środa, 1 lipca 2015

O kluczach i zamkach, o wytrychach i pancernych drzwiach, czyli o szacunku i pewnej czułości w kontaktach międzyludzkich słów parę.

Po ciężkim czerwcu zaczął się więc lipiec. Ten, który mimo wszystko niesie nadzieję i niesie pewne zmiany, nawet, jeśli czerwcowe sprawy ciągną się za nami i psują pewne plany. To nic. To nowy miesiąc, nowa nadzieja, nowy księżyc i nowa pełnia, ta, która już się przecież kończy.

Może lipiec napełni mnie nową siłą, bo przecież niesie tyle zmian. Zaczął się ułudą kontroli czasu przez ludzi, wydłużeniem dobry na jedną sekundę, co wcale nie spowodowało chaosu. Dla mnie osobiście zaczął się snem w mieszkaniu Redcar, którą wreszcie będę mieć bliżej. Zaczął się spokojnym porankiem, który wreszcie, promieniami słońca i prawdziwym ciepłem zmobilizował mnie do napisania listów, odezwania się do wielu ludzi, z którymi jakoś brakowało mi słów, gdy było mi po prostu źle.
Zaczął się porannym seksem, mną obraną w kwiecistą spódniczkę, wracającą do łóżka, do niego, gdy ja już wstałam i szykowałam przecież śniadanie, a on jeszcze się budził, w pokoju zalanym wreszcie słońcem. Być może, zalanym też wreszcie jakimś spokojem i wiarą, że wszystko przecież się ułoży. Nie ma innego scenariusza jak tego, że wszystko jeszcze będzie dobrze, miłość zwycięży pomimo przeszkód, a uśmiech znów będzie częściej gościł na naszych twarzach.

Lipiec, miesiąc który pachnie słodką lipą i wspomnieniami wakacji, kiedy to wyruszało się przed laty na wszystkie festiwale, brało się plecak i wracało dopiero w sierpniu. Ten miesiąc oznaczał zawsze spotkania i nowe znajomości.
W tym roku nie będzie plecaka, ale poznawania i nowych ludzi chyba mi nie zabraknie. Stałe zmiany pracy powodują, że stale spotykam kogoś nowego.

Wiadomą rzeczą jest, że w każdym miejscu znajduje się ludzi, z którymi od razu łapie się kontakt i ludzi, którzy działają na nas jak płachta na byka. Tak jest i tym razem. W nowej pracy spotkałam paru facetów i jedną kobietę, którą zamordowałabym gołymi rękami. Na szczęście właśnie, złapałam więcej miłych kontaktów. Może dlatego, że w moim nowym miejscu pracy siedzą głównie ludzie, których wielu określiłoby jako...dziwaków. A ja do tzw. dziwaków mam wielką słabość.

Od zawsze, od kiedy sięgam pamięcią, w swoim życiu trafiałam na ludzi, których nijak nie można było przypisać do jakiegoś szablonu. Na ludzi pozytywnie zakręconych, artystów, szamanów, nerdów, ludzi, których próbowano włożyć do którejś z tych szufladek...ale którzy nie pasowali do żadnego z tych miejsc, tak naprawdę. A na pewno nie pasowali do powszechnie przyjętego społecznego kroju, przez co często byli odrzucani przez większość i zamykali się w swoim małym świecie.
Już kiedy byłam dzieckiem ciągnęło mnie do ludzi, którzy stali jakoś z boku. Do ludzi nieśmiałych, pogubionych, ale kryjących w sobie niesamowite pokłady. Tacy właśnie wydawali mi się kopalniami pełnymi skarbów. Nie ci, co świecili w blasku dnia, a ci, do których wnętrza trzeba było nieraz wniknąć z zapaloną pochodnią. Ludzie jak jaskinie pełne cudownych rysunków i rzeźb skalnych. Ludzie w środku których znajduje się złoto ich pasji.
Nigdy nie lubiłam oczywistości, od wyszlifowanych już diamentów zdecydowanie wolałam skryte w skałach jeszcze najróżniejsze dziwne minerały. Do dzisiaj mój Mąż mówi, że przecież nie jestem kobietą, której daje się diamenty. A ja nie mogę się z nim nie zgodzić.

Być może to, że lubiłam od dziecka ludzi którzy trochę odstają jest „winą” mojej matki. Sama jako dziecko była w pewien sposób prześladowana przez to, że strasznie się jąkała na tle nerwicowym. Sama, prześladowana przez okrutne dzieci nie chciała jednego- żeby jej dzieci robiły to samo. Od małego więc byłam uczulana na to, by nie wyśmiewać się z innych dzieci. Tych które były chore, jeździły na wózkach, które były grube, były kujonami, nosiły grube okulary, wyznawały inną religie albo były rude. To była jedna z niewielu jej rad, które już wtedy wzięłam sobie do serca, jedna z niewielu przestróg, które szanowałam. Poszłam więc jeszcze dalej i jako dziecko nie tylko nie wyśmiewałam „dziwnych” kolegów, ale zawsze starałam się ich bronić. Już jako mała dziewczynka byłam silna i wysoka i biłam się jak mało kto. Dlatego też na szkolnym boisku byłam obrońcą wyśmiewanych i nieraz wracałam do domu w lekko obdartym ubraniu i z opchniętymi piąstkami od bójek. Mama wiedziała, dlaczego tak się dzieje i nigdy nie dostawałam za to reprymendy. Tym bardziej, że prawie zawsze wygrywałam. Dzięki temu też zdobyłam szacunek na długie lata u chłopców, którzy potem wyrośli na okolicznych rycerzy oratlionu, ale to już trochę inna historia.

