Minął równy miesiąc, od kiedy nie mam pracy.
I zapewne zabrzmi to okropnie, ale całkiem nieźle czuję się jako bezrobotna. Zresztą, czy mogłoby być inaczej, skoro sama rzuciłam pracę i zdecydowałam się na chwilowe "siedzenie w domu? Mogłoby. Ale nie żałuję decyzji, którą podjęłam. Pomimo chwil paniki, że pewnie się zasiedzę, zdziczeję i lęków o to, co "będzię potem" mogę zagwizdać przez zęby i zanucić jak Edith Piaf, "non, je ne regrette rien!"
Nie owijając w bawełnę- pracę rzuciłam przez mobbing. I nie dam sobie wmówić, że było inaczej, choć sama łapię się na takich myślach. Przesadziłam. Sama sobie wmówiłam. Byłam nadwrażliwa. Zrobiłam z siebie ofiarę. Nieraz tak myślałam o tym, co się działo dookoła w moim miejscu zatrudnienia. Ale czy właśnie nie tak działa mobbing? Czy jedną z jego cech nie jest, że osoba mobbingowana poddaje w wątpliwość własny osąd, podważa swoje emocje i obserwacje. No właśnie.
Gdy zaczęłam pracować w hotelu- restauracji rok temu, w październiku, wszystko było cudowne. Obsługiwałam hotelowe śniadania. Zaczynałam zmianę o 6 rano, kończyłam o 15. Miałam wspaniałą ekipę, do której w grudniu wciągęłam przecież i Cienia, którego kocham przecież całym sercem i z któym bawię się jak z mało kim. Dogadywałam się bezproblemowo ze swoją bezpośrednią zwierzchniczką, managerką śniadań, z którą z czasem wchodziłm w coraz bliższą relację- która zresztą trwa do teraz. Nie miałam problemu z "prawdziwymi szefami"- no, może z jednym, z tym, z którym i tak miałam najmniej do czynienia pracując przy obsłudze hotelu z rana. Nieraz więc w pracy śmiałam się w głos i szłam tam z uśmiechem, swoistym entuzjaznem. I choć nie było lekko nieraz, hotelowi goście bywali nieprzyjemni, wszystko potrafiliśmy obrócić w żart. Rozpierała nas pozytywna energia. Robiliśmy sobie wspólne posiłki i byliśmy trochę jak międzynarodowa rodzina z przypadku. Było tak ciepło, czule i zwariowanie momentami. Tak, jak właśnie powinno być.
Wszystko zmieniło się w marcu, kiedy tak jak i resztę świata, dopadły nas czasy zarazy. Pandemia spowodowała zamknięcie hotelu. Na początku nie było źle, kiedy to powoli wszyscy ze śniadań przestawialiśmy się na pracę kuchcików restauracyjnych, smażących burgery. Praktycznie każdy dzień miałam wolny przez cięcie etatu- za resztę płacił mi urząd dla bezrobotnych, nie musiałam więc martwić się o pensję. Właściwie, od kwietnia do czerwca miałam pełnopłtne wakacje z okazyjnym chodzeniem do pracy. Mogliśmy wędrować z Mężem i znajomymi po Islandii, dobrze się bawić, pomimo problemów z mieszkaniem, które zaczęły się od kwietnia. Ale nie o tym, być może o tym, że musimy być sami w swoim gniazdku opowiem wam innym razem.
W czerwcu zaczęłam częściej chodzić do pracy. Jeszcze wtedy bawiłam się dobrze. Ale po kolei zaczęły znikać mi z pola widzenia osoby, z którymi na zmianie bawiłam się najlepiej. Cień, zwolniony jako jeden z pierwszych. Włoch, z którym od razu załapałam cudownie miękki i nadzwyczaj po prostu ludzki kontakt. Pewien polski maruda, który swoją pesymistyczną postawą wytwarzał ze mnie anatagonistyczną energię, przez którą razem świetnie się uzupełnialiśmy. Odchodziły lub zostały zwolnione też kolejne osoby z baru. Pewien trochę szalony ale niezwykle mądry artysta malarz, z którym wiele rozmawiałam wcześniej już ,pracując na śniadaniach. Uroczy Czech, z najpiękniejszą na świecie delikatn buzią. Zostali ci ludzie, których lubiłam mniej. Którzy nie powodowali, że chciałam biec do knajpy i spędzić tam 4, 8 a może i 12 godzin. No i...miałam o wiele więcej kontaktu z jednym z szefów.
