Jak to w lipcu, błyski pięknego
żywiołu, tym razem żywiołu zwanego życiem.
To będą historie
znów, pełne miłości. Różnego rodzaju.
Zacznijmy więc
od miłości najpełniejszej i od dosłownego błysku burzy. Lipiec
2012.
Upał doskwiera
wszystkim stworzeniom. Moim kwiatom w doniczkach nie pomogła nawet
reanimacja zimną wodą. W mieszkaniu na 10 piętrze swojego
brzydkiego, po PRL-owskiego bloku siedzimy sami, we dwoje. Siedzimy
nago, pijąc zimne piwo i robiąc sobie maraton Władcy Pierścieni
po raz setny chyba. Oboje mamy wolne, wiemy, że jest piękna pogoda,
ale dopadł nas jakiś marazm. Na 10 piętrze, uwięzieni chwilowo w
mieście przez nieistotne a jednak tak ważne niuanse szukamy
zajęcia. Szukamy siebie, choć nawet się nie dotykamy, nasze ciała
lepią się od potu, są dziwnie wymięte upałem i zniechęceniem.
Popijamy więc piwo i patrzymy na kolejne wyczyny Aragorna,
zachwycamy się bitwą o Śródziemie po raz kolejny w swoim życiu.
I nagle zrywa się
wiatr. Wiatr, który sprawia wrażenie, jakby miał rozłamać nasz
blok na pół. Wiatr łamiący gałęzie. Niebo z rozpromienionego
słońcem w ciągu paru minut zmienia się w granatowoczarne. Ptaki
milkną, a mnie przechodzi dreszcz. Ten cudowny dreszcz wzdłuż
kręgosłupa, który każe wstać i podejść do szeroko otwartego
okna. Dreszcz który zwiastuje rozkosz, dreszcz który niepokoi, mówi
o strachu, tym słodkim strachu, w którym kryje się śmiech
wariata.
Rozlega się
grzmot. Na niebie majaczy blask błyskawicy, który razi moje oczy.
Mój Mąż, jeszcze wtedy nie mąż, podchodzi do mnie, stojącej w
oknie na 10 piętrze.
Z granatowych chmur
spływa ściana deszczu.
Patrzymy sobie
porozumiewawczo w oczy. Nic nie trzeba mówić. To zew, to ta burza,
zmiana, wzywa nas, wyrywa z naszego środka pragnienie by biec i się
nie zatrzymywać. Biec jak dzikie koty, jak swobodne młode konie.
Szybko narzucamy
coś na grzbiet, zapominam majtek, biorę pierwszą lepszą sukienkę,
on zakłada pierwsze lepsze spodnie. Wybiegamy z mieszkania, zamykamy
drzwi w pośpiechu. Nie czekamy na windę, za długo, za długo!
Zbiegamy po schodach, z 10 piętra pokonujemy je tak szybko, jak się
da. Wybiegamy na deszcz. Wybiegamy na żywioł, który przenika do
szpiku kości, dotyka zakończeń wrażliwych nerwów. Wybiegamy na
deszcz, który chłodzi rozpalone ciała, choć sam jest ciepły.
Całujemy się pod
blokiem, zapamiętale, jakby świat miał się za chwilę skończyć.
Burza trwa w
najlepsze. Co dalej? Nie wrócimy do mieszkania. Nie chcemy. Chcemy
biec.
Biegniemy więc w
deszczu, trzymając się za ręce. Nie mamy celu. Niech nogi nas
poniosą, przed siebie. Tak po prostu.
Deszcz zmoczył nas
całkowicie. Sukienka oblepia moje ciało, widać, że nie mam
bielizny. To nie szkodzi. Biegniemy przed siebie dalej. Śmiejemy się
szaleńczo.
Chcemy łapać
pioruny srebrne zygzaki, chcemy ściągać na siebie gromy, chcemy
czuć deszcz w swoim krwioobiegu, chcemy oddychać ozonem!
Docieramy do
jednego z poznańskich parków. Całujemy się co jakiś czas,
dotykamy, łapiemy siebie, jakby wiatr mógł oderwać jedno od
drugiego.
