poniedziałek, 13 lipca 2015

O wychodzeniu z klatki i swobodnym locie słów kilka.

Po ciężkim tygodniu, pełnym skrajnych emocji, pełnym złych i niedobrych ale i wspaniałych uniesień, gdy zmazały się już z twarzy ślady łez, przyszedł w końcu wolny dzień.
Po upałach przyszedł w końcu deszcz przemieszany ze słońcem, zmył kurz z ulic, zmieniając się w żółty strumień, niosący pyłki lip ulicami Poznania. Po straszliwym upale nadszedł prawdziwy monsun podczas jednej z nocy, nocy cudownej po ciężkich rozmowach, kolejnych i kolejnych.

Ten tydzień przyniósł wspomnienia. Cudzy wiersz, który sprawił, że w oczach stanęły łzy. Przypadkowo znalezione japońskie święto ulubionej gwiazdy tego, którego miłość z oddali sama jest jak światło gwiazdy już. Dociera, ale nie można go dotknąć. Żeby dotknąć, samemu trzeba spłonąć. Jeden film, który przywołał wspomnienia sprzed lat, z czasu spędzanego w barze, kiedy to pewna piosenka była zawsze gwoździem wieczoru, co opowiadaliśmy ze śmiechem Redcar. Inny włączony film, który chciałam obejrzeć od dawna, ale nie mogłam bo stale coś przeszkadzało. W końcu seans rozpoczęty...a ja zapomniałam, że zaczyna się słowami „remember, remeber, the 5 of november”. Nie tylko ja tak na niego zareagowałam. Z Redcar, która wtedy u nas także siedziała ( w końcu żyjemy w pewnej komunie, prawda?) od razu spojrzałyśmy po sobie. Mój Mąż, nigdy nie pamiętający dat ( ma problem nieraz nawet z moimi urodzinami) , zorientował się dopiero, gdy szliśmy już spać.
Drobnostki, które wołają z oddali, drobnostki, których nie zmyje deszcz. Drobnostki, które składają się w całość i wołają. Ale o dziwo nie wołają całkiem bólem. Nie wołają całkiem łzawo. Nie mnie. Powodują łzy, czułe, ale nawet dobre. Przywołują wspomnienia, ciepłe, dają trochę nostalgii i melancholii, ale nie zabraniają żyć. Nie zamykają w klatce. To wspomnienia, które powodują uczucia, wiele uczuć, całe lawiny. Ale nie podcinają skrzydeł. Już nie w ten sposób. Nie druzgocą na kawałki.

Przeszłość krzyczy nieraz. Tęsknota woła. Za tym, za tamtymi. Za ogniskami w lipcu, które więcej się nie powtórzą. Za burzami przeżywanymi wspólnie w górach. Za marudzeniem na upał i piciem wspólnie zimnego piwa nad Wartą.
Ale piwo można pić dalej. Z kim innym, inaczej. Tak jak wczoraj. Można iść nocą na kebaba na Teatralce, co było tradycją nie tylko moją i Męża, a też tych, co już brakuje. Ale można zacząć nową tradycję. Nie przejmować się. Iść dalej, żyć dalej, z małymi skojarzeniami, szarpnięciami serca, które wywołują chwilowe skurcze ale i fale ciepła w te lepsze dni. W te gorsze dają nieraz posmak załamania, ale nie pachną już ostateczną klęską.
Może dlatego, że mimo wszystko ma się silne serce. Które kochało i które kocha dalej. W całym galimatiasie, w całym oceanie życia, o którym on nawet mówił, że trzeba przecież pływać. Wystarczy nauczyć się pływać, tak samo jak wystarczy nauczyć się latać. Choć, to nie zawsze jest takie łatwe.

