środa, 22 lipca 2015

O tym, że miłość najlepiej ogrzewa, miłość w różnym kształcie, czyli nominacja dobrych myśli

Czekając z niecierpliwością na Redcar, aż wyjdzie z chłodnej kamienicy, siedząc w cieniu rachitycznych drzew na ulicy Dąbrowskiego, grzebałam w telefonie. Rzadko używam w nim internetu, bo chodzi jak chodzi, zacina się jak zacina diabelnie, ale nudziłam się już potwornie. Weszłam na blogi, bo czasem można i z telefonu coś poczytać. Zajrzałam do Asika. Oho, znowu „dobre myśli”. I kolejna nominacja.
I o czym ja mam napisać?- przemknęło mi przez głowę- Przecież o najważniejszym już powiedziałam jakiś czas temu.
Przelotna myśl o tamtych wspomnieniach, o tamtym staniu na dachu w środku nocy, o ślubie, o podróży. I nagle, jak fala, zjawiły się kolejne wspomnienia, kolejne myśli. Okazało się, że mam ich wręcz za dużo, bo przecież kto jak kto, ale ja mam cholernie dobre i barwne życie, chociaż przeplatane złym i niedobrym, jak to nazywaliśmy. Co z tego. Wspomnień aż za dużo, nawet na to, by trzymać się Asikowych reguł ( cóż, nigdy nie byłam dobra w ustalanych odgórnie zasadach). Jedno mi ukradziono i będę musiała się powtarzać, że tak to nazwę, choć mogłabym wybrać inne. Ale to też jest istotne. Także, nie przedłużając, zaczynajmy. Powrót do dawnych i odległych, powrót do bliskich i namacalnych jeszcze całkiem. Powrót do martwych i zwrot ku żywym, każdy z uśmiechem i jeszcze większą po latach miłością. Czułością. Dobrą tęsknotą za tym co było.

Nie będzie więc tu żadnego porządku, żadnej chronologii, żadnej konsekwencji, jak to zwykle u mnie. Będą błyski. Jak to w lipcu, błyski pięknego żywiołu, tym razem żywiołu zwanego życiem.
To będą historie znów, pełne miłości. Różnego rodzaju.

Zacznijmy więc od miłości najpełniejszej i od dosłownego błysku burzy. Lipiec 2012.

