Nastała
piękna zima. To zaskakujące, jak sztormy, a potem ich wyciszenie
przynoszą mi radość. Prostą i wyciszoną. Jeszcze w czwartek wiał
tak silny wiatr, że przewrócił mnie, gdy szłam do pracy. Mróz i
śnieg skuły wszystko dookoła. Ocean przelewał się przez
falochrony, pokazując jak wiele ma niszczycielskiej siły. Dziś
niebo jest błękitne, słońce zrumienia policzki wraz z lekkim,
szczypiącym mrozem. Tafla oceanu połyskuje za oknem, stając się
jednym z niebiem w ogromie spokoju.
Cudowna
zorza pobłyskiwała wczoraj na niebie. Lisie ognie, jak mawiają
Finowie przez stare legendy. Lisie płonące ogony, które tańczą,
zmieniając barwy. Z zieleni w róż, z rózu po fiolet na krawędzi
ogona. Zmysłowo kołyszą, hipnotyzują, powodując ten ciepły
uścisk pod sercem.
A
może to wcale nie zorza, choć piękna, niezywkła za każdym razem
tak samo. Może nie ona cieszy serce, a to, z kim można ją
podziwiać. Stojący na balkonie, wpatrzeni w niebo nad oceanem
jesteśmy razem. W ciszy, spokojnej obecności i śmiechu. Byłam tam
wczoraj nie tylko ze swoim Mężem ale i z tym, który czasem rozpala
mi pod żebrami ogień niepokoju naprzemian z ukojeniem. Człowiekiem-
Cieniem, który staje się coraz bardziej realny.
"Widziałem
już tyle zorzy, że mnie to nie porusza", powiedział Cień,
gdy wracaliśmy z podróży na położony niedaleko Reykjaviku
półwysep.Wybraliśmy się tam, bo po prostu trzeba było się
wyrwać z miasta. Bo była piękna pogoda. Bo wszyscy mieliśmy wolne
od jakichkolwiek obowiązków. To był kolejny dobry dzień, pełen
obecności ważnych dla mnie ludzi, z którymi mogę dzielić nie
tylko rozmowy, żarty, ale i ciszę. Mój Mąż, Śliczna
Współlokatorka i Cień. Dzień pełen ośnieżonych szczytów i
tego koloru nieba, którego nie ma nigdzie indziej.
"Ciebie
nic nie porusza, do wszystkiego podchodzisz sceptycznie",
powiedziałam pół żartem, pół serio do Cienia. Czasem mam
wrażenie, że w niczym nie znajdzie ukojenia i radości. Tak
naprawdę mam wrażenie, że wszystko porusza go aż za boleśnie, do
samego korzenia. A jego piękny smutek i zmęczenie to po prostu
nadmiar. Tak naprawdę widzę też, że bardzo oszczędnie, jak mało
kto potrafi docenić piękno i znaleźć je tam, gdzie inni go nie
widzą, nawet, gdy nie do końca sam zdaje sobie z tego sprawę. Tak
jak chyba nie do końca dostrzega to, jak pięknym jest człowiekiem.
Znowu
bałam się, że go stracę. Tak samo jak w kwietniu.
To
dziwne stwierdzenie, zważywszy na to, że przecież nie znamy się
długo. Zważywszy na to, że trzeba ponoć o wiele więcej, żeby
nazwać kogoś przyjacielem. Ale człowiek może być dla nas ważny
bez definiowania.Określani stopnia pokrewieństwa dusz, umysłów,
wypunktowania punktów stycznych i dalszych.
Można
pragnąć czyjejś obecności w swoim życiu tak bardzo, że to aż
boli i zadziwia nas samych. Beż żadnych podtekstów. Można po
prostu zakochać się w człowieku bez otoczki erotzymu, dążenia do
bycia parą. Można. Niejedno takie zakochanie było przecież w moim
życiu.
Vincent.Królik.
Redcar. A.
A
teraz i Cień.
Można
kogoś kochać, nie mówiąc tego wprost, jak człowieka, jak istotę
przepełnioną pięknem i kojącą nas rozmowami. Samym byciem.
