Gdy weszłam na
facebooka, sprawdzić czy ktoś może coś pisał, chciał ode mnie i
w tym miejscu, poczułam pewne znużenie.
-No tak, kolejna
fala zdjęć z Woodstocku- pomyślałam. Poczułam pewne znużenie,
gdy wszystko przykryły powtarzające się zdjęcia z Woodstockowego
pola. I nie zrozumcie mnie źle. To nie dlatego, że jestem przeciwna
tej imprezie czy też dlatego, że zazdroszczę komukolwiek, kto tam
był. Wręcz przeciwnie. Sama na Woodstocku byłam 7 razy w życiu,
pamiętam jeszcze Żary i słynny koncert Die Toten Hosen, pamiętam
jeszcze, gdy na tą imprezę nie jeździło się, bo po prostu jest
fajna ale dlatego, że o coś w niej chodziło. Mniejsze tłumy i
cholernie dużo radości. Nie twierdzę, że tak nie jest teraz. Nie
mi oceniać, choć, z roku na rok, gdy jeździłam jeszcze na
Woodstock, miałam wrażenie, że atmosfera tam cholernie się
zmienia i „nie jest tak jak kiedyś”. Może faktycznie, to ta
popularność i mnogość przypadkowych ludzi, którzy jadą zobaczyć
„gwiazdy” ( kiedyś Owsiak zaklinał się, jeszcze w Żarach, że
nigdy nie uczyni Wooda popularnym, hm). Może to i ja się zmieniłam,
bo teraz wolę spokój gór i to za nimi tęsknię, za doznaniami
bardziej duchowymi też, a nie za szaleństwem koncertów. Na tych
złamałam już nos, skręcałam kostki na Woodzie i Jarocinie,
straciłam prawie słuch i błędnik mając już 14 lat. Przeżyłam
wszystkie najgorsze toi toie świata i noce dudniące od okrzyków ze
scen. Teraz wolę namiot i zimny górki potok. Ciszę lasu i światła
nie reflektorów, a światła gwiazd. Czekam w sierpniu na Perseidy,
a nie na światła scen. Zmieniłam się i sama dobrze o tym wiem. I
lubię te zmiany, właśnie te.
Więc Woodstock
jest już dla innych, ale mnie osobiście Woodstock już zmęczył,
swoje na nim przeżyłam i chyba daję przeżywać innym już. Swoje
doznałam...właśnie, doznałam.
Doznałam i nigdy
nie przywiozłam za dużo zdjęć. Zawsze tylko zbierałam te od
znajomych. Doznałam, skupiłam się na tym, co tu i teraz, a jakoś
nie za bardzo na zbieraniu pamiątek. Nieraz może i trochę pluję
sobie w brodę, wiele zdjęć poginęło i nieraz może trochę
trudniej się wspomina. Chociaż czy rzeczywiście? Gdy słyszę „Do
what i Say” grupy Clawfinger, zawsze widzę Męża i Zielarza
biegnących pod samą scenę w szalonym pogo. Gdy słyszę koncert
Jelonka, wspominam to, jak chłopaki wylądowali na samym początku
ściany śmierci. Orphan Hate przypomina mi złamany ząb ukochanego,
a Beltane szalony koncert na małej scenie, w czasie którego
podeptano moje bose stopy. Pamiętam smak chleba z pasztetem i
zarabianie na piwo masażami w Pokojowej Wiosce Kryszny. Pamiętam aż
za dużo, może pamiętam aż za dobrze. Walkę Katarzyny z szalonymi
drzewami które chcą ją zabić, Karinę- Wieloryba i szalony pościg
bostończyka który chciał się z kimś przespać. Wszystko zapisane
w głowie. Może za parę lat to się zmieni, może wyparuje. Nie
szkodzi. Sądzę, że zdjęcia by mi nie pomogły pamiętać tego
najważniejszego i tak. Czasem wydobyć może coś na wierzch,
owszem. Ale nie dałyby mi uczuć, które przynoszą wspomnienia.
Może mam dziwne
podejście. Nie zbieram wielu pamiątek, nie zbieram rzutów kliszy
na rzeczywistość. Choć nawet, to już nie klisza. Nie potrzebuję
ich, a gdy jestem gdzieś...nie chcę marnować czasu. Nie chcę
marnować czasu, który mogę poświęcić na doznania. Nawet gdy
byliśmy w górach, to Mąż robił zdjęcia, zresztą zdjęcia,
które są dla nas, a którymi zbytnio się nie dzielimy. Nie ma tam
twarzy, są widoki, widoki, które czasem jego odprężają, bo
właśnie w nim wydobywają ten stan, który tam osiągał. Stan
kompletnego katharsis.
Jednak te zdjęcia
są dla nas, bo wiemy o co na nich chodzi, ewentualnie pokazujemy je
naprawdę zainteresowanym i najbliższym. I tym bardziej zastanawia
mnie, dlaczego miałabym się nimi dzielić z całym światem?
Między bogiem a
prawdą, sama wrzucałam swojego czasu sporo zdjęć na facebooka.
Młoda byłam, odkryłam dopiero tak naprawdę potęgę internetu (
nie licząc wpadania do kogoś na neta żeby pisać blogi,
„stałydostep do internetu” miałam dopiero w wieku 19 lat) i
chciałam jakoś...no właśnie. Co chciałam? Podzielić się swoim
życiem? Kto ma mojego fejsa wie, że znajdą tam się zdjęcia i z
jednego Woodstocku, z pewnego wypadu na piwo, z moich urodzin w
dawnym mieście, z Mężem zdjęć parę...zdjęcia sprzed lat. Nie
ma tam zdjęć ze ślubu, z ostatnich wypraw w góry, zdjęć z
koncertów, z imprez, sylwestrów i tym podobne...nie ma, bo nie mam
potrzeby się tym dzielić ze światem. Ci, co powinni, zobaczą te
zdjęcia, tym opowiem naprawdę, jak to było. Nie wrzucam zdjęć
dobrego jedzenia, które ugotuję, bo jeśli chcę, komuś takie
żarcie po prostu zrobię. Mówiąc oględnie, nie mam chyba parcia
na szkło. A może to, że tak późno odkryłam internet ( 6 lat
cholera!) sprawiło, że przeżywam wszystko tu i teraz.