Być może właśnie przez moją mamę nie tylko szanowałam jakąś inność, odchodzenie od szablonu, pociągali mnie ludzie zwłaszcza nieśmiali, a może wzięło się to z czegoś innego. Bo przecież przeciwieństwa się przyciągają, prawda? Od dziecka nie tylko biłam się z każdym, kto mi się nawinął pod pięści i trochę z czymś przesadził ale byłam pewnego rodzaju...gwiazdą. Po latach zrozumiałam, że być może to jeden z syndromów DDA, ale zawsze byłam rozgadana, byłam małą bohaterką. Do dzisiaj jest ze mnie typowy ekstrawertyk, który dzieli się swoimi emocjami i historiami aż przesadnie, który śmieje się za głośno i zawsze uwielbia być w centrum zainteresowania.

Może właśnie tu tkwi klucz. Zawsze lubiłam zwracać na siebie uwagę, być w samym centrum, co gorsza może, moja pycha zawsze karmiła się potrzebą poczucia docenienia, poczucia tego, że się błyszczy. Zawsze na wierzchu, zawsze na świeczniku. Nigdy nie czułam się rzadkim minerałem czy kopalnią, którą trzeba odkrywać. Wręcz przeciwnie, niczym dama lekkich obyczajów z tawerny od razu przed każdym rozkładałam swoje wdzięki. Nie, nie te wdzięki. Głownie te intelektualne, bo przecież zawsze miałam wysokie mniemanie o swoim intelekcie. Do dzisiaj sądzę, że to poczucie nie jest na wyrost i nie boję się do tego przyznać. W każdym razie, zawsze było mnie wszędzie pełno, czy to w szkole, czy na polu towarzyskim, kiedy tańczyłam dosłownie i w przenośni na stołach i kiedy dawałam wszystkim długie wykłady na temat filozofii Nietzschego czy na temat zasady działania elektrowni atomowej. Typowy, męczący ekstrawertyk, który ładuje baterie przy ludziach. I może właśnie, po prostu, egocentrycznie i egoistycznie, zawsze najlepiej ładowało mi się baterie przy tych, którzy wcale nie byli tak wcale oczywiści. Przy tych, którzy stali pod ścianami i mieli nieraz swój mały, hermetyczny świat.

Co mnie zawsze dziwiło, te zderzenia, w pewien sposób dwóch całkiem różnych światów, wcale nie były skazane na porażkę. Wręcz przeciwnie. Może dlatego, że przy takich ludziach, przy klasycznych „dziwakach” z grubymi szkłami okularów, z mówiącymi szeptem, sama się wyciszałam. Przestawałam krzyczeć. Zamiast tego, zawsze starałam się słuchać, docierać z latarnią własnej pochodni. Może przy nich nieraz mniej się spalałam.

Mój przyjaciel kiedyś, gdy znaliśmy się już wiele lat i gdy otworzyliśmy przed sobą wiele drzwi, powiedział pewną mądrą rzecz, swoją teorię kluczy i zamków. Stwierdził, że każdy z nas jest jak klucz i zamek zarazem. Z tym, że różnimy się tym, jak wielu ludzi ma dostęp do naszych zamkniętych drzwi i tym, jak bardzo uniwersalnym kluczem jesteśmy. Niektórzy mają szczelne, pancerne wręcz drzwi swoich serc i wpuszczają do nich nielicznych. Obwarowują się i mają naprawdę trudne do złamania zamki. Inni, są niczym progi tych wesołych domów, w których drzwi zawsze stoją otworem. Zdarzają się i tacy, co bardzo łatwo otwierają, ale okazuje się, że w ich wnętrzu jest o wiele więcej drzwi i dopiero przy tych trzeba się postarać.
Ale właśnie, każdy z nas nie tylko ma drzwi, jest też kluczem. Są ludzie, którym wystarcza otwarcie tylko paru drzwi, którzy nie potrzebują przestąpienia wielu progów. Niektórzy nawet nie potrafią tego zrobić, nawet, gdyby chcieli. Nie trafiają do zamków, są kluczami wyszczerbionymi przez lata, przez zdarzenia, skorodowali. Z kolei zdarzają się też ludzie, którzy są niczym wytrychy. You're a skeleton key , oppening me, można im zaśpiewać. Oczywiście, nie złamią każdego z zamków. Oczywiście, że nieraz sami nadkruszą się, warując pod czyimiś drzwiami. Ale mają talent do otwierania nieraz nawet najbardziej pancernych drzwi. Do trafiania szybko do serc, umysłów. Mają talent do tego, bo poznać kogoś i po 10 minutach poznać historię jego życia. I nie muszą się specjalnie starać, nie muszą nic przy tym wielkiego robić.
Może można to nazwać po prostu talentem do ludzi. Takim, jak wszystkie inne talenty, jak talent do malowania, muzyki? Może to talent, który trzeba też szlifować przez lata?