Bądźmy uczciwi i dosadni- jeden z szefów był po prostu gnojem. Neidojrzały, niekontrolujący wybuchów złości egocentryk, który potrafił zacząć ubliżać pracownikom, bo miał gorszy dzień. Bo musiał pokazać, "kto tu rządzi". Sama nie miałam z nim wiele do czynienia, nie rozmawiałam z nim nigdy dłużej niż dwie minuty, wymieniając informacje. Niestety, miał ogromne spięcie w Cieniem, któego chciał oszukać na pieniądze za zdjęcia, które ten dla niego wykonał. A wszyscy w pracy wiedzieli, jak jesteśmy blisko. Przez jakiś czas brali nas nawet za parę, bo przecież zawsze wychodziliśmy razem.
Od tego czasu jednak stałam się osobą nie do końca pożądaną- pomimo tego, że pracowałam świetnie i reszta szefów i pracowników mnie uwielbiała.
Ani razu nie nakrzyczał na mnie bezpośrednio. Ani razu nie potrafił zbić żadnego z moich argumentów, kiedy zaczynał się niezsadnie czepiać o pierdoły. Ani razu nie przebił mojej fasady pozornego spokoju i słodkiego uśmiechu, kpiącej pokory w którą się przyoblekałam,kiedy zaczął wchodzić na pułap swojego gniewu. Przez to wszystko nie miał o co się przyczepić. Zawsze traktowałam go mentalnie jak jednego ze swoich pacjentów psychatrii- i nie dowierzałam, że w taki sposób muszę podchodzić do zwierzchnika! Racjonalizowałam sobie jego zachowania, wiedząc, że to nie ja jestem winna. Nie potrafił wyprowadzić mnie z równowagi. Ale kosztowało mnie to wiele wysiłku. Za wiele. Podobnie jak patrzenie na to, jak traktuje innych. Jak nimi pomiata. Jak jego niekompetencja powoduje szalony wysiłek pracowników, którzy jeszcze obrywają za jego błędy burą.
Często szef miał dobry humor. Ale nigdy nie wiedziano, kiedy wybuchnie. Kiedy zacznie się czepiać. Praca z nim, przebywanie z nim w jednym miejscu kojarzyło mi się jak życie w domu z agresywnym alkoholikiem- nigdy nie wiesz, kiedy pijany tatuś wpadnie w szał, więc żyjesz w ciągłym napięciu.
Miałam tego dosyć. I mimo że logicznie wiedziałam, że to on jest gnojem, a ja jestem w porządku, zaczęłam mieć problem...z sobą. Pogłębiły się moje stany lękowe, które przed laty przecież odeszły do lamusa. Zaczęłam się obwiniać o wiele rzeczy niezwiązanych z pracą. Zaczęłam gdzieś w środku przypominać zastraszone zwierzątko. Powiedziałam dość. Moja racjonalna strona wiedziała, że winna temu jest w dużej mierze praca i ten jeden niedojrzały gnojek, który sam miał porblemy ze sobą. Bo czy można być tak okrutnym, nie będąc zaburzonym? Zawsze wydaje mi się to niemożliwe. I w gruncie rzeczy nieraz robiło mi się go żal- ale ten żal nie tłumaczył tego, co robił.
Ta praca kosztowała mnie za dużo energii, niewspółmiernie do zarobków, które, nie oszukujmy się, na islandzkie warunki, były śmieszne. Obecnie, będąc na zasiłku dostaję praktycznie taką samą wypłatę.
I być może byłam za wrażliwa, bo wielu osobom nie przeszkadzało takie traktowanie. Być może mam za dużo wspomnień związanych z przemocą psychiczną. Być może mam za dużo dumy.
A może właśnie, mam dumę na odpowiednim miejscu i potrafię szanować samą siebie. Swoje zdrowie psychiczne. Swój komfort. Może właśnie to ja, a nie kilka innych osób z tamtego miejsca, kocham siebie na tyle wystarczająco, że nie pozwolę sobą pomiatać. Niszczyć się. Być może kocham siebie na tyle mocno, że potrafię powiedzieć nie i postawić tę najzdrowszą granicę.
