Byłam w liceum, kiedy zostałam zgwałcona. Nie jest to rzecz, o której mówię często, mimo że głoszę zasadę totalnej jawności swojego życia. To nie tak, że się tego wstydzę. Po prostu nie chcę o tym za często sobie przypominać, zwłaszcza, że przez lata tak naprawdę docierało do mnie, co się wtedy stało.
Pomógł mi w tym, kiedy byłam jeszcze nastolatką, inny mężczyzna. Tuż po fakcie. Mój przyjaciel Vincent, który malował moje akty, będące moją terapią, tak naprawdę. On jeden tylko przez długi czas wiedział, co się stało. To z nim też sypiałam, ufając mu całkowicie, co pomogło mi odzyskać moją seksualność. Nie pozwoliłam jej sobie zabrać przemocą, wynikającą z faktu, że nastoletni chłopak, który mnie skrzywdził, tak naprawdę całe życie słyszał, że kiedy kobieta mówi "nie", to zapewne sobie tylko jaja robi i chce. Bo przecież nie może nie chcieć!
Z pomocą Vincenta dałam chłopakowi dosadną nauczkę. Sama w jakiś sposób wymierzyłam karę. Nie wierzyłam bowiem nigdy w sprawiedliwość wymierzaną przez państwo. Nauczyłam się tego już jako małe dziecko.
Wychowałam się w domu z brutalnym alkoholikiem. Jednym z moich pierwszych wspomnień jest to, jak matka wyrzuca mnie przez okno na parterze na dwór, mówiąc, żebym uciekała do sąsiadki ze swoją siostrą i zadzwoniła od niej na policję. Moj ojciec, pijany, w szale, forsował już barykadę z szafy ustawionej pod drzwiami w pokoju, w którym się ukryłyśmy. To jedna z wielu awantur. Normą było, że siedziało się po kilka godzin w pokojach, nie wychodząc do łazienki i sikając do miski, czekając, aż jego szał się uspokoi. Normą było, że ze starszą siostrą biegłyśmy do drzwi, żeby je zablokować, gdy mamie udało się wyrwać z jego górniczych łap i dostać się do pokoju, ratując swoje życie. Kiedyś ojciec porąbał drzwi tasakiem. Moja matka nieraz wzywała policję, która przyjeżdżała, patrzyła na rozpierdol zrobiony w części dom,uspokajała ojca i...jechała z powrotem. A awantura się nasilała. Mama nieraz wzywała policję, która zabierała ojca na izbę wytrzeźwień, za którą płaciła ona, bo przecież to ona zmusiła służby porządkowe do zabrania go na dołek. Często policja przyjeżdżała i wzruszała ramionami, mówiąc matce, dosłownie "widziały gały co brały". Do dzisiaj nie znoszę tego powiedzenia. Przyjeżdżali, znudzeni i zmęczeni tym, że im się głowę zawraca i mówili "nie trzeba było męża prowokować". Kiedyś zażartowali, rechocząc, że pewnie zupa była za słona. Nauczyłam się więc, jako mała dziewczynka, że systemowi nie wolno ufać. Sprawiedliwości nie ma. Dopiero z wiekiem zrozumiałam, że nie trzeba działać na własną rękę, tylko trzeba próbować ozdrowić system. I wsparcie, ono zawsze się znajdzie.
W wieku nastoletnim zaczęłam w jakiś sposób, absurdalnie, wyżywać się na matce za to, że mam takiego ojca. Nie pamiętałam, a może jeszcze do mnie nie docierało, jaką moja matka była silną osobą. Bo ona walczyła z systemem. Walczyła o alimenty, których sąd nie chciał jej przyznać- bo przecież ojciec był w porządku. Nic dziwnego, że taką miał opinię u kuratorów- najpierw u pani, która twierdziła, że wszystkie kobiety niszczą mężczyzn i sypiała z moim ojcem. Później u kuratora- mężczyzny, który mówił że heh, wszystkie te baby świrują.
