Po
ciężkim tygodniu, pełnym skrajnych emocji, pełnym złych i
niedobrych ale i wspaniałych uniesień, gdy zmazały się już z
twarzy ślady łez, przyszedł w końcu wolny dzień.
Po
upałach przyszedł w końcu deszcz przemieszany ze słońcem, zmył
kurz z ulic, zmieniając się w żółty strumień, niosący pyłki
lip ulicami Poznania. Po straszliwym upale nadszedł prawdziwy monsun
podczas jednej z nocy, nocy cudownej po ciężkich rozmowach,
kolejnych i kolejnych.
Ten
tydzień przyniósł wspomnienia. Cudzy wiersz, który sprawił, że
w oczach stanęły łzy. Przypadkowo znalezione japońskie święto
ulubionej gwiazdy tego, którego miłość z oddali sama jest jak
światło gwiazdy już. Dociera, ale nie można go dotknąć. Żeby
dotknąć, samemu trzeba spłonąć. Jeden film, który przywołał
wspomnienia sprzed lat, z czasu spędzanego w barze, kiedy to pewna
piosenka była zawsze gwoździem wieczoru, co opowiadaliśmy ze
śmiechem Redcar. Inny włączony film, który chciałam obejrzeć od
dawna, ale nie mogłam bo stale coś przeszkadzało. W końcu seans
rozpoczęty...a ja zapomniałam, że zaczyna się słowami
„remember, remeber, the 5 of november”. Nie tylko ja tak
na niego zareagowałam. Z Redcar, która wtedy u nas także siedziała
( w końcu żyjemy w pewnej komunie, prawda?) od razu spojrzałyśmy
po sobie. Mój Mąż, nigdy nie pamiętający dat ( ma problem nieraz
nawet z moimi urodzinami) , zorientował się dopiero, gdy szliśmy
już spać.
Drobnostki,
które wołają z oddali, drobnostki, których nie zmyje deszcz.
Drobnostki, które składają się w całość i wołają. Ale o
dziwo nie wołają całkiem bólem. Nie wołają całkiem łzawo. Nie
mnie. Powodują łzy, czułe, ale nawet dobre. Przywołują
wspomnienia, ciepłe, dają trochę nostalgii i melancholii, ale nie
zabraniają żyć. Nie zamykają w klatce. To wspomnienia, które
powodują uczucia, wiele uczuć, całe lawiny. Ale nie podcinają
skrzydeł. Już nie w ten sposób. Nie druzgocą na kawałki.
Przeszłość
krzyczy nieraz. Tęsknota woła. Za tym, za tamtymi. Za ogniskami w
lipcu, które więcej się nie powtórzą. Za burzami przeżywanymi
wspólnie w górach. Za marudzeniem na upał i piciem wspólnie
zimnego piwa nad Wartą.
Ale
piwo można pić dalej. Z kim innym, inaczej. Tak jak wczoraj. Można
iść nocą na kebaba na Teatralce, co było tradycją nie tylko moją
i Męża, a też tych, co już brakuje. Ale można zacząć nową
tradycję. Nie przejmować się. Iść dalej, żyć dalej, z małymi
skojarzeniami, szarpnięciami serca, które wywołują chwilowe
skurcze ale i fale ciepła w te lepsze dni. W te gorsze dają nieraz
posmak załamania, ale nie pachną już ostateczną klęską.
Może
dlatego, że mimo wszystko ma się silne serce. Które kochało i
które kocha dalej. W całym galimatiasie, w całym oceanie życia, o
którym on nawet mówił, że trzeba przecież pływać. Wystarczy
nauczyć się pływać, tak samo jak wystarczy nauczyć się latać.
Choć, to nie zawsze jest takie łatwe.
Najtrudniej
chyba wyjść z klatki.
Wracamy
do domu po moim pierwszym od tygodnia wolnym dniu, a tam czekają
wiadomości. Tam czekają skojarzenia. Mimo zmęczenia odpisuję,
mimo zmęczenia dzwonię, bo oni nie odpisują, a ja się martwię.