Najtrudniej chyba wyjść z klatki.
Wracamy do domu po moim pierwszym od tygodnia wolnym dniu, a tam czekają wiadomości. Tam czekają skojarzenia. Mimo zmęczenia odpisuję, mimo zmęczenia dzwonię, bo oni nie odpisują, a ja się martwię. Dwie naraz, dwoje ludzi w klatkach. Rudowłosa młoda dziewczyna, która wydaje się tak silna i bezczelna nieraz, a jest najkruchszą porcelaną, jakby powiedział o niej jej brat. Czarnowłosy już nie tak młody przecież mężczyzna, którego kiedyś zamknięto w klatce na siłę, a on stworzył ją w swoim sercu. Któremu życie połamało skrzydła i zabrało nogi, by mógł uciec na dobre. Dwoje, którzy mają silne serca, ale zamknięte w klatkach. Tak dosłownych klatkach w tym momencie.

Rozmawiam chwilę z Rudą. Z nią już w porządku, to tylko chwila załamania, przeprasza, że nie przyszła do nas nad Wartę chociaż jej o tym pisałam, ale jej skojarzenia były za silne, jej życie rozpieprzyło się inaczej chwilowo i nie miał kto jej pocieszyć, choć było dużo ludzi, ale nie mogła jej pocieszyć ta jedna osoba, której pocieszenia by pragnęła, której słów i przytulenia potrzebowało. I to kopało po żebrach leżącą po ziemi, ale już w porządku. Słyszę po jej głosie, wiedziałabym kiedy kłamie, bo tak samo nie potrafi kłamać jak nie potrafił jej brat. Ten sam ton kpiarza, który wskazuje na jedno. Nie, już burza ucichła, jest w porządku. Nie, ona nie zamknie się w klatce, choć nieraz jest tego tak blisko. Ma tych, których kocha i klatka wspomnień, bólu i tęsknoty choć nieraz już, już zatrzaskuje się prawie na dobre, nigdy nie jest zamykana na kłódkę. Ma siłę swojego brata, chociaż jest tak krucha. Wiem to doskonale, więc już się nie martwię.

Krótka rozmowa, krótkie dobranoc z telefonem przy uchu, telefonem którego zapomniałam naładować raz a porządnie a z którym zawsze mam problemy.

Bateria mi pada, klnę pod nosem, bo czeka mnie chyba dłuższa rozmowa. Włączam chwilę fejsa, włączam chwilę muzykę, oczywiste skojarzenie, no tak. Pijana jeszcze trochę czekam, aż bateria na dobre ożyje.
Nie odbiera telefonu, gdy w końcu udało mi się go reanimować. Pisze tylko smsa, że pogadamy jutro, teraz nie da rady.
Czytam jeszcze raz jego poprzednie wiadomości na mailu, wyobrażam sobie, że robi to co zawsze, zamyka się w swoim mieszkaniu, zamyka się w tej ogromnej szafie, bo czuje się jak zamknięty w skorupce orzecha, przez chwilę bezpieczniejszy.
Zamyka się w klatce, bo ją zna w życiu najbardziej. Od zawsze, od dziecka, na postronku, od zawsze za kratami, które chciałby złamać, ale wszystkie lęki, złe i niedobre tak bardzo to utrudniają.
Zamyka się w klatce, choć już prawie wyhodował swoje piękne skrzydła, piękne barwne już pióra i może latać, nie musi wcale pełzać ani biegać, bo tego mu też zakazano. Może latać, ale nie wie, boi się, zamyka się w klatce.
Znowu to też jemu podcinają skrzydła.
Zamyka się w klatce, choć, to jego znowu tak naprawdę chcą zamknąć. Przeszłość wyciąga ręce na równo ze szponami teraźniejszości, z którą nie wie co zrobić. Martwię się, boję się, żeby przez to wszystko nie zrobił sobie krzywdy, martwię się, ale daję spokój. I tak nie odbierze.

Kładę się do łóżka, rozmawiamy jeszcze chwilę, kochamy się czule mimo wszystko, zasypiamy, choć sądziłam, że nie zasnę już w ogóle. Dobre dni wyczerpują bardziej niż złe, dobre dni mimo złych i niepokojących zakończeń pozwalają zasnąć.

