wtorek, 21 lipca 2015

O tym że potrzebuję zapachu gorzkich ziół i tętna podziemnie bijących źródeł, czyli o pewnym małym marzeniu i w gruncie rzeczy o miłości

Wonna mięta nad wodą pachniała,
kołysały się kępki sitowia.
Brzask różowiał i woda wiała
wiew sitowie i mięte owiał.

Nie wiedziałem wtedy, że te zioła,
będą w wierszach słowami po latach
i że kwiaty z daleka po imieniu przywołam
zamiast leżeć zwyczajnie nad wodą na kwiatach.

Nie wiedziałem, że będę się tak męczył
słowa szukając dla żywego świata
nie wiedziałem, że gdy się tak nad wodą klęczy
to potem trzeba cierpieć długie lata

Wiedziałem tylko, że w sitowiu
są prężne, długie i wiotkie włókienka
że z nich splotę siatkę leciutką i cienką,
którą nic nie będę łowił.

Boże dobry moich lat chłopięcych
moich jasnych świtów, Boże święty!
Czy już w życiu nie będzie więcej
pachnącej stawem mięty?

Czy to już tak zawsze ze wszystkiego
będę słowa wyrywał w rozpaczy
i sitowia, sitowia zwyczajnego
nigdy już zwyczajnie nie zobaczę?

Ten wiersz Tuwima pojawił się w mojej głowie, gdy wsiadałam do pociągu, wracając wczoraj wieczorem do swojego „domu”. Do Poznania. Był w tym momencie tak bardzo mój.

Na jeden dzień tylko z Mężem pojechaliśmy na moje „bagna”. Do miasteczka, którego nie znoszę. Do mamy, którą kocham. Do lasów, w których odżywam. Do stawów i jezior, w których gubię buty. W których, jak się nieraz okazuje, zgubiłam i duszę. Dorastając tam, zbierając gorzkie zioła. Zbierając pachnącą miętę.

Mogę powiedzieć, że tęsknię za domem. A raczej, tęsknie za lasami, pachnącą zielenią i bieganiem boso po igliwiu. Tęsknię za zbieraniem ziół, wyprawą o wschodzie słońca wśród drzew, wyprawą nocną, gdy można patrzeć w nieskażone łuną miasta niebo i obserwować gwiazdy. Tęsknię za naszą wspólną rozkoszą, moją i Męża na posłaniu z mchów, za świetlikami, które przecież właśnie u mnie zawsze były. Tęsknię za obserwowaniem dzików z tak bliska i dzikimi, niewyleniałymi lisami, które jak w mieście podchodzą do domów wypatrując okazji do upolowania myszy lub królika. Tęsknię za zapachem gorzkich ziół, które już teraz właśnie są w pełni rozkwitu. Redcar nawet była świadkiem mojej pijackiej tęsknoty, gdy w środku miasta, robiąc po prostu siku w krzakach znalazłam jedno z nich. Gdy z zachwytem urwałam gałązkę i prawie płakałam z zachwytu i wzruszenia. Tak, to ten zapach, zapach, który dosłownie wręcz chciałam wetrzeć w swoją skórę. Ten, który w mieście tak szybko uleciał.
Tęsknię za zapachem wody, ropuchami na progu, choćby i one miały zwiastować śmierć.

Potrzebuję tego, potrzebuję pachnącej mięty, potrzebuję wyprawy do prawdziwego lasu, gdzie patrzy się w oczy dzikim zwierzętom i człowiek czuje się jednym z nich. Bo takim zwierzęciem jest.

Tkwi we mnie dzika kobieta, dzikie zwierzę, które musi widzieć w pełni świecące gwiazdy i zwierzę, które w zachwycie słucha o świcie śpiewu innych. Zwierzę, które w mieście usypia, które w mieście jest jak w klatce, o czym już nieraz mówiłam. Zwierzę, które boi się, że zapomni, jak pachnie mięta. I tylko na starość w odorze spalin będzie z trudem z pamięci wyrywać smak naleśników z akacją, zapach zbieranego w sierpniu krwawnika i suszonej nadwodnej mięty, która przecież zimą jest tak potrzebna. Jestem dzikim zwierzęciem, zawsze byłam. A od jakiegoś czasu o tym zapominam i tylko gdy wyjeżdżamy, na moje bagna lub w góry, gdy zdobywamy najdziksze szczyty przypominam sobie o tym i przepełnia mnie niesamowita energia. Energia, która zamiera kąpana tylko wodą wodociągową i siarkowym deszczem. Energia, która karmi się żyłami wodnymi i musi karmić się śledzeniem ruchów nocnych zwierząt.