Dwie naraz, dwoje ludzi w klatkach. Rudowłosa młoda dziewczyna,
która wydaje się tak silna i bezczelna nieraz, a jest najkruchszą
porcelaną, jakby powiedział o niej jej brat. Czarnowłosy już nie
tak młody przecież mężczyzna, którego kiedyś zamknięto w
klatce na siłę, a on stworzył ją w swoim sercu. Któremu życie
połamało skrzydła i zabrało nogi, by mógł uciec na dobre.
Dwoje, którzy mają silne serca, ale zamknięte w klatkach. Tak
dosłownych klatkach w tym momencie.
Rozmawiam
chwilę z Rudą. Z nią już w porządku, to tylko chwila załamania,
przeprasza, że nie przyszła do nas nad Wartę chociaż jej o tym
pisałam, ale jej skojarzenia były za silne, jej życie rozpieprzyło
się inaczej chwilowo i nie miał kto jej pocieszyć, choć było
dużo ludzi, ale nie mogła jej pocieszyć ta jedna osoba, której
pocieszenia by pragnęła, której słów i przytulenia potrzebowało.
I to kopało po żebrach leżącą po ziemi, ale już w porządku.
Słyszę po jej głosie, wiedziałabym kiedy kłamie, bo tak samo nie
potrafi kłamać jak nie potrafił jej brat. Ten sam ton kpiarza,
który wskazuje na jedno. Nie, już burza ucichła, jest w porządku.
Nie, ona nie zamknie się w klatce, choć nieraz jest tego tak
blisko. Ma tych, których kocha i klatka wspomnień, bólu i tęsknoty
choć nieraz już, już zatrzaskuje się prawie na dobre, nigdy nie
jest zamykana na kłódkę. Ma siłę swojego brata, chociaż jest
tak krucha. Wiem to doskonale, więc już się nie martwię.
Krótka
rozmowa, krótkie dobranoc z telefonem przy uchu, telefonem którego
zapomniałam naładować raz a porządnie a z którym zawsze mam
problemy.
Bateria
mi pada, klnę pod nosem, bo czeka mnie chyba dłuższa rozmowa.
Włączam chwilę fejsa, włączam chwilę muzykę, oczywiste
skojarzenie, no tak. Pijana jeszcze trochę czekam, aż bateria na
dobre ożyje.
Nie
odbiera telefonu, gdy w końcu udało mi się go reanimować. Pisze
tylko smsa, że pogadamy jutro, teraz nie da rady.
Czytam
jeszcze raz jego poprzednie wiadomości na mailu, wyobrażam sobie,
że robi to co zawsze, zamyka się w swoim mieszkaniu, zamyka się w
tej ogromnej szafie, bo czuje się jak zamknięty w skorupce orzecha,
przez chwilę bezpieczniejszy.
Zamyka
się w klatce, bo ją zna w życiu najbardziej. Od zawsze, od
dziecka, na postronku, od zawsze za kratami, które chciałby złamać,
ale wszystkie lęki, złe i niedobre tak bardzo to utrudniają.
Zamyka
się w klatce, choć już prawie wyhodował swoje piękne skrzydła,
piękne barwne już pióra i może latać, nie musi wcale pełzać
ani biegać, bo tego mu też zakazano. Może latać, ale nie wie, boi
się, zamyka się w klatce.
Znowu
to też jemu podcinają skrzydła.
Zamyka
się w klatce, choć, to jego znowu tak naprawdę chcą zamknąć.
Przeszłość wyciąga ręce na równo ze szponami teraźniejszości,
z którą nie wie co zrobić. Martwię się, boję się, żeby przez
to wszystko nie zrobił sobie krzywdy, martwię się, ale daję
spokój. I tak nie odbierze.
Kładę
się do łóżka, rozmawiamy jeszcze chwilę, kochamy się czule mimo
wszystko, zasypiamy, choć sądziłam, że nie zasnę już w ogóle.
Dobre dni wyczerpują bardziej niż złe, dobre dni mimo złych i
niepokojących zakończeń pozwalają zasnąć.