Ten, który mi to powiedział, miał właśnie według mnie taki talent. Ludzie garnęli się do niego, a on ich słuchał, garnęli się do niego i chcieli mówić mu o swoim życiu, mówić o tym nawet co boli i co tkwi najintymniej.
Masz do tego talent, mówiłam sama, kiedy nieraz z nim rozmawiałam i widziałam te jego wielkie ciemne oczy, oczy, które też słuchały wiele zwierzeń, oczy, które wiele widziały i były mądre.
Może to wyjątkowy umysł, sądziłam, może dusza. Cholerny talent, tak jak talent, który miał do muzyki.
Cholerny talent, który, jak on twierdził, ja też posiadałam, chociaż, w trochę inny sposób. W innych sytuacjach i często przy ludziach, którzy z kolei nie łamali się pod jego wytrychem.
Nie dawałam przez długi czas wiary jego słowom, bo kto ma być wytrychem? Ja, herod baba, która rzuca przekleństwami na prawo i lewo, nieraz sprzedaje kuksańce, śmieje się i chwyta pod boki jak typowa wiejska dziołcha? Ja, wytrychem? Dobre sobie. Ja, która nie ma w sobie ani krzty delikatności i nieraz przesadza z brakiem tabu. Ale potem zastanowiłam się nad tym. Zastanowiłam się, zwłaszcza, gdy jego zabrakło i gdy w pewnym spadku dostałam pewnych ludzi. Tych, z którymi przedtem nawet nie rozmawiałam ani słowem, tych, których znałam tylko z widzenia nieraz. Tych, którymi w jakiś sposób miałam się zaopiekować.

Więc przychodzili. Wielu muszących po prostu porozmawiać o tym, co się stało. Wielu którzy chcieli być po prostu przytuleni. Nawet przez tą, co nie przyznaje się do płaczu.
Zaczęłam więc myśleć o tym, że mimo wszystko, mimo mojej pozy suki, mojej pozy walecznej amazonki często, mam w sobie nieznane nieraz pokłady czułości. Co więcej, miałam je chyba zawsze. Gdy szukałam swoich dziwaków. Gdy broniłam tych poniżanych i szykanowanych jako dziecko. Gdy rozmawiałam godzinami z moimi pacjentami na studiach i sprawiałam, że chorzy na raka się śmieją. Gdy poznawałam te wszystkie nieśmiałe dziewczyny i zahukanych chłopców. Gdy godzinami rozmawiałam z wieloma osobami, które znałam tylko wirtualnie, pocieszając, jakoś słuchając. Gdy nic nie mówiłam gdy ktoś przy mnie płakał, po prostu przynosiłam chusteczki i byłam. Gdy wstawałam w środku nocy do przyjaciół a nawet do trochę dalszych osób, gdy ktoś miał kłopoty. Zawsze tak było, tylko ja, twarda wiejska dziewczyna co woli nieraz mowę pięści od słów, wolałam tego nie widzieć. Wolałam zawsze kryć się za fasadą głośnego śmiechu osła i steku przekleństw. Nigdy nie uważałam się i nie będę uważać się za dobrego człowieka, za dużo mam przewin na karku i mieć jeszcze będę. Ale, do cholery, jednak mam miękkie serce, które po prostu woli udawać, że wcale takie nie jest. Może woli udawać, żeby czasem pocieszać innych i jakoś się trzymać, Bo jak to tak, usiąść nieraz i płakać we dwójkę, marudzić? Nic z tego nie przyjdzie. Ktoś musi ogarnąć, ewentualnie potem powzruszać się samemu.

Od paru dni zastanawiałam się, czy faktycznie potrafię nieraz tak łatwo znaleźć klucz. Gdy w nowej pracy poznałam w ciągu jednego dnia smutną historię jednego z panów, gdy innego oswajałam pewnego niesamowicie nieśmiałego mężczyznę z samą sobą, oswajałam tak, że ostatnie godziny pracy przegadaliśmy o książkach i komiksach, czymś, co oboje uwielbiamy.
Być może sama jestem takim dziwakiem i ciągnie swój do swego? Nie miałabym w sumie nic przeciwko. Wolę pewne odstępstwa przecież od ogólnie przyjętych norm, niż samopowtarzalny schemat.

W sobotę spotkałam się z A., człowiekiem, który tak przecież trudny, przez tyle lat dał mi się jakoś oswoić, tak jak ja dałam się oswoić i jemu przecież. Poszliśmy na spacer po Cytadeli, poszliśmy posiedzieć chwilę na ukochanych przez niego grobach, w ciszy i spokoju, paląc kolejne papierosy. Opowiedziałam mu o swoich przemyśleniach, pożartowałam z tego, jakim to on jest dziwakiem, ze swoimi fobiami, depresjami, dziwakiem z niesamowitym przenikliwym umysłem.
-Bo ty jesteś wyjątkowa pod tym względem, masz pewnie talent, tak jak mówił twój przyjaciel. Masz to coś. Wyjątkowy umysł, serce, chociaż starasz się zaprzeczać. Poza tym, jesteś silna, a ludzie szukają pewnego oparcia i siły. Ufają jej, tak jak ja zaufałem tobie. Jak ktoś się wydaje silny, masz wrażenie że cię nie zawiedzie. I jak masz wrażenie, że ktoś ma otwarty umysł, ten wyjątkowy umysł, to wiesz, że cię nie zawiedzie.

Porozmawiałam o tym z Mężem, w jednej z rozmów przed snem. Zaśmiał się i mówił jednocześnie poważnie, przypominał mi o tym, jak oswajałam od dziecka wszystkie bezpańskie koty i psy. Tak samo jest przecież z ludźmi.
-Tylko muszą ci zaufać, a jak widać jest nieraz coś w ludziach, co wzbudza zaufanie. W tobie też jest. Przecież ja ci zaufałem.
Miał rację. Od dziecka, na swojej wsi bawiłam się w zaklinaczkę bezpańskich psów i kotów, zawsze dokarmiałam je a po czasie te nawet najbardziej dzikie łasiły się do nóg i merdały ogonami. Oswajałam dzikie króliki i zające, mierzyłam się z kozami na rogi, żeby tylko uznały mnie za swoją. Może tak samo to działa z ludźmi, może ma rację. Może też mam nieraz, przy niektórych ten talent? Bo właśnie przecież on też mi zaufał. Najważniejszy człowiek w moim życiu, ten, który pozornie jest niesamowicie otwarty i wesoły, a ma wiele pancernych drzwi po tym, gdy wpuści cię za próg. Ten, który ma przecież tak mroczne sekrety, że miał nie wyznać ich nigdy nikomu. Mi zaufał. Można powiedzieć że dlatego, że mnie pokochał ale...może pokochał mnie właśnie dlatego?

