Wonna mięta nad wodą pachniała,
kołysały się kępki sitowia.
Brzask różowiał i woda wiała
wiew sitowie i mięte owiał.
Nie wiedziałem wtedy, że te zioła,
będą w wierszach słowami po
latach
i że kwiaty z daleka po imieniu
przywołam
zamiast leżeć zwyczajnie nad wodą
na kwiatach.
Nie wiedziałem, że będę się tak
męczył
słowa szukając dla żywego świata
nie wiedziałem, że gdy się tak
nad wodą klęczy
to potem trzeba cierpieć długie
lata
Wiedziałem tylko, że w sitowiu
są prężne, długie i wiotkie
włókienka
że z nich splotę siatkę leciutką
i cienką,
którą nic nie będę łowił.
Boże dobry moich lat chłopięcych
moich jasnych świtów, Boże
święty!
Czy już w życiu nie będzie więcej
pachnącej stawem mięty?
Czy to już tak zawsze ze
wszystkiego
będę słowa wyrywał w rozpaczy
i sitowia, sitowia zwyczajnego
nigdy już zwyczajnie nie zobaczę?
Ten wiersz Tuwima pojawił się w mojej
głowie, gdy wsiadałam do pociągu, wracając wczoraj wieczorem do
swojego „domu”. Do Poznania. Był w tym momencie tak bardzo mój.
Na jeden dzień tylko z Mężem
pojechaliśmy na moje „bagna”. Do miasteczka, którego nie
znoszę. Do mamy, którą kocham. Do lasów, w których odżywam. Do
stawów i jezior, w których gubię buty. W których, jak się nieraz
okazuje, zgubiłam i duszę. Dorastając tam, zbierając gorzkie
zioła. Zbierając pachnącą miętę.
Mogę powiedzieć, że tęsknię za
domem. A raczej, tęsknie za lasami, pachnącą zielenią i bieganiem
boso po igliwiu. Tęsknię za zbieraniem ziół, wyprawą o wschodzie
słońca wśród drzew, wyprawą nocną, gdy można patrzeć w
nieskażone łuną miasta niebo i obserwować gwiazdy. Tęsknię za
naszą wspólną rozkoszą, moją i Męża na posłaniu z mchów, za
świetlikami, które przecież właśnie u mnie zawsze były. Tęsknię
za obserwowaniem dzików z tak bliska i dzikimi, niewyleniałymi
lisami, które jak w mieście podchodzą do domów wypatrując okazji
do upolowania myszy lub królika. Tęsknię za zapachem gorzkich
ziół, które już teraz właśnie są w pełni rozkwitu. Redcar
nawet była świadkiem mojej pijackiej tęsknoty, gdy w środku
miasta, robiąc po prostu siku w krzakach znalazłam jedno z nich.
Gdy z zachwytem urwałam gałązkę i prawie płakałam z zachwytu i
wzruszenia. Tak, to ten zapach, zapach, który dosłownie wręcz
chciałam wetrzeć w swoją skórę. Ten, który w mieście tak
szybko uleciał.
Tęsknię za zapachem wody, ropuchami
na progu, choćby i one miały zwiastować śmierć.
Potrzebuję tego, potrzebuję pachnącej
mięty, potrzebuję wyprawy do prawdziwego lasu, gdzie patrzy się w
oczy dzikim zwierzętom i człowiek czuje się jednym z nich. Bo
takim zwierzęciem jest.
Tkwi we mnie dzika kobieta, dzikie
zwierzę, które musi widzieć w pełni świecące gwiazdy i zwierzę,
które w zachwycie słucha o świcie śpiewu innych. Zwierzę, które
w mieście usypia, które w mieście jest jak w klatce, o czym już
nieraz mówiłam. Zwierzę, które boi się, że zapomni, jak pachnie
mięta. I tylko na starość w odorze spalin będzie z trudem z
pamięci wyrywać smak naleśników z akacją, zapach zbieranego w
sierpniu krwawnika i suszonej nadwodnej mięty, która przecież zimą
jest tak potrzebna. Jestem dzikim zwierzęciem, zawsze byłam. A od
jakiegoś czasu o tym zapominam i tylko gdy wyjeżdżamy, na moje
bagna lub w góry, gdy zdobywamy najdziksze szczyty przypominam sobie
o tym i przepełnia mnie niesamowita energia. Energia, która zamiera
kąpana tylko wodą wodociągową i siarkowym deszczem. Energia,
która karmi się żyłami wodnymi i musi karmić się śledzeniem
ruchów nocnych zwierząt.