Dlatego też
poczułam znużenie, gdy widziałam zdjęcia wrzucane na bieżąco z
Woodstocku. Pewni znajomi, którzy odkryli imprezę w Kostrzynie
jakieś 4 lata temu ( mniej więcej wtedy, kiedy to my z Woodstockiem
się żegnaliśmy, bo już swoje doznaliśmy, a „trzeba wiedzieć
kiedy ze sceny zejść”) i którzy tak naprawdę cały rok żyją
Woodstockiem ( jak ja mając 17 lat) co chwilę wrzucali jakieś
zdjęcia. A to pan A. z głową jednorożca, a to zdjęcie pana Y z
panią F pod sceną, urocze, loffciane, a to zdjęcie z jakiegoś
koncertu, a to zdjęcie jakiegoś piwa, wódki, wymyślnych alkoholi
między namiotami...zdjęć multum, zdjęcia co chwila. Wielu
znajomych robiło takie rzeczy. A ja myślałam tylko, wchodząc od
czasu do czasu na facebooka, patrząc, czy nie muszę komuś odpisać-
do cholery, wy się tam bawicie, czy na fejsie? Czy musicie coś
postować już, zaraz, natychmiast, zamiast normalnie wypić to piwo?
Bo takie pytanie mi się nasunęło, zresztą, nie tylko mi, ale też
Mężowi i Redcar, gdy spędzaliśmy razem weekend.
Czarę goryczy
przelewały wszelkie kijki do selfie. Serio? Kijki do selfie? Już
sam pomysł tego, widziany na jakimś portalu wiele czasu temu
wydawał mi się..chory. Jakby ludzie byli opętani nową modą. I
serio, kijki do selfie na Woodzie?
Naprawdę, bawicie
się tam, przeżywacie, czy patrzycie tylko na swoich smartfonach,
ile baterii jeszcze wystarczy, żeby powrzucać jak najwięcej zdjęć
i pokazać jak fajnie się bawimy? Takie nieraz odnosiłam wrażenie.
O tym, że ludzie zapomnieli, po co tam są, że mają się
oderwać...tyko muszą przeżyć to i w sieci. Sieci, która całkiem
opętała. Pick or it didn't happen, jak „mawiają w
internetach”. Jakby wszyscy ulegli tej presji, jakoby trzeba było
mieć dowód w postaci zdjęcia, że gdzieś się było, coś się
robiło. Szalało na koncertach czy zjadło w restauracji. Ludzie pod
scenami z aparatami zamiast zapalniczkami, ludzie wrzucający swoje
zdjęcia z randek, w skrajnych przypadkach ludzie wrzucający swoje
zdjęcie...po seksie. Tak, o czymś takim też można usłyszeć w
tym świecie.
Nie ma zdjęcia,
więc się nie zdarzyło. Nie ma zdjęcia więc...nie można się
pochwalić? Niektórzy mówią, że chcą tak się podzielić ze
światem swoimi przeżyciami. Ale ja się pytam, z kim podzielić? Ci
najbliżsi i tak usłyszą pewne historie, ci najważniejsi nawet
zobaczą te cholerne zdjęcia. Nawet jak to selfie. Ci najważniejsi
przyjmą tą historię do serca, przejmą się nią. Jeśli ładnie
się pisze, można to opisać na blogu, tam też ktoś będzie ją
przeżywał. Albo opisać w gazecie, jak się ma takie już chody w
pisaniu. Jeśli ktoś robi naprawdę profesjonalne zdjęcia ( a nie
kijem do selfie) niech je publikuje cholera, bo to jest już sztuka.
Ma to inny wymiar, jeśli zdjęcia do pasja.
Ale miliony zdjęć
z rozmazanym buziami na fejsie, zdjęcia butelek zrobione
kalkulatorem czy posty- o jak zajebiście się nawaliłem- kogo to
obchodzi? To nie jest dzielenie się z najbliższymi. Często mam
wrażenie, że robimy to po to, żeby ta Zośka z 6b w podstawówce
wiedziała, że zajebiście się bawimy i niech wie, że ma marne w
porównaniu do naszego życie, naszego barwnego, przepełnionego
koncertami, hipsterskimi knajpami i drobim alkoholem. No i wspaniałą
miłością, o której musimy tam stale mówić. Kiedyś ciągnęła
mnie za warkocze. Albo ten Marek z liceum, którego mam na fejsie, a
któremu nie mówię cześć na ulicy. Niech wie, że biegam 10 km
dziennie, chociaż kiedyś nazywał mnie grubaską! Czasem mam
wrażenie, że właśnie takie myśli towarzyszą nam, gdy postujemy
coś na fejsie.
Nie twierdzę sama,
że jestem lepsza. Czasem wrzucam jakiś link, do jakiegoś kawałka
i chcę dzielić się z całym światem. Chociaż wiem, że mogłabym
to wysłać paru osobom, które to naprawdę zainteresuje. Czasem
informuję że straciłam znowu telefon, bo fejs mnie wyręcza,
pisanie do każdego z osobna byłoby zbyt nużące. Czasem jestem
oznaczona na zdjęciu, wymieniam komentarze. Tak, też dzielę się
sobą ze światem, ulegam tej cholernej presji. Ulegam presji być
może, bycia fajnym, bycia cool. Dzielenia się intymnością.
Chociaż, staram się tej presji ulegać jak najmniej i coraz
częściej myślę o usunięciu fejsa, który i tak jest pod
anonimowymi danymi, tak na wszelki wypadek. Na wszelki wypadek, jak
ktoś oznaczy mnie na niechcianym selfie z kija.
Właśnie chyba
zresztą, do tej presji bycia fajnym i cool wszystko się sprowadza.
Obdzieramy się wręcz brutalnie z naszej intymności, swojego ja,
tego namacalnego, pokazujemy swoje twarze, swoją codzienność
przefiltrowaną przez cenzurę „fajności” i dzielimy się nią z
całym światem. Całym cholernym światem, którego i tak to nie
obchodzi.
Ale czujemy się
nadal bezpieczni w sieci, bo tamta Zuzka i tak nie pójdzie z nami na
piwo, a o tym, jak fajne mamy życie możemy mówić, a nawet
bezkarnie kłamać i koloryzować. Czujemy się zobowiązani, bo inni
też tak robią i nie chcemy być gorsi. Czujemy presję tego, że
trzeba światu coś pokazać, udowodnić, trzeba pokazać tak, ja
jestem! Każdy w tym tłumie chce krzyknąć o tym że jest, co
robił, gdzie był- ale właśnie w tym tłumie niknie, jak w
najbrudniejszym ścieku. Cyfrowe twarze rozmazują się, przeżycia
ujęte w pikselach zapisują się na serwerach, ale stają się
blade, bo podczas robienia zdjęć nie zdążyły się zapisać w
sercu. A w sieci nadal mało, mało, mało.