Mam dziwne sny, pełne morskich stworzeń, których szczęki obgryzają moje nogi i ręce do kości. Pełne upadku piskląt z klifów i żałosnego wycia porzuconych psów.
Budzę się więc niespokojnie, choć zasnęłam całkiem bez problemu.

Wstaję o 8 rano, zaczynam swój drugi wolny dzień, zanim jeszcze obudzę Męża sprawdzam telefon wracając z łazienki. Tylko jedna wiadomość, jedna ta sama, o niedługo mającej nadejść śmierci, nie jego, a tej, co go zniewoliła. O panice, o wyrzutach sumienia.
Spokojnie piszę do niego, starając się nie popadać w panikę. Rozważam scenariusze. Czy śmierć pana niewolnika go wyzwala, czy spycha w jeszcze straszniejsze odmęty, czy spycha do rynsztoka żalu i żółci, czy spycha jeszcze głębiej, w zimnie tonie oceanów, które niewolnik tak kocha i które są dla niego tak ważne? Rozważam i martwię się, ale wolę wziąć na wstrzymanie, wolę nie gdybać. Jest jeszcze czas. Co ma być, to będzie.
Modlę się tylko, żeby on nie wchodził z powrotem do klatki. Tkwił w niej całe życie. Teraz zaznał wolności. Piękny mężczyzna o niesamowitym umyśle w klatce jak ptak, który po jednym locie złamał skrzydło. Jak mawiał mój przyjaciel, ptak ze złamanym skrzydłem, okulawiony koń.
Koń, który kuleje też może jeszcze biec, myślę z mieszaniną czułości i złości, myślę z ironią dosłowności tego zdania.
Martwię się, ale nic nie zrobię. To nie moja klatka. I nawet, gdybym chciała z klatek wyrwać wszystkie stworzenia, które potrzebują nawet wieloletniej podróży albatrosa, to nie moje dzieło. To nie moje zdanie. Ja mam też swoje klatki, swoje skrzydła i wiem już, że nikt za mnie tego nie zrobi. Ale ja mam silne serce. Mam serce, którego nie można złamać, nie tak łatwo. Mam niedźwiedzie pazury i swój zew krwi. Myślę o tym, co ja mam. Ja. Nie złamię jednak jego krat. Zawsze musi robić to sam. Jak przed laty.

Budzę Męża, odpisuję na listy, trochę czytam, a trochę myśli mi uciekają. Zjadamy śniadanie, leniwy poranek, kiedy to ja nie idę do pracy, a on idzie na popołudniową zmianę.
Deszcz za oknem leje i zabija trzmiele.
Trzmiele też powinny tkwić w klatkach, mówił ten, co stał się gwiazdą. Trzmiele nie powinny latać, ale tego nie wiedzą.
Może ty myślisz, że nie powinieneś latać, że nie umiesz, boisz się, a robisz to doskonale?- przychodzi mi znów, z mieszaniną złości i pewnej czułości w myślach.

Piszę do niego, czy może mam przyjść. Przyjść wieczorem i wyciągnąć go z tej cholernej szafy chociaż, bo przecież nie z jego klatki. Przyjść, zaparzyć herbatę i znów przytulić skulonego. Widzę go przecież, wiem, jak to wygląda, widzę, nie musząc patrzeć.
To nie jest dobry pomysł”- odpisuje mi po chwili.
Więc zamykasz się nawet przede mną- myślę. -Nawet przede mną, choć parę lat temu to do mnie wyszedłeś właśnie po latach dosłownego więzienia. To wtedy zacząłeś łamać pręty klatki. Teraz nie chcesz mnie widzieć.
Nie szkodzi. Ja znowu poczekam.
Nie szkodzi, ja znowu poczekam, jak parę lat temu. Choć tym razem jest całkiem inaczej. Jesteśmy więźniami całkiem innych rzeczy, mogącymi czuć wolność. Znamy się inaczej, bardziej dosłownie, nie obwąchujemy się nieufnie jak dzikie psy. Dlatego nie szkodzi, ja poczekam.
I wiem, że ty o tym wiesz.