Wreszcie, gdy
jesteśmy już nad jeziorem, przestaje padać. Nagle, tak samo jak
zaczęło. Wychodzi ostre znów słońce, liście i woda której
jeszcze nie wchłonęła ziemia zmienia się w parę, zmienia się w
błyszczącą mgłę. Widzimy tęczę. Podwójną tęczę.
Z zachwytu
oniemiejemy. Znów, nie trzeba nic mówić. Znów, on chwyta moją
twarz w dłonie i nasze języki splatają się w tym szaleństwie.
Prawie płaczemy ze wzruszenia.
Jesteśmy cały
mokrzy, stopy mamy ubłocone. Nasze ciała parują w słońcu, krople
zmieniają się w suchość skóry. Krople deszcze zmieniają się w
pot.
To już. Po burzy.
Po tym wyjątkowym dreszczu.
Odwracamy się na
pięcie, chwytamy za ręce i wracamy do domu. Idziemy powoli i
spokojnie, już nam się nie spieszy. Oddychamy równo, co jakiś
czas patrzymy sobie w oczy. Niewiele mówimy, nie musimy.
Wracamy do domu,
jedziemy już tym razem windą. Wchodzimy do mieszkania. Zdejmujemy
ubrania, które zdążyły na nas wyschnąć. Kładziemy się na
łóżku, dotykamy swoich ciał. Nasz oddech przyspiesza. Przyspiesza
w poszukiwaniu kolejnego dreszczu.
To miłość
intymna, miłość między dwojgiem ludzi, miłość, której nie
rozumie się, póki się jej nie doświadczy. Tak po prostu.
Przejdźmy więc
teraz do miłości znalezionej niespodziewanie po upadku i blasku w
ciemnych oczach. Styczeń 2015.
Już jakiś czas
próbowałyśmy się spotkać. Jedno przełożone spotkanie, teraz
kolejne...Rzecz, której się bałam, w środku.
Coś drżało i
mimo radosnego wyczekiwania z jednej strony, z drugiej zalewało
smutkiem i niepokojem. Coś, co mówiło o tym, że wydarzenia
powinny układać się inaczej. Coś, co mówiło o cudzych
oczekiwaniach wobec mnie, oczekiwaniach z dwóch stron. Bo przecież
ja jestem tą, co pamięta, tą, co była bliżej, tą, co wie. Tą,
z której zrobiono posłańca. Jaskrawa myśl, czy tylko posłańcem
nie powinnam zostać, którą ścierałam uparcie.
Chciałam przecież
poznać. Chciałam dotknąć. Porozmawiać, bo miałam wrażenie, że
tu się słowa nie zagubią. Szarpałam się więc trochę w środku,
czekając na pociąg na peronie w mojej małej mieścinie.
Niepokoiłam się, gdy szłam już w tamtym mieście, ważnym dla nas
obu z różnych przyczyn przecież.
I wreszcie
dotarłam. W zimnie, które wcale nie było zimnem prawdziwego
stycznia, w swoim niepokoju, który w pierwszych minutach rozmowy
zaczął topnieć jak śnieg, którego było za mało. Jak śnieg
topniejący dopiero w marcu. Jak widać, nie było trzeba więcej
czasu. Nie trzeba było wyższego słońca. Nieraz pojawia się
iskra, iskra, która przeskakuje między spojrzeniami i już wiesz.
Bałam się tego
spotkania, bo bałam się miliona pytań o tego trzeciego, który
zmarł w listopadzie. Bałam się swojego płaczu albo muru, jaki
stawiałam już między mną a innymi ludźmi, do których on mnie
posłał. Bałam się, że będę musiała wyrzec parę drobnych
kłamstw na pocieszenie, jak już wcześniej komuś innemu. Nic z
tego.
Zimowe popołudnie
szybko przeszło w wieczór. Okazało się, że nie musimy wcale
mówić o jednym, o jednym człowieku który nas połączył i o
zdarzeniu, przez które go nie ma. Okazało się, że między nami o
wiele więcej słów i o wiele więcej wspólnego, niż mogłam
przypuszczać. Ukłucie pod sercem. Wcale nie złe. Ukłucie pod
sercem z powodu tych, co między mężczyzną a kobietą powodują
motyle w brzuchu- ukłucie tego rodzaju, które między ludźmi
buduje po prostu mosty porozumienia. Dziwne ukłucie, po paru piwach,
przy pizzy w tandetnej dość knajpie.