Odczuwamy cholerną
presję i głód bycia „tam”- zamiast być tu i teraz. Chorujemy
na wymianę informacji, chorujemy na internetowy ekshibicjonizm, już
nie seksualny, a ekshibicjonizm mentalny złożony z ochłapów
naszego podkolorowanego życia. Nie przekazujemy czegoś
wartościowego z podróży jak niektórzy, naprawdę dobrze opisujący
swoje przeżycia i dający porady innym podróżnikom, tylko
opisujemy siebie, swoje klapki na plaży i spalone słońcem plecy.
Nikogo to nie obchodzi a my krzyczymy, żeby obchodziło. Piszemy
smutne statusy, z których nie chcemy się tłumaczyć, ale chcemy,
bo ktoś o nie zapytał. Chcemy istnieć w bitach i bajtach, nie
mówimy już wprost, nie opowiadamy historii, tylko mówimy zobacz
sobie moje zdjęcia na fejsie i starczy. Krzyczymy o uwagę całego
świata, a nie dajemy jej przez to często najbliższym, nie umiemy
mówić poza komunikatorem i pokazać uczuć poza cyfrową tablicą
pikseli. Krzyczymy ekshibicjonizmem niemym krzykiem, krzykiem do
Marka któremu nie mówimy cześć na ulicy, krzykiem tak naprawdę
bez adresata.
Sama nieraz złapię
się na tym krzyku, ale wtedy jeszcze bardziej bezgłośnie pytam- po
co mi to? Tak naprawdę, po co? Jestem z krwi i kości, jestem z
ciała a nie pikseli i bitów i bajtów, choć mój układ nerwowy
jest tak bardzo do systemu jedynkowego podobny. Ale jestem z krwi i
kości, ciałem doznaję, a z ekshibicjonizmu, jeśli mam wybierać,
wybieram ten seksualny. Mentalny tylko, gdy rozmawiamy bezpośredni z
sobą, lub gdy chcę pisać tutaj, co jest trochę inną formą, bo
jednak bardziej anonimową i tylko wylatują słowa.
Dlatego gdy
zobaczyłam tyle tych zdjęć, poczułam znużenie. Nie przez sam
Woodstock, bo nie o niego chodzi. To nadal świetne miejsce. Ale
przez to, że odniosłam wrażenie, że w przeciwieństwie do
poprzednich lat, nawet tych, gdzie facebook jeszcze nie istniał,
nikt nie myślał o tym, by się chwalić, krzyczeć- byłem tam.
Nikt nie uprawiał mentalnego ekshibicjonizmu na taką skalę. Nikt
nie korzystał z ulepszeń, które w życiu tak naprawdę są
niepotrzebne, a niektórym stały się niezbędne.
Stały dostęp do
sieci, zamiast od niej odpocząć. Zapisywanie cyfrowe tego, co się
widzi, zamiast chłonięcie doznań i samodzielne przetwarzanie ich
na wspomnienia, bez kompatybilnych sprzętów, a własnym umysłem.
Gdzie to się wszystko zgubiło? Kiedy to się zgubiło?
Czy naprawdę aż
tak bardzo musimy być tam, gdzie nigdy nas nie ma, tam, gdzie nikt
nie dotknie naszego ciała, nie przytuli? Czy naprawdę musimy
pokazywać całemu światu siebie, zamiast skupić się na tych
najważniejszych? Dlaczego nagle musimy „istnieć”, dlaczego
zmieniamy duszę na cyfrową, dlaczego zmieniamy ją na
bitowo-bajtowy strumień? Co, jeśli naprawdę się tam przeniesiemy,
jak w powieści Egana „Diaspora”? Jak w powieści, w której już
nikt nie miał ciała. A doznawał tylko przez strumień właśnie,
ten cholerny strumień bitów i bajtów. Nikt nie miał ciała, ale
nadal był człowiekiem. Czasem mam wrażenie, że właśnie ludźmi
bardziej chcemy być „tam” niż „tu”. Istnieć nienamacalnie,
a dla wielu o wiele prawdziwiej. Inaczej, nie powstałaby chyba idea
„internetowych” związków, związków, w których ludzie nie
widzą siebie na oczy. Znaczy, widzą. W formacie jpeg.
Czasem chcę się
zapytać, czy żyjemy dla wirtualnych lajków, czy dla prawdziwych
przytuleń i czułych ramion? Czy żyjemy dla rozmów pod gołym
niebem, czy dla smsów wysyłanych z pasją, ale które nie są
namacalną obecnością? Czasem się zastanawiam, kim ja w tym
wszystkim jestem?
Ale postanowiłam
nie wrzucać zdjęć na fejsa. Może, z czasem go usunę. A z czasem
może w ogóle odetnę się od sieci choć...czy w tym świecie to w
ogóle możliwe? Czy nadal można w ogóle rozgraniczyć te dwa
światy, czy mamy pewność, w którym najczęściej gubimy dusze?
To cholerne bolesne
pytania i bez jasnych odpowiedzi, niestety.
Przypomina mi się
tekst, „chciałbym, żeby moje oczy mogły robić zdjęcia”.
Zastanawiam się, kiedy tak naprawdę do tego dojdzie, za ile lat
stworzą małe aparaciki podpięte do gałek ocznych, które co
więcej, będą mogły bezpośrednio przekazywać obraz na fejsa.
Rozgwieżdżone niebo, koncerty, to jak on mruży oczy podczas seksu-
jakież ułatwienie! Przeraża mnie ta wizja, ale gdy patrzę na te
kije do selfie ( tak, mam o nie ból dupy) mam wrażenie, że już
niedługo postawimy na takie rozwiązania i niektórzy będą nimi
zachwyceni wręcz.
Chciałbym, żeby
moje oczy mogły robić zdjęcia. W erze aparatów cyfrowych
zapominamy, że mogą. Moje oczy zrobiły już zdjęcia Woodstockowej
sceny, wiele, wiele lat temu. Zrobiły zdjęcie najwspanialszych,
ciemnych oczu mojego Męża. Zrobiły zdjęcie cudownej radości
Redcar na koncercie, na którym razem byłyśmy, nagrały film,
którego nigdy nie zapomnę. Moje oczy zrobiły zdjęcia tych, którzy
odeszli i wcale to się nie zaciera, a nawet jeśli, to to naturalne.
To to jest dobre i nie ma nad tym co płakać. Moje oczy zrobiły
zdjęcia szczytów gór i połączyły to z zapachem powietrza ponad
chmurami. Moje oczy zrobiły wiele zdjęć, ale przekazały je do
serca. Tymi zdjęciami nie pochwalę się na fejsie ani na
instagramie. Te zdjęcia nie sprawią, że Zośka z 6b poczuje
ukłucie zazdrości. Ale te zdjęcia ogrzewają moje serce.