Ale to nie o mnie chodzi. To nie o moje czekanie. A o jego klatkę.
Mogę czuwać nad nim, stojąc dosłownie, prosząc. Przychodzić na siłę. Ale nie upilnuję jego snów. Nie w takiej sytuacji. Nie w tym momencie, nie w tym bagnie teraźniejszości które wciąga, które wcale nie jest kolejnymi fanaberiami. Mogę tylko podać rękę, ale nie poprowadzić.
Nie wypielęgnuję cudzych lotek, choć tak bardzo bym nieraz chciała.
Poczekam. Będę obok. Będę trwale, sama dbająca o swoje skrzydła.

Będę, bo też wierzę. W niego w tym momencie przede wszystkim. Bo już nie jest tym, kim był kilka lat temu. Bo jest tym, co po kolejnej porażce, po kolejnym ciosie od życia, którym musiałam być też ja, odłożył żyletki, odłożył swoje lęki na bok i zaczął inaczej. Bo jest tym, którego prześladuje strach, ale on ciągle, na nowo go pokonuje. Tym, co planuje i ma cele. Tym, co może i nieraz leżał na ziemi, bał się wyjść zza kart, ale ciągle, bez ustanku to pokonuje.
Jest tym, w którego wierzę cholernie mocno. Bo widziałam już, że mimo że ma strzaskane serce na miliony małych kawałeczków, miliony zagubione w eonach czasu, nadal ma serce silne. I wierzę, że zniesie ten cios i nie pozwoli się na nowo skrzywdzić.
Wierzę, że nie podkuli wcale ogona i nie otworzy szeroko ramion przed plutonem egzekucyjnym toksycznej miłości, której czas tak naprawdę dobiega końca.
Wierzę, że ten koniec będzie mógł być dla niego nowym początkiem. Może nawet z dala od tego miasta, od tego miejsca, jak śnił nieraz.
Wierzę w niego.

Tak jak wierzę i w wielu innych ludzi. Może też, w każdego z was, po kolei. W każdego mi bliskiego w moim życiu.
Myślę o dziewczynie o rudych włosach, która nie da się bólowi tęsknoty. Myślę o całej jej rodzinie, która mimo ostatecznego braku, braku po śmierci, idzie dalej.
Myślę o pewnej poetce, której wiersze mnie wzruszają, choć nie jestem wielką fanką poezji. Wierzę, że też nauczy się latać.
Myślę o pewnej cholernie bliskiej mi dziewczynie,wierzę, że nie zamknie się jak inna po stracie w klatce jednego uczucia, którego nie można powtórzyć.
Myślę o tej, która nie umie przejść nad dawnym do porządku dziennego i szarpie się w swoim życiu tak bardzo, że uderza złamanymi skrzydłami we wszystkich dookoła, zadając im nieraz rany. Ale nadal pokładam w niej nadzieję. W to, że po tylu latach może w końcu ułoży sobie życie, znajdzie to, jak chce, by wyglądało.
Myślę o innej, która straciła uczucie w całkiem inny sposób, toksyczną relację, po której trzeba zrobić generalny remont w domu swojej duszy. 
Myślę o dziewczynie w dalekim kraju, która przez nadmiar demonów niszczy swoje oczy płaczem i resztę ciała, jakby chciała je ukarać, jakby chciała wpędzić do jeszcze innej klatki. Klatka za klatką. 
Myślę o wielu ludziach w wielu klatkach. Klatkach bólu i tęsknoty,klatkach własnych myśli, klatkach które ranią jak ostrza, klatkach lęku, wpajanych słabości i o graniczeń, myślę dziś przede wszystkim o nim, o tym, co klatki zna najbardziej i w dosłowności. I wierzę. 
Wierzę w każdego po kolei, razem i z osobna. Wierzę też w siebie, bo mimo wszystko, mimo tego, co nieraz mnie spotyka i niektórych ciosów, dalej idę przed siebie. Wytrwale. Idę, bo nie podobna robić co innego. Idę, a nieraz wręcz latam. I to jest wspaniałe uczucie. 