Mam
dziwne sny, pełne morskich stworzeń, których szczęki obgryzają
moje nogi i ręce do kości. Pełne upadku piskląt z klifów i
żałosnego wycia porzuconych psów.
Budzę
się więc niespokojnie, choć zasnęłam całkiem bez problemu.
Wstaję
o 8 rano, zaczynam swój drugi wolny dzień, zanim jeszcze obudzę
Męża sprawdzam telefon wracając z łazienki. Tylko jedna
wiadomość, jedna ta sama, o niedługo mającej nadejść śmierci,
nie jego, a tej, co go zniewoliła. O panice, o wyrzutach sumienia.
Spokojnie
piszę do niego, starając się nie popadać w panikę. Rozważam
scenariusze. Czy śmierć pana niewolnika go wyzwala, czy spycha w
jeszcze straszniejsze odmęty, czy spycha do rynsztoka żalu i żółci,
czy spycha jeszcze głębiej, w zimnie tonie oceanów, które
niewolnik tak kocha i które są dla niego tak ważne? Rozważam i
martwię się, ale wolę wziąć na wstrzymanie, wolę nie gdybać.
Jest jeszcze czas. Co ma być, to będzie.
Modlę
się tylko, żeby on nie wchodził z powrotem do klatki. Tkwił w
niej całe życie. Teraz zaznał wolności. Piękny mężczyzna o
niesamowitym umyśle w klatce jak ptak, który po jednym locie złamał
skrzydło. Jak mawiał mój przyjaciel, ptak ze złamanym skrzydłem,
okulawiony koń.
Koń,
który kuleje też może jeszcze biec, myślę z mieszaniną czułości
i złości, myślę z ironią dosłowności tego zdania.
Martwię
się, ale nic nie zrobię. To nie moja klatka. I nawet, gdybym
chciała z klatek wyrwać wszystkie stworzenia, które potrzebują
nawet wieloletniej podróży albatrosa, to nie moje dzieło. To nie
moje zdanie. Ja mam też swoje klatki, swoje skrzydła i wiem już,
że nikt za mnie tego nie zrobi. Ale ja mam silne serce. Mam serce,
którego nie można złamać, nie tak łatwo. Mam niedźwiedzie
pazury i swój zew krwi. Myślę o tym, co ja mam. Ja. Nie złamię
jednak jego krat. Zawsze musi robić to sam. Jak przed laty.
Budzę
Męża, odpisuję na listy, trochę czytam, a trochę myśli mi
uciekają. Zjadamy śniadanie, leniwy poranek, kiedy to ja nie idę
do pracy, a on idzie na popołudniową zmianę.
Deszcz
za oknem leje i zabija trzmiele.
Trzmiele
też powinny tkwić w klatkach, mówił ten, co stał się gwiazdą.
Trzmiele nie powinny latać, ale tego nie wiedzą.
Może
ty myślisz, że nie powinieneś latać, że nie umiesz, boisz się,
a robisz to doskonale?- przychodzi mi znów, z mieszaniną złości
i pewnej czułości w myślach.
Piszę
do niego, czy może mam przyjść. Przyjść wieczorem i wyciągnąć
go z tej cholernej szafy chociaż, bo przecież nie z jego klatki.
Przyjść, zaparzyć herbatę i znów przytulić skulonego. Widzę go
przecież, wiem, jak to wygląda, widzę, nie musząc patrzeć.
„To
nie jest dobry pomysł”-
odpisuje mi po chwili.
Więc
zamykasz się nawet przede mną- myślę. -Nawet przede mną,
choć parę lat temu to do mnie wyszedłeś właśnie po latach
dosłownego więzienia. To wtedy zacząłeś łamać pręty klatki.
Teraz nie chcesz mnie widzieć.
Nie
szkodzi. Ja znowu poczekam.