Przypominają tyle doznań. Ba, sprawiają, że doznaję na nowo. A
ja więcej nie potrzebuję.
A tak na koniec,
muzyka, którą się przeżywa i doznaje. Jak to wczoraj
stwierdziłam, czuje się gorąco w sercu i wilgoć...tak, tam na
dole. Muzyka, która przypomniała mi się przez przypadek, zespół,
na którego koncert pójdziemy we wrześniu ( kolejny, który
przywołuje i wspomnienia). I na którego koncert nie wezmę żadnego
aparatu. Będę doznawać. A co!
Doskonale Cię rozumiem. Wiesz jak brzmiał temat mojej pracy licencjackiej? "Ekshibicjonizm w sieci na podstawie portalu Facebook", więc rozumiesz, że moja irytacja i znużenie popchnęły mnie do podzielenia się tym problemem - może nie ze światem - ale przynajmniej kimś starszym i mądrzejszym. Zauważyłam tą modę jużdawno, ale z każdym dniem coraz bardziej nie to raziło. Ja na swoim profilu mam jedno zdj twarzy. Tyle. Żadnych postów zawierających zwierzenia. Wyobraź sobie, że wśród moich znajomych pojawiały się nawet zdjęcia testu ciążowego żeby się pochwalić czy mandatu/skanu zapisu usg... a to prawda, że moda, presja. Tylko ja nie chcę temu ulegać, bo im bardziej człowiek się skupia na publikowaniu, tym mniej przeżywa tak prawdziwie i głęboko.
OdpowiedzUsuńTrochę , nawet trochę bardziej rozumiem Cię niż początkowo by się wydawało. Hm, ja jakoś nie przepadam za Facebookiem, lecz tak naprawdę na chwilę obecną służy mi do konwersacji z osobami z roku, które nie są z mojej miejscowości.
OdpowiedzUsuńTeż mam podobne odczucia co do facebooka. Usunęła go a potem przywrócił ze względu na znajomych co chcieli pogadać a nie mieli kasy na koncie a dzieli nas około 10 km i szczerze nikomu nie chce się wyciągnąć roweru w środku zimy :) Wiesz od sieci chyba nie da się do końca odciąć...Zawsze narzekała że za czasów mojej mamy było fajnie pisało się listy jeździło do znajomych maluchem a teraz co? I byłabym przeciwna temu wszystkiemu gdyby nie blogosfera. Znajomości z Oazy już się wykruszyły a nie minął nawet miesiąc. Za to dzięki temu portalowi gdzie właściwie nic szczególnego się nie dzieje poznałam tylu wspaniałych ludzi. I może jeszcze kiedyś usunę facebooka ale jeśli będę miała usunąć mój kawałek internetu najpierw wezmę od każdego adres żeby w razie co przyjechać i obejść mu lodówkę.
OdpowiedzUsuńI wiesz wydaje mi się że takie portale są tworzone głównie dla młodzieży żeby siedzieli i tracili świat dookoła... Takie moje skromne zdanie.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńA ja... hm, znów ujmę swoje stanowisko trzema prostymi słowami jak to zrobiłam pod Twoją notką odnośnie tęsknoty do ziół, lasów, chęci wyrwania się z "betonowej dżungli" itd.: pół na pół :) lubię przeglądać zdjęcia NIEKTÓRYCH osób na fejsie z ich różnych wyjazdów, koncertów. Nie trawię za to niektórych wręcz nadmiernie intymnych zdjęć par czy po prostu przesadnej ilości selfie z setkami odznaczeń... w ogóle to niedawno się zastanawiałam jak to jest możliwe, że jakaś osoba (typowa, nie żaden celebryta, jutuber itd) ma pod zdjęciem więcej lajków aniżeli znajomych... dopiero mi siostrzyczka sztuczkę z odznaczeniami wyjaśniła... geez, po co to to ja nie wiem xD
OdpowiedzUsuńCo do zdjęć, toleruję, lubię... sama nie mam swoich zbyt dużo, ale to bardziej wina kompleksów - nie lubię swojego ryja i w ogóle uważam się za mega niefotogeniczną, także no... :D zdjęcia z koncertu, czemu nie... inna sprawa to publikowanie ich zaraz po zrobieniu. To już jest trochę przesada, bo faktycznie nasuwa się pytanie: po co żeś, człowieku na tutaj przylazł? Ja sama byłam na AC/DC otoczona ludźmi cykającymi zdjęcia, robiacymi filmiki. Sama zrobiłam kilka... ale na nich widać, że się bawię: ostrość do dupy, non stop słychać moje darcie japy, obraz cały czas skacze... bo skakałam i ja :D A teraz mogę wejść powiedzmy na yt, gdzie pełno już video z tego koncertu... w miarę przyzwoicie nagranych... i z jednej strony oczy się cieszą znajomymi widokami... z innej czuję się dziwnie, bo to takie trochę smutne - przyjść na takiego typu koncert i stać bądź siedzieć w bezruchu, cichutko, byleby tylko dobry materiał mieć do wstawienia na swój kanał. Rety, ile zabawy i radości się marnuje.
Swoją drogą, ja od mojego przyjazdu do Anglii serio mało zdjęć porobiłam. I szczerze, nawet do nich nie wracam jakoś. Są to głównie zdjęcia widoków właśnie, ale no... nawet takich mi nie potrzeba, póki pamięć mnie nie zawodzi, a pamięć serca mam dobrą :)
Tak czy siak, ja stawiam na umiar. Nie mogę powiedzieć, że "gardzę fejsem" - bo czasami wręcz za niego dziękuje. Ale ja jestem emigrantka, więc wiesz, nie mogę sobie pozwolić na przytulenia prawdziwe, gdy chcę, rozmowy, gdy chcę :) i taka już pewnie będzie pewna część mojego życia - złożona z ciągu literek i... niektórych zdjęć niektórych osób właśnie :)
Niedawno przeczytałam gdzieś jedną z rad jak być szczęśliwym: "Nie skupiaj się na robieniu zdjęć i uwiecznianiu tej chwili ale na samej chwili. Bądź w tej chwili Ty w całości, daj z siebie dla tej chwili wszystko". A dziś cóż....