Ten jeden dzień, w którym
pojechaliśmy do mojego domu, dał mi więcej energii po wszystkich
obecnych stresach niż każdy wypad ze znajomymi nad Wartę czy
spacer po parku. Jak to śmieje się mój Mąż, jestem jego rusałką,
jego nimfą, którą wyrwał z bagien. Jestem dziwnym stworzeniem,
którego skóra zawsze pięknie pachnie, gdy położy się na igliwiu
albo na polu ze świeżo ściętym sianem. Kiedyś byłam dzika i ta
dzikość zawsze będzie we mnie tkwić. Ta, która nie przejmuje się
żadnym konwenansem i przyciąga bezpańskie koty. Ta, która kazała
rozmawiać z ropuchami, ta, która każe czcić drzewa. Bo przecież
to lasy są moją świątynią, to do nieba i drzew się modlę i
opowiadam im rozliczne historie. A one szepczą mi. Kiedyś słuchałam
ich co dzień. Dziś, muszę nieraz się wsłuchać wytężyć swój
słuch, wytężyć wzrok, by zobaczyć niedostrzegalne.
Pamiętam, przecież to ja uczyłam
tylu „mieszczuchów” jak słuchać. Swojego Męża, nigdy nie
zapomnę jego zdziwienia, gdy zgubiliśmy się w lesie i byliśmy
głodni, a ja pokazywałam mu, którymi ziołami napełnić brzuch.
Pokazywałam najpłochliwsze ptaki i uczyłam, co najlepiej rośnie w
której ziemi, chociaż to przecież on powinien być ekspertem. Nie
zapomnę zdziwienia Królika, gdy nakrzyczałam na niego mówiąc,
że pewne miejsca w lasach są święte i ma zdjąć buty. Są święte
dla korzeni tkwiących w ziemi. Gdy mówiłam mu jak ma rozmawiać z
siostrami ropuchami i nigdy nie podchodzić do jelenia, gdy zrzuca
poroże. Gdy uczyłam nawet własną siostrę, bo ona, choć
wychowana w tym samym miejscu, nigdy nie czuła aż takiego pędu,
zewu natury i nie uciekała o 5 rano do lasu, żeby zobaczyć ptasie
gody.
Kiedyś to ja uczyłam innych, tak
wsiąknięta własnymi żyłam i tętnicami w obieg wody pod ziemią.
Teraz ja sama nieraz się gubię, odcięta przez większość czasu
od prawdziwej zieleni, a nie miejskiej imitacji. Teraz ja zamieram.
Widzę to po swojej duszy, a co gorsza, widzę to po ciele, które
kiedyś, pełne energii biegało po lasach, dziś ledwo spaceruje
szukając dawnych stóp i nóg, śladów sarniej swobody. Potrzebuję
czasu by to odzyskać. Potrzebuję też swojej ziemi.
Nie chodzi bowiem o powrót. Chodzi o
zieleń i bliskość bogów, tak naprawdę, o nich, bo przecież i
oni zamierają w betonowej dżungli. Budynki, budynki choć piękne,
to szare. W nich tętni inne życie, niezgodne z moim sercem, które
przywykło do szumu strumienia i zapachu mięty nad wodą. Serce,
które kazało stopom brodzić w bagnie nieraz.
Rozmawiałam o tym z Mężem podczas
naszego porannego spaceru po lesie. On także potrzebuje tej
dzikości. Potrzebuje zieleni i szumu strumieni, on potrzebuje też
gór, medytacji na szczytach i wysiłku, by wznieść się ponad
chmury, tak jak najdosłowniej człowiek może. Aż boli mnie
fizycznie, gdy widzę ból jego świadomości, że w tym roku żadnego
szczytu nie będzie, bo nie przeskoczymy pewnych rzeczy. Ale w tym
roku nie przeskoczymy pewnych rzeczy...ale mamy wspólne marzenie,
które chcemy ziścić. Swoją wspólną drogę, drogę powrotu.