Ten jeden dzień, w którym pojechaliśmy do mojego domu, dał mi więcej energii po wszystkich obecnych stresach niż każdy wypad ze znajomymi nad Wartę czy spacer po parku. Jak to śmieje się mój Mąż, jestem jego rusałką, jego nimfą, którą wyrwał z bagien. Jestem dziwnym stworzeniem, którego skóra zawsze pięknie pachnie, gdy położy się na igliwiu albo na polu ze świeżo ściętym sianem. Kiedyś byłam dzika i ta dzikość zawsze będzie we mnie tkwić. Ta, która nie przejmuje się żadnym konwenansem i przyciąga bezpańskie koty. Ta, która kazała rozmawiać z ropuchami, ta, która każe czcić drzewa. Bo przecież to lasy są moją świątynią, to do nieba i drzew się modlę i opowiadam im rozliczne historie. A one szepczą mi. Kiedyś słuchałam ich co dzień. Dziś, muszę nieraz się wsłuchać wytężyć swój słuch, wytężyć wzrok, by zobaczyć niedostrzegalne.

Pamiętam, przecież to ja uczyłam tylu „mieszczuchów” jak słuchać. Swojego Męża, nigdy nie zapomnę jego zdziwienia, gdy zgubiliśmy się w lesie i byliśmy głodni, a ja pokazywałam mu, którymi ziołami napełnić brzuch. Pokazywałam najpłochliwsze ptaki i uczyłam, co najlepiej rośnie w której ziemi, chociaż to przecież on powinien być ekspertem. Nie zapomnę zdziwienia Królika, gdy nakrzyczałam na niego mówiąc, że pewne miejsca w lasach są święte i ma zdjąć buty. Są święte dla korzeni tkwiących w ziemi. Gdy mówiłam mu jak ma rozmawiać z siostrami ropuchami i nigdy nie podchodzić do jelenia, gdy zrzuca poroże. Gdy uczyłam nawet własną siostrę, bo ona, choć wychowana w tym samym miejscu, nigdy nie czuła aż takiego pędu, zewu natury i nie uciekała o 5 rano do lasu, żeby zobaczyć ptasie gody.
Kiedyś to ja uczyłam innych, tak wsiąknięta własnymi żyłam i tętnicami w obieg wody pod ziemią. Teraz ja sama nieraz się gubię, odcięta przez większość czasu od prawdziwej zieleni, a nie miejskiej imitacji. Teraz ja zamieram. Widzę to po swojej duszy, a co gorsza, widzę to po ciele, które kiedyś, pełne energii biegało po lasach, dziś ledwo spaceruje szukając dawnych stóp i nóg, śladów sarniej swobody. Potrzebuję czasu by to odzyskać. Potrzebuję też swojej ziemi.
Nie chodzi bowiem o powrót. Chodzi o zieleń i bliskość bogów, tak naprawdę, o nich, bo przecież i oni zamierają w betonowej dżungli. Budynki, budynki choć piękne, to szare. W nich tętni inne życie, niezgodne z moim sercem, które przywykło do szumu strumienia i zapachu mięty nad wodą. Serce, które kazało stopom brodzić w bagnie nieraz.

Rozmawiałam o tym z Mężem podczas naszego porannego spaceru po lesie. On także potrzebuje tej dzikości. Potrzebuje zieleni i szumu strumieni, on potrzebuje też gór, medytacji na szczytach i wysiłku, by wznieść się ponad chmury, tak jak najdosłowniej człowiek może. Aż boli mnie fizycznie, gdy widzę ból jego świadomości, że w tym roku żadnego szczytu nie będzie, bo nie przeskoczymy pewnych rzeczy. Ale w tym roku nie przeskoczymy pewnych rzeczy...ale mamy wspólne marzenie, które chcemy ziścić. Swoją wspólną drogę, drogę powrotu. Powrotu do pachnącej nad stawem mięty i sitowia na wyciągnięcie ręki.