OdpowiedzUsuńLudzie dzielą się na ludzi, którzy lubią zdjęcia i na tych, którym są one zbędne. Daleko nie trzeba szukać: ja i Ciacho. Ja najchętniej kupiłabym wielki aparat i wciąż cykała zdjęcia a później je oglądała, drukowała do albumu, ustawiała na tapetę, albo chwaliła się nimi na Instagramie i facebooku... A Ciacho? On nawet nie obejrzał jeszcze nigdy w życiu żadnego filmu z wesela i odkąd jesteśmy razem ani raz nie wyszedł z inicjatywą jakiegoś zdjęcia :D
Frido! Nawet nie wiesz, jak bardzo pomogłaś mi tym wpisem. I nawet nie wiesz, jak bardzo się z Tobą zgadzam. W XXI wieku nie da się żyć totalnie bez informacji. Świat się zmienia - to jasne. Ale coraz bardziej giniemy w natłoku informacji. Iluż ludzi pcha się do świata popularności? Te wszystkie blogi o modzie, gdzie wystarczy mieć bogatych rodziców, którzy będą sponsorować ubrania, a my staniemy się rozpoznawalni w Internecie i na ulicach. To mnie przytłacza. Bo kiedyś ludzie nie byli tak zapatrzeni ww wszystko to, co przyniósł XXI wiek. Ktoś miał komputer, fajnie, ale i tak się wolało pokopać piłkę na dworzu. Ktoś miał telefon - to była Nokia, cegła, która nigdy nie ulegała zniszczeniu, a nie to co dzisiejsze smartfony - smartfony, które pękają po dwóch miesiącach.
OdpowiedzUsuńKiedyś przyjeżdżało się do dziewczyny, by z nią pobyć. Dzisiaj pisze się SMS'y. Smutne.
Co do Wooda - zazdroszczę. Mając takich rodziców jakich mam ja, żyjąc w takim środowisku nie da się pojechać. Ale to wszystko przede mną. Mam nadzieję, że za rok, lub za dwa, będę mogła uczestniczyć w tej imprezie, ale nie będzie tam gwiazd pokroju Mroza, jak w tym roku.
I kurde, ja bym chciała żeby zdjęcie mojego wniebowziętego ryja było nie tylko w Twojej głowie. Bo fajnie byłoby patrzeć na swoją radość, po prostu. Ale ja to ja xD Uwielbiam zdjęcia i wypełniać swoje albumy. Na fejsa też se czasem lubię coś pierdolnąć xD ale właśnie, później, na spokojnie, a nie teraz natychmiast, gdy ucieka zabawa, bo muszę pokazać ludziom, że naprawdę jestem tu, gdzie od tygodnia mówię, że będę xD chociaż czasem żałuję, że zapominam robić zdjęcia, bo to fajna pamiątka zawsze. W sumie to pewnie pokazuje, że się dobrze bawię xD Ale na Sylwestra musimy porobić zdjęcia, chociaż na początku! :D i nie tego nie odpuszczę :D
OdpowiedzUsuńI tak dość smutno mi... Bo chcę kontaktu z krwi i kości, a za Chiny go nie mam. Muszę wchodzić na fejsa, bloga. A nieraz nie mam ochoty.. Wchodzę, bo uświadamiam sobie, że jak tego nie zrobię, nikogo nie będzie, a ja chcę, żeby ktoś był nawet iluzorycznie. Jestem na to skazana, mimo że pragnę czegoś zupełnie innego. Właśnie tego, by zadzwonić, zapytać, czy ktoś wpadnie i usłyszeć: "jasne". Prosta potrzeba prawie nigdy nie zostaje zaspokojona, bo istotnie, ludzie wolą istnieć w sieci.
OdpowiedzUsuńZdjęcia zastępują chyba te historie, osobiste przeżycia - łatwiej coś wrzucić, polajkować niż na przykład napisać. Jeśli już, wolę bloga, gdyż umiem wyrażać się za pomocą słowa pisanego, a także wiem, kogo to choć trochę obchodzi. Dany człowiek nie ma potrzeby, nie komentuje, zaś lajka można dać machinalnie, obłudnie albo licząc na rewanż, Komentarzy też to dotyczy, mam jednak wrażenie, że w dużo mniejszym stopniu.
Napisał człowiek z innej epoki :D
Mam fejsa od kilku dobrych lat, używam codziennie. Mam w telefonie aplikację co dla mnie jest bardzo przydatne. Fejs służy mi przede wszystkim do pisania ze znajomymi, wymieniania informacji ze studiów no i do dowiadywania się co dzieje się u tych znajomych, którzy są na fejsie bardzo wylewni i dzielą się każdą chwilą;D Nie no, posty tych, którzy dzielą się wszystkim to sobie poukrywałam, bo mnie wnerwiały ;D
OdpowiedzUsuńSama na fejsa prawie nic nie wrzucam. Mam zdjęcie profilowe. Jakieś 2 miesiące temu je zmieniłam na nowe, bo poprzednie miało kilka dobrych lat. A 2 tygodnie później wymieniłam je na inne ;D No i wrzuciłam słownie 4 zdjęcia z absolutorium. Presja grupy, wszyscy wrzucali, to ja też ;D I to by było na tyle mojej aktywności ;D Kto ma wiedzieć co się u mnie dzieje na co dzień, ten wie i nie potrzebuje do tego fejsa.
Pisałam pracę licencjacką o portalach społecznościowych, głownie właśnie o facebooku. No i generalnie po badaniach mogłam wysunąć jeden prosty wniosek- te osoby, które badałam nie wyobrażają sobie życia bez portali społecznościowych. No cóż, takie życie. Lepiej to chyba nie będzie ;D
Uwielbiam robić zdjęcia, w ten sposób kolekcjonuję wspomnienia,a raczej ich namacalne dowody. Kiedy byłam mała, wszędzie, gdzie jechałam, kupowałam pamiątki. Na szczęście wyrosłam z tego durnego przekonania, że obkupienie się w duperele to dobry pomysł. Teraz pstrykam foty. Ale nie robię dużo zdjęć temu, co widzę - wolę swoje zdjęcia i zdjęcia z innymi, w miejscach, które mnie urzekają. Mam na ścianie dwie tablice, na których roi się od zdjęć; z wyjazdów, koncertów albo ważnych czy dobrych chwil. Nie dlatego, że inaczej bym o tym nie pamiętała; po prostu widząc je, cały czas patrząc na nie, jest mi lepiej, gdy mam zły dzień. Bo wiem, że takie chwile i tacy ludzie są w moim życiu. Natomiast na Facebooku się zbytnio nie uzewnętrzniam. Mam parę zdjęć, jeśli chcę mieć więcej - wrzucam na Instagrama. To taki mój fotograficzny pamiętnik. :) Najbardziej denerwuje mnie, gdy ktoś wrzuca całe albumy z wyjazdów albo np. zdjęcia swoich dzieci... No cóż, jedno zdjęcie to jedno, a milion to już przesada. Chyba warto znaleźć złoty środek. ^^
OdpowiedzUsuńPozdrawiam. KLIK
A ja bardzo lubię robić zdjęcia i co więcej - lubię wrzucać je na fejsa, bo szybciej pokażę je właśnie tym ludziom, którym chcę je pokazać, zanim każdemu wysyłać z osobna. Bo większość moich "znajomych z fejsa" to właśnie dobrzy znajomi i najlepsi przyjaciele, tudzież osoby z bloga. A co do kijków z selfie... cholera, Hub u nas taki miał i wyszła naprawdę zajebista pamiątka gdy staliśmy pod sceną tuż przed rozpoczęciem - dwie serie kilkudziesięciu zdjęć, z których właściwie wrzuciłam dwa, bo właśnie - byłam tam. Choć przyznam,że sama zrobilam wielkie oczy, gdy wyjął ten kijek z kieszeni. Jednak gdy trzasnął seryjkę zdjęć i schował go z powrotem, szalał i skakał później na koncertach tak samo jak my. Więc może jakimś cudem udało mu się to wszystko czerpać bardziej namacalnie. Ba, ja jestem o tym przekonana :) Sama jednak swojego telefonu na koncert nie wzięłam ani razu, bo po co miałam się bać, że mi wypadnie?