W końcu idziemy na
pkp, jedziemy do mnie. Otwieramy wino. Słowa płyną wartko, budują
się kolejne mosty. Jeszcze tego do końca nie wiemy, ale budują się
korzenie, splatają się, sięgają ku sobie w użyźnionej cudzą
krwią glebie. Jedno piwo, drugie, wino. Aż za dużo śmiechu,
prawie żadnych łez. Wiem, że nie miałam się czego bać. Teraz
już wiem. Wyjątkowy, zimowy dzień, który zapoczątkował wszystko
to, co potem. Kolejne zacieśnianie więzi. Kolejne rozmowy, o
wszystkim po kolei, o tym co boli ale i o tym, co bawi.
Dzień, w którym
nie trzeba było mówić że nie tego się spodziewano, wieczór,
podczas którego można było tworzyć jak już dawno z nikim. Noc,
podczas której spojrzenie ciemnych oczu ogrzewało, chude nadgarstki
i zimne dłonie mogły zostać zamknięte w moich dłoniach, poranek,
który obudził jedno ciepłe ciało koło drugiego.
Dzień i noc, które
zapoczątkowały zupełnie nową miłość na zgliszczach innej.
Miłość, której między sobą nie trzeba nawet nazywać i
deklarować, bo po prostu jest i czuje się ją nawet w największych
przytykach i marudzeniu podczas palenia kolejnych papierosów na
balkonie. Tak po prostu.
Teraz rzecz o
miłości współdzielonej po prostu między ludźmi pod blaskiem
rozgwieżdżonego nieba i przy blasku ognia płonącego do białego
rana. Sierpień 2013.
Długo nie mogliśmy
zebrać się w sobie, długo nie mogliśmy się dogadać, kiedy w
końcu się spotkać. To było cholernie pracowite i zabiegane lato.
Moje dorywcze prace, dziwne godziny dyżurów w pracy Męża i
Augiego, kolejne wyjazdy Królika żeby badać co tam rolnicy hodują
na swoich polach. Ale w końcu ten weekend, ten dzień. W końcu Augi
ma wolną chatę, rodzice wyjechali. Dom położony nad jeziorem, dom
przepełniony kotami i jazgotem nie całkiem mądrego psa. Dom, do
którego tak blisko do brzegu, by zrobić to wymarzone ognisko.
Nie jedziemy
samochodem. W południe wsiadamy w trójkę, Mąż, Królik i ja do
pachnącego spalinami autobusu. Jest duszno, jest gorąco. Czuję
się, jakbym siedziała w saunie, mdli mnie, gdy jedziemy kolejne
kilometry za Poznaniem. To tak blisko, a jednocześnie tak daleko.
Zaczynam marudzić. Mówię, że ta podróż to był zły pomysł.
Oni wcale mnie nie słuchają, nie czują się wcale lepiej.
W końcu docieramy
i wysiadamy. Augi i jego dziewczyna czekają na nas na przystanku.
Nie ma co iść do nich do domu. Nie ma sensu, jezioro czeka
przecież. Kupujemy tylko piwo na drogę, zimne, prawie zmrożone,
udało nam się dostać ostatnie w małym wiejskim sklepiku.
Trochę odchodzimy
do siebie. Opowiadamy sobie anegdoty, dziwne historyjki po drodze,
okrążając jezioro, śmiejemy się. Nogi już same nas prowadzą,
piwo wypijane na kolejnych przystankach na mostkach trochę szumi w
głowie. Boję się po raz pierwszy chyba w życiu, że spalę sobie
skórę na ramionach. Ale to nic. Pachnie rozgrzana woda, pachnie
igliwie, słychać tylko daleko pojedyncze śmiechy tych, którzy
wrzucają się do wody. Rozluźniam się. Jest dobrze. Jestem tu,
gdzie powinnam być, mimo swojego marudzenia, mimo fatalnego
początku. Jestem tu gdzie powinnam z tymi, z którymi powinnam. Z
tymi najbliższymi mi obecnie w życiu i z tymi troszkę tylko
dalszymi, ale których uwielbiam. Jest ciepło, jest lato, chce mi
się śpiewać. Lekko podpita zaczynam piosenkę, a reszta ją chwyta
w przestrzeni. Zwłaszcza te dwa głębokie męskie głosy, ten
niższy i trochę wyższy. Śpiewamy Red Hotów, których płyt
słuchamy co roku latem. (Których płyt słucham i teraz namiętnie).