Bardzo łatwo jest dawać zamknąć się własnym demonom. Pozamykać okna w swoim domu, nie wpuszczać świeżego powietrza ani światła. Bardzo łatwo jest się odciąć od ludzi i cierpieć w swoim dobrowolnym więzieniu. Dać się zamknąć cudzym decyzjom, cudzej nieobecności czy toksycznym uczuciom w klatce. Odciąć się od tego co dobre i nie dawać więcej szansy.
Cholernie łatwo jest stracić wszelką nadzieję, próbować zapomnieć, że ona gdzieś na dnie zawsze się czai. Bo mimo wszystko, mimo ciemności i chłodu, ona zawsze się znajdzie- jeśli tego pragniemy. Tak samo jak i siła.
Nikt nie strzaska naszego serca i nie odbierze nam naszej siły, jeśli na to nie pozwolimy sami w sobie. Jeśli uwierzymy, ze każdy ból, każdą stratę czy cios, nawet prosto w to cholerne serce można przetrwać.

Każdy z nas może być ptakiem, co wzbija się w powietrze i nic i nikt nie ma nam prawa tego odebrać. Tylko my sami. Tylko my sami decydujemy o tym, kim naprawdę jesteśmy i czy przetrwamy. Każdy z nas ma w sobie siłę i tylko sam może z niej zrezygnować, skulić się w kłębek i nie szukać dalej. Ja wierzę, że nawet po czasie, po ciężkich ranach, każda z nich się zabliźnia, jeśli na to pozwalamy, a nie rozdrapujemy bez końca. Każde uderzenie w splot słoneczny może i odbiera oddech, ale w końcu on wraca. I można dalej próbować. Wyjść z klatki. Latać.

Bo nie warto żyć w klatce, choć nieraz to długa walka, by z niej wyjść i bardziej bolesna, niż wszystkie ciosy. Nieraz bardziej wyczerpująca i powodująca jeszcze mocniej, że nie chce się już trwać i biec i biec bez ustanku, gubiąc oddech.
Ale na końcu czeka nieraz nagroda. Swobodne niebo i duma z siebie samego. Sądzę, że dla tego warto walczyć i z klatki wyjść, już ostatecznie. Nigdy więcej nie wracać, gdy raz zaznało się choć trochę smaku wolności.
Ale może to tylko moje wrażenie.




I nie będę spać w nocy
Bądźmy szczery, nie zamknę oczu
Wiem, że mogę przetrwać
Przejdę przez ogień, aby ocalić swe życie.
I chcę tego, pragnę swojego życia tak bardzo
Robię wszystko, co w mojej mocy
(…)
Nie złamałeś mnie
Nie złamałeś mnie, nie
Ciągle walczę o pokój

Jestem silna i mam elastyczne serce
Choć twoje ostrze może być zbyt ostre
Jestem jak gumka, póki nie pociągniesz zbyt mocno
Mogę pęknąć i szybko się ruszam
Lecz nie zobaczysz mnie w kawałkach


Bo mam elastyczne serce

29 komentarzy:

  1. to prawda że bardzo łatwo dać sie zamknąć, a jak trudno z tego wyjść... zwłaszcza gdy ktoś ma predyspozycje ku temu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Ale mimo to wierzę, że każdy z nas ma szansę...i niezgłębioną wręcz siłę, by to pokonać:)