OdpowiedzUsuńI cóż, pozostaje mi żałować, że nie poznałam dawnego Woodstocku, ale... właściwie nie. Nie będę żałować. Bo sądzę, że dopóki daje ludziom którzy jeżdżą na niego W TYM MOMENCIE szczęście, to wszystko pozostaje na swoim miejscu ;)
A co do irytacji fejsbukowych i ogólnego znużenia - mnie tymczasem irytują (i też doprowadzają do chęci usunięcia się z tego portalu) "dyskusje" osób na forum publicznym na tematy, o których pojęcie mają tylko one. No ale "niech wszyscy widzą". Na szczęście istnieje opcja "przestań obserwować" :) I już się człowiek nie irytuje. Bo wychodzę z założenia, że po prostu szkoda nerwów.
zdjęcia to dla mnie (zaraz po blogu) jedyny sposób ZACHOWYWANIA wspomnień. w sumie to się u mnie uzupełnia z blogiem, bo piszę posty wstawiając zdjęcia, potem wracam do tych postów sprzed 3 lat i płaczę ze śmiechu nad moją głupotą :D
OdpowiedzUsuńNo tak, Ty nie masz potrzeby wrzucać inni mają. Wiesz, różni ludzie, różne potrzeby, różne zestawy panvitan :P
OdpowiedzUsuńA tak całkiem serio też nie czaje tego ciągłego wrzucania. Osobiście facebuka mam dla znajomych zamkniętego. Od świeta wrzuce jakieś swoje foto, a resztra rzeczy, typu linki, filmiki , muzyka, to w zasadzie bardziej dla mnie, niż dla świata, bardziej bym ja pamiętała gdzie to znalazłam, albo wręcz po to bym nie musiała znowu szukać. Poza tym FB traktuje jak odmienne gg (bo tak ostatnio nikogo), na ktore zalogowana jestem również pod Nazwiskiem literackiem, a nie prawdziwym. Rozmawiam z ludźmi rozsianymi po świecie, głownie po Polsce, takimi, z którymi nei mogę już teraz wyjśc na piwo. Ze ślubu wrzuciłam tylko dwa zdjęcia, jedno bo wyglądałam jakbym nie dowierzała, że za mąż wyszłam a drugie, bo mi się zwyczajnie podobało, teraz pochwaliłam się zdaniem prawa jazdy, ale moja lista znajomych a tym samym osób ktore moga to widzieć jest naprawdę ograniczona. Każdy się kiedyś tym zachłysnął. Nie wiem czy wszyscy z tego wyjdą.
Na pewno wiem, że od sieci się nie odetne, ponieważ tu, gdzie jestem, tak naprawdę mam tylko męża i teściową. Muszę czasem z kimś innym pogadac, nie? :) Jednak, podobnie jak ty nie mam potrzeby cop chwile wrzucania cudów wianków :P
no cóż trudno się z Tobą nie zgodzić, te dodawane zdjęcia to pewnie faktycznie tak jak to mówisz głównie po to by pokazać innym jacy fajni jesteśmy i jak potrafimy się bawić, jak jest nam dobrze, chociaż nie wiem jak zdjęcia mogą o tym świadczyć, te kijki do selfie, dziwne to ale jak to ma pomóc w zrobieniu lepszego zdjęcia to czemu nie, dużo gorsze jest robienie sobie zdjęć w niebezpiecznych sytuacjach, np jak ten facet, który skoczył z mostu na Wiśle i zginął tylko po to żeby zrobić sobie zdjęcie w locie, naprawdę głupota.
OdpowiedzUsuńJak zobaczyłam zdjęcia "malowanych laleczek" na woodstoku, to zadałam sobie dziś pytanie po co one tam pojechały?? Chyba tylko zrobić sobie sweet focie z kija właśnie. :P
OdpowiedzUsuńMnie już to wszystko na fejsie nie rusza. Ja po prostu tak nie wchodzę. Może kilka razy w tygodniu mi się zdarzy, jednak najczęściej, dopiero gdy dostanę powiadomienie na telefon, bo po prostu fb mnie znudził. Może faktycznie ten ekshibicjonizm mnie znudził? Nie wiem.... Póki co - nie usunę, bo na uczelni bym zginęła bez niego. Niestety. :P
Więc ja jak na razie ani fajna, ani cool nie jestem, bo nadal nie mam fb ;D. Choć on kusi, a kusi chyba tylko i wyłącznie, właśnie lepszą możliwością kontaktu, bo tam są wszyscy, ale jak na razie cały czas dobrze mi z tym, że go nie mam, choć przychodzą te fale, gdy przydałby się, jednak wtedy, po chwili jakoś od razu mi przechodzi i takie wpisy jak Twój też mnie umacniają w tym przekonaniu. A ile ja się nasłucham, jak ja wgl. daję radę itd. itp., że w końcu zmięknę, ale jak na razie jestem twarda :D.