W jednej z awantur, które urządziłam matce, dowiedziałam się, że jestem dzieckiem z gwałtu. Takiego, którego pojęcie w Polsce nie funkcjonuje za dobrze, do tej pory. Jestem dzieckiem z gwałtu małżeńskiego. I tylko cudem nie zostałam poroniona, biorąc pod uwagę wiek matki- 45 lat i to, że ojciec w czasie ciąży parę razy ją pobił. Bo według niego matka była kurwą i od czasu do czasu poddawał w wątpliwość moje pochodzenie.
Miałam być też usunięta. Lekarze proponowali matce późną aborcję ( o ciąży dowiedziała się dużo później, niż powinna, myśląc, że zanik okresu to menopauza). Namawiali ją wręcz, gdyż istniało duże ryzyko, że będę dzieckiem z syndromem Downa bądź innymi wadami genetycznymi. Nie było wtedy badań prenatalnych. Do tego lekarz mojej matki znał sytuację. Wiedział, jaki jest mój ojciec.
Moja matka nie zdecydowała się na skrobankę, nie przez religię, kanon. Po prostu tego nie chciała. I doceniam to. Ale jednocześnie lekarz, który proponował jej aborcję, jest moim bohaterem. Bo ten sam lekarz nielegalnie ( już wtedy było to uznane za zabieg okaleczający), w czasie cesarskiego cięcia podwiązał mojej matce jajniki tak, żeby już więcej, w przypadku gwałtu, nie zaszła w ciążę. Moja matka sama tego chciała. Poprosiła go o to, a on wszystko załatwił w czasie jednej operacji.
Ten lekarz, którego imienia nie pamiętam, a o którym wiem, że już nie żyje, jest lekarzem- symbolem w mojej głowie. Człowiekiem, który w rzeczywistości w jakiej się znajdował, pełnej agresywnych alkoholików, pomagał. Tej pobitej, zgwałconej kobiecie. I wspierał ją w jej decyzji. Jakakolwiek ona nie była. Bo urodzenie mnie było decyzją tylko i wyłącznie należącą do mojej matki.
O tym wszystkim rozmawiałam z moją matką też wtedy, kiedy myślałam, że jestem w ciąży. Moja matka wiedziała już wtedy, że nie chcę mieć dzieci. Nigdy. I rozmowa o tym, co zrobię z ciążą, była prosta.
-Chcesz tego dziecka, jeśli jesteś w ciąży?
-Nie. Kurwa, nie.
-Powiedz mi po prostu, ile potrzebujesz na skrobankę.
Bo te parę lat temu nie można było usunąć ciąży. A raczej, można było- ale pytanie, za ile. Mama wiedziała, że mnie i mojego męża nie stać na aborcję. A ona zawsze miała jakieś skromne oszczędności, "na trumnę", jak mawia. Sama nie była w stanie usunąć ciąży, wyskrobać mnie. Ale całkowicie w porządku było dla niej to, że my nie chcieliśmy, nadal nie chcemy dzieci.
W domu mama nauczyła mnie myślenia. Wolności wyboru. Tego, że nie można oceniać. Miałam sporo szczęścia, też w sytuacji właśnie domniemanej ciąży. Myślałam, że "zaliczyłam" wpadkę z Mężem, który mnie kocha, ma te same poglądy, jak ja, z tym, który jest partnerem- a nie "panem i władcą". Miałam sporo szczęścia, mają matkę, która jest otwarta. Która zawsze uznawała, uznaje do tej pory, że "moje życie jest moje". I mam prawo do własnych decyzji i ich konsekwencji.
Miałam więc w życiu sporo pecha, ale miałam i szczęście. Ale poznałam dziewczyny, które tyle szczęścia, wsparcia w trudnym momencie nie miały. Nie mogły powiedziać partnerowi i rodzicom, że wpadły i potrzebują na skrobankę.
-Jesteś pewna, że chcesz usunąć tą ciążę?
-Tak.
- No to ci pomogę.
Bo mimo wszystko, w kraju, w którym aborcja była nielegalna, dalej była dokonywana. Pokątnie, w milczeniu. W tajemnicy siostrzeństwa, przy wsparciu mężczyzn, którzy mają otwarte głowy. Jestem tego świadkiem. W jakiś sposób, jestem uczestnikiem.