Myślałam o tym wszystkim dzisiaj, gdy napisałam już listy, gdy przyszli znajomi których tak dawno nie widzieliśmy. Ten, którego historię też poznałam, ta, którą znałam od liceum i którą pocieszałam po poprzednich nieudanych związkach.
Myślałam o tym i zastanawiałam się nad byciem nieraz wytrychem. Myślałam o tym, jak Mąż nieraz śmieje się, że kolekcjonuję nie tylko ludzie opowieści, ale kolekcjonuję i swoich dziwaków. Jego żarty jednak zawsze mają coś w sobie.
I w tym wszystkim naszła mnie jedna, najważniejsza chyba myśl. To nie talent, pomyliłam się wiele lat temu z Królikiem, gdy rozmawialiśmy o zamkach i kluczach.. To żaden cholerny talent. To, jak mawiał później, a czego nie zrozumiałam, po prostu bycie człowiekiem. I traktowanie każdego po prostu jak człowieka.

Bo widzicie, nie chodzi o żadne łatki, szablony, bycie dziwakiem i odstawanie od reszty. Dziwacy, być może, nawet nie istnieją. Tak samo jak wariaci. Przecież już przed laty odkryłam, że nie ma żadnych większych i mniejszych norm. A tak trudno było wpaść mi na zasadę działania zamków i kluczy.

Czułość, ta jego czułość i szacunek. Dwie najprostsze i najważniejsze zasady w życiu, zasady które powinny panować też w każdej relacji. Jeśli szanujesz i jeśli pozwalasz na to, by dać trochę ciepła, które każdy w nas sobie jednak nosi- nic dziwnego, że ludzie chcą się otworzyć. Że zapraszają cię do swojego domu. Jeśli traktujesz każdego człowieka jak człowieka po prostu, nie patrzysz na niego jak na kolejne łatki, kolejny schemat, jeśli szanujesz jego odrębność i to, co w sobie nosi- też stajesz się dla niego po prostu człowiekiem. To takie proste, a tak często o tym po prostu zapominamy. Zwłaszcza w naszych zimnych czasach, w których króluje schemat i szablon. W czasach, gdzie mamy uszy a nie umiemy słuchać, mamy oczy, a nie potrafimy widzieć. Nie potrafimy rozmawiać.
Tak naprawdę, relacje między ludźmi są bardzo proste. Ale może przez to stają się trudne. Ale można udawać nieraz hardą dziewczynę, można kląć i śmiać się odrobinę za głośno,nie trzeba być stonowanym i spokojnym dla niektórych. Dla tych, dla których po prostu szacunek i czułość tego rodzaju znajdą drogę.
Klucz i zamek, nic prostszego.

Być może też nie ma ludzi wyjątkowych. Być może właśnie każdy ma wyjątkowy umysł. Czasem są ludzie wyjątkowi dla nas ale...w perspektywie świata to byłby tylko kolejny schemat, nic więcej.

Czasem zaskoczy iskra i nasze umysły połączą się, czasem po prostu nie pasujemy do siebie i nie potrafimy sobie powiedzieć najprostszej rzeczy. Ale to nie szkodzi. Najlepszy wytrych nie otwiera przecież drzwi, które dla niego stają się pancerne. Ale to nie szkodzi. Nie ten klucz zadziała to inny, dla każdego coś się znajdzie. Bo wierzę, że dla każdego są ludzie, którzy ich otworzą i przed którymi będzie warto to zrobić. Czasem tylko bywa trudniej ich znaleźć. Czasem nasze bramy bywają jak drzwi skute lodem. Ale czy nieraz nie musimy czekać na wiosnę? Bądź na lipiec i słodki zapach lipy.



Drzwi zaczynają się zamykać
A ty narysowałaś różę, moja, moja
Twój umysł jest wyjątkowy, jesteś wytrychem, który mnie otwiera
Moja, moja, twój umysł jest wyjątkowy.
Maleńka, jesteś wyjątkowa

Zawsze byłaś i zawsze będziesz. 

47 komentarzy:

  1. Z psychologicznego punktu widzenia, podobno lubimy od razu tych ludzi, którzy są do nas podobni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym też jest, chociaż właśnie czasem się zastanawiam, na czym to podobieństwo miałoby w ogóle polegać XD

      Usuń
    2. Może właśnie na tym, że wszystkie osoby o których piszesz, w tym Ty, jesteście tacy nieszablonowi, niestandardowi :)

      Usuń
    3. Może po prostu żadnego szablonu nie ma tylko czasem właśnie niektórzy ludzie próbują się w niego wpasować...a to jakaś ułuda cholerna, o XD Więc jak się nie próbuje, to wychodzi jak wychodzi:)

      Usuń
    4. Tak tak! Też to właśnie chciałam napisać, bo przecież niby każdy z nas jest w pewnym sensie wyjątkowy, ale jednak większość dąży do tego by być takimi jak inni, nie wyróżniać się, iść za tłumem, płynąć z prądem. A Ty lubisz płynąć pod prąd, czyż nie? :D