Dającą spokój, nawet w tym, że mamy prawo się martwić, tęsknić,
choć nie mamy prawa się wtrącać, bo wszyscy mamy swoje życia.
Osobne, ale które jednak zetknęły się jak rzeki, które dążą
do oceanu. Bo nie ma innej drogi. Możemy podążać równolegle,
czasem mieszając swoją wodę, która ma swoją pamięć, której
kształt się zmienia. Nie sposób zapomnieć, nawet gdy nasze drogi
się rozejdą.
Znowu
więc myślałam, że odejdzie. A gdy zniknie fizycznie, nie będę
mogła z nim po prostu być, siedząc naprzeciwko niego w ciszy z
kubkiem herbaty, patrząc, jak jego ołówek drażni kartkę,
zostawiając pięknie uformowany ślad grafitu, ślad trwały, który
moje oczy chcą wydrzeć i zapamiętać. Nie będę mogła poznawać
go, powoli i systematycznie, uparcie, bo przecież, nadal nie mogę
powiedzieć, że go znam, że coś o nim wiem. Myślałam, że nie
będzie tak prosto porozmawiać i pośmiać się we troje, mój Mąż,
Cień i ja.
Odejdzie.
Wyjedzie i to wszystko się rozpadnie. Powoli, po malutku będzie
usychać, choć, przecież przedtem do tego nie dopuściliśmy. Ale
wiem, jak ciężko pracować nad relacjami na odległość, zwłaszcz,
jeśli są młode, podatne na zranienie. Relacja, nawet ładna dla
obu stron i ważna, umiera przez zimę odległości, jeśli nie
obrosła grubą skórą wyznań , razem spędzonego czasu, szaleństw
i spokoju.
Pojawiła
się we mnie dziwna złość, egoistyczna i troskliwa zarazem, że po
co i dlaczego, po co ma mnie, MNIE zostawić, skoro tam nic nie ma.
Jego dziewczyna w zupełnie innym miejscu niż to do którego
zmierzał ( a może przecież właśnie na Wyspę wróci!). Żadna
kariera, żadne znane miejsce, które koi. Po co, myślałam od razu
ze łzami w oczach, kiedy tylko mi powiedział o tym, że chce
zostawić Wyspę. Bo nie czuje się na niej dobrze. Ale czy
gdziekolwiek poczuje się dobrze?
Dom
nosi się w sercu. Spokój i radość. Nie są zależne od miejsca.
Czasem może zależeć od ludzi. Ale dom i spokój to nie położenie
geograficzne. Wiem, bo wszędzie czuję się w domu. Tam , gdzie
chcesz odejść, ich nie znajdziesz. Pomyślałam, z paniką, że być
może, gdzieś tam, daleko, jeszcze bardziej się pogubi.
Irrcjonalnie myśląc, że w jakiś głupi sposób moim myślom
będzie trudniej nad nim czuwać w takiej ogromnej odległości, bo
tak, moje myśli kierują się ku niemu. Trudno, żeby było inaczej.
W
moim umyśle tupało nóżką nieznośnie dziecko, nadąsane wobec
tego, co przynosi los, całkiem nielogicznie. Bo ten dorosły, mądry
we mnie człek wiedział, że moje myśli które nieraz mu ślę
magicznie wierząc, naiwnie, nic nie zmienią. Myślenie życzeniowe,
afirmacja, to mrzonki, choć uparcie w nich tkwię.
Moja
bliskość lub dalekość nie ma dla niego znaczenia, tłumczyłam
nadąsanemu dzieciątku. Czasem zrobiony obiad, spędzony czas nie
ułoży mu życia.
"Ale
przecież czasem ludzka obecność", " Nie jesteś istotną
obecnością" - dywagowałam sama z sobą.
Cichaj.
Będzie co ma być.
Ale
i tak zaczęłam walczyć. Choć, czy to moja walka, czy po prostu
przypadki, które podrzuca mi los? Czy mogę to nazwać moją wojną?