Upał doskwiera wszystkim stworzeniom. Moim kwiatom w doniczkach nie pomogła nawet reanimacja zimną wodą. W mieszkaniu na 10 piętrze swojego brzydkiego, po PRL-owskiego bloku siedzimy sami, we dwoje. Siedzimy nago, pijąc zimne piwo i robiąc sobie maraton Władcy Pierścieni po raz setny chyba. Oboje mamy wolne, wiemy, że jest piękna pogoda, ale dopadł nas jakiś marazm. Na 10 piętrze, uwięzieni chwilowo w mieście przez nieistotne a jednak tak ważne niuanse szukamy zajęcia. Szukamy siebie, choć nawet się nie dotykamy, nasze ciała lepią się od potu, są dziwnie wymięte upałem i zniechęceniem. Popijamy więc piwo i patrzymy na kolejne wyczyny Aragorna, zachwycamy się bitwą o Śródziemie po raz kolejny w swoim życiu.
I nagle zrywa się wiatr. Wiatr, który sprawia wrażenie, jakby miał rozłamać nasz blok na pół. Wiatr łamiący gałęzie. Niebo z rozpromienionego słońcem w ciągu paru minut zmienia się w granatowoczarne. Ptaki milkną, a mnie przechodzi dreszcz. Ten cudowny dreszcz wzdłuż kręgosłupa, który każe wstać i podejść do szeroko otwartego okna. Dreszcz który zwiastuje rozkosz, dreszcz który niepokoi, mówi o strachu, tym słodkim strachu, w którym kryje się śmiech wariata.
Rozlega się grzmot. Na niebie majaczy blask błyskawicy, który razi moje oczy. Mój Mąż, jeszcze wtedy nie mąż, podchodzi do mnie, stojącej w oknie na 10 piętrze.
Z granatowych chmur spływa ściana deszczu.
Patrzymy sobie porozumiewawczo w oczy. Nic nie trzeba mówić. To zew, to ta burza, zmiana, wzywa nas, wyrywa z naszego środka pragnienie by biec i się nie zatrzymywać. Biec jak dzikie koty, jak swobodne młode konie.
Szybko narzucamy coś na grzbiet, zapominam majtek, biorę pierwszą lepszą sukienkę, on zakłada pierwsze lepsze spodnie. Wybiegamy z mieszkania, zamykamy drzwi w pośpiechu. Nie czekamy na windę, za długo, za długo! Zbiegamy po schodach, z 10 piętra pokonujemy je tak szybko, jak się da. Wybiegamy na deszcz. Wybiegamy na żywioł, który przenika do szpiku kości, dotyka zakończeń wrażliwych nerwów. Wybiegamy na deszcz, który chłodzi rozpalone ciała, choć sam jest ciepły.
Całujemy się pod blokiem, zapamiętale, jakby świat miał się za chwilę skończyć.
Burza trwa w najlepsze. Co dalej? Nie wrócimy do mieszkania. Nie chcemy. Chcemy biec.
Biegniemy więc w deszczu, trzymając się za ręce. Nie mamy celu. Niech nogi nas poniosą, przed siebie. Tak po prostu.
Deszcz zmoczył nas całkowicie. Sukienka oblepia moje ciało, widać, że nie mam bielizny. To nie szkodzi. Biegniemy przed siebie dalej. Śmiejemy się szaleńczo.
Chcemy łapać pioruny srebrne zygzaki, chcemy ściągać na siebie gromy, chcemy czuć deszcz w swoim krwioobiegu, chcemy oddychać ozonem!
Docieramy do jednego z poznańskich parków. Całujemy się co jakiś czas, dotykamy, łapiemy siebie, jakby wiatr mógł oderwać jedno od drugiego.
Wreszcie, gdy jesteśmy już nad jeziorem, przestaje padać. Nagle, tak samo jak zaczęło. Wychodzi ostre znów słońce, liście i woda której jeszcze nie wchłonęła ziemia zmienia się w parę, zmienia się w błyszczącą mgłę. Widzimy tęczę. Podwójną tęczę.
Z zachwytu oniemiejemy. Znów, nie trzeba nic mówić. Znów, on chwyta moją twarz w dłonie i nasze języki splatają się w tym szaleństwie. Prawie płaczemy ze wzruszenia.
Jesteśmy cały mokrzy, stopy mamy ubłocone. Nasze ciała parują w słońcu, krople zmieniają się w suchość skóry. Krople deszcze zmieniają się w pot.
To już. Po burzy. Po tym wyjątkowym dreszczu.
Odwracamy się na pięcie, chwytamy za ręce i wracamy do domu. Idziemy powoli i spokojnie, już nam się nie spieszy. Oddychamy równo, co jakiś czas patrzymy sobie w oczy. Niewiele mówimy, nie musimy.
Wracamy do domu, jedziemy już tym razem windą. Wchodzimy do mieszkania. Zdejmujemy ubrania, które zdążyły na nas wyschnąć. Kładziemy się na łóżku, dotykamy swoich ciał. Nasz oddech przyspiesza. Przyspiesza w poszukiwaniu kolejnego dreszczu.
To miłość intymna, miłość między dwojgiem ludzi, miłość, której nie rozumie się, póki się jej nie doświadczy. Tak po prostu.

Przejdźmy więc teraz do miłości znalezionej niespodziewanie po upadku i blasku w ciemnych oczach. Styczeń 2015.