Powrotu do pachnącej nad stawem mięty i sitowia na wyciągnięcie
ręki.
Być może jesteśmy dziećmi
cywilizacji. Korzystamy z prądu i mamy ciepłą bieżącą wodę.
Karmimy się mądrościami filozofów i oglądamy głupoty w
internecie. Ale nie chcemy płacić za to wielkiej ceny, tak
wielkiej, jak większość ludzi. Bo cywilizacja jako taka, choć
ułatwia nam życie, sprawia, że nasze ciała żyją
dłużej...sprawia, że zanika nam dusza. Zielona dusza o dzikich
oczach kota. My nie chcemy jej stracić, za nic. To nas wspaniale
łączy, to sprawia, że w drodze stajemy się jednym jeszcze
bardziej, niż kiedy stajemy się jednym ciałem w sypialni świątyni
drzew. Wiecie, tam najbardziej i najprawdziwiej czuć rozkosz. Ale
może nie powinnam o tym.
Jesteśmy dziećmi cywilizacji i
płacimy za to ogromną cenę. Mam wrażenie, że kobiety jeszcze
większą niż mężczyźni, bo to nasze dusze i nasze ciała
przywykły do słuchania naturalnego rytmu, który w labiryncie
betonu jest zagłuszony. To my tracimy swoją duszę, płodną i
żywą, tracimy blask oczu wpatrujących się w księżyc. To my,
piastunki opowieści i dawne wiedźmy, tracimy najwięcej. A wraz z
nami tracą mężczyźni. Wszyscy razem gubimy się w hałasie i nie
pamiętamy ciszy, która ma w sobie tylko szum gałęzi na wietrze i
dźwięk opadających na suchą ziemię kropel. Stajemy się
nienasyconą ziemią, schnącą, jałową. Ziemią, na której nic
nie może urosnąć. I tylko od czasu do czasu wyrywamy się, mówimy,
jak było pięknie i wracamy. Wracamy przed ekrany komputerów, nawet
nie wiedząc, co widzieliśmy.
Często nawet nie zdajemy sobie sprawy
z tego, co tracimy. Jak wielki brak odczuwamy. A nasza dusza usycha,
a wraz z nią dawni bogowie pełni zieleni uśmiechu i
niebezpieczeństwa ostrych kłów. Dawni bogowie, którzy kiedyś tak
bardzo tkwili w nas. Często nie wiemy, co w nas obumiera.
Czasem mam wrażenie, że pokolenie
wiecznej depresji, tak wiele bólu i tak wiele smutku bierze się
właśnie stąd. Człowiek został oderwany od własnych korzeni,
wyrwał się sam betonem i spalinami boleśnie z ziemi a teraz
schnie, porzucony, sam przez siebie porzucony, schnie jak zioło
wyrwane z korzeniami, ale nikomu niepotrzebne. Spalane słońcem tak,
że nie przyda się na żaden lek ( tak tak, ziół nie suszy się na
słońcu, kolejny banał, którego kiedyś uczyłam). Czasem mam
wrażenie, że to właśnie ta cena, za coś, co nazywamy „postępem”.
Głos, którego zew boli,a którego nie potrafimy zrozumieć. Głos,
który słabo, cicho podszeptuje naszemu sercu ten wielki brak. Brak,
który przecież tak łatwo zaspokoić. Tak łatwo zbratać się ze
starymi bogami w naszym sercu ( jeśli ktoś nie zrozumiał, bogowie
to tym razem swoista metafora, nie dosłowność).
Choć...może wcale nie jest tak łatwo,
bo świat ma takie oblicze, jakie ma. Świat to beton i postęp.
Świat to ścinane duchy drzew. Świat łaknie może i nawet
zrównoważonego rozwoju, posadzi drzewko w mieście. A ja chcę
więcej. Ja znałam więcej i więcej potrzebuję. Ja chcę swojej
ziemi. Jestem kobietą, która musi sadzić i ścinać. Jestem tą,
która musi chodzić boso.
Ja nie chcę tak żyć, usychając. Nie
chcę namiastek
.Ja chcę mieć swój kawałek ziemi.