Nie
szkodzi, ja znowu poczekam, jak parę lat temu. Choć tym razem jest
całkiem inaczej. Jesteśmy więźniami całkiem innych rzeczy,
mogącymi czuć wolność. Znamy się inaczej, bardziej dosłownie,
nie obwąchujemy się nieufnie jak dzikie psy. Dlatego nie szkodzi,
ja poczekam.
I
wiem, że ty o tym wiesz.
Ale
to nie o mnie chodzi. To nie o moje czekanie. A o jego klatkę.
Mogę
czuwać nad nim, stojąc dosłownie, prosząc. Przychodzić na siłę.
Ale nie upilnuję jego snów. Nie w takiej sytuacji. Nie w tym
momencie, nie w tym bagnie teraźniejszości które wciąga, które
wcale nie jest kolejnymi fanaberiami. Mogę tylko podać rękę, ale
nie poprowadzić.
Nie
wypielęgnuję cudzych lotek, choć tak bardzo bym nieraz chciała.
Poczekam.
Będę obok. Będę trwale, sama dbająca o swoje skrzydła.
Będę,
bo też wierzę. W niego w tym momencie przede wszystkim. Bo już nie
jest tym, kim był kilka lat temu. Bo jest tym, co po kolejnej
porażce, po kolejnym ciosie od życia, którym musiałam być też
ja, odłożył żyletki, odłożył swoje lęki na bok i zaczął
inaczej. Bo jest tym, którego prześladuje strach, ale on ciągle,
na nowo go pokonuje. Tym, co planuje i ma cele. Tym, co może i
nieraz leżał na ziemi, bał się wyjść zza kart, ale ciągle, bez
ustanku to pokonuje.
Jest
tym, w którego wierzę cholernie mocno. Bo widziałam już, że mimo
że ma strzaskane serce na miliony małych kawałeczków, miliony
zagubione w eonach czasu, nadal ma serce silne. I wierzę, że
zniesie ten cios i nie pozwoli się na nowo skrzywdzić.
Wierzę,
że nie podkuli wcale ogona i nie otworzy szeroko ramion przed
plutonem egzekucyjnym toksycznej miłości, której czas tak naprawdę
dobiega końca.
Wierzę,
że ten koniec będzie mógł być dla niego nowym początkiem. Może
nawet z dala od tego miasta, od tego miejsca, jak śnił nieraz.
Wierzę
w niego.
Tak
jak wierzę i w wielu innych ludzi. Może też, w każdego z was, po
kolei. W każdego mi bliskiego w moim życiu.
Myślę o dziewczynie o rudych włosach, która nie da się bólowi tęsknoty. Myślę o całej jej rodzinie, która mimo ostatecznego braku, braku po śmierci,
idzie dalej.
Myślę o pewnej poetce, której wiersze mnie wzruszają, choć nie jestem
wielką fanką poezji. Wierzę, że też nauczy się latać.
Myślę o pewnej cholernie bliskiej mi dziewczynie,wierzę, że nie zamknie się jak
inna po stracie w klatce jednego uczucia, którego nie można
powtórzyć.
Myślę o tej, która nie umie przejść nad dawnym do porządku dziennego i szarpie się w swoim życiu tak bardzo, że uderza złamanymi skrzydłami we wszystkich dookoła, zadając im nieraz rany. Ale nadal pokładam w niej nadzieję. W to, że po tylu latach może w końcu ułoży sobie życie, znajdzie to, jak chce, by wyglądało.
Myślę o innej, która straciła uczucie w całkiem inny sposób, toksyczną relację, po której trzeba zrobić generalny remont w domu swojej duszy.
Myślę o dziewczynie w dalekim kraju, która przez nadmiar demonów niszczy swoje oczy płaczem i resztę ciała, jakby chciała je ukarać, jakby chciała wpędzić do jeszcze innej klatki. Klatka za klatką.
Myślę o dziewczynie w dalekim kraju, która przez nadmiar demonów niszczy swoje oczy płaczem i resztę ciała, jakby chciała je ukarać, jakby chciała wpędzić do jeszcze innej klatki. Klatka za klatką.