Czy powinnam wreszcie spuścić z tonu i zrzucić z piedestału
egocentryzm i egoizm, bo JA SIĘ MARTWIĘ, bo JA CHCĘ, bo JA KOCHAM?
A
może jedno drugiemu nie przeszkadza?
Jednak
wszystko idzie do przodu. Trochę zbiegów okoliczności. Moja nowa
praca, w której robi się miejsce, bo inni, nieważni dla mnie
ludzie wracając do Polski, żeby tam żyć, studiować, budować
domy.
"Może
gdybym znalazł pracę".
Dobrze,
to znajdę ci pracę. A raczej tylko skojarzę fakty i podam na tacy
jeden adres. Nic wielkiego, nic idealnego. Ale chcę to zrobić. Nie
tylko przez swój egoizm. Bo chcę ci pomóc, mówię sobie, choć
wiem, że ty wcale, Cieniu mojej pomocy nie potrzebujesz, bo jesteś
jednym z najdzielniejszych i zardniejszych ludzi, chociaż w ogóle
tak siebie nie postrzegasz.
Pytam
więc w swojej restauracji czy nie chcieliby zajrzeć do CV
znajomego, z którym pracowałam i zaskakuje mnie, jak wszystko toczy
się gładko.
Miałabym
z nim pracować?
Rozpiera
mnie lęk, że może jeśli się nie uda, coś nie wyjdzie, coś się
złamie, będę odpowiedzialna, bo przecież zawsze biorę na siebie
więcej odpowiedzialności, niż trzeba. W swojej głowie, ale nie w
ostatecznym rozrachunku. Lęki, obawy, że może zmieniam coś, czego
nie powinnam, choć wszyscy jesteśmy dorośli. Może nie powinnaś
przenosić żuka na trawę, gdy pełznie po ulicy, powiedział mi
kiedyś dobry znajomy. Może on wie, gdzie ma iść, a może ma
umrzeć pod kołami, a ty mu przeszkodziłaś, zaburzyłaś
równowagę. Lęk, pcham się tam, gdzie nie powinnam.
Ale
roznosi mnie w środku przede wszystkim radość. Że będzie. Gdzieś
w zasięgu ręki od czasu do czasu, nawet jeśli daleki myślami albo
daleki jak człowiek, bo przecież nie mogę określić, kim dla mnie
jest. Lubię z nim pracować. Lubię z nim spędzać czas, z nim,
takim jaki jest.
Więc
może zostanie. Może się udać. Jeszcze parę formalności, parę
kamieni milowych w kwestii formalnej, jeszcze parę kamieni milowych
chyba w nim samym, pokonnie autosabotażu, który nieraz u niego
podejrzewam. Ale to tylko tyle i może się udać. Zostanie. Będzie
obecny. Nadal może nie do końca świadomy, jak bardzo jest dla mnie
ważny. A może wiedzący to aż za dobrze. Gdzieś tam podskórnie
mimo wszystko czując. Bo takie rzeczy się wyczuwa, prawda?
Może
czuje to mimo wszystko, wie, że nasz dom jest trochę i jego domem i
zawsze będzie miał w nim miejsce. Nie tylko na kanapie czy przy
drewnianym stole. Ale w tym domu, który nie składa się ze ścian.
Tym ważniejszym. Bo przecież to nie tylko mój dom. Mój Mąż też
lubi jego obecność, nawet jeśli ciężko wchodzi w relacje i nie
zakochuje się w ludziach tak łatwo jak ja. Ale widzę to i czuję,
nawet jeśli się nie przyzna. Teraz już wiem, że o ich relcję nie
muszę się bać, tak jak bałam się na pocztku- bo przecież to
dwoje w gruncie rzeczy trudnych, skomplikowanych facetów.
Wczorajszy
dzień był więc tak prosty, niepozorny. Szybkie wspólne śniadanie
z Śliczną, radość pakowania jedzenia na drogę, szykowania
kanapek. Przejżdżka w piękne miejsca, już w czwórkę. Dużo
milczenia. Muzyka w tle. Zjedzona z kolei już w trójkę a nie w
czwórkę kolacja. bo Śliczna zniknęła gdzieś ze swoim
Cypryjczykiem, za któym zdążyłam się trochę stęknić przez to
jego nadmierne zapracowanie.