      Usuń
    5. Dokładnie. Bo po prostu może niektórzy wciskają się w szuflady bo..boją się, że inaczej nie da się żyć? Jakoś poza schematem?
      I owszem, lubię. Chociaż nie we wszystkich kwestiach i na pewno nie za wszelką cenę, z głupią upartością:)

      Usuń
    6. Boją się krytyki innych osób. Ja w sumie też w jakiś sposób czuję się zwykłą, szarą myszą w tym tłumie, ba, nawet zaginioną i czuję się z tym po prostu bezpieczniej :)

      Usuń
  2. Uśmiechnęłam się, kiedy czytałam o tym, że lgnęłaś do tych właśnie tajemniczych, może trochę osamotnionych ludzi. Zupełnie, jak ja. Drażniła mnie cudza popularność, blask, nie lubiłam dziewcząt, które zawsze otoczone grupką znajomych miały takie bogate życie towarzyskie, podrywały najprzystojniejszych facetów (o których ja mogłam jako pasztet pospolity tylko pomarzyć xD). Uwierali mnie tacy ludzie. Zawsze pewni siebie, zawsze przebojowi i popularni. Może dlatego że sama byłam spokojniejsza i nie wyrywałam się zbytnio z tłumu. Może gdzieś podświadomie czegoś zazdrościłam - nie wiem, nie umiem dziś powiedzieć. I własnie pociągała mnie ta ludzka tajemniczość. Zastanawiałam się, w czym ta grubsza dziewczyna stojąca sama pod oknem jest gorsza od tych wyszczekanych, popularnych i otoczonych facetami piękniś. Podchodziłam, rozmawialam z nią, a ona się otwierała i - co najważniejsze - w końcu uśmiechała. Jej uśmiech to był dla mnie prawdziwy cud. Prawdziwa wartość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko widzisz, u mnie to działa trochę na zasadzie może przeciwności...a może przeciwności tu całkowicie nie ma, chociaż brzmi to trochę absurdalnie. Mam nieraz wrażenie, że każdy z nas ma takiego szarego człowieka pod ścianą, który po prostu chce, by świat się do niego uśmiechnął. Świat reprezentowany przez innego człowieka. Tylko, że okazujemy to w inny sposób. Czasem tego szukamy patrząc niepewnie w podłogę, a czasem wręcz w blasku reflektorów. Ale ostatecznie...chyba możemy wszystko sprowadzić do jednego:)

      Usuń
    2. Też miałam coś podobnego! Jeszcze w podstawówce broniłam, nie raz i pięściami tych, z których wszyscy inni się wyśmiewali.
      Moja niechęć do "gwiazdek" brała się raczej z tego, że uważałam ich zachowanie za sztuczne. Nie znoszę, jak ktoś jest sztuczny i udaje kogoś, kim nie jest tylko po to, żeby zyskać aprobatę rówieśników.
      Tylko że... szkoła to specyficzne miejsce i specyficzny czas w życiu człowieka. Na pewno jest pewnym korzeniem w późniejszym życiu, ale trudno znaleźć analogiczną społeczność w świecie dorosłym. Nawet społeczność znajomych z pracy bardzo się różni... mimo wszystko, chyba każdy z Nas ma tak, że widząc kogoś pierwszy raz już ma gdzieś w kącie umysłu decyzję czy spotkał człowieka, którego ma ochotę lepiej poznać, czy raczej takiego, którego mógłby tu i teraz udusić gołymi rękami.
      W relacjach międzyludzkich wierzę w siłę przyciągania, bo każdy kto staje na Naszej drodze wnosi coś do Naszego życia. Nawet te niepozorne spotkania, rozmowy o wszystkim i o niczym coś ze sobą niosą. Sztuką jest umieć to znaleźć i jak najlepiej wykorzystać.

      Usuń
    3. U Ciebie zasada przeciwności, u mnie niechęć do sztuczności. A może to, że sama jakoś specjalnie popularna być nie chciałam, nie umiałabym chyba. Ale właśnie, wszystko sprowadza się do jednego w pewnym sensie :)
      Nayantara - lepiej bym tego nie ujęła :)

      Usuń
    4. @Asik: Wiesz, ludzie skromni, nieśmiali potrafią być tak samo sztuczni przyjmować pozy, udawać. Tak mi się wydaje. To tylko kwestia ekspresji nieraz i kwestia tego, co się chce nią osiągnąć. Z tym, że sztuczność u tych miłych i skromnych często trudniej się wyczuwa jakoś.

      @Nayantara:No to wiesz, o co mi chodzi. Byłyśmy w takim razie podobnymi dziećmi:)I wiesz co, właśnie tak jak piszę wyżej Asikowi...sztuczność zdarza się u każdego typu ludzi. Tak sobie myślę, że są ludzie, którzy są "gwiazdkami" ale mają po prostu naturalną charyzmę i jak tak wspominam...cholera, nawet najprawdziwszy człowiek którego znałam, był gwiazdką nieraz, a nic nie udawał. I był pięknym człowiekiem. Także, różnie bywa, tu też nam się nieraz niepotrzebnie wkrada szablon..choć fakt faktem, taka charyzma zdarza się niezwykle rzadko.
      I to prawda, szkoła to cholernie specyficzny okres...ale jakby nie patrzeć, właśnie on nas często kształtuje społecznie i zostawia w nas niesamowite ślady na całe życie. Przynajmniej ja mam takie wrażenie.
      I to fakt, taki magnetyzm istnieje...tylko u niektórych on zdarza się częściej:)

      Usuń
    5. Ano trudno się nie zgodzić... Fakt faktem, wiele razy się przejechałam. Ale jak to mówią, kiedy się ma za miękkie serce... ;)