Myślę o wielu ludziach w wielu klatkach. Klatkach bólu i tęsknoty,klatkach własnych myśli, klatkach które ranią jak ostrza, klatkach lęku, wpajanych słabości i o graniczeń, myślę dziś przede wszystkim o nim, o tym, co klatki zna najbardziej i w dosłowności. I wierzę.
Wierzę
w każdego po kolei, razem i z osobna. Wierzę też w siebie, bo mimo
wszystko, mimo tego, co nieraz mnie spotyka i niektórych ciosów,
dalej idę przed siebie. Wytrwale. Idę, bo nie podobna robić co
innego. Idę, a nieraz wręcz latam. I to jest wspaniałe uczucie.
Bardzo
łatwo jest dawać zamknąć się własnym demonom. Pozamykać okna w
swoim domu, nie wpuszczać świeżego powietrza ani światła. Bardzo
łatwo jest się odciąć od ludzi i cierpieć w swoim dobrowolnym
więzieniu. Dać się zamknąć cudzym decyzjom, cudzej nieobecności
czy toksycznym uczuciom w klatce. Odciąć się od tego co dobre i
nie dawać więcej szansy.
Cholernie
łatwo jest stracić wszelką nadzieję, próbować zapomnieć, że
ona gdzieś na dnie zawsze się czai. Bo mimo wszystko, mimo
ciemności i chłodu, ona zawsze się znajdzie- jeśli tego
pragniemy. Tak samo jak i siła.
Nikt
nie strzaska naszego serca i nie odbierze nam naszej siły, jeśli na
to nie pozwolimy sami w sobie. Jeśli uwierzymy, ze każdy ból,
każdą stratę czy cios, nawet prosto w to cholerne serce można
przetrwać.
Każdy
z nas może być ptakiem, co wzbija się w powietrze i nic i nikt nie
ma nam prawa tego odebrać. Tylko my sami. Tylko my sami decydujemy o
tym, kim naprawdę jesteśmy i czy przetrwamy. Każdy z nas ma w
sobie siłę i tylko sam może z niej zrezygnować, skulić się w
kłębek i nie szukać dalej. Ja wierzę, że nawet po czasie, po
ciężkich ranach, każda z nich się zabliźnia, jeśli na to
pozwalamy, a nie rozdrapujemy bez końca. Każde uderzenie w splot
słoneczny może i odbiera oddech, ale w końcu on wraca. I można
dalej próbować. Wyjść z klatki. Latać.
Bo
nie warto żyć w klatce, choć nieraz to długa walka, by z niej
wyjść i bardziej bolesna, niż wszystkie ciosy. Nieraz bardziej
wyczerpująca i powodująca jeszcze mocniej, że nie chce się już
trwać i biec i biec bez ustanku, gubiąc oddech.
Ale
na końcu czeka nieraz nagroda. Swobodne niebo i duma z siebie
samego. Sądzę, że dla tego warto walczyć i z klatki wyjść, już
ostatecznie. Nigdy więcej nie wracać, gdy raz zaznało się choć
trochę smaku wolności.
Ale
może to tylko moje wrażenie.
I
nie będę spać w nocy
Bądźmy
szczery, nie zamknę oczu
Wiem,
że mogę przetrwać
Przejdę
przez ogień, aby ocalić swe życie.
I
chcę tego, pragnę swojego życia tak bardzo
Robię
wszystko, co w mojej mocy
(…)
Nie
złamałeś mnie
Nie
złamałeś mnie, nie
Ciągle
walczę o pokój
Jestem
silna i mam elastyczne serce
Choć
twoje ostrze może być zbyt ostre
Jestem
jak gumka, póki nie pociągniesz zbyt mocno
Mogę
pęknąć i szybko się ruszam
Lecz
nie zobaczysz mnie w kawałkach
Bo
mam elastyczne serce
to prawda że bardzo łatwo dać sie zamknąć, a jak trudno z tego wyjść... zwłaszcza gdy ktoś ma predyspozycje ku temu
OdpowiedzUsuńDokładnie. Ale mimo to wierzę, że każdy z nas ma szansę...i niezgłębioną wręcz siłę, by to pokonać:)
Usuńciekawe.