Tak więc gdy tylko zawodowa sytuacja mojego męża ustabilizowała się do końca, zwolniłam się. Zresztą, to Mąż pomógł mi najwięcej. On i Cień, znający to miejsce i utwierdzający mnie w tej decyzji. Bez wsparcia byłoby mi o wiele trudniej. Bez zapewień Męża, że finanosowo poradzimy sobie. Bez jego przekonania, głębokiego, wenwętrznego i silnego, że powinnam zadbać przecież też o siebie.
Przepracowałam ostatni miesiąć. Odeszłam bez najmniejszego żalu i sentymentu. Bez wielkich pożegnań, zwłaszcza, że gnojek szef w ostatnim dniu dobitnie swoją niekompetencją przypomniał mi, dlaczego odchodzę.
To pierwsze miejsce w którym czułam się tak podle. I nie chcę tak się czuć nigdy więcej. Nie w pierwszej lepszej pracy, która daje mi marne grosze. Jestem po prostu warta więcej- na nowo buduję w sobie to wewnętrzne przekonanie.
Od miesiąca jestem więc bezrobotna. I jest mi z tym dobrze.
Dałam sobie czs, by odpocząć. By wrócić do równowagi. Spokojny, stały rytm dnia. Godzina jogi dziennie. Medytacje. Spokojne gotowanie i pieczenie. Rozmowy z tymi, którzy są daleko, ale nadal są najlepszym wsparciem. Randki na skypie z Red. Kawa pita przed monitorem z A. Powolnie rozkręcające się, ale trwające i godzinami rozmowy z Cieniem, który uciekł z powrotem do Polski. Częstsze telefony do mamy.
Zregenerowałam się, nabrałam sił. Czas płynie spokojnie. Jest jak jest. Ale będzie lepiej.
Nie marnuję energii- i chyba w końcu znalazłam jej więcej, tak naprawdę, dla siebie.
Dzisiaj zapisałam się do szkoły językowej, którą zacznę w styczniu. Bo przecież muszę wreszcie opanować isladznki. Skoro chcę pracować w szpitalu. Skoro chciłabym przyjąć za parę lat obywatelstwo tego pięknego kraju to chyba....nie ma innego wyjścia. Nauka języka jako najlepsza inwestycja w siebie, do której od dłuższego czasu zabierałam się jak pies do jeża. Nie mając na to siły.
Usiadłam też po raz pierwszy za kierownicą, po raz pierwszy w życiu. Poporowadziłam auto po parkingu pod czujnym okiem Męża. Chcę się nauczyć prowadzić. Zacznę szkołę jeszcze w tym roku, no bo- dlaczego nie? Prawo jazdy to na Islandii rzecz niezbędna. To coś, co daje niezależność. Poczucie wolności. I choć strasznie boję się prowadzić, w końcu mam czas i energię na to, żeby przełamać lęki. Żeby uwierzyć, że mogę.
To najwyższa pora, żeby zająć się sobą i dać sobie szansę. Na powrót do pracy w zawodzie, który kochałam. To czas, w którym mogę dogadać się z sobą, zapytać się szczerze, czego potrzebuję.
Oddychać lżej. Bez wysiłku. Tak głęboko, ile miejsca w płucach.
Czasem mam wrażenie, że w piersi mam ogromną kulkę energii, której nie muszę nigdzie wysyłać. W końcu ogrzewa mnie- i zagrzewa do walki.
Są dni, jak dzisiaj, gdy jest mi ciężko. Dopada mnie smutek i rutyna. Samotność tych wielu godzin, gdy nie ma przy mnie Męza, a przyjaciele są daleko. Poczucie, że siedzę w klatce, bo na dworze szaleje sztorm, a moje życie nie ma sensu. Nie ma celu. Zasiadam na kanapie z herbatą, po porannym rozciąganiu i nie bardzo wiem, co dalej. Przylepiam się do stołu, komputera i ciężko mi przeniknąć ten zimowy, islandzki mrok. Słucham wycia wiatru za oknem, Czuję, jak bardzo nic się nie dzieje. Zaczynam roztapiać się, marnieć.