Być może jesteśmy dziećmi cywilizacji. Korzystamy z prądu i mamy ciepłą bieżącą wodę. Karmimy się mądrościami filozofów i oglądamy głupoty w internecie. Ale nie chcemy płacić za to wielkiej ceny, tak wielkiej, jak większość ludzi. Bo cywilizacja jako taka, choć ułatwia nam życie, sprawia, że nasze ciała żyją dłużej...sprawia, że zanika nam dusza. Zielona dusza o dzikich oczach kota. My nie chcemy jej stracić, za nic. To nas wspaniale łączy, to sprawia, że w drodze stajemy się jednym jeszcze bardziej, niż kiedy stajemy się jednym ciałem w sypialni świątyni drzew. Wiecie, tam najbardziej i najprawdziwiej czuć rozkosz. Ale może nie powinnam o tym.

Jesteśmy dziećmi cywilizacji i płacimy za to ogromną cenę. Mam wrażenie, że kobiety jeszcze większą niż mężczyźni, bo to nasze dusze i nasze ciała przywykły do słuchania naturalnego rytmu, który w labiryncie betonu jest zagłuszony. To my tracimy swoją duszę, płodną i żywą, tracimy blask oczu wpatrujących się w księżyc. To my, piastunki opowieści i dawne wiedźmy, tracimy najwięcej. A wraz z nami tracą mężczyźni. Wszyscy razem gubimy się w hałasie i nie pamiętamy ciszy, która ma w sobie tylko szum gałęzi na wietrze i dźwięk opadających na suchą ziemię kropel. Stajemy się nienasyconą ziemią, schnącą, jałową. Ziemią, na której nic nie może urosnąć. I tylko od czasu do czasu wyrywamy się, mówimy, jak było pięknie i wracamy. Wracamy przed ekrany komputerów, nawet nie wiedząc, co widzieliśmy.
Często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, co tracimy. Jak wielki brak odczuwamy. A nasza dusza usycha, a wraz z nią dawni bogowie pełni zieleni uśmiechu i niebezpieczeństwa ostrych kłów. Dawni bogowie, którzy kiedyś tak bardzo tkwili w nas. Często nie wiemy, co w nas obumiera.
Czasem mam wrażenie, że pokolenie wiecznej depresji, tak wiele bólu i tak wiele smutku bierze się właśnie stąd. Człowiek został oderwany od własnych korzeni, wyrwał się sam betonem i spalinami boleśnie z ziemi a teraz schnie, porzucony, sam przez siebie porzucony, schnie jak zioło wyrwane z korzeniami, ale nikomu niepotrzebne. Spalane słońcem tak, że nie przyda się na żaden lek ( tak tak, ziół nie suszy się na słońcu, kolejny banał, którego kiedyś uczyłam). Czasem mam wrażenie, że to właśnie ta cena, za coś, co nazywamy „postępem”. Głos, którego zew boli,a którego nie potrafimy zrozumieć. Głos, który słabo, cicho podszeptuje naszemu sercu ten wielki brak. Brak, który przecież tak łatwo zaspokoić. Tak łatwo zbratać się ze starymi bogami w naszym sercu ( jeśli ktoś nie zrozumiał, bogowie to tym razem swoista metafora, nie dosłowność).
Choć...może wcale nie jest tak łatwo, bo świat ma takie oblicze, jakie ma. Świat to beton i postęp. Świat to ścinane duchy drzew. Świat łaknie może i nawet zrównoważonego rozwoju, posadzi drzewko w mieście. A ja chcę więcej. Ja znałam więcej i więcej potrzebuję. Ja chcę swojej ziemi. Jestem kobietą, która musi sadzić i ścinać. Jestem tą, która musi chodzić boso.