UsuńJa myślę, że takie sytuacje, jak z tym filmem, z tym "remember..." to nie są przypadki. W takich sytuacjach nie wierzę w przypadki. Ale myślę też, że zamiast kolejnych łez ta sytuacja miała w Tobie wzbudzić pozytywne wrażenia typu: "żył krótko, ale jakże szczęśliwie". Wciąż żyjesz wspomnieniami, wróć do nas, do teraźniejszości :)
OdpowiedzUsuńI chyba się trochę nie zrozumiałyśmy, bo właśnie te sytuacje nie są dla mnie jakoś okropne..owszem, przychodzi wzruszenie, przychodzi chwila nostalgii, to nieuniknione, wspomnień się przecież nie wymazuje. Ale w większości właśnie one są dobre i wręcz ogrzewają, te wszystkie skojarzenia, jak śmiech z tego, co chłopaki wyrabiali w barze choćby:) Także właśnie żyję swoim życiem, a nie zamykam się w tej klatce. Idę jakoś do przodu z tym:)
UsuńJa zawsze odnoszę wrażenie, że wywołuje to u Ciebie wieki smutek. Zawsze piszesz o tym, jak ciężko Ci wyjść z tych wspomnień, o dniach, które całe przepłakujesz. To mnie właśnie martwi.
UsuńAle mam nadzieję, że to właśnie tylko wybiórcze sytuacje, że generalnie nie jest tak źle jak mi się wydaje :)
Każdy ma w swojej dłoni klucz i siłę, by z klatki wyjść. I ja wyszłam. Boże, nie wiem, kiedy to się stało i jak. Jak to się stało, że poczułam się wolna od wszelkiego smutku (choć nie od pewnej tęsknoty, która chyba zawsze zostanie, choć na pewno nie ma prawa nawet w ułamku być taka, jak Twoja, czy Wojtka, czy tej Rudzinki Porcelanowej, która mimo tej kruchości sobie poradzi, ze wszystkim po kolei). A wiesz, kiedy był przełom? Pamiętasz, jak mówiłam Ci, ze mam wyrzuty sumienia, bo wzięłam od Ady ćmika? Nie całego, został tam może buch, albo dwa. Tak, to był przełom właśnie. Coś, co mnie do tego zmusiło, coś, co przez tego symbolicznego papierosa chciało mi udowodnić, że to, że udało mi się rzucić jest już teraz w moich rękach i może w nich być. On mi pomógł, ale teraz wszystko zależy już ode mnie. I że nie chcę, cholera, nie chcę no... by każda impreza, na której mam ochotę zapalić do piwa (bo zawsze to lubiłam, nawet jak nie paliłam na co dzień) mi się kojarzyła i dołowała. Zrozumiałam, że nie o to Mu chodziło - choć cholera... zboczyłam znów z tematu :(
OdpowiedzUsuńTęsknota właśnie zostaje, ale ją można po prostu też przekuć...w siłę. I to cholernie napędową siłę. Bo jak to właśnie słyszałam, tęsknota to dowód na to, że w życiu zdarzyło się coś, albo ktoś, dla kogoś warto było robić pewne rzeczy i wiele się śmiać. I o to przede wszystkim chodzi, tylko właśnie to wymaga czasu, pewnych zdarzeń, bo sama ta wiedza nie pomaga. Musimy ją przetrawić, przekuć po swojemu. I oczywiście, że nieraz jeszcze ta klatka złej tęsknoty się zjawia...ale chodzi o to, by w niej nie tkwić.
UsuńI pamiętam właśnie ten motyw z ćmikiem co mi mówiłaś. I właśnie nie o to pewnie chodziło, jak piszesz:) Tylko o to, że masz życie w swoich rękach i co się nie zdarzyło i nie będziesz zdarzać- właśnie ty tu decydujesz. Nikt inny:)
Jasne. I ja to wszystko w pewnym sensie zaczęłam po swojemu doceniać - tak mówiąc na własnym przykładzie już. To, że był, że jest, że obiecał, że pozostanie... Dawniej był tylko smutek. Ale wtedy wlaśnie chyba szukałam tego klucza.