Obejrzny
głupi film, trochę śmiechu. I zapatrzenie w zorzę na balkonie.
"Może
zorza cię nie porusza, sama w sobie, jak porusza mnie. Ale może
mimo wszystko lubisz tą dzieloną obecność", pomyślałam
sobie. Musi j lubić. Inaczej nie byłby szczery. Inaczej nie
słyszałabym jego śmiechu tak często.
To
mnie aż zastanawia i zadziwia, jak takiego człowieka jak Cień,
mimo wszystko nie drażnię.
Jakim
cudem w ogóle nie drażnię ludzi. Dlaczego mi nieraz ufają.
Zwierzają się. Chcą spędzać ze mną czas i przeskakiwać ze
znużenia moim gadulstwem w ciszę. Jakim cudem? Może jednak można
mnie lubić. Może można mnie kochać- bo nieraz w to wątpię,
absurdalnie,bo od tylu ludzi to czułam. Od ponad 11 lat czuję to
przecież przede wszystkim od mojego Męża.
Człowiek
jednak zawsze wątpi, że może być dla kogoś wystarczający.
Dobry, jeśli chodzi o niego samego.
Wątpię.
Ale dzisiaj, w spokojnej niedzieli spędzanej już tylko z moim
Mężem, ja sama nie wątpię w inną rzecz. Pomimo strachu przed
utratą, zranieniem, to cudowna rzecz kochać. Tych wszystkich ludzi, dla których mam po prostu dużo czułości. Tak po prostu kochać
tę jedną najważniejszą osobę i trochę inczej, ale jednak, wszystkie
dookoła. Tych dalej, w innych krajach i tych tu blisko. Nawet jeśli tego nie nazwiemy.
Będzie
co ma być. Być może wody naszych rzek pewnego dnia zmienią swój
bieg. Ale może jeszcze nie teraz. A ja będę miała jeszcze wiele
rzeczy do zapamiętania. Czułego, ciepłego zapamiętania.
To
cudownie móc po prostu czasem być. Na różne sposoby. I to wcale
nie kosztuje. W byciu...przede wszystkim się dostaje. Nawet jeśli od innych słyszysz, że to tak nie działa.
Dostałam coś, co mnie ubogaca. Od człowieka do człowieka.
I trzeba być
za to wdzięcznym.
Piję
zbyt dużo kawy i często o tobie myślę
W
mieście w którym rzeczywistość znikła i została zapomniana
Boisz
się? Bo ja jestem przerażona.
Ale ty
przypominasz mi, jak wspaniale jest kochać.
To taka
cudown rzecz kochać.
Ostatnio przekonałam się dość boleśnie, że też szybko przywiązuję się do ludzi. Właśnie bez jakiś podtekstów, po prostu lubię z kimś spędzać czas i lubię gdy jest. Bardzo długo nie dopuszczałam do siebie nikogo nowego, bo żyłam przekonaniem, że ja nie potrzebuję nowych znajomych - Ci których mam mi wystarczą i co? I bach... Trafiła mi się osoba, jedna na 30 może 50 poznanych mi osób, dzięki której dzień staje się lepszy, potrafię się śmiać nawet gdy humor sięga dna i rozumiem Twój strach przed tym, że Cień zniknie, bo tak samo ostatnio się boję, że nasza relacja umrze, ponieważ ostatnio jakoś tak szybko stygnie... A ja nie chcę niczego więcej niż tego, by po prostu zostało jak jest. Czy to zbyt wiele?
OdpowiedzUsuńCieszę się, że masz Cienia przy sobie, że możesz słuchać jego śmiechu i mieć go na to wyciągnięcie ręki - na prawdę to jedno z najlepszych uczuć na świecie
To znaczy...ja się przywiązuję do ludzi szybko, ale nie głęboko często. To dobra relacja często, ale nie mam problemu z powiedzeniem "let it go".. Rzadko zdarza się relacja, która działa na mnie emocjonalnie aż tak do głębi. Ludzie, na których aż tak mi zależy. I nie m tu żadnej reguły, to po prostu dziwne kliknięcie w rzeczywistości...no i dzieje się, w sercu mi się dzieje.