      Usuń
    6. Wiesz co, każdy jakoś właśnie oberwał po dupie ale ogólnie...ja mam wrażenie, że to jednak jest ważne. Przejechać się, człowiek się wtedy bardzo dużo uczy...zwłaszcza o sobie. O tym, jak wstaje z kolan, czy potrafi wybaczać..sądzę, że to bolesna, ale cenna lekcja nieraz. Tylko kwestia, czy sami chcemy się uczyć XD

      Usuń
    7. O własnie - ostatnie zdanie podsumowuje wszystko xD

      Usuń
    8. No niestety, to nie zawsze wychodzi XD Ale nie bez przyczyny mówi się że głupiec nie uczy się na błędach, normalny człowiek uczy się na swoich a mędrzec na cudzych. Mędrców mamy bardzo mało...głupców...cóż... XD

      Usuń
    9. Albo uczy się i i tak prowokuje los - to dopiero combo i mindfuck :D

      Usuń
    10. A jakoś może nie mindfuck, bo jednak, jak ktoś żądny nawet życiowej wiedzy, to prowokować jakoś chyba będzie właśnie, nawet podświadomie XD

      Usuń
    11. Też zależy kto w sumie xD Mindfucków jest dużo, tak mi się wydaje :D

      Usuń
    12. No jasne, każda sytuacja znowuż inna XD Dużo, albo znowu, zależy jak na to patrzymy. Cholerny relatywizm :D

      Usuń
  3. Chciałabym aby lipiec faktycznie był lepszy od tego czerwca, który nabrudził w moim życiu jak żaden inny miesiąc. Uświadomiłaś mi, że jest pełnia. Odruchowo spojrzałam za okno. Dzisiaj księżyc wygląda jeszcze piękniej niż zwykle. Mam ochotę spędzić dzisiejszą noc na balkonie, ale ryczeć do pełni mimo wszystko nie zamierzam. Chociaż.. kto wie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mm nadzieję zatem, że i taki będzie, że ten lipiec przyniesie i tobie pewien rodzaj spokoju.
      Pełnia, najbardziej magiczny ale i emocjonalny czas. I może czasem właśnie trzeba sobie na pozwolić. To akurat już wiem:)

      Usuń
  4. Moi przyjaciele są dziwni. Nie dają się wsadzić do szufladki. I dobrze, bo tam jest ciemno i nudno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholernie spodobał mi się ten Twój tekst, ciemno i nudno. Masz rację, no, nie można odmówić.
      P.S. Czekaj na listonosza XD

      Usuń
    2. Waaa :D jak miło. W sumie jakoś mi chodzi po głowie po tym poście piosenka Rammsteina "Morgenstern". Zwłaszcza słowa "Mit dem Herzen sehen, sie ist wunderschon" ;)
      No właśnie czekam, książkę zamowilam, a go nie ma;p mam nadzieję, że zdaze odpisać na Twój list zanim powyjezdzam.

      Usuń
    3. Masz rację, w sumie tu pasuje.
      A co zamówiłaś?XD I zobaczymy, jestem ciekawa, jak w sumie długo ode mnie do ciebie listy poczta polska dowozi XD

      Usuń
  5. Już miałam pisać (nawet zaczęłam), że też zawsze bardziej swą uwagę skupiałam na tych bezbronnych, kiedy zdałam sobie sprawę... że ja tą bezbronną byłam. Ze mną nikt nie gadał, to ja siedziałam na uboczu. Dopiero w liceum i teraz na studiach, to się zmienilo. Ale te dzieci nie wiedziały, żę wszystkim należy się szacunek. Że nikomu nie wolno dokuczać. A może to i dobrze, jeżeli miałabym wsiąknąć w złe towarzystwo...

    Inną sprawą jest fakt, że czasem szukamy osób, z którymi moglibyśmy nawiązać jakąś nić porozumienia zupełnie nie tam, gdzie powinniśmy. Niby po błędach do celu, ale ile można błądzić, ile można pokładać nadzieje w osobie, która koniec końców okazuje się zupełnie kimś innym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To można powiedzieć, tutaj ciągnął swój do swego? I czasem właśnie człowiek nie zdaje sobie sprawy, że sam był taką osobą, jakie go przyciągały. I wiesz, mi się też wydaje, że do pewnych spraw trzeba dojrzeć, człowiek dojrzewa też właśnie społecznie, do pewnych znajomości.
      W ogóle, dzieci są najbardziej okrutne, prawda? Są szczere i kierują się pierwotnym instynktem odrzucania, a nie społeczną otoczką pewnej poprawności....

      I to prawda. Tylko właśnie, niektóre osoby łatwiej nawiązują nici porozumienia z większą ilościa osób, inny są może...bardziej wybredni, może tak to można nazwać?:) I zależy, jak wielkie masz oczekiwania i nadzieje może.