Wiele lat temu dowiedziałam się, że moja babcia, urodzona w 1909 roku, będąca "miejscową zielarką" też pomagała dziewczynom, które wpadły. W małej miejscowości, w której nie można było liczyć na ginekologa tuż po wojnie i w jej trakcie. Moja babcia jest dla mnie zresztą postacią mityczną. Wychowała 4 dzieci po śmierci męża. Dumna, niezależna. Nie pozwoliła wydać się za mąż "z rozsądku" za bogatego gospodarza, tylko uciekła z moim, później przedwcześnie zmarłym, dziadkiem.
Myślę, że moja mama po niej odziedziczyła tę siłę, która pozwoliła jej przetrwać z moim ojcem. Myślę, że ja po mojej matce odziedziczyłam tę siłę, która pozwoliła mi przetrwać gwałt, podnieść się z kolan, stworzyć cudowny związek z moim mężem i korzystać ze swobodnej, nieskrępowanej seksualności.
Może mam to we krwi. A może wszystkie mamy.
Bite. Poniżane. Uciskane. Ignorowane i infantylizowane. A jednak walczące o siebie. Od wieków.
Od lat wmawiano nam, że mamy być grzeczne. Że nie mamy histeryzować. Że przesadzamy. A my, mimo wszystkio znajdowałyśmy siłę. Po kolei. Małymi kroczkami, które były opłacone ogromnym wysiłkiem. Jakbyśmy kroczyły po innej, nieprzyjaznej planecie.
I dalej jesteśmy walczące- o siebie, nie walczące przeciw męskości, wcale nie. Walczące z władzą. Ze strukturą społeczną pełną ucisku, katującą grupy, które od lat uważane były za "słabe". Ciekawe, że te "słabe" grupy potrafią przetrwać. I powstać. Na nowo i na nowo.
"Słabe", ale mające też wsparcie tych "silnych".
W moim życiu wielu jest wspaniałych Panów. Mój mąż. Nieżyjący już Vincent. Królik. Mój A., który mimo wszystko przychodzi i odchodzi, jak plywy morskie. Człowiek Cień, którego mogę nazwać przyjacielem. Znam wielu wspaniałch facetów i nie jest to walka z nimi. Oni stają z nami ramię w ramię.
Teraz wszystko wybuchło. Jesteśmy wkurwione. Wkurwieni.
To nie jest wkurwienie, które mówi o wojnie płci. To jest wkurwienie, które krzyczy- traktuj drugiego człowieka jako wolną isototę. Samoświadomą. Mogącą samostanowić. Traktuj tak też kobietę, traktuj ją jak człowieka. Bo mimo wszystko to kobiety, przez kulturę, z której wszyscy się wywodzimy- są uznawane za głupie, infantylne kurewki.
Zakaz aborcji jest wierzchołkiem góry lodowej. To moment, w którym po wielu latach karmienia nas hasłami o tym "bądźcie wdzięczni, inni mają gorzej" jak Nosowska wiele lat temu w swojej Antibie możemy wykrzyczeć że nie, nie mamy za co być wdzięczne. Za co być wdzięczni.
Chcemy fundmentalnych praw człowieka. I mówię to ja, która żyje w kraju, który te prawa gwarantuje.
Od prawie 3 lat mieszkam na Islandii. W rzeczywistości, w której aborcja jest w pełni legalna. W kraju, w którym od 1975 roku po Czarnym Proteście islandzkich kobiet zagwarantowano równość płci. W miejscu, w którym osoby LGBTQ+ mogą żyć swobodnie, adoptować dzieci bądź mieć swoje, całować partnera na ulicy. W kraju, który nie decyduje już, czy imię ma należeć do kobiety czy do mężczyzny.
