środa, 28 października 2020

O tym, że wróciłam i jestem wkurwiona.

 Znacie to uczucie w swojej głowie, kiedy czujecie się jak bohaterka teledysku do piosenki, którą bardzo lubicie?

Przez miniony rok przez większość czasu czułam się jak Florence Welch w piosence "Ship to wreck". Nie, nie przesz wszystkie kataklizmy, nad którymi tak załamujemy ręce w 2020 roku. Choć może i one miały swój udział. Pandemie, galopujące zmiany klimatyczne, wszystkie kolejne wojny, sytuacja polityczna w Polsce. Stałe, natarczywe trzęsienia ziemi, z największym, sprzed tygodnia na czele, które nawiedzają kraj, w którym mieszkam. Nie, to nie one tylko spowodowały, że biegałam w szale po domu mojego umysłu, jak Florence, zadając sobie fundamentalne pytanie:

"Did i drink to much

Am i losing touch

Did i build this ship to wreck?"


Bo czy zbudowałam ten okręt swojego życia, żeby w końcu zatonął? Żeby rozbił się na skałach?

Już w grudniu zeszłego roku prawie, pijana, zrobiłam sobie krzywdę. Prawię, bo jak zwykle był ktoś, kto mnie pilnował. Mam wiele siły wewnętrznej i potrafię przetrwać, wytrzymć dużo, ale kiedy spadam...wtedy, wtedy lecę na samo dno. Pikując jak sokół któy dopadł ofiarę. To bardzo słaba metafora, banalna, ale jednak najbardziej trafna. Przecież to banał dlatego jest banałem, bo jest właśnie najlepiej trafiającym w punkt u większości z nas. 


Chyba już wtedy wszystko zaczęło pękać. Przeciekać. Przyeszedł pierwszy poważny sztorm. Ale znalazłam jeszcze deski, żeby zatkać dziury w kadłubie mojego statku. I tak przez rok. Sztormy i naprawianie. Obojętność. Ataki paniki. Gubienie słów. 

Mieszkanie z ludźmi, którzy nie szanowali mojej prywatność. Wyprowadzka na wariackich papierach. Problem w pracy, w środowisku, gdzie stosowano mobbing ( o tym, dlaczego rzuciłam pracę i "co dalej" być może napiszę później). Nawarstwienie spraw z wielu lat. Śmierć bliskich. Troska o tych, których kocham, ale sobie nie radzą. Szarpanie, wieczne szarpanie. 

Zaczęłam mieć dość. Ale nie na tyle, by przestać walczyć o siebie. Zgubiłam słowa, choć tyle razy chciałam coś napisać. Ale się nie poddałam. Mam wielką siłę, choć ją gubię, choć w tym roku prawie o niej zapomniałam. 

Nie było ze mną dobrze. Czy jest lepiej? Dalej zastanawiam się, czy potrzebuję pomocy specjalisty. To otwarta kwesti. Czy muszę przepracować pewne rzeczy jednak z terapeutą. Czy potrzebuję leków. Ale jest lepiej, bo zaczęłam na nowo walczyć o siebie. Wróciłam do jogi, ćwiczeń. Choć nadal od czasu do czasu popalam. Mam kogoś, kto o mnie dba. Staram się rozmawiać z ludźmi, na których mi zależy, choć nieraz przez miesiąc nie potrafię odpisać na wiadomość. 

Na tle tego, że świat, cywilizacja się wali zgubiłam siebie- i próbuję na nowo się odnaleźć. 

Ale chyba na nowo znalazłam słowa- bo wróciłam i jestem wkurwiona. I o tym też chcę napisać. Być może jeszcze nie dziś, nie jutro. Ale w najbliższych dniach. 

Jestem wkurwiona i nie jestem jedyna, mimo że żyję w kraju, w którym nie muszę walczyć o  fundamentalne prawa człowieka. Tam zostawiłam wiele osób, które kocham. Wiele, o które się martwię. Nie od dziś wiecie, że nie jestem patriotką. Nie od dziś wiecie, że wiele wybaczam. Ale tego już za dużo- i to nie tylko moje zdanie. 

Bo to jest wojna. A ja, mimo że nadal łatam swój statek, nie chcę się poddać bez walkii dołożyć tyle, ile mogę. I chyba nic więcej nie muszę dodawać. 

A zamiast Florence, która szarpie się w mojej głowie, niech będzie pewna Zwykła Polka. Ta, która chyba przemówiła w imieniu już nie tysięcy, a milionów swoim delikatnym głosem. 




1 komentarz:

  1. masz rację, to co nas spotyka to naprawdę wojna....
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń

O błękicie w miłości, na który nikt nas nie przygotował.

 Wszyscy chcemy kochać.  Gdy czujemy się samotni, dniami wypatrujemy na ulicach tych osób, którym moglibyśmy oddać cząstkę siebie. Poczuć bl...