Ja chcę czuć zapach mięty, dosłownie, zamiast słowa i
wspomnienia tylko wyrywać w rozpaczy. Ja chcę mieć duszę, o którą
stale walczę. Chcę, by osiągnęła spokój pośród drzew i pól.
Pośród zapachu gorzkich, sierpniowych ziół z których najlepiej
robi się maść na bolące stawy, maść na zwierzęcym łoju. Chcę
obserwować narodziny młodych myszołowów i wędrować. Chcę mieć
swój kawałek ziemi, której nie pokrywa asfalt i okno, z którego
widać drzewa. Może i górskie szczyty. Co więcej właśnie, chcemy
tego oboje.
Miasto było dla nas dobre przez parę
lat. Przez parę lat, w ciągu których się dojrzewa, przez parę
lat, w ciągu których się szaleje, poznaje ludzi. Ale dorośliśmy
oboje. I coraz bardziej odczuwamy brak, coraz bardziej odczuwamy ten
głos, zew, którego ja słuchałam zawsze, a którego i on przy mnie
nauczył się słuchać, wędrując po lesie i kochając się ze mną
przy blasku świetlików i skrzeku żab. Coraz bardziej odczuwamy
potrzebę powrotu. Do miejsca, z którego pochodzimy i gdzie
przynależymy. A raczej nie powrotu. A stworzenia takiego miejsca.
Mamy więc swój plan, o którym
rozmawialiśmy tyle razy i o którym mówiliśmy teraz, wracając
pociągiem do betonowej dżungli swojego miasta, swojego miasta które
cenię, ale w którym nie widać gwiazd.
Mamy swój plan, który nie ma
sztywnych ram.
Przez parę jeszcze lat stajemy na
nogi. Zbieramy środki, bo przecież to też jest potrzebne w tym
świecie. Nie tylko marzenie. Przez parę lat jeszcze tylko wyrywamy
się góry, na tydzień, dwa, wędrujemy, czasem siedzimy nad
jeziorem, a ja okazyjnie zbieram zioła. Przez parę lat, tyle
starczy. Tyle oboje wytrzymamy. Mamy już plan mniej więcej
opracowany, na te parę lat, na to, żeby potem przetrwać, choć jak
mówiłam, nie ma on sztywnych ram, bynajmniej.
Parę lat, bo są konieczne jeszcze. A
potem budujemy dom. Nie mamy wymyślonego konkretnego miejsca, kraju
nawet. Gdzieś na świecie, tam, gdzie jest zielono i pachnie
igliwiem. Tam, gdzie można wyruszyć w góry, albo nad jezioro.
Budujemy swój dom, z drewna, bo taki wbrew pozorom jest najtańszy.
Nie musi przetrwać wieków, bo nie będziemy przecież mieć dzieci.
Nie budujemy nic dla przyszłych pokoleń. Jeśli o nie idzie, modlę
się tylko, by starczyło dla nich lasów. By nie zgubiły się
jeszcze bardziej, niż my, w szumie i cybernetycznej miłości.
Ja mam swój kawałek ziemi. Mamy swoją
pracę, którą lubimy. Może swój interes bo i na to właśnie nasz
luźny plan jest. Na razie szukamy rozwiązań, nie mamy żadnego
scenariusza tylko jego zarys, który, jak sądzimy się uda. I nie
nie zdradzę szczegółów.
Ale mamy swój dom ,a ja mam swój
kawałek ziemi. Ziemi, w której sadzę niektóre rośliny, te, co
leczą małe dzieci z kolki i dorosłym leczą ból zębów. Szałwia,
może i szałwia bogów, która nieraz pozwoli jeszcze bardziej, w
medytacji się z nimi skontaktować. Mam swój kawałek ziemi, a do
lasu wcale nie jest daleko. Do lasu i do pól, na którym inni ludzie
uprawiają wysokie po pas zboże.
Mamy gromadę kotów i swojego psa,
wilka, który wędruje z nami co roku w góry. Półdzikiego psa,
którego rozumiemy, bo sami jesteśmy półdzicy. W środku, zawsze
półdzicy, jak dawni, jak nasi przodkowie. Jak wszystkie wiedźmy i
szeptuchy w mojej duszy, jak wszyscy wojownicy w jego.