Bo oni pasują najbardziej do tego klimatu. Drzemy się już, myląc
słowa.
Dochodzi wieczór.
Wpadamy tylko na chwilę do domu Augusta, jemy szybko obiad zrobiony
przez mnie i przez jego dziewczynę. Tańczymy w kuchni popijając
piwo, czekając, aż ugotuje się makaron. Zjadamy i pędzimy, bo
wieczór czeka, bo obiecany blask ognia ma się przecież odbijać w
naszych oczach.
Zbieramy w lesie
drewno. Ile przy tym śmiechu, ile zabawy. Ile zabawy, gdy już
zapada mrok a głupi Królik chce się zabawić w straszenie i chwyta
mnie w lesie za kostkę, po czym obrywa grubą gałęzią przez łeb.
Ile zabawy, kolejne piwa, wino otwarte i wylane. Kolejne opowieści,
zabawne, słynne hasło „bułki” którego nie zrozumie się, póki
nie usłyszy się, jak tą historię opowiada August. Rozmowy o
świecie i o niczym ważnym. Śpiew, gdy w końcu Królik uderza w
struny gitary. Śpiew, gdy dwóch basistów próbuje swoich sił na
klasyku i nawet im to wychodzi. Opowieści z kolejnej podróży, z
której wrócił. Nasze sierpniowe wspomnienia, sierpień, miesiąc
radości, miłości ale i łez od zeszłego roku.
Przychodzi poranek.
Dziewczyna Augusta podsypia mu na kolanach, mi też już kleją się
oczy. Jesteśmy pijani, wpatrujemy się ostatkiem sił w gwiazdy, aż
w końcu dociera i do nas blady świt. Każe iść do domu, położyć
się na chwilę, zamknąć oczy, by uczcić następny wieczór.
Bierzemy szybki
prysznic, po kolei, kładziemy się do łóżek. Ja wstaję pierwsza,
z lekkim kacem. Schodzę na dół i widzę Królika, w połowie na
kanapie, w połowie na ziemi, obłożonego wszystkimi kotami Augusta.
Wchodzę do kuchni, sprzątam puszki, przygotowuję nam śniadanie z
resztek wczorajszego dnia i myślę o tym, jak cudownie spędzimy ten
kolejny dzień. Myślę o tym, choć jeszcze nie wiem, że do końca
życia będę się śmiać z komizmu wyprawy chłopaków na rowerach
do sklepu i ich kolejnego wypadku ( „No i co z tego że
zaplątałem się w łańcuch? Odkażaj!”). Myślę o tym, choć
jeszcze nie wiem, że powstaną kolejne historie- legendy opowiadane
potem przy kolejnych piwach.
Weekend pełen
blasku ognia i porozumienia, prostego, w zabawie i wzruszeniu pod
gwiazdami. Weekend sierpniowy, oddający cześć temu, co potrzebne
latem najbardziej. Wesoła kompania, wesoła wspólnota. Mrożona
kawa, podpalone włosy na rękach i odgazowane piwo na kacu. Zapach
jeziora i dymu zostawiony na ubraniu. Wesoła kompania i chwile,
które nie wrócą. Chwile, dzięki którym chce się budować inne,
kolejne. Przy blasku ognia. Może i jeszcze w tym roku.
To miłość
łączona, którą czuje się w sobie i w świecie. Miłość między
ludźmi, którzy niekoniecznie mówią sobie jakiekolwiek deklaracje,
ale kochają ze sobą być, śmiać się i być razem idiotami. Tak
po prostu.
Ostatnia
opowieść, o miłości pełnej zrozumiałej tęsknoty, miłości
rozumianej przez gwiazdy. Wrzesień 2012.
Siedzimy już we
dwójkę, a nie w trójkę nad jeziorem. Popijamy wino. Mimo, że
jest słodkie, nie ma takiego smaku. Mimo, że jest ciepło, nam jest
zimno. Dominuje cisza, bo o czym mamy mówić? Wino, kobiety, śpiew.
To już nie działa. To już nie pomaga. Nic nie pomaga, choć wydaje
nam się, że tak wiele już zrobiliśmy. Emocje opadły i dopadły.