Już jakiś czas próbowałyśmy się spotkać. Jedno przełożone spotkanie, teraz kolejne...Rzecz, której się bałam, w środku.
Coś drżało i mimo radosnego wyczekiwania z jednej strony, z drugiej zalewało smutkiem i niepokojem. Coś, co mówiło o tym, że wydarzenia powinny układać się inaczej. Coś, co mówiło o cudzych oczekiwaniach wobec mnie, oczekiwaniach z dwóch stron. Bo przecież ja jestem tą, co pamięta, tą, co była bliżej, tą, co wie. Tą, z której zrobiono posłańca. Jaskrawa myśl, czy tylko posłańcem nie powinnam zostać, którą ścierałam uparcie.
Chciałam przecież poznać. Chciałam dotknąć. Porozmawiać, bo miałam wrażenie, że tu się słowa nie zagubią. Szarpałam się więc trochę w środku, czekając na pociąg na peronie w mojej małej mieścinie. Niepokoiłam się, gdy szłam już w tamtym mieście, ważnym dla nas obu z różnych przyczyn przecież.
I wreszcie dotarłam. W zimnie, które wcale nie było zimnem prawdziwego stycznia, w swoim niepokoju, który w pierwszych minutach rozmowy zaczął topnieć jak śnieg, którego było za mało. Jak śnieg topniejący dopiero w marcu. Jak widać, nie było trzeba więcej czasu. Nie trzeba było wyższego słońca. Nieraz pojawia się iskra, iskra, która przeskakuje między spojrzeniami i już wiesz.
Bałam się tego spotkania, bo bałam się miliona pytań o tego trzeciego, który zmarł w listopadzie. Bałam się swojego płaczu albo muru, jaki stawiałam już między mną a innymi ludźmi, do których on mnie posłał. Bałam się, że będę musiała wyrzec parę drobnych kłamstw na pocieszenie, jak już wcześniej komuś innemu. Nic z tego.
Zimowe popołudnie szybko przeszło w wieczór. Okazało się, że nie musimy wcale mówić o jednym, o jednym człowieku który nas połączył i o zdarzeniu, przez które go nie ma. Okazało się, że między nami o wiele więcej słów i o wiele więcej wspólnego, niż mogłam przypuszczać. Ukłucie pod sercem. Wcale nie złe. Ukłucie pod sercem z powodu tych, co między mężczyzną a kobietą powodują motyle w brzuchu- ukłucie tego rodzaju, które między ludźmi buduje po prostu mosty porozumienia. Dziwne ukłucie, po paru piwach, przy pizzy w tandetnej dość knajpie.
W końcu idziemy na pkp, jedziemy do mnie. Otwieramy wino. Słowa płyną wartko, budują się kolejne mosty. Jeszcze tego do końca nie wiemy, ale budują się korzenie, splatają się, sięgają ku sobie w użyźnionej cudzą krwią glebie. Jedno piwo, drugie, wino. Aż za dużo śmiechu, prawie żadnych łez. Wiem, że nie miałam się czego bać. Teraz już wiem. Wyjątkowy, zimowy dzień, który zapoczątkował wszystko to, co potem. Kolejne zacieśnianie więzi. Kolejne rozmowy, o wszystkim po kolei, o tym co boli ale i o tym, co bawi.
Dzień, w którym nie trzeba było mówić że nie tego się spodziewano, wieczór, podczas którego można było tworzyć jak już dawno z nikim. Noc, podczas której spojrzenie ciemnych oczu ogrzewało, chude nadgarstki i zimne dłonie mogły zostać zamknięte w moich dłoniach, poranek, który obudził jedno ciepłe ciało koło drugiego.
Dzień i noc, które zapoczątkowały zupełnie nową miłość na zgliszczach innej. Miłość, której między sobą nie trzeba nawet nazywać i deklarować, bo po prostu jest i czuje się ją nawet w największych przytykach i marudzeniu podczas palenia kolejnych papierosów na balkonie. Tak po prostu.

Teraz rzecz o miłości współdzielonej po prostu między ludźmi pod blaskiem rozgwieżdżonego nieba i przy blasku ognia płonącego do białego rana. Sierpień 2013.