Mamy swój kawałek ziemi i leśne
świątynie. Może nieopodal górskie szczyty, w które wybieramy
się, gdy tylko mamy chwilę czasu, gdy tylko odpoczywamy od pracy.
Czasem wędrujemy po świecie, ale nie do innych miast. A do innych
dzikich miejsc, w których składamy pokłon dawnym bogom.
Niedaleko gdzieś musi być woda, bo
tej potrzebują przecież Rusałki.
I tyle starczy. Widok gwiazd i
prawdziwych zachodów słońca, których nie zasłania tak wiele
budynków. Zapach mięty. Wyrwanie się z miasta i pozwolenie dżungli
oddychać. Nic więcej, nic mniej. On, ja, pies i koty. Las i zieleń.
Zbierane jak przed laty przez cały rok zioła i grzyby jesienią..
Gorzki zapach krwawnika i modlitwy w każde ze świąt, modlitwy, dla
których miejsca z takim trudem trzeba szukać w mieście.
Wieść i pędzone drogą krowy, domy
na skraju lasu. Są jeszcze takie miejsca. Te, w których dusza
oddycha i mleko jest prawdziwe. A smaki nie są tekturowe. Tak. Tego
nam potrzeba. Do tego dążymy.
Nasz własny kawałek ziemi, prawdziwej
ziemi, nie zalanej betonem.
Czasem tylko martwimy się, co zrobimy
z tym, że po piwo byłoby daleko. Czasem tylko żartujemy, że
musimy nauczyć się go robić od jednego ze znajomych. I wszystko
będzie dopięte na ostatni guzik. Czasem tylko mamy nadzieję,
odwiedzać nas będą pewne osoby.Znajomi. Ludzie, bo i o nich w życiu chodzi, ludzi kochamy. Mamy nadzieję, że będą wpadać. I nawet pewnie zostawać na
dłużej. Bo gdzie, jeśli nie tam, gdzie słychać dawne szepty,
które grają w każdej ludzkiej duszy? A ja już się o to postaram, by słychać je było! I gdzie, jeśli nie tam, gdzie czuć miłość? Bo ta zawsze będzie. Wierzę w to już, już nie mam wątpliwości. Nawet, jeśli kiedyś wszystko obróci się w pył i przeminie.
A raczej, nie zmieni się w pył. A zieleń, która będzie miłosne echo powtarzać. Tak, to ładna myśl.
Na zewnątrz w ogrodzie, tam, gdzie zasialiśmy nasiona
Jest drzewo, tak stare jak ja
Gałęzie były uszyte z zieleni
Z ziemi powstały i przeminęły
Po spękanej korze wspiąłem się na szczyt
Wspiąłem się na szczyt, by ujrzeć świat
Kiedy wokół mnie zerwał się wiatr
Aby mnie zdmuchnąć w dół
Chwyciłem się tak mocno, jak ty mnie
Bo zbudowałem dom
Dla ciebie
Dla mnie
Aż mam ochotę wybrać się do lasu. I jakże się cieszę, że paradoksalnie, mieszkając w centrum mojego miasteczka mam do Puszczy Noteckiej żabi skok ^^
OdpowiedzUsuńTo fakt, że blisko tam u siebie masz:) Aczkolwiek, ja bym właśnie już nawet w centrum mieszkać nie chciała miasteczka. Jak już to na uboczu. Właśnie koniecznie, ze swoją ziemią, tak jak się wychowałam. A potem czarne i połamane pazury wiecznie XD
UsuńHaha, a potem: "od czego ja mam takie paznokcie ujebane?" XD
UsuńWiesz, ja nawet jakoś tak tego nie odczuwam, że mieszkam w "centrum". Bo i do Warty mam bliziutko :) Ale fakt faktem, w przyszłości chcę od miasta spieprzać jak najdalej :P
No ja to wiecznie mam ten problem a potem mi się przypomina, a, robiłam coś w doniczkach XD