      Usuń
  6. "Bałam się" Ciebie troszkę, bo wiem, o ile przewyższasz mnie intelektualnie, poza tym myślałam, że z moim stylem bycia Cię nie zainteresuję. Bywam zamknięta, ponieważ uważam na ludzi, ale staram się otworzyć na każdego, kto proponuje kontakt, rozmowę. Lubię ludzi o niekonwencjonalnym zapatrywaniu na świat, ponieważ niczego nie udają. Takich często przyciągam, waśnie oni - jak to pięknie ujęłaś - widzą we mnie człowieka, patrzą sercem. Nawet bez tej notki wiem już, że do nich należysz i chciałabym Ci... podziękować :*
    Proste zasady, ale wypierane przez ich przeciwieństwa, których lista wcale nie jest krótka. Dobrze, że o nich przypomniałaś. Może ktoś, niekoniecznie komentując, wpadnie tu i się obudzi, zastanowi... Taką mam nadzieję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bałaś się mnie? No weź XD I ja nie przeczę, jestem inteligentna, za taką się mam, tak samo jak za oczytaną itp. ale w życiu bym nie powiedziała, że ciebie intelektualnie przewyższam jakoś, no weź się puknij dziewczyno XD
      Po prostu właśnie, tak jak pisałam, niektórzy mają szczelniej zamknięte drzwi, są ostrożni, przez może właśnie wcześniejsze doświadczenia, czasem po prostu przez charakter i..to też jest dobre. W sumie, wyobraź sobie, jakby miał wyglądać świat pełen rozwrzeszczanych emocjonalnych ekshibicjonistów? Przerażające XD
      I rety, dziękuję również za takie słowa i wiesz..to działa też w drugą stronę, no nie?:)
      Bo proste zasady właśnie niestety najłatwiej się zapomina. I może jednak, czasem ktoś wpadnie, otworzy oczy...czasem jest na to nadzieja:)

      Usuń
    2. Często mam taki odruch stawiania się na niższej pozycji, kiedy poznaję kogoś mądrego. Być może dlatego, że o własnej inteligencji nikt mnie specjalnie nie utwierdzał (tego debila nie liczę, pieron wie czy był szczery:P). Na szczęście po czasie mi przechodzi i się rozkręcam :D
      Kiedyś byłam bardzo otwarta, mniej ekspresyjna od Ciebie, ale pchałam się wszystkim w objęcia xD Część omłotów dostałam słusznie, za zbytnią naiwność.
      Wiem i bardzo się cieszę :)
      Jestem dobrej myśli, masz wielką siłę oddziaływania :)

      Usuń
    3. Rozumiem o co chodzi, po prostu...właśnie nikt cię nie docenił, a czasem nawet jak ktoś docenia, to takie rzeczy trzeba usłyszeć dosłownie i bezpośrednio. Chyba, że ma się taki przerost ego jak ja XD Ale to dobrze:) W pewne rzeczy trzeba w końcu uwierzyć:)
      No czyli można rzec, że cię sporo nauczyły, prawda? A ekspresyjność...jak się uda nam spotkać to zobaczysz, jak ja gestykuluję i jaka jestem głośna. Będziesz mieć dość XD
      Cóż, cieszę się jakoś. tylko głupot nie mogę już pisać?XD

      Usuń
    4. Bardzo ciężko zadowalam się sobą, osiągnięciami itd. Samoocenę mam kulawą, ale z tym walczę. Chociaż teraz jest znów trudniej, ale cóż... kiedyś uwierzę i ja :)
      Najcenniejsze lekcje w życiu... Też potrafię swoje pokazać, ale na totalnym luzie. Nawet Martyna była zaskoczona moją spontaniczną stroną :D
      Skądże znowu, głupoty też bywają inspirujące xD

      Usuń
  7. A ja zawsze byłam wdzięczna takim osobom jak Ty, że chciało im się wysilić, aby otworzyć moje drzwi i poznać mnie lepiej niż powierzchownie (czyli tak naprawdę nie poznać wcale). Ta wdzięczność stąd, że nie jest ze mną tak łatwo, bo mam raczej introwertyczną naturę i nigdy nie otwierałam sie tak hop siup od razu. Zawsze trzeba mi było w sumie trochę ciepła.
    Nie wiem, czy mam talent do ludzi... z niektórymi mi wychodzi. Jeśli chodzi o te osoby stojące bardziej z boku, to jedyny problem jest wtedy, gdy nie są zbyt rozmowne xD Bo sama mistrzem gadania nie jestem i potem wygląda to tak, że tylko patrzę na rozmówcę z nadzieją, że jakoś zagai :D Zauważyłam wgl ciekawą rzecz, wszystkie najbliższe mi osoby są dość wygadane.
    Chwilę przed czytaniem Twojego wpisu odezwał sie do mnie kolega z klasy i tak sobie potem o nim myślałam a propo odnajdywania kluczy do ludzkich serc. Kiedy ja z nim rozmawiałam, to w sumie zwykle się jakoś uspokajał i zawsze był naprawdę miły. Przy innych z kolei bywał dość wredny. I zawsze głowiłam się jaki to on naprawdę jest. I tak dzisiaj pomyślałam, że może udało mi się otworzyć jakieś drzwi, do których nie wszyscy mieli dostęp? Mówią, że jest sknerą i chamem, moja przyjaciółka go nieźle gnoi (a ja troche bronię :D), ale ja kurde nadal w niego wierzę. Wierzę, że jest takim, jakiego go poznałam w gruncie rzeczy inteligentny i wrażliwy. Zastanawiam sie tylko, co jest głębiej, do czego trudniej dojść. Do tego, co ja poznałam, czy do tej jakiejś agresji.
    I wiesz, też zawsze miałam jakąś słabość do ludzi pogubionych czy pokrzywdzonych, ale też szykanowanych przez innych. Nieraz wszyscy po kimś jechali, a mnie było go szkoda i stawałam w pozycji obroncy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie to każdy z nas bywa chyba wdzięczny, jak ktoś chce poznać nasze prawdziwe oblicze, a nie tylko fasadę, bo jednak...każdy z nas nieraz chce być odkryty, no nie?:) A właśnie jak ktoś jest nieśmiały, jest tzw.introwertykiem to właśnie wydaje mi się, że taka cudza cierpliwość i wytrwałość, chęć zajrzenia do tej jaskini bywa zbawienna. Bo jak coś jest trudniejszego, to tym bardziej się to docenia.
      No więc właśnie, jesteś kluczem dla niektórych, tak jak każdy z nas :) Czyli można powiedzieć, potrzebujesz jakiegoś uzupełnienia? A właśnie wielu moich znajomych to milczki XD
      Więc pewnie ty właśnie trafiłaś do niego. Niektórzy ludzie działają na nas jak łagodzący balsam, jak właśnie ten klucz, co otwiera drzwi i wpuszcza orzeźwiające powietrze.
      I słusznie:)

      Usuń
    2. Tak, myślę, że większość tego chce. Ja na przykład bardzo. I w sumie to teraz już trochę ułatwiam to innym, mam mniejszy opór przed ukazywaniem swojego wnętrza.