Długo nie mogliśmy zebrać się w sobie, długo nie mogliśmy się dogadać, kiedy w końcu się spotkać. To było cholernie pracowite i zabiegane lato. Moje dorywcze prace, dziwne godziny dyżurów w pracy Męża i Augiego, kolejne wyjazdy Królika żeby badać co tam rolnicy hodują na swoich polach. Ale w końcu ten weekend, ten dzień. W końcu Augi ma wolną chatę, rodzice wyjechali. Dom położony nad jeziorem, dom przepełniony kotami i jazgotem nie całkiem mądrego psa. Dom, do którego tak blisko do brzegu, by zrobić to wymarzone ognisko.
Nie jedziemy samochodem. W południe wsiadamy w trójkę, Mąż, Królik i ja do pachnącego spalinami autobusu. Jest duszno, jest gorąco. Czuję się, jakbym siedziała w saunie, mdli mnie, gdy jedziemy kolejne kilometry za Poznaniem. To tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Zaczynam marudzić. Mówię, że ta podróż to był zły pomysł. Oni wcale mnie nie słuchają, nie czują się wcale lepiej.
W końcu docieramy i wysiadamy. Augi i jego dziewczyna czekają na nas na przystanku. Nie ma co iść do nich do domu. Nie ma sensu, jezioro czeka przecież. Kupujemy tylko piwo na drogę, zimne, prawie zmrożone, udało nam się dostać ostatnie w małym wiejskim sklepiku.
Trochę odchodzimy do siebie. Opowiadamy sobie anegdoty, dziwne historyjki po drodze, okrążając jezioro, śmiejemy się. Nogi już same nas prowadzą, piwo wypijane na kolejnych przystankach na mostkach trochę szumi w głowie. Boję się po raz pierwszy chyba w życiu, że spalę sobie skórę na ramionach. Ale to nic. Pachnie rozgrzana woda, pachnie igliwie, słychać tylko daleko pojedyncze śmiechy tych, którzy wrzucają się do wody. Rozluźniam się. Jest dobrze. Jestem tu, gdzie powinnam być, mimo swojego marudzenia, mimo fatalnego początku. Jestem tu gdzie powinnam z tymi, z którymi powinnam. Z tymi najbliższymi mi obecnie w życiu i z tymi troszkę tylko dalszymi, ale których uwielbiam. Jest ciepło, jest lato, chce mi się śpiewać. Lekko podpita zaczynam piosenkę, a reszta ją chwyta w przestrzeni. Zwłaszcza te dwa głębokie męskie głosy, ten niższy i trochę wyższy. Śpiewamy Red Hotów, których płyt słuchamy co roku latem. (Których płyt słucham i teraz namiętnie). Bo oni pasują najbardziej do tego klimatu. Drzemy się już, myląc słowa.
Dochodzi wieczór. Wpadamy tylko na chwilę do domu Augusta, jemy szybko obiad zrobiony przez mnie i przez jego dziewczynę. Tańczymy w kuchni popijając piwo, czekając, aż ugotuje się makaron. Zjadamy i pędzimy, bo wieczór czeka, bo obiecany blask ognia ma się przecież odbijać w naszych oczach.
Zbieramy w lesie drewno. Ile przy tym śmiechu, ile zabawy. Ile zabawy, gdy już zapada mrok a głupi Królik chce się zabawić w straszenie i chwyta mnie w lesie za kostkę, po czym obrywa grubą gałęzią przez łeb. Ile zabawy, kolejne piwa, wino otwarte i wylane. Kolejne opowieści, zabawne, słynne hasło „bułki” którego nie zrozumie się, póki nie usłyszy się, jak tą historię opowiada August. Rozmowy o świecie i o niczym ważnym. Śpiew, gdy w końcu Królik uderza w struny gitary. Śpiew, gdy dwóch basistów próbuje swoich sił na klasyku i nawet im to wychodzi. Opowieści z kolejnej podróży, z której wrócił. Nasze sierpniowe wspomnienia, sierpień, miesiąc radości, miłości ale i łez od zeszłego roku.
Przychodzi poranek. Dziewczyna Augusta podsypia mu na kolanach, mi też już kleją się oczy. Jesteśmy pijani, wpatrujemy się ostatkiem sił w gwiazdy, aż w końcu dociera i do nas blady świt. Każe iść do domu, położyć się na chwilę, zamknąć oczy, by uczcić następny wieczór.
Bierzemy szybki prysznic, po kolei, kładziemy się do łóżek. Ja wstaję pierwsza, z lekkim kacem. Schodzę na dół i widzę Królika, w połowie na kanapie, w połowie na ziemi, obłożonego wszystkimi kotami Augusta. Wchodzę do kuchni, sprzątam puszki, przygotowuję nam śniadanie z resztek wczorajszego dnia i myślę o tym, jak cudownie spędzimy ten kolejny dzień. Myślę o tym, choć jeszcze nie wiem, że do końca życia będę się śmiać z komizmu wyprawy chłopaków na rowerach do sklepu i ich kolejnego wypadku ( „No i co z tego że zaplątałem się w łańcuch? Odkażaj!”). Myślę o tym, choć jeszcze nie wiem, że powstaną kolejne historie- legendy opowiadane potem przy kolejnych piwach.
Weekend pełen blasku ognia i porozumienia, prostego, w zabawie i wzruszeniu pod gwiazdami. Weekend sierpniowy, oddający cześć temu, co potrzebne latem najbardziej. Wesoła kompania, wesoła wspólnota. Mrożona kawa, podpalone włosy na rękach i odgazowane piwo na kacu. Zapach jeziora i dymu zostawiony na ubraniu. Wesoła kompania i chwile, które nie wrócą. Chwile, dzięki którym chce się budować inne, kolejne. Przy blasku ognia. Może i jeszcze w tym roku.
To miłość łączona, którą czuje się w sobie i w świecie. Miłość między ludźmi, którzy niekoniecznie mówią sobie jakiekolwiek deklaracje, ale kochają ze sobą być, śmiać się i być razem idiotami. Tak po prostu.