UsuńDokładnie. Po prostu stworzyłam sobie w głowie pewną barierę (a może właśnie klatkę), że jak zapalę, to złamię obietnicę, a później zdałam sobie sprawę, że ja niczego nie obiecywałam. Z szacunku do Niego i do Jego prośby nie palę, ale nie chcę już budować sobie takiej klatki, która jest po prostu drogą do autodestrukcji.
Jestem na etapie zamknięcia, teraz tak wyszło. Wydajesz się być bardzo silną Kobietą, śmiem twierdzić, że własnie taka jesteś.
OdpowiedzUsuńKażdy z Nas ma w sobie klucz do tej klatki. Albo nawet i cały pęk kluczy do sieci klatek w których czasami dobrowolnie, a czasem nieświadomie siebie zamykamy.
OdpowiedzUsuńNajważniejsze to ten klucz odnaleźć a to nie jest w cale łatwe zadanie. Czasami kiedy uwolnimy się z jednej i chcemy już lecieć jest BUM, bo przed Nami kolejna. I znów zabawa z szukaniem klucza.
Tylko, że im więcej takich klatek pokonamy, tym więcej mobilizacji mamy by przeć dalej mimo przeciwieństw. Przynajmniej w moim przypadku tak było.
I choć wciąż mam przed sobą klatkę, o ile nie kilka.. kto wie może do końca życia w jakiejś będę tkwić, bo nigdy nie zamykam za sobą drzwi to wiem, że można się z niej wydostać. Trzeba czasu i determinacji. A tej mi nie brak!
I bardzo bym chciała, żeby każdy tą siłę w sobie odnalazł.
"Może ty myślisz, że nie powinieneś latać, że nie umiesz, boisz się, a robisz to doskonale?" - wlewa ogromne pokłady wiary w siebie. :)
OdpowiedzUsuńKażdy z nas chyba na jakiś czas ucieka do swojej klatki, nawet jeśli nie całkowicie, to z niektórymi problemami. Są po prostu spraw, którymi nie lubię się dzielić i wolę to przeżywać sama, zamknięta, chociaż nie wiadomo jakby miało być ciężko - samotność jest wówczas najlepszą kompanką.
"Bo nie warto żyć w klatce, choć nieraz to długa walka, by z niej wyjść i bardziej bolesna, niż wszystkie ciosy. Nieraz bardziej wyczerpująca i powodująca jeszcze mocniej, że nie chce się już trwać i biec i biec bez ustanku, gubiąc oddech. " - chyba chcę tylko powiedzieć, że dziękuję Ci za te słowa, Frido!
OdpowiedzUsuńA mnie się wydaje, że ludzie czasem po prostu... nie chcą. Bo są dwa rodzaje ludzi zamkniętych w klatkach - świadomi i nieświadomi. Ci drudzy chyba mają lepiej, bo pewnego dnia się ockną i zobaczą te pręty wokół siebie, te kłódki. I na milion sposobów będą próbowali się z niej wyrwać. A ci pierwsi... leżą i obserwują jak te pręty zaciskają się z dnia na dzień coraz bardziej i mimo świadomości, że im dłużej trwa ten stan tym ciężej się z niego otrząsnąć - dalej nic nie robią. Nie masz czasami wrażenia, że jest wśród nas mnóstwo nie tyle tchórzy, co ludzi pozbawionych wiary?
OdpowiedzUsuńwszystko można zmienić... ekipę, zwyczaje, miejsca w które się chodzi.nie zmieni się tylko wspomnień, to co już się wydarzyło pozostanie w głowie (sercu?) na zawsze.
OdpowiedzUsuńLudzie, których już w naszym życiu nie ma, sytuacje, których byliśmy uczestnikami...
I chyba dla tych chwil warto żyć, dla wspomnień.
Szkoda, że niektórzy ludzie boją się wyfrunąć ze swoich klatek.. i żyć w pełni..