Zbliża się jesień, czujemy pierwszy chłód, czujemy pierwszy ból
odchodzenia. Ten dosłowny, ten dogłębny, co toczy żyły jak
robak.
Tęsknimy. Nie
pytamy dlaczego, nie pytamy po co. Kto wymyślił taki scenariusz.
Wiemy, że nie uzyskamy żadnych odpowiedzi.
To było już
miesiąc temu, tyle czasu, a tak mało. Tyle czasu a tak mało, to
nie goi ran, ale i nie powoduje już, że czujesz je namacalnie,
jakby dopiero rozszarpano ci serce.
Nie mówimy nic, bo
nie ma o czym mówić. Gwiazdy spadły, jak w wierszach, jak w
opowieściach. Gwiazda spadła i umarła.
Ja też jestem jak
martwa. Ja, nikt inny, martwe w środku drzewo.
Siedzimy obok
siebie i czuję w pewnym momencie, jak on zaczyna drżeć. Chude
ciało drga i to mnie budzi. Wiem, że płacze bezgłośnie, zawsze
po winie tak płacze, gdy dzieje się złe i niedobre. Budzę się i
nadal nic nie mówię, po prostu go przytulam. Nadal jednak mam w
sobie żywe miejsca.
On jednak wyrywa
się z moich objęć, wyrywa się, bierze butelkę wina i zaczyna
tańczyć. Zaczyna wirować pod niebem, przy jeziorze, aż boję się,
że wpadnie do wody.
Emocje opadły,
zostały tylko zgniłe, ale on wznieca kurz. Nie pozwala sobie nie
czuć. Wskakuje do wody i pociąga mnie za sobą. Woda jest jeszcze
ciepła, choć czuć już jesień. Wie, że nie umiem pływać, całe
ubranie mam mokre, jestem zła. Ale on wciąga mnie do wody i zaczyna
się śmiać. Nigdy nie był normalny, nigdy, zwłaszcza po winie,
zwłaszcza, gdy życie znowu daje nam w twarz.
Trzyma mnie w
wodzie przez chwilę, szamoczącą się. Jest chudy, ale jest
cholernie silny. Ma najmocniejsze dłonie na świecie, dłonie
muzyka. Ja szamoczę się, wrzeszczę, parskam...i w końcu płaczę.
Płaczemy oboje i czujemy ulgę. Stoimy w wodzie po moje ramiona i
łkamy, a woda zmienia się w wodę. Czujemy ulgę i patrzymy w
gwiazdy, które zmieniły się od sierpnia, patrzymy w niebo, które
już nie płacze blaskiem.
Chwila ciszy, a
potem on zaczyna mówić. Właściwie szeptać. Opowiada mi swój
sen, sen o wieczności i o spełnieniu. Dobry sen, który uspokaja.
Mówi mi o blasku gwiazd, o wierzeniach innych ludów.
Tworzymy inną
prawdę. Naszą własną. Tą, która zostanie nawet, gdy jego już
nie będzie. Gdy on będzie w gwiazdach.
Patrzymy w gwiazdy,
wygrzebujemy się z wody. Nie trzeba już nic mówić. Od dzisiaj
niebo zmienia swój kształt. Od dzisiaj to w nim jest zaklęta
wieczna miłość i już zawsze będzie. To właśnie miłość,
która łączy na wieki. Miłość, która wymaga pamięci i która
koi. Miłość która zmienia się w najwyższą czułość. Wtedy i
teraz, także tego roku. Tak po prostu.
I to już koniec
opowieści, wspomnień. To już koniec mowy o miłości, bo to ona
mnie przepełnia.
To już koniec
wydobywania wspomnień, choć mogłabym pisać i pisać. To już
koniec tych, które może niekoniecznie wydają się wyjątkowe
innym, może nawet niekoniecznie z pozoru szczęśliwe dla
niektórych. Ale mnie przepełniają właśnie czułością i tym
słodkim uczuciem, mi niosą zapach szczęścia, choć wcale nie
mdły. Tym, w którym w tętnicach życia miesza się szczęście i
łzy, rozkosz i ból. To te, które mają w sobie euforię ale i ulgę
po złym i niedobrym. To te, które chcę i wam przekazać. I pokazać
tym samym, że we wszystkim, zawsze, najważniejsza jest miłość.