Ja nie chcę tak żyć, usychając. Nie chcę namiastek

.Ja chcę mieć swój kawałek ziemi. Ja chcę czuć zapach mięty, dosłownie, zamiast słowa i wspomnienia tylko wyrywać w rozpaczy. Ja chcę mieć duszę, o którą stale walczę. Chcę, by osiągnęła spokój pośród drzew i pól. Pośród zapachu gorzkich, sierpniowych ziół z których najlepiej robi się maść na bolące stawy, maść na zwierzęcym łoju. Chcę obserwować narodziny młodych myszołowów i wędrować. Chcę mieć swój kawałek ziemi, której nie pokrywa asfalt i okno, z którego widać drzewa. Może i górskie szczyty. Co więcej właśnie, chcemy tego oboje.

Miasto było dla nas dobre przez parę lat. Przez parę lat, w ciągu których się dojrzewa, przez parę lat, w ciągu których się szaleje, poznaje ludzi. Ale dorośliśmy oboje. I coraz bardziej odczuwamy brak, coraz bardziej odczuwamy ten głos, zew, którego ja słuchałam zawsze, a którego i on przy mnie nauczył się słuchać, wędrując po lesie i kochając się ze mną przy blasku świetlików i skrzeku żab. Coraz bardziej odczuwamy potrzebę powrotu. Do miejsca, z którego pochodzimy i gdzie przynależymy. A raczej nie powrotu. A stworzenia takiego miejsca.

Mamy więc swój plan, o którym rozmawialiśmy tyle razy i o którym mówiliśmy teraz, wracając pociągiem do betonowej dżungli swojego miasta, swojego miasta które cenię, ale w którym nie widać gwiazd.
Mamy swój plan, który nie ma sztywnych ram.
Przez parę jeszcze lat stajemy na nogi. Zbieramy środki, bo przecież to też jest potrzebne w tym świecie. Nie tylko marzenie. Przez parę lat jeszcze tylko wyrywamy się góry, na tydzień, dwa, wędrujemy, czasem siedzimy nad jeziorem, a ja okazyjnie zbieram zioła. Przez parę lat, tyle starczy. Tyle oboje wytrzymamy. Mamy już plan mniej więcej opracowany, na te parę lat, na to, żeby potem przetrwać, choć jak mówiłam, nie ma on sztywnych ram, bynajmniej.

Parę lat, bo są konieczne jeszcze. A potem budujemy dom. Nie mamy wymyślonego konkretnego miejsca, kraju nawet. Gdzieś na świecie, tam, gdzie jest zielono i pachnie igliwiem. Tam, gdzie można wyruszyć w góry, albo nad jezioro. Budujemy swój dom, z drewna, bo taki wbrew pozorom jest najtańszy. Nie musi przetrwać wieków, bo nie będziemy przecież mieć dzieci. Nie budujemy nic dla przyszłych pokoleń. Jeśli o nie idzie, modlę się tylko, by starczyło dla nich lasów. By nie zgubiły się jeszcze bardziej, niż my, w szumie i cybernetycznej miłości.

Ja mam swój kawałek ziemi. Mamy swoją pracę, którą lubimy. Może swój interes bo i na to właśnie nasz luźny plan jest. Na razie szukamy rozwiązań, nie mamy żadnego scenariusza tylko jego zarys, który, jak sądzimy się uda. I nie nie zdradzę szczegółów.

Ale mamy swój dom ,a ja mam swój kawałek ziemi. Ziemi, w której sadzę niektóre rośliny, te, co leczą małe dzieci z kolki i dorosłym leczą ból zębów. Szałwia, może i szałwia bogów, która nieraz pozwoli jeszcze bardziej, w medytacji się z nimi skontaktować. Mam swój kawałek ziemi, a do lasu wcale nie jest daleko. Do lasu i do pól, na którym inni ludzie uprawiają wysokie po pas zboże.
Mamy gromadę kotów i swojego psa, wilka, który wędruje z nami co roku w góry. Półdzikiego psa, którego rozumiemy, bo sami jesteśmy półdzicy. W środku, zawsze półdzicy, jak dawni, jak nasi przodkowie. Jak wszystkie wiedźmy i szeptuchy w mojej duszy, jak wszyscy wojownicy w jego.
Mamy swój kawałek ziemi i leśne świątynie. Może nieopodal górskie szczyty, w które wybieramy się, gdy tylko mamy chwilę czasu, gdy tylko odpoczywamy od pracy. Czasem wędrujemy po świecie, ale nie do innych miast. A do innych dzikich miejsc, w których składamy pokłon dawnym bogom.