      Usuń
  2. Ja myślę, że takie sytuacje, jak z tym filmem, z tym "remember..." to nie są przypadki. W takich sytuacjach nie wierzę w przypadki. Ale myślę też, że zamiast kolejnych łez ta sytuacja miała w Tobie wzbudzić pozytywne wrażenia typu: "żył krótko, ale jakże szczęśliwie". Wciąż żyjesz wspomnieniami, wróć do nas, do teraźniejszości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I chyba się trochę nie zrozumiałyśmy, bo właśnie te sytuacje nie są dla mnie jakoś okropne..owszem, przychodzi wzruszenie, przychodzi chwila nostalgii, to nieuniknione, wspomnień się przecież nie wymazuje. Ale w większości właśnie one są dobre i wręcz ogrzewają, te wszystkie skojarzenia, jak śmiech z tego, co chłopaki wyrabiali w barze choćby:) Także właśnie żyję swoim życiem, a nie zamykam się w tej klatce. Idę jakoś do przodu z tym:)

      Usuń
    2. Ja zawsze odnoszę wrażenie, że wywołuje to u Ciebie wieki smutek. Zawsze piszesz o tym, jak ciężko Ci wyjść z tych wspomnień, o dniach, które całe przepłakujesz. To mnie właśnie martwi.
      Ale mam nadzieję, że to właśnie tylko wybiórcze sytuacje, że generalnie nie jest tak źle jak mi się wydaje :)

      Usuń
  3. Każdy ma w swojej dłoni klucz i siłę, by z klatki wyjść. I ja wyszłam. Boże, nie wiem, kiedy to się stało i jak. Jak to się stało, że poczułam się wolna od wszelkiego smutku (choć nie od pewnej tęsknoty, która chyba zawsze zostanie, choć na pewno nie ma prawa nawet w ułamku być taka, jak Twoja, czy Wojtka, czy tej Rudzinki Porcelanowej, która mimo tej kruchości sobie poradzi, ze wszystkim po kolei). A wiesz, kiedy był przełom? Pamiętasz, jak mówiłam Ci, ze mam wyrzuty sumienia, bo wzięłam od Ady ćmika? Nie całego, został tam może buch, albo dwa. Tak, to był przełom właśnie. Coś, co mnie do tego zmusiło, coś, co przez tego symbolicznego papierosa chciało mi udowodnić, że to, że udało mi się rzucić jest już teraz w moich rękach i może w nich być. On mi pomógł, ale teraz wszystko zależy już ode mnie. I że nie chcę, cholera, nie chcę no... by każda impreza, na której mam ochotę zapalić do piwa (bo zawsze to lubiłam, nawet jak nie paliłam na co dzień) mi się kojarzyła i dołowała. Zrozumiałam, że nie o to Mu chodziło - choć cholera... zboczyłam znów z tematu :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tęsknota właśnie zostaje, ale ją można po prostu też przekuć...w siłę. I to cholernie napędową siłę. Bo jak to właśnie słyszałam, tęsknota to dowód na to, że w życiu zdarzyło się coś, albo ktoś, dla kogoś warto było robić pewne rzeczy i wiele się śmiać. I o to przede wszystkim chodzi, tylko właśnie to wymaga czasu, pewnych zdarzeń, bo sama ta wiedza nie pomaga. Musimy ją przetrawić, przekuć po swojemu. I oczywiście, że nieraz jeszcze ta klatka złej tęsknoty się zjawia...ale chodzi o to, by w niej nie tkwić.
      I pamiętam właśnie ten motyw z ćmikiem co mi mówiłaś. I właśnie nie o to pewnie chodziło, jak piszesz:) Tylko o to, że masz życie w swoich rękach i co się nie zdarzyło i nie będziesz zdarzać- właśnie ty tu decydujesz. Nikt inny:)

      Usuń
    2. Jasne. I ja to wszystko w pewnym sensie zaczęłam po swojemu doceniać - tak mówiąc na własnym przykładzie już. To, że był, że jest, że obiecał, że pozostanie... Dawniej był tylko smutek. Ale wtedy wlaśnie chyba szukałam tego klucza.
      Dokładnie. Po prostu stworzyłam sobie w głowie pewną barierę (a może właśnie klatkę), że jak zapalę, to złamię obietnicę, a później zdałam sobie sprawę, że ja niczego nie obiecywałam. Z szacunku do Niego i do Jego prośby nie palę, ale nie chcę już budować sobie takiej klatki, która jest po prostu drogą do autodestrukcji.