Biorę jednak kilka głębokich wdechów, zaglądam wtedy do środka. Do siebie. Och. Tak. To tylko pozory.
Jest jak jest- ale tylko na razie.
Bo tylko pozornie stoję w miejscu- tak naprawdę wytrwale idę, mając przed sobą cel, któym jest nareszcie, moje własne szczęście i spełnienie. To całkiem niezależne od tych, któych kocham. Mój spokój.
( Ten kawałek to mój swoisty hymn od paru dni, taki, który niezawodnie, trochę melancholijnie uspokaja w mroku listopada...och. już grudnia. Jak ten czas leci! )
Bardzo fajnie się ciebie czyta :).
OdpowiedzUsuńTez nie lubiłam gdy ktoś w pracy traktował mnie z góry, gdy czułam że coś jest nie tak obracałam się na pięcie, a później się zwalniałam. Również miewałam lęki i stany depresyjne. Ale to już przeszłość.
Życzę Ci wiele uśmiechu ☺️
I Cudownie, że nie stoisz w miejscu tylko się rozwijasz, czasem każdy ma gorszy dzień zwłaszcza na obczyźnie, wiem coś o tym ❤️
Dziękuję:)
UsuńWiesz, ja właściwie nie mam problemu w "traktowaniu z góry" jako takim, bo zwyczajnie to po mnie spływa- ale nie toleruję zachowań agresywnych, przemocowych. Bo to po prostu przemoc psychiczna. I właśnie u mnie też już przechodzi, zmieniłam środowisko, odpoczywma- i już jest znacznie lepiej:)
Dziękuję:)
Też mieszkasz za granicą?:)
Zależy gdzie kończy się granicą traktowania z góry a gdzie zaczyna agresja - czasem to cieka linia. Ja mam jestem bardzo wrażliwa osobą i u mnie takie traktowanie z góry dłuższy czas wystarczył by mieć ciężkie chwilę i doły 😉.
UsuńMieszkałam w Wielkiej Brytanii prawie 9 lat początki były ciężkie, zwłaszcza gdy za oknem szaro - buro i deszczowo, a ja sama w domu gdy jeszcze nie pracowałam, lub w późniejszych latach gdy akurat nie pracowałam. Nie znałam języka itd. Było minęło, teraz czas na nowe scenariusze, zawsze to jakieś doświadczenie i jest co wspominać ☺️ bo nie zawsze było źle.
Jasne, to bardzo indywidualne i w pewien sposób granica nawet przemocy psychicznej, mobbingu jest często...dość płynna. Istnieją wręcz eskperci w niedosłownym poniżaniu, które rozwala ci psychikę w drobne kawałeczki. Czasem ciężko to dookoreślić.
UsuńSporo lat zatem:D I jasne, początki zawsze chyba są trudne. Mi jest o tyle łatwiej, że nie wyjechałam sama. I ej, przecież, musiały być i plusy i minusy. Ale rozumiem, dotarłaś się już w pełni ze swoim miejscem na ziemi obecnym?:)
Nie byłam sama, byłam z mężem i córką. Byłam po prostu samotna, aż poznałam Jego - mojego przyjaciela z Neta 😁. Uzależniłam się od tej relacji... A co do miejsca na ziemi, to nie o miejsce chodzi tylko o te Mądrość życiową właśnie, którą nabywamy z wiekiem ☺️.
UsuńCzasami lepiej być bezrobotnym niż pracować w pracy, w której jest taka podła atmosfera.
OdpowiedzUsuńDokładnie. Dlatego właśnie wolałam odejść:)
UsuńNie mogłabym pracować w miejscu, gdzie atmosfera przyprawiałaby o lęk!
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za nowy rozdział, bez nerwów, za dobra pracę i przede wszystkim spokój!
okularnicawkapciach.wordpress.com
Dlatego, gdy to zaczęło narastać a nasza sytuacja finansowa trochę się uspokoiła ( bo były pewne zawirowania z pracą mojego męża, przeprowadzką etc) postanowiłam odejść. I naprawdę, uważam, że to najlepsza decyzja tego roku:)
UsuńDziękuję:)
Podjęłaś dobrą decyzję, toksyczna praca to najgorsze co może się zdarzyć
OdpowiedzUsuńDziękuję w jakimś sensie, za utwierdzenie mnie w tym:)
Usuń