Wszędzie się znajdzie. W każdym życiu. I przepełnia je właśnie
blaskiem. Tym, którego nie zapominają oczy.
Pozostaje mi tylko
przekazać ideę nominacji dalej. Nie będę szaleć. Nominuję po
prostu Sówkę, Still Lonely Soul, Anelise, Werę, Introwersję i
Czerwoną Filiżankę. Napiszcie po prostu dobre wspomnienia. Chociaż
jedno:)
A na koniec niech będą, oczywiście. Red Hoci moi ukochani.
Nigdy w dobrym miejscu i o dobrym czasie
Profanacja to uśmiech na mojej twarzy
Miłość, którą stworzyłem jest kształtem mojej przestrzeni
Moja twarz.
Najbardziej podobało mi się wspomnienie miłości szalonej, znajdującej swój finał w kroplach deszczu i zaklętej w grzmotach burzy...
OdpowiedzUsuńSkładamy się ze wspomnień. Nasze życie jest sumą wspomnień. Obyśmy pamiętali tylko te najpiękniejsze :)
Też kocham to wspominać a czasem man nadzieję, że jeszcze tak to powtórzymy, tak spontanicznie właśnie...choć, jeśli już raz coś takiego się zdarzyło, już nie będzie takie wyjątkowe:)
UsuńDokładnie:)
All we need is love:)
OdpowiedzUsuńDokładnie:)
UsuńDużo tej miłości :D Ale przyjemnie się czytało, uśmiech murowany ;) W tym świecie trzeba nam dużo dobrych myśli ;)
OdpowiedzUsuńDokładnie, bo często za bardzo skupiamy się na tych czarnych myślach, no nie?
UsuńKurde, a ja jak weszłam teraz na Twojego bloga to aż mi się na usta cisnęło: co Ty, dziewczyno, masz ostatnio z tymi Pepprsami? xD bo ich wszędzie u Ciebie... pełno. No i dostałam odpowiedź w drugim wspomnieniu, magic :D
OdpowiedzUsuńI to prawda, miłość jest najważniejsza, nawet jeżeli chwilowo nie jest ona płatkami róż tylko jej kolcami. I właśnie dzięki niej można z uśmiechem wspominać nawet te smutniejsze chwile. Bo ona po prostu łagodzi i daje nadzieję :)
To już się wszystko rozjaśniło właśnie:) I odpowiedzi często znajdują się same :> Nawet pytać nie trzeba XD
UsuńBo jakby nie patrzeć...życie i świat po prostu składają się z miłości. Tylko miewa ona różne oblicza.
Zabawne... sama ostatnio wylazłam w ulewie z domu i powędrowałam nad Wartę. Z tym, że ja poszłam sobie popłakać. Jakoś tak mnie naszło, cholera nie wiem czemu XD
OdpowiedzUsuńA wspomnienia piękne i widzisz... mimo, że wydaje się, że o tych najpiękniejszych się już powiedziało, to te schowane na dnie serca bywają jeszcze bardziej wyjątkowe... :)
Deszcz pomaga i na to i na to, na każde łzy, nieszczęścia i szczęścia XD Woda to emocje, jakby nie patrzeć, ich symbol:>
UsuńA tych jest o wiele, wiele więcej, dokładnie:)
Uwielbiam Twoje wspomnienia :) Nie zawsze wiem jak skomentować, co napisać, aby brzmiało ładnie i inteligentnie, dlatego nie zawsze komentuję, aczkolwiek czytam, ponieważ jesteś w tym świetna.
OdpowiedzUsuńDzięki za komplement, powiem po prostu:)
UsuńAle bym tak sobie skoczyła do kogoś kto ma dom nad jeziorem :D Zostawiła wszystkie rzeczy i bum do jeziora jak wtedy Wy! :D Nie umiem pływać ale co tam. U mnie jest dziś 32 stopnie!