UsuńBo jednak blisko to blisko, a swój kawałek to swój kawałek, co?:)
Jak wybudujecie ten piękny dom w środku lasu to kupicie też samochód, żeby było blisko po piwo i dobry internet :P Bo nie wyobrażam sobie, byś wtedy nas nie uczyła o tym jak przeżyć w lesie :P
OdpowiedzUsuńI auto może być i internet, ale przede wszystkim kawałek ziemi:) Żeby sobie w nim łamać pazury wręcz:D I świeże powietrze :D A kto wie, może wtedy i ty odetchnąć wpadniesz?:D Pokażę ci szczawik zajęczy, ma świetny smak XD
UsuńZ moją mamą byś się dogadała ;p Chociaż ona akurat lubi kwiaty i warzywa :) Nawet szklarnię ze starych okien sobie zrobiła ;p Chociaż na grzyby też lubi chodzić, ja już nie :P W lesie szybko bym się zgubiła, dlatego w razie czego przydadzą mi się Twoje lekcje :D
UsuńI jak już postawicie ten wymarzony dom to nie omieszkam skorzystać z zaproszenia ;p Przyjadę z całą beczką piwa :D
A kwiaty i warzywa też uwielbiam:) Mogłabym i je uprawiać przecież:)
UsuńJa mam akurat dziwną właściwość- o ile gubię się w miastach, na ulicach, o tyle właśnie w lesie idzie mi o wiele lepiej odnajdywanie się:)
Spoko, to piwo też brzmi obiecująco XD
Nie wiem czy w lesie byłoby to takie proste, bo tam chyba ciężej nad szkodnikami zapanować, co nie?
UsuńTylko że w mieście możesz zawsze kogoś zapytać o drogę, ewentualnie sprawdzić mapę, a w lesie to dałabyś mi mapę i tak bym nie wiedziała gdzie jestem :D
Frida - nie wiem z czego to wynika, ale mam podobnie. Wpuść mnie do obcego miasta to po 5 krokach stracę orientację gdzie jestem. A jak tylko wkraczam w las, czuję, że mogę dotrzeć wszędzie i każdą drogą.
UsuńMoże to jakiś instynkt? Kolejny element tej półdzikiej natury?
@Anelise:rzecz co nazywasz szkodnikiem:) Wiesz, że w mieście masz o wiele większy problem choćby ze szczurami czy prusakami?:) A jakoś no...mi tam idzie łatwiej XD
Usuń@Nayantara: I widzisz, może obie mamy naturę tak zwanego wilka w sobie?:)
Każdy z nas musi znaleźć swoje miejsca na ziemi. Niektórzy bardzo długo szukają swojego miejsca na ziemi. Cieszę się, że Ty je masz.
OdpowiedzUsuńJeszcze go nie mam. Ale wiem, jak ma wyglądać, a to już coś:)
UsuńTak mocno się uśmiecham jak czytam Twoje słowa. Tak bardzo...
OdpowiedzUsuńWięc cieszę się, że ten uśmiech się pojawił, wiesz?:)
UsuńFrida z pewnością uda Wam sie zrealizować to piękne marzenie o Waszym miejscu na ziemi. Zgadzam się z Tobą - miasto nie jest naturalnym środowiskiem człowieka
OdpowiedzUsuńTeż mam taką wewnętrzną pewność, tylko najpierw trzeba trochę spiąć poślady jak to mówią:) I dokładnie, my miasto stworzyliśmy- ale to trochę tak, jakbyśmy stworzyli sobie klatki, prawda?
UsuńZ całego serca życzę Wam realizacji tego pięknego marzenia. Jeśli wejść do tak pierwotnego świata, to tylko z Tobą w roli przewodnika. Do piątego roku życia mieszkałam na wsi, ale nic z tego okresu nie pamiętam. Chociaż mam rękę i serce do zwierząt, więc natura nie jest mi całkiem obca.