OdpowiedzUsuńWiesz… Tak właśnie sobie nad tym wszystkim myślałam ostatnio i stwierdziłam, że może zbyt głupia jestem żeby to zrozumieć, bo po co jedzie się na wakacje? Żeby wstawiać co chwilę zdjęcie ze sztucznym uśmiechem i informować jak to jest cudownie? Jest się na imprezie i pisze się o tym na fb?! No to słaba chyba musi być ta impreza… A najlepsze są koncerty! Gdzie zastanawia mnie po co tam wgl. ludzie przychodzą… Bo przez większość koncertu trzymają te swoje smartfony w górze i nagrywają, czy sama nie wiem co robią… Śmiać mi się z tego chce, naprawdę, wręcz współczuję…
Zdjęcia bardzo lubię robić (może kiedyś częściej niż teraz), ale hmm bardziej chyba naturze, też nie tylko, są to raczej zdjęcia nad którymi później ja sama się rozpływam, że udało się, wyszło tak ładnie, ma coś w sobie! ;D. Oczywiście przy jakichś okazjach, szczególnie rodzinnych, swego czasu biegałam z aparatem i wszędzie go wtykałam, ale już na imprezach w swoim gronie raczej nie, nie ma na to czasu ;D. Alee wtedy ktoś inny wyręcza, wtykają wszędzie te swoje smartfony i ‘ no chodź zrobimy sobie zdjęcie, tak na pamiątkę, żeby było co na fejsa wstawić’ (!). Tak, więc po kilku próbach tłumaczenia po co, dlaczego i wgl. dlaczego fejs, grzecznie się uśmiecham, zdjęcie zrobione, ‘aparat’ schowany.
A co do zdjęć robionych przez oczy… Ja się kiedyś zastanawiałam czy jakby nasze oczy mogły nakręcić film, taki film z naszego życia, to czy komukolwiek byśmy go pokazali ;).
(‘Jeśli ktoś robi naprawdę profesjonalne zdjęcia ( a nie kijem do selfie) niech je publikuje cholera’ - kocham to zdanie ;D, widzę, że z kijem do selfie się nie zakolegujecie ;D).
Chyba miałyśmy szczęście, że tak późno dany nam był dostęp do Internetu. Ja się tam cieszę z takiego rozwoju wydarzeń :) Na temat zacnego Facebooka i ludzi, którym na jego tle odbiło, już sobie rozprawiałyśmy mailowo, więc moje zdanie znasz :) Faktem jest, że presja straszna się zrobiła i wciąga innych jak wir, bo oglądając profile tych aktywnych to człowiek zaczyna myśleć, że coś z nim nie tak, bo "mój profil taki nieciekawy, mało zdjęć, rzadkie posty". I się zaczyna. A jak piszesz - lepiej doznawać tu i teraz, niż odtwarzać później. Strasznie się teraz wszystko pod publiczkę robi...
OdpowiedzUsuńFrido, dużo w Twym poście dojrzałości, ale wiesz z czego ona wynika?
OdpowiedzUsuńTY już TO przeżyłaś. Wiesz jak to jest, wiesz że nie ma się czym fascynować, tylko trzeba to wziąć na spokojnie.
Myślę, że przypomina to ludzkie marzenia o zdradzie. Jeśli w sypialni jest tylko "ciepło", to ludzie marzą o tym, żeby spotkać kogoś, z kim będzie wrzało. Dochodzi do zdrady i co? Było tylko ciepło, bo żeby wrzało, ludzie muszą się poznać, zawierzyć sobie, oddać swój los w czyjeś ręce. I okazuje się, że docenia się "stare, przechodzone" małżeństwo/partnera.
Myślę, że podobny mechanizm rządzi bycie cool, pod samą sceną. Kiedyś się wypali w człowieku ten pęd do unaoczniania swego życia innym, nawet gdyby to były migawki z WIELKIEJ IMPREZY.
Ot życie.....Trzeba wydorośleć ;)
A ja lubię robić zdjęcia. Zatrzymywać chwile, łapać je w ujęcia, żeby później, za kilka, kilkanaście lat, móc sobie to wszystko obejrzeć, bo doskonale wiem, że moja pamięć szwankuje. I choć udaje mi sie pamiętać rzeczy sprzed X lat, to nie wiadomo jak za parę lat będzie. Co do facebooka - wszystko jest dla ludzi, jeśli korzysta się z tego z głową. Rozumiem, co masz na myśli, jednak wychodzę z założenia że w swoim gronie znajomych na portalu mam tych, którym chcę coś pokazać i to nic złego - w końcu do czegoś to zostało stworzone - mniej więcej.
OdpowiedzUsuńwiesz, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc może nie trzeba do tego tak kategorycznie podchodzić. kazdy się sobą i swoją przestrzenią rządzi na swój sopsób, a jak coś nam nie pasuje, to może trzeba tego unikać :)
Kijki do selfie - też nie rozumiem tej idei. A poza tym ja lubię robić zdjęcia, uważam, że to są właśnie moje wspomnienia. Nie gromadzę pamiątek - figurek, znaczków, pocztówek etc. - gromadzę zdjęcia. I myślę, że gdyby ktoś zabrał mi możliwość fotografowania wszystkiego i wszędzie, to załamałabym się. Ale zgodzę się z fejsem. Ludzie zamiast cieszyć się chwilą, muszą te chwilę wstawic na faceebooka. Lajki, komentarze, a w przerwie rzeczywistość. Mam 20 lat, a nie wstawiam całego swojego życia na "fejsbukowgo łola"... chyba jestem staroświecka.
OdpowiedzUsuńhttp://hd-emi.blogspot.com/
Koleżanka wpadła na Woodstock z swoimi znajomymi. Zapowiedziała, że przez czas imprezy jest nieuchwytna prawie w żaden sposób (może smsowy, ale nie chciałem jej przeszkadzać; w końcu, jak słusznie zauważyłaś, jest tam po to, by się bawić, a nie po to, by patrzeć w telefon). Myślę, że to... słuszna decyzja?
OdpowiedzUsuńPoza tym, zabawne, ale mam dwie koleżanki, które robią sobie miliony selfie. Wszędzie. Dosłownie.
I zawsze słyszę pytanie "To może wspólne selfie?". Drażni, ale co poradzić. :)
Na szczęście to chyba bardziej troll, żeby mnie rozdrażnić. Mam taką nadzieję.
Smuci mnie widok ludzi, którzy eksponaty w muzeum widzą tylko przez ekran swoich telefonów i aparatów. Idą, cykaja zdjęcia i nawet nie wiedzą czemu. Ale w sumie i tak duma, że do tego muzeum poszli. Chociaż jeśli tylko po to, by potem się jarać swoim obyyyyyyciem w świecie...
OdpowiedzUsuńKijki do selfie to badziew jakich mało. Kijem przez szmatę bym nie tknęła. :p
Inne stwierdzenie: nie masz fejsa, nie istniejesz. Że co?? Losie...
Ale też powiem Ci, że więcej syfu typu patrzcie jak ja się doskonale bawię, hehe, heszke w meszke jest na Snapchacie. Mam to, lubię dorysowywać jakies rzeczy albo znalezc alternatywny sposob na rozmowe z kims... ale bez parcia na szklo. Koniec transferu to nie koniec zycia.