Ostatnia opowieść, o miłości pełnej zrozumiałej tęsknoty, miłości rozumianej przez gwiazdy. Wrzesień 2012.

Siedzimy już we dwójkę, a nie w trójkę nad jeziorem. Popijamy wino. Mimo, że jest słodkie, nie ma takiego smaku. Mimo, że jest ciepło, nam jest zimno. Dominuje cisza, bo o czym mamy mówić? Wino, kobiety, śpiew. To już nie działa. To już nie pomaga. Nic nie pomaga, choć wydaje nam się, że tak wiele już zrobiliśmy. Emocje opadły i dopadły. Zbliża się jesień, czujemy pierwszy chłód, czujemy pierwszy ból odchodzenia. Ten dosłowny, ten dogłębny, co toczy żyły jak robak.
Tęsknimy. Nie pytamy dlaczego, nie pytamy po co. Kto wymyślił taki scenariusz. Wiemy, że nie uzyskamy żadnych odpowiedzi.
To było już miesiąc temu, tyle czasu, a tak mało. Tyle czasu a tak mało, to nie goi ran, ale i nie powoduje już, że czujesz je namacalnie, jakby dopiero rozszarpano ci serce.
Nie mówimy nic, bo nie ma o czym mówić. Gwiazdy spadły, jak w wierszach, jak w opowieściach. Gwiazda spadła i umarła.
Ja też jestem jak martwa. Ja, nikt inny, martwe w środku drzewo.
Siedzimy obok siebie i czuję w pewnym momencie, jak on zaczyna drżeć. Chude ciało drga i to mnie budzi. Wiem, że płacze bezgłośnie, zawsze po winie tak płacze, gdy dzieje się złe i niedobre. Budzę się i nadal nic nie mówię, po prostu go przytulam. Nadal jednak mam w sobie żywe miejsca.
On jednak wyrywa się z moich objęć, wyrywa się, bierze butelkę wina i zaczyna tańczyć. Zaczyna wirować pod niebem, przy jeziorze, aż boję się, że wpadnie do wody.
Emocje opadły, zostały tylko zgniłe, ale on wznieca kurz. Nie pozwala sobie nie czuć. Wskakuje do wody i pociąga mnie za sobą. Woda jest jeszcze ciepła, choć czuć już jesień. Wie, że nie umiem pływać, całe ubranie mam mokre, jestem zła. Ale on wciąga mnie do wody i zaczyna się śmiać. Nigdy nie był normalny, nigdy, zwłaszcza po winie, zwłaszcza, gdy życie znowu daje nam w twarz.
Trzyma mnie w wodzie przez chwilę, szamoczącą się. Jest chudy, ale jest cholernie silny. Ma najmocniejsze dłonie na świecie, dłonie muzyka. Ja szamoczę się, wrzeszczę, parskam...i w końcu płaczę. Płaczemy oboje i czujemy ulgę. Stoimy w wodzie po moje ramiona i łkamy, a woda zmienia się w wodę. Czujemy ulgę i patrzymy w gwiazdy, które zmieniły się od sierpnia, patrzymy w niebo, które już nie płacze blaskiem.
Chwila ciszy, a potem on zaczyna mówić. Właściwie szeptać. Opowiada mi swój sen, sen o wieczności i o spełnieniu. Dobry sen, który uspokaja. Mówi mi o blasku gwiazd, o wierzeniach innych ludów.
Tworzymy inną prawdę. Naszą własną. Tą, która zostanie nawet, gdy jego już nie będzie. Gdy on będzie w gwiazdach.
Patrzymy w gwiazdy, wygrzebujemy się z wody. Nie trzeba już nic mówić. Od dzisiaj niebo zmienia swój kształt. Od dzisiaj to w nim jest zaklęta wieczna miłość i już zawsze będzie. To właśnie miłość, która łączy na wieki. Miłość, która wymaga pamięci i która koi. Miłość która zmienia się w najwyższą czułość. Wtedy i teraz, także tego roku. Tak po prostu.