Niedaleko gdzieś musi być woda, bo tej potrzebują przecież Rusałki.
I tyle starczy. Widok gwiazd i prawdziwych zachodów słońca, których nie zasłania tak wiele budynków. Zapach mięty. Wyrwanie się z miasta i pozwolenie dżungli oddychać. Nic więcej, nic mniej. On, ja, pies i koty. Las i zieleń. Zbierane jak przed laty przez cały rok zioła i grzyby jesienią.. Gorzki zapach krwawnika i modlitwy w każde ze świąt, modlitwy, dla których miejsca z takim trudem trzeba szukać w mieście.
Wieść i pędzone drogą krowy, domy na skraju lasu. Są jeszcze takie miejsca. Te, w których dusza oddycha i mleko jest prawdziwe. A smaki nie są tekturowe. Tak. Tego nam potrzeba. Do tego dążymy.
Nasz własny kawałek ziemi, prawdziwej ziemi, nie zalanej betonem.


Czasem tylko martwimy się, co zrobimy z tym, że po piwo byłoby daleko. Czasem tylko żartujemy, że musimy nauczyć się go robić od jednego ze znajomych. I wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Czasem tylko mamy nadzieję, odwiedzać nas będą pewne osoby.Znajomi. Ludzie, bo i o nich w życiu chodzi, ludzi kochamy. Mamy nadzieję, że będą wpadać.  I nawet pewnie zostawać na dłużej. Bo gdzie, jeśli nie tam, gdzie słychać dawne szepty, które grają w każdej ludzkiej duszy? A ja już się o to postaram, by słychać je było! I gdzie, jeśli nie tam, gdzie czuć miłość? Bo ta zawsze będzie. Wierzę w to już, już nie mam wątpliwości. Nawet, jeśli kiedyś wszystko obróci się w pył i przeminie. 
A raczej, nie zmieni się w pył. A zieleń, która będzie miłosne echo powtarzać. Tak, to ładna myśl. 



Na zewnątrz w ogrodzie, tam, gdzie zasialiśmy nasiona
Jest drzewo, tak stare jak ja
Gałęzie były uszyte z zieleni
Z ziemi powstały i przeminęły
Po spękanej korze wspiąłem się na szczyt
Wspiąłem się na szczyt, by ujrzeć świat
Kiedy wokół mnie zerwał się wiatr
Aby mnie zdmuchnąć w dół
Chwyciłem się tak mocno, jak ty mnie
Bo zbudowałem dom
Dla ciebie
Dla mnie

30 komentarzy:

  1. Aż mam ochotę wybrać się do lasu. I jakże się cieszę, że paradoksalnie, mieszkając w centrum mojego miasteczka mam do Puszczy Noteckiej żabi skok ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, że blisko tam u siebie masz:) Aczkolwiek, ja bym właśnie już nawet w centrum mieszkać nie chciała miasteczka. Jak już to na uboczu. Właśnie koniecznie, ze swoją ziemią, tak jak się wychowałam. A potem czarne i połamane pazury wiecznie XD

      Usuń
    2. Haha, a potem: "od czego ja mam takie paznokcie ujebane?" XD
      Wiesz, ja nawet jakoś tak tego nie odczuwam, że mieszkam w "centrum". Bo i do Warty mam bliziutko :) Ale fakt faktem, w przyszłości chcę od miasta spieprzać jak najdalej :P

      Usuń
    3. No ja to wiecznie mam ten problem a potem mi się przypomina, a, robiłam coś w doniczkach XD
      Bo jednak blisko to blisko, a swój kawałek to swój kawałek, co?:)

      Usuń
  2. Jak wybudujecie ten piękny dom w środku lasu to kupicie też samochód, żeby było blisko po piwo i dobry internet :P Bo nie wyobrażam sobie, byś wtedy nas nie uczyła o tym jak przeżyć w lesie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I auto może być i internet, ale przede wszystkim kawałek ziemi:) Żeby sobie w nim łamać pazury wręcz:D I świeże powietrze :D A kto wie, może wtedy i ty odetchnąć wpadniesz?:D Pokażę ci szczawik zajęczy, ma świetny smak XD