OdpowiedzUsuńDziękujemy:) Wiesz, zawsze możemy spróbować:) I trudno, żebyś wielce pamiętała wczesne dzieciństwo...ale tego faktu o tobie to nie znałam:) Po prostu, dogadujecie się, można dogadywać się i więcej:)
UsuńJeny, pamiętam ten Twój zachwyt i to jak się prawie na mnie wydarłaś, gdy powiedziałam, że śmierdzi xD
OdpowiedzUsuńOd razu było widać, że ta chwila na bagnach dobrze Ci zrobiła, Wam w sumie :)
Tam wydarłam od razu XD Nie wiem po prostu, jak ci to może śmierdzieć XD Wiesz, zachwyt nieraz ponosi:)
UsuńWiem:) W ogóle muszę tam częściej jeździć i dobre żarcie przywozić, co?:D
Weź, myślałam ze mi jebniesz tej xD no może bo czemu nie? XD wiem, wiem :D
UsuńTeż xD ale nie na długo bo mi źle samej xD
No ale nie jebnęłam, aż tak mnie nie wkurwiłaś XD
UsuńWiem no...ale potem jedziemy na dłużej :>
Szkoda że tak niewielu już ludzi czuje ten zew i klimat. Mądrze prawisz Frido, życzę Ci spełnienia tych marzeń o domu i własnej ziemi. Pamiętaj o lipcowej niebieskiej pełni. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńWiem...i dziękuję:) I pamiętam, oczywiście:)
UsuńŁojejku, pamiętam jak mi ciocia w mailu napisała niedawno, że do jej ogrodu przychodzą sarny i zające... i teraz właśnie pełno tam u niej świetlików. Szczęściara właśnie mieszka wręcz przy lesie. Też mi się zatęskniło. Do tego biegania po lesie (za który bym od Ciebie pewnie jak Kordian dostała opiernicz, bo ja jednak buty w tych miejscach zawsze mam na nogach... kleszczy się boję, no! xD), do zapachu właśnie świeżej mięty, młodych pokrzyw... i paproci. Kocham paprocie. Miasta też kocham na swój sposób, nie jestem też tak dzika jak Ty... raczej pół na pół to u mnie wychodzi xD Ale jednak rodzi się w duszy taki zew... który każe iść w dzicz, tak po prostu.
OdpowiedzUsuńI wiesz, mi się wydaje, że ta dzikość w Tobie to nigdy do końca nie umrze. Bądź co bądź nic tak naprawdę nie umiera.
I tej, pamiętaj o tym wielkim akwarium z wodospadem, jak już zaczniecie budować sobie ten dom. Będę z rybami gadać, jak tam do was przyjadę i się zbyt spiję, żeby Tobie znów nie beczeć :D
Bo właśnie to są rzeczy, za którymi można tęsknić. Bo serce aż się wyrywa nieraz...i jak widzę, tobie też. I wiesz, w butach może i nawet mądrzej XD
UsuńA paprocie też mają właśnie swój unikalny urok, to muszę potwierdzić wręcz:)
I pół na pół...może nawet mądrzej, wiesz?
I nie umrze, bo ja jej też nie pozwolę:) I ba, miałabym o nim zapomnieć?XD
Powiem Ci, że ja jestem teraz na etapie zachwycania się miastem. Chociaż... nie latem. Latem zdecydowanie wolę wieś, gdzie mogę położyć się na łące lub gdziekolwiek i prażyć się w słońcu. Bo lato w mieście jest uciążliwe - gorące mieszkania i rozpaczliwe poszukiwania miejsca, gdy mogłabym poleżeć i rozkoszować się tą porą roku.
OdpowiedzUsuńPoz tym, tak jak pisałam, jeszcze fascynuje mnie miasto, mimo iż całe życie spędziłam na wsi, a może właśnie dlatego? Jednak właśnie w przyszłości chciałabym mieć dom za miastem, w jakiejś cichszej okolicy, by właśnie móc odpocząć od tego całego szaleństwa.
Fakt faktem, latem w mieście jest jeszcze gorzej że tak powiem. Ale dla mnie jest uciążliwe nawet zimą już, gdy jadę do domu, widzę piękne białe pola i lasy....a tu? Breja XD
UsuńI może tak:) U ciebie to działa na zasadzie przeciwieństwa trochę, a mnie ciągnie tam, skąd pochodzę:)
Rozumiem Cię bardzo dobrze. Teraz mam to wszystko dookoła.. Lasy, pola, łąki, dzikie zwierzęta, śpiew ptaków o świcie i niebo pełne gwiazd. A niedługo to wszystko zastąpią wąskie uliczki, szare bloki i zimne klatki schodowe. I już teraz wiem, że będę tęsknić. Nie do tych ludzi tu, nie do tego życia, tylko do przyrody.
OdpowiedzUsuń