I to już koniec opowieści, wspomnień. To już koniec mowy o miłości, bo to ona mnie przepełnia.

To już koniec wydobywania wspomnień, choć mogłabym pisać i pisać. To już koniec tych, które może niekoniecznie wydają się wyjątkowe innym, może nawet niekoniecznie z pozoru szczęśliwe dla niektórych. Ale mnie przepełniają właśnie czułością i tym słodkim uczuciem, mi niosą zapach szczęścia, choć wcale nie mdły. Tym, w którym w tętnicach życia miesza się szczęście i łzy, rozkosz i ból. To te, które mają w sobie euforię ale i ulgę po złym i niedobrym. To te, które chcę i wam przekazać. I pokazać tym samym, że we wszystkim, zawsze, najważniejsza jest miłość. Wszędzie się znajdzie. W każdym życiu. I przepełnia je właśnie blaskiem. Tym, którego nie zapominają oczy.


Pozostaje mi tylko przekazać ideę nominacji dalej. Nie będę szaleć. Nominuję po prostu Sówkę, Still Lonely Soul, Anelise, Werę, Introwersję i Czerwoną Filiżankę. Napiszcie po prostu dobre wspomnienia. Chociaż jedno:)
A na koniec niech będą, oczywiście. Red Hoci moi ukochani. 



Nigdy w dobrym miejscu i o dobrym czasie
Profanacja to uśmiech na mojej twarzy
Miłość, którą stworzyłem jest kształtem mojej przestrzeni
Moja twarz. 

51 komentarzy:

  1. Najbardziej podobało mi się wspomnienie miłości szalonej, znajdującej swój finał w kroplach deszczu i zaklętej w grzmotach burzy...


    Składamy się ze wspomnień. Nasze życie jest sumą wspomnień. Obyśmy pamiętali tylko te najpiękniejsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kocham to wspominać a czasem man nadzieję, że jeszcze tak to powtórzymy, tak spontanicznie właśnie...choć, jeśli już raz coś takiego się zdarzyło, już nie będzie takie wyjątkowe:)
      Dokładnie:)

      Usuń
  2. Dużo tej miłości :D Ale przyjemnie się czytało, uśmiech murowany ;) W tym świecie trzeba nam dużo dobrych myśli ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, bo często za bardzo skupiamy się na tych czarnych myślach, no nie?

      Usuń
  3. Kurde, a ja jak weszłam teraz na Twojego bloga to aż mi się na usta cisnęło: co Ty, dziewczyno, masz ostatnio z tymi Pepprsami? xD bo ich wszędzie u Ciebie... pełno. No i dostałam odpowiedź w drugim wspomnieniu, magic :D
    I to prawda, miłość jest najważniejsza, nawet jeżeli chwilowo nie jest ona płatkami róż tylko jej kolcami. I właśnie dzięki niej można z uśmiechem wspominać nawet te smutniejsze chwile. Bo ona po prostu łagodzi i daje nadzieję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już się wszystko rozjaśniło właśnie:) I odpowiedzi często znajdują się same :> Nawet pytać nie trzeba XD
      Bo jakby nie patrzeć...życie i świat po prostu składają się z miłości. Tylko miewa ona różne oblicza.

      Usuń
  4. Zabawne... sama ostatnio wylazłam w ulewie z domu i powędrowałam nad Wartę. Z tym, że ja poszłam sobie popłakać. Jakoś tak mnie naszło, cholera nie wiem czemu XD
    A wspomnienia piękne i widzisz... mimo, że wydaje się, że o tych najpiękniejszych się już powiedziało, to te schowane na dnie serca bywają jeszcze bardziej wyjątkowe... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Deszcz pomaga i na to i na to, na każde łzy, nieszczęścia i szczęścia XD Woda to emocje, jakby nie patrzeć, ich symbol:>
      A tych jest o wiele, wiele więcej, dokładnie:)

      Usuń
  5. Uwielbiam Twoje wspomnienia :) Nie zawsze wiem jak skomentować, co napisać, aby brzmiało ładnie i inteligentnie, dlatego nie zawsze komentuję, aczkolwiek czytam, ponieważ jesteś w tym świetna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komplement, powiem po prostu:)