      Usuń
    2. Z moją mamą byś się dogadała ;p Chociaż ona akurat lubi kwiaty i warzywa :) Nawet szklarnię ze starych okien sobie zrobiła ;p Chociaż na grzyby też lubi chodzić, ja już nie :P W lesie szybko bym się zgubiła, dlatego w razie czego przydadzą mi się Twoje lekcje :D
      I jak już postawicie ten wymarzony dom to nie omieszkam skorzystać z zaproszenia ;p Przyjadę z całą beczką piwa :D

      Usuń
    3. A kwiaty i warzywa też uwielbiam:) Mogłabym i je uprawiać przecież:)
      Ja mam akurat dziwną właściwość- o ile gubię się w miastach, na ulicach, o tyle właśnie w lesie idzie mi o wiele lepiej odnajdywanie się:)
      Spoko, to piwo też brzmi obiecująco XD

      Usuń
    4. Nie wiem czy w lesie byłoby to takie proste, bo tam chyba ciężej nad szkodnikami zapanować, co nie?
      Tylko że w mieście możesz zawsze kogoś zapytać o drogę, ewentualnie sprawdzić mapę, a w lesie to dałabyś mi mapę i tak bym nie wiedziała gdzie jestem :D

      Usuń
    5. Frida - nie wiem z czego to wynika, ale mam podobnie. Wpuść mnie do obcego miasta to po 5 krokach stracę orientację gdzie jestem. A jak tylko wkraczam w las, czuję, że mogę dotrzeć wszędzie i każdą drogą.
      Może to jakiś instynkt? Kolejny element tej półdzikiej natury?

      Usuń
    6. @Anelise:rzecz co nazywasz szkodnikiem:) Wiesz, że w mieście masz o wiele większy problem choćby ze szczurami czy prusakami?:) A jakoś no...mi tam idzie łatwiej XD
      @Nayantara: I widzisz, może obie mamy naturę tak zwanego wilka w sobie?:)

      Usuń
  3. Każdy z nas musi znaleźć swoje miejsca na ziemi. Niektórzy bardzo długo szukają swojego miejsca na ziemi. Cieszę się, że Ty je masz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze go nie mam. Ale wiem, jak ma wyglądać, a to już coś:)

      Usuń
  4. Tak mocno się uśmiecham jak czytam Twoje słowa. Tak bardzo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc cieszę się, że ten uśmiech się pojawił, wiesz?:)

      Usuń
  5. Frida z pewnością uda Wam sie zrealizować to piękne marzenie o Waszym miejscu na ziemi. Zgadzam się z Tobą - miasto nie jest naturalnym środowiskiem człowieka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam taką wewnętrzną pewność, tylko najpierw trzeba trochę spiąć poślady jak to mówią:) I dokładnie, my miasto stworzyliśmy- ale to trochę tak, jakbyśmy stworzyli sobie klatki, prawda?

      Usuń
  6. Z całego serca życzę Wam realizacji tego pięknego marzenia. Jeśli wejść do tak pierwotnego świata, to tylko z Tobą w roli przewodnika. Do piątego roku życia mieszkałam na wsi, ale nic z tego okresu nie pamiętam. Chociaż mam rękę i serce do zwierząt, więc natura nie jest mi całkiem obca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy:) Wiesz, zawsze możemy spróbować:) I trudno, żebyś wielce pamiętała wczesne dzieciństwo...ale tego faktu o tobie to nie znałam:) Po prostu, dogadujecie się, można dogadywać się i więcej:)

      Usuń
  7. Jeny, pamiętam ten Twój zachwyt i to jak się prawie na mnie wydarłaś, gdy powiedziałam, że śmierdzi xD
    Od razu było widać, że ta chwila na bagnach dobrze Ci zrobiła, Wam w sumie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam wydarłam od razu XD Nie wiem po prostu, jak ci to może śmierdzieć XD Wiesz, zachwyt nieraz ponosi:)
      Wiem:) W ogóle muszę tam częściej jeździć i dobre żarcie przywozić, co?:D