      Usuń
  4. Jestem na etapie zamknięcia, teraz tak wyszło. Wydajesz się być bardzo silną Kobietą, śmiem twierdzić, że własnie taka jesteś.

    OdpowiedzUsuń
  5. Każdy z Nas ma w sobie klucz do tej klatki. Albo nawet i cały pęk kluczy do sieci klatek w których czasami dobrowolnie, a czasem nieświadomie siebie zamykamy.
    Najważniejsze to ten klucz odnaleźć a to nie jest w cale łatwe zadanie. Czasami kiedy uwolnimy się z jednej i chcemy już lecieć jest BUM, bo przed Nami kolejna. I znów zabawa z szukaniem klucza.
    Tylko, że im więcej takich klatek pokonamy, tym więcej mobilizacji mamy by przeć dalej mimo przeciwieństw. Przynajmniej w moim przypadku tak było.
    I choć wciąż mam przed sobą klatkę, o ile nie kilka.. kto wie może do końca życia w jakiejś będę tkwić, bo nigdy nie zamykam za sobą drzwi to wiem, że można się z niej wydostać. Trzeba czasu i determinacji. A tej mi nie brak!
    I bardzo bym chciała, żeby każdy tą siłę w sobie odnalazł.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Może ty myślisz, że nie powinieneś latać, że nie umiesz, boisz się, a robisz to doskonale?" - wlewa ogromne pokłady wiary w siebie. :)
    Każdy z nas chyba na jakiś czas ucieka do swojej klatki, nawet jeśli nie całkowicie, to z niektórymi problemami. Są po prostu spraw, którymi nie lubię się dzielić i wolę to przeżywać sama, zamknięta, chociaż nie wiadomo jakby miało być ciężko - samotność jest wówczas najlepszą kompanką.

    OdpowiedzUsuń
  7. "Bo nie warto żyć w klatce, choć nieraz to długa walka, by z niej wyjść i bardziej bolesna, niż wszystkie ciosy. Nieraz bardziej wyczerpująca i powodująca jeszcze mocniej, że nie chce się już trwać i biec i biec bez ustanku, gubiąc oddech. " - chyba chcę tylko powiedzieć, że dziękuję Ci za te słowa, Frido!

    OdpowiedzUsuń
  8. A mnie się wydaje, że ludzie czasem po prostu... nie chcą. Bo są dwa rodzaje ludzi zamkniętych w klatkach - świadomi i nieświadomi. Ci drudzy chyba mają lepiej, bo pewnego dnia się ockną i zobaczą te pręty wokół siebie, te kłódki. I na milion sposobów będą próbowali się z niej wyrwać. A ci pierwsi... leżą i obserwują jak te pręty zaciskają się z dnia na dzień coraz bardziej i mimo świadomości, że im dłużej trwa ten stan tym ciężej się z niego otrząsnąć - dalej nic nie robią. Nie masz czasami wrażenia, że jest wśród nas mnóstwo nie tyle tchórzy, co ludzi pozbawionych wiary?

    OdpowiedzUsuń
  9. wszystko można zmienić... ekipę, zwyczaje, miejsca w które się chodzi.nie zmieni się tylko wspomnień, to co już się wydarzyło pozostanie w głowie (sercu?) na zawsze.
    Ludzie, których już w naszym życiu nie ma, sytuacje, których byliśmy uczestnikami...
    I chyba dla tych chwil warto żyć, dla wspomnień.

    OdpowiedzUsuń
  10. Szkoda, że niektórzy ludzie boją się wyfrunąć ze swoich klatek.. i żyć w pełni..