OdpowiedzUsuńA takie bieganie w burze jest i moim marzeniem. Ale raczej nie miałabym na nie odwagi. Uwielbiam burze, uwielbiam wdychać zapach burzy i obserwować pioruny na niebie. Często mam ochotę w taką chwilę przed burzą, gdy idzie, gdy niebo jest już takie specyficzne i gdy wszystko wokół jest tak specyficznie zielone rzucić się w pola i biec. Ale z moją kondycją to do pól bym nawet nie dobiegła :D
No, teraz na upały ( bo wracają) jezioro byłoby idealne...nam zostają tylko te okoliczne poznańskie, a nie są złe:) I sama też pływać nie umiemXD
UsuńWięc może raz trzeba się odważyć?:)
Pierwsze wspomnienie jakoś tak do mnie bardziej trafiło,bo...bardzo lubię deszcz. Teraz tak rzadko pada,ale zawsze jest radocha,że można lecieć po podwórku z wywieszonym językiem i cieszyć się jak dziecko. I ojej maraton z ,,Władcą Pierścieni'' właśnie jestem w trakcie :)
OdpowiedzUsuńNo i Red Hot Chilli Pepers...Też ich lubię ;)
Deszcz wyraża nieraz nasze emocje, prawda?Właśnie i te dobre i te złe. Może powinnam następnym razem opisać wspomnienia deszczowe?:D Widzę też to lubisz:)
UsuńTo pjona:)
deszcz... takie przebywanie razeem w deszczu to cos wyjątkowego...
OdpowiedzUsuńnapisałam Ci maila.
Dokładnie:) Odpiszę wieczorem, nie zauważyłam wcześniej, przepraszam...
UsuńUśmiecham się do Twoich wspomnień. Każde inne i wyjątkowe, czysta magia. Namiętność w deszczu taka filmowo-powieściowa. Pomaga uwierzyć w to, że życie jest piękne, działa na wyobraźnię. Może nie rozumiem takiej intymnej relacji, ale pragnę jak niczego na świecie.
OdpowiedzUsuńOkazuje się, że rzeczywistość może być równie piękna, jak powieści czy filmy a nawet....lepsza:) I każdy jakoś w środku to rozumie, ale w pełni właśnie, gdy to przeżywa..i tego ci życzę:)
UsuńNo i sie wyruszyłam no... XD
OdpowiedzUsuńNo i dobrze no XD
UsuńUwielbiam tego typu notki :)
OdpowiedzUsuńTo miło:)
UsuńPiękne te wspomnienia. Najbardziej chyba trafiło do mnie pierwsze i trzecie. Pierwsze dlatego, że niesie myśl pokrzepienia, że może dlatego z nikim mi się nie układa, bo to po prostu jeszcze nie TA osoba, może będzie lepiej, gdy już ją znajdę. Ponadto i na mnie tak działa burza lub chociażby deszcz. Nie pozwala siedzieć w domu, jak w piosence Myslovitz: "[...] głos przed siebie każe biec i na powietrze wyjść, gdy pada deszcz.". To trzecie wspomnienie od razu przywołuje wspomnienia moich dobrych dni, zeszłego lata, gdy byłam inną jeszcze osobą (i jako ta inna osoba pisałam bloga; możesz wierzyć, Frido, lub nie, ale zmieniłam się, cholera jasna, i to chyba na złe, a mówi to different, która jeszcze niecały rok temu twierdziła, że każda zmiana jest dobra). Ognisko, śpiew i noc. To jest dobre. A w tym wstaniu rano, na kacu odnajduję siebie.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ;-*
I właśnie o to chodzi. Nie znoszę np. powiedzenia "nie nadaję się do związków", bo..nikt się nie nadaje. Tu chodzi właśnie zawsze o właściwą osobę, po prostu. I właśnie...ten deszcz nieraz cholernie napędza. To cudowne uczucie.
UsuńHm...zmieniłaś się? I teraz zastanawiam się, czy powinnam się martwić...bo zaczynam już...
Ej, maratonu "Władcy" mi się przez Ciebie zachciało! XD Dawno nie robiłam swoją drogą... :D
OdpowiedzUsuńTo czas zrobić XD
Usuńz bloga na blog coraz więcej dobrych myśli, LUBIE TO! :D
OdpowiedzUsuńNo ja teżXD
UsuńTo jest dobra tradycja, wywołuje usmiech :)
OdpowiedzUsuńOtóż to:)
UsuńSzanujmy wspomnienia, smakujmy ich treść, nauczmy się je cenić... ;) Miłość wsparta mocą Żywiołów- bezcenne !!