      Usuń
    2. Weź, myślałam ze mi jebniesz tej xD no może bo czemu nie? XD wiem, wiem :D
      Też xD ale nie na długo bo mi źle samej xD

      Usuń
    3. No ale nie jebnęłam, aż tak mnie nie wkurwiłaś XD
      Wiem no...ale potem jedziemy na dłużej :>

      Usuń
  8. Szkoda że tak niewielu już ludzi czuje ten zew i klimat. Mądrze prawisz Frido, życzę Ci spełnienia tych marzeń o domu i własnej ziemi. Pamiętaj o lipcowej niebieskiej pełni. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem...i dziękuję:) I pamiętam, oczywiście:)

      Usuń
  9. Łojejku, pamiętam jak mi ciocia w mailu napisała niedawno, że do jej ogrodu przychodzą sarny i zające... i teraz właśnie pełno tam u niej świetlików. Szczęściara właśnie mieszka wręcz przy lesie. Też mi się zatęskniło. Do tego biegania po lesie (za który bym od Ciebie pewnie jak Kordian dostała opiernicz, bo ja jednak buty w tych miejscach zawsze mam na nogach... kleszczy się boję, no! xD), do zapachu właśnie świeżej mięty, młodych pokrzyw... i paproci. Kocham paprocie. Miasta też kocham na swój sposób, nie jestem też tak dzika jak Ty... raczej pół na pół to u mnie wychodzi xD Ale jednak rodzi się w duszy taki zew... który każe iść w dzicz, tak po prostu.
    I wiesz, mi się wydaje, że ta dzikość w Tobie to nigdy do końca nie umrze. Bądź co bądź nic tak naprawdę nie umiera.
    I tej, pamiętaj o tym wielkim akwarium z wodospadem, jak już zaczniecie budować sobie ten dom. Będę z rybami gadać, jak tam do was przyjadę i się zbyt spiję, żeby Tobie znów nie beczeć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo właśnie to są rzeczy, za którymi można tęsknić. Bo serce aż się wyrywa nieraz...i jak widzę, tobie też. I wiesz, w butach może i nawet mądrzej XD
      A paprocie też mają właśnie swój unikalny urok, to muszę potwierdzić wręcz:)
      I pół na pół...może nawet mądrzej, wiesz?
      I nie umrze, bo ja jej też nie pozwolę:) I ba, miałabym o nim zapomnieć?XD

      Usuń
  10. Powiem Ci, że ja jestem teraz na etapie zachwycania się miastem. Chociaż... nie latem. Latem zdecydowanie wolę wieś, gdzie mogę położyć się na łące lub gdziekolwiek i prażyć się w słońcu. Bo lato w mieście jest uciążliwe - gorące mieszkania i rozpaczliwe poszukiwania miejsca, gdy mogłabym poleżeć i rozkoszować się tą porą roku.
    Poz tym, tak jak pisałam, jeszcze fascynuje mnie miasto, mimo iż całe życie spędziłam na wsi, a może właśnie dlatego? Jednak właśnie w przyszłości chciałabym mieć dom za miastem, w jakiejś cichszej okolicy, by właśnie móc odpocząć od tego całego szaleństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt faktem, latem w mieście jest jeszcze gorzej że tak powiem. Ale dla mnie jest uciążliwe nawet zimą już, gdy jadę do domu, widzę piękne białe pola i lasy....a tu? Breja XD
      I może tak:) U ciebie to działa na zasadzie przeciwieństwa trochę, a mnie ciągnie tam, skąd pochodzę:)

      Usuń
  11. Rozumiem Cię bardzo dobrze. Teraz mam to wszystko dookoła.. Lasy, pola, łąki, dzikie zwierzęta, śpiew ptaków o świcie i niebo pełne gwiazd. A niedługo to wszystko zastąpią wąskie uliczki, szare bloki i zimne klatki schodowe. I już teraz wiem, że będę tęsknić. Nie do tych ludzi tu, nie do tego życia, tylko do przyrody.

    OdpowiedzUsuń