Malo robie zdjec, zwykle robi je ktos inny, a ja i tak zapominam je zgrać. Kurde, chłonę wrażenia, nie mam czasu na robienie zdjęć! Ale zawód fotografa szanuję, jak i całą sztukę fotografii. Ale nie należy do niej publikowanie rozmazanych zdjęć browarów pt. "Aaaasienaebaem "
No:D dobranoc:D
Z tego, co obserwuję wśród znajomych, nawet na wspomnianym facebooku Woodstock jest teraz takim "bo wypada". Możesz zapytać kto gra, kogo lubi - nie będzie wiedzieć, ale pojedzie, bo tam wypada być.
OdpowiedzUsuńMy się już dwa lata zbieramy żeby jechać, ale ja ciągle jeszcze nie chcę. Nie chcę tam jechać, bo wypada, albo bo Narzeczony mnie namówił. Chcę tam jechać, znać choć garstkę tych, którzy wystąpią, iść na koncert bo będę chciała iść, a nie dlatego że znajomi będą szli.
a facebook? dla niektórych życie już dawno przestało być sprawą prywatną, muszą pokazać absolutnie wszystko.:/
Wszystko się zmienia i to jest raczej nieuniknione.
OdpowiedzUsuńWidzisz, ja z kolei publikacją zdjęć chcę zarabiać kiedyś na życie. Ale takich zdjęć, które coś w człowieku wzbudzą. Obrazem generalnie lepiej mi się "mówi", "opowiada". Łatwiej mi przekazać pewne informacje. Jednak masz rację - kije do selfie, zdjęcia potraw na fejsie a co gorsza - dzieciaków... to już jak dla mnie szczyt i obdzieranie się z własnej prywatności. Ludzie stają się mniej wrażliwi na to, co dla nich ważne, gdyż wszystko idzie w obieg. Czytam teraz ciekawą książkę na ten temat: "Ślepa wiara" Bena Eltona, kojarzysz?
OdpowiedzUsuńSzkoda, że ludzie stali się wirtualni zamiast realni. Nie spotykają się, by opowiedzieć i pokazać zdjęcia choćby z Woodstocka - wystarczy wrzucić, podpisać i porozmawiać w komentarzach do zdjęcia.
OdpowiedzUsuńOdnajdują się w internetach, piszą nie wiadomo jak pięknie a na randce - jakby inne osoby!
Kije do selfi... zdjęcie z kija, zamiast dawnej słit foci z rąsi. Pojebane!
Mnóstwo się drze na fejsie, że istnieje, a ja tymczasem tam tylko wchodzę, znajomych tak naprawdę nie mam (po tegorocznych urodzinach wypieprzam wszystkich, którzy nie wyślą mi życzeń, nawet z automatu - widzą komunikat a nie wiedzą o kogo chodzi).
Czy naprawdę aż tak bardzo musimy być tam, gdzie nigdy nas nie ma, tam, gdzie nikt nie dotknie naszego ciała, nie przytuli? - mogę zapytać: czy każdy musi być w związku? Czy każdy musi zdobywać, by pochędożyć (sama mówiłaś, że to niezła zabawa)? Czy każdy, kto nie miał partnera to życiowa niedojda?
Zwykli ludzie często nie odnajdują się w tym wirtualnym świecie, a autystyczni w szczególności!
Na co dzień są spychani w odmęty społeczeństwa. Dzisiaj żyją gdzieś głęboko w wirtualnej norze, gdzie nawet nikt nie zagląda, by sprawdzić, czy ktoś w niej jest.
We wrocławskim jeszcze nie byłam ;)
OdpowiedzUsuńPrzyznaję się bez bicia, że miałam photobloga i mam instagram. I że od czasu do czasu zmienię zdjęcie profilowe na facebooku. Ale co mnie denerwuje? Spam zdjęciami dzieci. Albo byłam na kilku koncertach. Fakt, zrobiłam kilka zdjęć sceny przed rozpoczęciem, ale w trakcie koncertu było mnóstwo ludzi, którzy z telefonami stali cały czas. Ich wybór, ja wolałam się bawić ;)
Czasem tak sobie myślę... a nawet jestem tego pewna...gdyby nie fejs wszyscy by o mnie zapomnieli. Mijając na ulicy z trudem przypominali skąd mnie znają.,, Woodstock... Moje odwieczne marzenie. Będę tam kiedyś i zrobię zdjęcie, żeby wnuki uwierzyły :D Jeśli w ogóle będą mieli pojęcie o tym czym był Woodstock...
OdpowiedzUsuńTak się zastanawiam, czy u Ciebie na fejsie jest Królik? Dziś gdy wypatrywałam Perseidów siedział mi w głowie...
Ja to w ogóle jestem starodawna ;) Gdyby nie to, że przez fejsa miałam stały kontakt z promotorem pewnie nigdy bym go nie założyła :P Moje zdjęcie profilowe od pięciu lat nie zmieniło się ani razu, nie dzielę się ze światem informacją w jakim obecnie jestem nastroju czy coś dziś z rana zjadłam na śniadanie. Nie bawią mnie tego typu "zwierzenia" i szczerze mówiąc czytając wpisy niektórych czuję się zażenowana...
OdpowiedzUsuńZdjęcia? Owszem jakieś tam mam, ale ich ilość nikogo na kolana nie powali :)
Co do samego robienia zdjęć :) Daru do ich robienia nie mam, ślepa jestem więc zawsze ominę to co istotne :P ale pstrykam amatorsko sama dla siebie :) głównie robię zdjęcia Młodej :) czas tak szybko ucieka, a ja chcę żeby kiedyś miała pamiątkę z dzieciństwa :)
Ściskam :)
Chyba na jednym Woodstocku stałyśmy pod tą samą sceną :)
OdpowiedzUsuńJa swoją euforię Facebookiem mam za sobą i używam go umiarkowanie. A już na pewno nie wrzucam tam 10 zdjęć dziennie, które przedstawiają moje dziecko. Trochę prywatności mu się należy - jak dorośnie sam będzie decydował.
Byłam przekonana, że już skomentowałam ten post... No nic.
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że niektórzy zapomnieli, że fb ma być udogodnieniem, a nie ich całym życiem.
Poza tym współczuję dzieciom, których zdjęcia pojawiają się na fejsie jeszcze przed ich urodzeniem, a później każdego dnia. Choć może kiedy już dorosną, takie akcje będą normą? Oby nie.
Sprawdź maila :)
OdpowiedzUsuńW razie czego (gdyby był jakiś problem) odezwij się na maila: botaklubieijuz@gmail.com