      Usuń
  6. Ale bym tak sobie skoczyła do kogoś kto ma dom nad jeziorem :D Zostawiła wszystkie rzeczy i bum do jeziora jak wtedy Wy! :D Nie umiem pływać ale co tam. U mnie jest dziś 32 stopnie!
    A takie bieganie w burze jest i moim marzeniem. Ale raczej nie miałabym na nie odwagi. Uwielbiam burze, uwielbiam wdychać zapach burzy i obserwować pioruny na niebie. Często mam ochotę w taką chwilę przed burzą, gdy idzie, gdy niebo jest już takie specyficzne i gdy wszystko wokół jest tak specyficznie zielone rzucić się w pola i biec. Ale z moją kondycją to do pól bym nawet nie dobiegła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, teraz na upały ( bo wracają) jezioro byłoby idealne...nam zostają tylko te okoliczne poznańskie, a nie są złe:) I sama też pływać nie umiemXD
      Więc może raz trzeba się odważyć?:)

      Usuń
  7. Pierwsze wspomnienie jakoś tak do mnie bardziej trafiło,bo...bardzo lubię deszcz. Teraz tak rzadko pada,ale zawsze jest radocha,że można lecieć po podwórku z wywieszonym językiem i cieszyć się jak dziecko. I ojej maraton z ,,Władcą Pierścieni'' właśnie jestem w trakcie :)
    No i Red Hot Chilli Pepers...Też ich lubię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Deszcz wyraża nieraz nasze emocje, prawda?Właśnie i te dobre i te złe. Może powinnam następnym razem opisać wspomnienia deszczowe?:D Widzę też to lubisz:)
      To pjona:)

      Usuń
  8. deszcz... takie przebywanie razeem w deszczu to cos wyjątkowego...
    napisałam Ci maila.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:) Odpiszę wieczorem, nie zauważyłam wcześniej, przepraszam...

      Usuń
  9. Uśmiecham się do Twoich wspomnień. Każde inne i wyjątkowe, czysta magia. Namiętność w deszczu taka filmowo-powieściowa. Pomaga uwierzyć w to, że życie jest piękne, działa na wyobraźnię. Może nie rozumiem takiej intymnej relacji, ale pragnę jak niczego na świecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okazuje się, że rzeczywistość może być równie piękna, jak powieści czy filmy a nawet....lepsza:) I każdy jakoś w środku to rozumie, ale w pełni właśnie, gdy to przeżywa..i tego ci życzę:)

      Usuń
  10. No i sie wyruszyłam no... XD

    OdpowiedzUsuń
  11. Uwielbiam tego typu notki :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Piękne te wspomnienia. Najbardziej chyba trafiło do mnie pierwsze i trzecie. Pierwsze dlatego, że niesie myśl pokrzepienia, że może dlatego z nikim mi się nie układa, bo to po prostu jeszcze nie TA osoba, może będzie lepiej, gdy już ją znajdę. Ponadto i na mnie tak działa burza lub chociażby deszcz. Nie pozwala siedzieć w domu, jak w piosence Myslovitz: "[...] głos przed siebie każe biec i na powietrze wyjść, gdy pada deszcz.". To trzecie wspomnienie od razu przywołuje wspomnienia moich dobrych dni, zeszłego lata, gdy byłam inną jeszcze osobą (i jako ta inna osoba pisałam bloga; możesz wierzyć, Frido, lub nie, ale zmieniłam się, cholera jasna, i to chyba na złe, a mówi to different, która jeszcze niecały rok temu twierdziła, że każda zmiana jest dobra). Ognisko, śpiew i noc. To jest dobre. A w tym wstaniu rano, na kacu odnajduję siebie.
    Pozdrawiam ;-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I właśnie o to chodzi. Nie znoszę np. powiedzenia "nie nadaję się do związków", bo..nikt się nie nadaje. Tu chodzi właśnie zawsze o właściwą osobę, po prostu. I właśnie...ten deszcz nieraz cholernie napędza. To cudowne uczucie.
      Hm...zmieniłaś się? I teraz zastanawiam się, czy powinnam się martwić...bo zaczynam już...