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo dobrze wiem jak jest w klatce. Niejednokrotnie w niej tkwiłam i czasami do niej wracam, choć wiem, że nie powinnam, Wiem, że byłoby lepiej po prostu być wolnym, ale czasami coś przykuwa mnie do prętów, ktoś zatrzaskuje drzwi, wyrzuca klucz. Paradoksalnie zbyt często radziłam innym, żeby wyszli z klatki, a sama nie potrafiłam wydostać się ze swojej. Czasami wciąż czuję się ograniczona, zagubiona i kulę się w kłębek w bezradności. Lęk dobija, może nawet zabić. A życie jest zbyt piękne aby się na nie zamykać. Trzeba być odważnym, brać los we własne ręce i walczyć aby latać. Twój post skłonił mnie do refleksji nad własnym życiem i wyborami. Muszę przeanalizować swoje postępowanie, często pełne strachu.

    OdpowiedzUsuń
  12. Przeszły mnie ciarki na początku postu... bo wiesz, ja wierzę w znaki. Wierzę, że czasami wszechświat próbuje nam coś powiedzieć takimi symbolami. I tylko ten, kto adresatem jest tych znaków, potrafi je właściwie odczytać.
    Ja wyrwałam się z mojej - toksycznej a jakże - klatki w styczniu tego roku. Właśnie dzięki znakom, które zaczęłam czytać. Tak jakby świat pomagał mi w podjęciu takiej, a nie innej decyzji. Chyba jeszcze jest trochę tych klatek w mojej głowie, ale mam nadzieję, że będę otwierała kolejne drzwi i uwalniała to co zamknięte...
    Piękna ta metafora z klatkami swoją drogą.

    OdpowiedzUsuń
  13. To ja się dołączam do wiary wobec Twoich bliskich, by z klatek powychodzili/nie dali się ponownie w nie wepchnąć. Chociaż wiem, że to czasem trudne i potrzeba sporo siły. Jednak nie jest to niemożliwe :)

    OdpowiedzUsuń
  14. To jest dla mnie jeden z bardziej łamiących serce widoków. Jak ktoś, kto już z klatki swojej umysłowej zdołał się wydostać, ale znów postanowił do niej wrócić.

    OdpowiedzUsuń
  15. Witaj, Frida.
    Ostatnio znikam i pojawiam się. Szukałam swojego miejca na ziemi i w końcu udało mi się je znaleźć. Jednak nie o tym...
    Przypadki według mojej skromnej osóbki nie istnieją. Wszystko dzieję się 'po coś', pomimo tego, iż nie zawsze od samego początku wiemy z jakich powodów, przyczyn. Jesteśmy tylko ludźmi...tylko albo aż, którzy mają tendencję do izolowania się, kiedy jest źle...

    OdpowiedzUsuń
  16. ej no, gdzie Ty żyjesz, że w simsy ngidy nie grałaś?! XD

    OdpowiedzUsuń
  17. Ech i skąd ja znam te klatki, chyba każdy ma swoje i każdy ma swego Pana Murów..

    OdpowiedzUsuń
  18. A może każdy z nas ma swoją klatkę? Tylko nie każdy ma klucz do swojej? Czasami mam wrażenie, że ja też żyje w takiej klatce...

    OdpowiedzUsuń
  19. Ale to jednak cudowne, że możemy te klatki opuścić.
    Ja też wierzę w nas wszystkich :)

    OdpowiedzUsuń
  20. zgadzam się z Tobą my zza klatek możemy tylko zachęcać do wyjścia przekonując do że jest bezpiecznie, bo klamki do wyjścia z takich cel są tylko od wewnątrz

    OdpowiedzUsuń
  21. Czytałam gdzieś, że nie da się być na 100% wolnym. I od razu narzuca mi się cytat: "Modlitwa za dzikie serca, trzymane w klatkach".

    OdpowiedzUsuń
  22. " Żeby dotknąć, samemu trzeba spłonąć.". Żeby dotknąć tego, co jest poza prętami klatki, trzeba się spalić. Wiele masz wokół siebie tych, których chcesz ocalić.
    Uważaj tylko, by samej nie spłonąć.

    OdpowiedzUsuń