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze wiem jak jest w klatce. Niejednokrotnie w niej tkwiłam i czasami do niej wracam, choć wiem, że nie powinnam, Wiem, że byłoby lepiej po prostu być wolnym, ale czasami coś przykuwa mnie do prętów, ktoś zatrzaskuje drzwi, wyrzuca klucz. Paradoksalnie zbyt często radziłam innym, żeby wyszli z klatki, a sama nie potrafiłam wydostać się ze swojej. Czasami wciąż czuję się ograniczona, zagubiona i kulę się w kłębek w bezradności. Lęk dobija, może nawet zabić. A życie jest zbyt piękne aby się na nie zamykać. Trzeba być odważnym, brać los we własne ręce i walczyć aby latać. Twój post skłonił mnie do refleksji nad własnym życiem i wyborami. Muszę przeanalizować swoje postępowanie, często pełne strachu.
OdpowiedzUsuńPrzeszły mnie ciarki na początku postu... bo wiesz, ja wierzę w znaki. Wierzę, że czasami wszechświat próbuje nam coś powiedzieć takimi symbolami. I tylko ten, kto adresatem jest tych znaków, potrafi je właściwie odczytać.
OdpowiedzUsuńJa wyrwałam się z mojej - toksycznej a jakże - klatki w styczniu tego roku. Właśnie dzięki znakom, które zaczęłam czytać. Tak jakby świat pomagał mi w podjęciu takiej, a nie innej decyzji. Chyba jeszcze jest trochę tych klatek w mojej głowie, ale mam nadzieję, że będę otwierała kolejne drzwi i uwalniała to co zamknięte...
Piękna ta metafora z klatkami swoją drogą.
To ja się dołączam do wiary wobec Twoich bliskich, by z klatek powychodzili/nie dali się ponownie w nie wepchnąć. Chociaż wiem, że to czasem trudne i potrzeba sporo siły. Jednak nie jest to niemożliwe :)
OdpowiedzUsuńTo jest dla mnie jeden z bardziej łamiących serce widoków. Jak ktoś, kto już z klatki swojej umysłowej zdołał się wydostać, ale znów postanowił do niej wrócić.
OdpowiedzUsuńWitaj, Frida.
OdpowiedzUsuńOstatnio znikam i pojawiam się. Szukałam swojego miejca na ziemi i w końcu udało mi się je znaleźć. Jednak nie o tym...
Przypadki według mojej skromnej osóbki nie istnieją. Wszystko dzieję się 'po coś', pomimo tego, iż nie zawsze od samego początku wiemy z jakich powodów, przyczyn. Jesteśmy tylko ludźmi...tylko albo aż, którzy mają tendencję do izolowania się, kiedy jest źle...
ej no, gdzie Ty żyjesz, że w simsy ngidy nie grałaś?! XD
OdpowiedzUsuńEch i skąd ja znam te klatki, chyba każdy ma swoje i każdy ma swego Pana Murów..
OdpowiedzUsuńA może każdy z nas ma swoją klatkę? Tylko nie każdy ma klucz do swojej? Czasami mam wrażenie, że ja też żyje w takiej klatce...
OdpowiedzUsuńAle to jednak cudowne, że możemy te klatki opuścić.
OdpowiedzUsuńJa też wierzę w nas wszystkich :)
zgadzam się z Tobą my zza klatek możemy tylko zachęcać do wyjścia przekonując do że jest bezpiecznie, bo klamki do wyjścia z takich cel są tylko od wewnątrz
OdpowiedzUsuńCzytałam gdzieś, że nie da się być na 100% wolnym. I od razu narzuca mi się cytat: "Modlitwa za dzikie serca, trzymane w klatkach".
OdpowiedzUsuń" Żeby dotknąć, samemu trzeba spłonąć.". Żeby dotknąć tego, co jest poza prętami klatki, trzeba się spalić. Wiele masz wokół siebie tych, których chcesz ocalić.
OdpowiedzUsuńUważaj tylko, by samej nie spłonąć.