      Usuń
  13. Ej, maratonu "Władcy" mi się przez Ciebie zachciało! XD Dawno nie robiłam swoją drogą... :D

    OdpowiedzUsuń
  14. z bloga na blog coraz więcej dobrych myśli, LUBIE TO! :D

    OdpowiedzUsuń
  15. To jest dobra tradycja, wywołuje usmiech :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Szanujmy wspomnienia, smakujmy ich treść, nauczmy się je cenić... ;) Miłość wsparta mocą Żywiołów- bezcenne !!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:) Ja nieraz mówię że miłość sama to najwyższy żywioł:)

      Usuń
  17. "we wszystkim, zawsze, najważniejsza jest miłość. Wszędzie się znajdzie. W każdym życiu" - to właśnie daje mi nadzieję. Choć czasem się boję, że ja swoją miłość już przeżyłam i przegrałam.
    Pięknie to napisałaś. To nie były tylko słowa, ale naprawdę tę miłość dało się odczuć. A Królika znałam tylko z jego bloga, ale zdążyłam się przywiązać. I wiesz co? Dzięki temu, jak od czasu do czasu go przywołujesz, on dla mnie nadal żyje. Jakoś mi cieplej z tą myślą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli w ogóle miłość przeżyłaś- już wygrałaś:)
      I dziękuję:)I...to chyba właśnie dobrze. Ja czasem mam wrażenie, że dlatego kazał mi pisać.

      Usuń
  18. Natura i to co nasz otacza to jednak coś wyjątkowego. Niby tak oczywistego, a jednocześnie, dla niektórych tak ważnego, wyjątkowego, dającego radość, szczęście, jak się okazuje dobre wspomnienia po prostu! ;) Deszcz i gwieździste niebo to coś co lubię najbardziej, to mnie urzeka. A przecież zbliżają się sierpniowe noce, które mogą stworzyć zupełnie nowe, ale równie dobre wspomnienia :).
    Piękne wspomnienia, oby było ich w Twoim życiu jak najwięcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, bo natura to jednocześnie cholera...my sami, no nie?:D I właśnie w nich się wyrażamy przecież, to najgłębsze metafory w nas zakorzenione:)
      I oby:) Twoich także, niech będzie, jak najwięcej tych pięknych:)

      Usuń
  19. Piękne wspomnienia. Pierwsze urzekło mnie najbardziej. Nieraz podczas upałów w mieście wręcz marzy się o takiej burzy.
    Zauważyłam też, że w Twoich opowieściach bardzo często przewijała się woda - czy to deszczowa podczas burzy, czy stojąca w jeziorze. Woda zawsze gdzieś tam obecna, gdy wspominasz o miłości. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz upały wróciły, znów można o niej marzyć XD I to prawda, bo woda też jest dla mnie sposobem na wyrażenie emocji, to żywioł, który najbardziej się z nimi przecież kojarzy, czyż nie?:)

      Usuń
  20. Całowanie się w deszczu jest bardzo epickie... A trafienie pioruna czy gałęzi już nie.

    Nie wolno podlewać kwiatków zimną wodą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, czasem trzeba sobie rozsądek odpuścić XD
      I nie podlewam, tylko w temp pokojowej, taką odstałą XD

      Usuń
  21. Kto jak kto, ale Ty masz rzeczywiście od groma tych wspomnień :) Wiem, że się powtarzam, ale znów mnie chwyciłaś za serce swoimi opowieściami. Tak bardzo prawdziwymi, choć szalonymi.
    Nominację przyjmuję z honorem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak jakoś się okazało, że jednak idzie je znaleźć:)
      I...to chyba dobrze:)
      Widziałam już się wywiązałaś XD

      Usuń
  22. Piękne wspomnienia. Chyba najbardziej urzekło mnie to pierwsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba właśnie zadziałało na wiele osób:)

      Usuń
  23. Wspomnienia pokazują, że życie jest piękne i warto szukać swojej miłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jest i właśnie...miłość chyba w nim najpiękniejsza:)

      Usuń
  24. Każde wspomnienia są tak strasznie uniwersalne, a jednocześnie zachowują swój indywidualny charakter. Podobnie jak komedie romantyczne w których scenariusz wydaje się być tym samym, powielonym po tysiąckroć, a jednak zawiera pewne cechy indywidualne, które nadają mu charakterku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Bo życie ma podobne scenariusze ale..każdy jest inny.

      Usuń
  25. Właśnie zauważyłam, że jestem nominowana :D Dzięki, dzięki! ;))

    OdpowiedzUsuń