OdpowiedzUsuńDokładnie:) Ja nieraz mówię że miłość sama to najwyższy żywioł:)
Usuń"we wszystkim, zawsze, najważniejsza jest miłość. Wszędzie się znajdzie. W każdym życiu" - to właśnie daje mi nadzieję. Choć czasem się boję, że ja swoją miłość już przeżyłam i przegrałam.
OdpowiedzUsuńPięknie to napisałaś. To nie były tylko słowa, ale naprawdę tę miłość dało się odczuć. A Królika znałam tylko z jego bloga, ale zdążyłam się przywiązać. I wiesz co? Dzięki temu, jak od czasu do czasu go przywołujesz, on dla mnie nadal żyje. Jakoś mi cieplej z tą myślą.
Jeśli w ogóle miłość przeżyłaś- już wygrałaś:)
UsuńI dziękuję:)I...to chyba właśnie dobrze. Ja czasem mam wrażenie, że dlatego kazał mi pisać.
Natura i to co nasz otacza to jednak coś wyjątkowego. Niby tak oczywistego, a jednocześnie, dla niektórych tak ważnego, wyjątkowego, dającego radość, szczęście, jak się okazuje dobre wspomnienia po prostu! ;) Deszcz i gwieździste niebo to coś co lubię najbardziej, to mnie urzeka. A przecież zbliżają się sierpniowe noce, które mogą stworzyć zupełnie nowe, ale równie dobre wspomnienia :).
OdpowiedzUsuńPiękne wspomnienia, oby było ich w Twoim życiu jak najwięcej!
Dokładnie, bo natura to jednocześnie cholera...my sami, no nie?:D I właśnie w nich się wyrażamy przecież, to najgłębsze metafory w nas zakorzenione:)
UsuńI oby:) Twoich także, niech będzie, jak najwięcej tych pięknych:)
Piękne wspomnienia. Pierwsze urzekło mnie najbardziej. Nieraz podczas upałów w mieście wręcz marzy się o takiej burzy.
OdpowiedzUsuńZauważyłam też, że w Twoich opowieściach bardzo często przewijała się woda - czy to deszczowa podczas burzy, czy stojąca w jeziorze. Woda zawsze gdzieś tam obecna, gdy wspominasz o miłości. :)
Teraz upały wróciły, znów można o niej marzyć XD I to prawda, bo woda też jest dla mnie sposobem na wyrażenie emocji, to żywioł, który najbardziej się z nimi przecież kojarzy, czyż nie?:)
UsuńCałowanie się w deszczu jest bardzo epickie... A trafienie pioruna czy gałęzi już nie.
OdpowiedzUsuńNie wolno podlewać kwiatków zimną wodą!
Wiesz, czasem trzeba sobie rozsądek odpuścić XD
UsuńI nie podlewam, tylko w temp pokojowej, taką odstałą XD
Kto jak kto, ale Ty masz rzeczywiście od groma tych wspomnień :) Wiem, że się powtarzam, ale znów mnie chwyciłaś za serce swoimi opowieściami. Tak bardzo prawdziwymi, choć szalonymi.
OdpowiedzUsuńNominację przyjmuję z honorem :D
No tak jakoś się okazało, że jednak idzie je znaleźć:)
UsuńI...to chyba dobrze:)
Widziałam już się wywiązałaś XD
Piękne wspomnienia. Chyba najbardziej urzekło mnie to pierwsze.
OdpowiedzUsuńChyba właśnie zadziałało na wiele osób:)
UsuńWspomnienia pokazują, że życie jest piękne i warto szukać swojej miłości.
OdpowiedzUsuńBo jest i właśnie...miłość chyba w nim najpiękniejsza:)
UsuńKażde wspomnienia są tak strasznie uniwersalne, a jednocześnie zachowują swój indywidualny charakter. Podobnie jak komedie romantyczne w których scenariusz wydaje się być tym samym, powielonym po tysiąckroć, a jednak zawiera pewne cechy indywidualne, które nadają mu charakterku.
OdpowiedzUsuńDokładnie. Bo życie ma podobne scenariusze ale..każdy jest inny.
UsuńWłaśnie zauważyłam, że jestem nominowana :D Dzięki, dzięki! ;))
OdpowiedzUsuń