I jakoś nic tu nie wybuchło, oprócz wulkanów. Żądna wojna, ludzie się nie pozabijali z przyczyn ideologicznych. Dzieci mają normalną edukację seksualną w szkołach i zdecydownie, jako nastolatki pięknie unikają chorób wenwrycznych. Aborcja jest legalna, antykoncepcja wypisaywana bez problemu, a dzietność jakoś nie spadła- Islandczycy są jednym z najbardziej mnożących się krajów w Europie. Wszyscy żyją obok siebie- ludzie bardzo religijni, ateiści, ludzie różnnego kolur skóry, płci .Rozmwiają ze sobą. Szanują sie, choć oczywiście, zdarzają się smutne, pojedyńcze wyjątki. A ja jestem pośrodku tego i...czuję się tu bezpiecznie. Czuję się zaopiekowana. Nie oceniana.
Nie mieszkam w Polsce i nie mam zamiaru do niej wracać. Ale sprawa Polska nadal jest moją sprawą. Mieszkają tam ludzie, których kocham.
W Polsce mieszka moja siostra, która boi się urodzić 4 dziecko, które sobie zaplanowała razem z mężem, bo jest po 35 roku życia. Co, jeśli to 4 dziecko będzie chore? Co, jeśli będzie musiała dokonać urodzenia letalnego? Nie umie sobie tego wyobrazić. Póki co zakończy na trójce.
W Polsce mieszkają moje przyjaciółki, które też planują dzieci- ale boją się teraz zajść w ciążę, podobnie jak moja siostra. W Polsce mieszkają kobiety które kocham, które mogą być zgwałcone i nie otrzymają wsparcia systemu. Które mogą zajść w ciąże z gwałtu, która nie będzie mogła być usunięta- bo to przecież kolejny planowany krok rządu i organizacji pro-life. Dziewczyny, którym utrudnia się coraz bardziej dostęp do antykoncepcji.
W Polsce mieszkają moi kumple, należący do mniejszości seksualnej, którzy boją się o swoje życie na ulicy. Dostają pogróżki.
W Polsce mieszka nadal moja mama, 75 letnia kobieta, która jest przerażona tym, co się dzieje. Która od lat mówi, że obecna władza doprowadzi do wojny. Moja matka zawsze była mądra i umiałą przewidywać.
Wszystkich ich zawodzi system od chyba zawsze. Wszystkich ich od lat tłamsi patriarchalna kultura, która po prostu teraz wzbiła się na wyżyny absurdu. O nich wszystkich się martwię. Ale to już za dużo. Lęk nie może zamykać nam ust.
Ostatnie wydarzenia przelały czarę goryczy, która napełniała się latami. Dekadami. I to chyba ostatni moment, kiedy można powiedzieć nie- zatwardziałej, brutalnej kulturze, w której kobieta i każdy "inny" jest tym, którego należy się pozbyć, przepędzić.
Kultury nie zmienia się łatwo, świadome, tolerancyjne, nieseksistowskie społeczeństwo buduje się latami. Wiem o tym, Ale od czegoś trzeba zacząć. Podobnie jak raka leczy się systemowo, latami, zacząć trzeba od brutalnego wycięcia guza.
Skalpel, siostro!
Boję się tej operacji i tego, że ci, których kocham, mogą zostać okaleczeni. Ale to niezbędny zabieg.
Czasem marzę, żeby wszystkich przenieść do kraju,w którym ja mieszkam. Do kraju spokojnego mimo trzęsień ziemi. Ale wiem, że to niemożliwe.
Dlatego walczę na tyle, ile mogę. I idąc do pracy maluję czerwony piorun na twarzy. I uśmiecham się, kiedy nieznana mi dziewczyna, widząc mój nowy rodzaj make-upu w pracy pod nosem, stojąc w kolejce do kasy mówi "jebać PiS". Głośniej i głośniej, śmiejąc się radośnie, mimo wszystko. Nawet daleko, poza granicami, jesteśmy z tymi, którzy tam ciągle są. I nie cieszą się taką wolnością, jak my.
Jesteśmy razem.
Nugdy nie będziesz szła sama.
Mam być wdzięczna? Za co, pytam się?
Za niepokój? Za nieprzespane noce?
Za zwątpienia? Za obiecany raj
Na który pewnie nie zasłużę.
przerażające jest to o czym piszesz....
OdpowiedzUsuńNie możemy skończyć walki o swoje prawa!
okularnicawkapciach.wordpress.com