      No tak to chyba działa na zasadzie uzupełniania się :D Wiesz, ja takim zupełnym milczkiem nie jestem, nieraz to ja jestem tą co najwięcej nawija. Tylko, hmm, moi znajomi czasem mnie do tego jakoś stymulują, powiedzmy, że mnie rozkręcają :D Chociaż są i takie osoby, które w ogóle nie muszą tego robić, z którymi nadaję na tych samych falach.
      W każdym razie, jeśli się spotkamy, to Twoje gadulstwo jest mi jak najbardziej na rękę XD

      No właśnie... tak mnie tym wpisem natchnęłaś, że to może właśnie ja go nieco lepiej poznałam. I powiem Ci, mam jakąś satysfakcję z tego powodu :D

      Wiem :) Nigdy nie wątpiłam, że takie nastawienie jest dobre, a wręcz byłam z niego dumna :D

      Usuń
    3. Bo czasem właśnie i ułatwić trzeba bo jednak wiesz...nawet jak komuś zależy, jak się stara do kogoś dotrzeć, jak nie uda się raz, drugi, trzeci..to ma się dość. Człowiek się męczy, jak nie ma efektów, zwłaszcza w takich tematach.
      Dokładnie wiem więc o co chodzi XD I jak trafisz temat i znasz osoby to pewnie ci się właśnie buzia nie zamyka, co?XD Znam wiele takich przypadków w sumie, ale właśnie ja często jestem tą, co musi kogoś rozkręcić XD I spoko, pasuje mi to XD
      To dobrze:)
      I to też dobrze XD

      Usuń
  8. Jest tak jak piszesz z tymi znajomościami. Zawsze ze mną można było szybko nawiązać kontakt, ale osoba, którą poznałam ostatnio w bibliotece - o której wspominałam w notce, właśnie ma w sobie coś tak irytującego, że gdybyśmy byli razem dłużej po prostu wyszłabym. I nie wiem co mnie w nim drażniło, ale nie wiem po prostu czasami zdarzają się tacy ludzie, że po prostu się nie da. Ale zawsze lubiłam poznawać kogoś nowego, z kimś z kim mogłabym pogadać o wszystkim i o niczym. Różnych ludzi przynosi życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nieraz znajomości w naszym życiu muszą być przelotne. Nie z każdym możemy zostawać na wieki i przecież nie każdy na wieki by nam odpowiadał, prawda?:) Tak się nie da.
      I właśnie, różnych, niektórzy coś dają, inni zabierają...ale sądzę, że wszystko zawsze zostaje w równowadze:)

      Usuń
    2. Tylko czasami fakt, że żadna znajomość nie trwa wiecznie i w końcu nasze drogi się rozchodzą (w taki czy inny sposób) jest trudna do zaakceptowania. Szczególnie jeśli chodzi o osobę wartościową, bliską, lub taką która po prostu wiele wniosła do życia.

      Usuń
    3. Jasna sprawa, nic nie przychodzi łatwo, jeśli nam zależy. Czasem godzimy się z tym latami, czasem jakieś inne zdarzenie, musi sprawić, żebyśmy się z tym pogodzili. Ale na pewno nie jest to niemożliwe:)

      Usuń
  9. Najlepsze jest to, że osoby, które nam wydają się irytujące, mogą być dla innych interesujące i odwrotnie. Dobrze, że jest tylu ludzi, dzięki temu każdy może znaleźć dla siebie odpowiednie towarzystwo.

    OdpowiedzUsuń
  10. Tez jakoś nie lubie "normalnych" ludzi, ci "dziwni" sa dla mnie najlepsi, ale masz racje, traktowanie człowieka, jak człowieka, o to właśnie chodzi..

    OdpowiedzUsuń
  11. u nas też lało, a teraz mamy dzisiaj 35 stopni, a jutro 39... -.-

    OdpowiedzUsuń
  12. Sama Ci mówiłam, w którymś z maili, że ludzie do Ciebie ewidentnie lgną. To widać po prostu. I chyba rzeczywiście jest tak, że swój ciągnie do swojego, chociaż z drugiej strony ci osamotnieni, z którymi byłaś, uspokajali Cię, a Ty znowu potrafiłaś ich "rozruszać". Więc pewnie też jest tak, że przeciwności pewne się przyciągają, bo mogą sobie nawzajem coś dać, czegoś nauczyć.
    I cieszę się z Twojej konkluzji, że to jednak nie talent, bo już zaczynałam mieć kompleksy :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Podoba mi się ta metafora o kluczach i zamkach. I o wytrychach. Do mnie przemawia. I ja w nią wierzę.

    OdpowiedzUsuń
  14. fajny tekst, podoba mi się porównanie ludzi do zamków i kluczy, faktycznie jest to talent, jeżeli ktoś swoim charakterem potrafi otworzyć innych ludzi, wydaje się, że nawet lepszym określeniem jest słowo dar

    OdpowiedzUsuń