UsuńI cóż, jeśli o niego chodzi to on mi robi husawki od początku, właśnie takie stygnięcie, myślę, że to koniec i bach!- ale do tego też przywykam. Bo rozumiem, że czasem ktoś tak rozumie relacje. Nie musi być stale intensywnie, nie musi być w ogóle, żeby potem było. I nie, to nie zbyt wiele. Ale czasem to po prostu nie od nas zależy.
To powiem Ci, że "przechodzimy" (aż jakoś dziwnie mi się piszę o "nas" :P) coś podobnego - są huśtawki, że nic i jednak jakiś powrót, ale jednak nie jest tak intensywnie jak na początku i jakoś tak mi za tym tęskno, jakoś tego brakuje. Ale uczę się nie narzucać i pozwolić by szedł w swoją stronę. W końcu jeśli będzie chciał, to wróci sam, z własnej woli. ;)
UsuńPięknie to napisałaś, o budowaniu relacji międzyludzkich. Tak w ogóle to myślę, że człowiek do pełni szczęścia potrzebuje drugiego człowieka. Bo samotność to jest to, od czego na co dzień uciekamy. Bo najpiękniejsze emocje płynął z serca do serca. Serca mogą być ciepłe przez to właśnie, że kochamy. Warto pielęgnować w sobie te uczucia.
OdpowiedzUsuńjak zawsze, wczoraj przeczytałam raz, dziś drugi, jutro będzie kolejny raz, i niby ten sam tekst, a wyłapuję coś innego. Uwielbiam Cię czytać i za każdym razem zgadzam się z tym co piszesz...
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Wiesz, czasem spotykałam osoby, które były mną. Miały ten rys mojej emocjonalności, którego nie chciałam widzieć u siebie. Bywało, że czułam wtedy niechęć, a czasem silną potrzebę bycia z tym człekiem. Bo on wyświetlał mi MOJE. Moje, które było dla mnie niewidzialne. Więc czasem można się pomylić. Kochać, opiekować się kimś, gdy tak naprawdę ta potrzeba dotyczy nas samych i naszego braku miłości i zaopiekowania. Karkołomne? Każdy to robi.
OdpowiedzUsuńUczucia to chyba jedyne co możemy dać innym
OdpowiedzUsuńDobrze jest mieć przy sobie takie osoby, których obecność oddziałuje na nas w jakiś taki specyficzny sposób - właśnie takie, w których się można jakoś szczególnie zakochać, lub w których jest się zakochanym.
OdpowiedzUsuńCzytam to wszystko i czuję, jakbym tam była, na Wyspie, jakbym widziała tę zorzę, stojąc na balkonie. I czuję przy tym spokój, tak myślę.
Bardzo się cieszę, że mogę podzielić się z nami swoimi doświadczeniami. Nazywam się Brenda i byłem szczęśliwy. Dopóki mój mąż nie powiedział, że go zdradzam, oboje staliśmy się dokuczliwymi parami, nie mógł w to uwierzyć, ani nie zaufał moim słowom, więc złożyliśmy wniosek o rozwód, później zostaliśmy rozdzieleni i ślubowaliśmy, że nigdy się nie pogodzimy. Długo próbowałem iść dalej, ale nie mogłem pozostać bez niego, więc zacząłem poszukiwania powrotu męża, a potem skierowano mnie do Dr.IZOYA. Świetny człowiek, którego spotkałem, rzucił zaklęcie miłosne i zmusił mojego męża do powrotu w ciągu 24 godzin. dzięki temu jestem tutaj, aby udostępnić kontakt dr IZOYA, skontaktować się z nim poprzez drizayaomosolution@gmail.com. Jest naprawdę potężny i specjalizuje się w następujących sprawach ...
OdpowiedzUsuń(1) Kochaj zaklęcia wszelkiego rodzaju. (2) Przestań rozwodzić się. (3) Zakończ jałowość. (4) Potrzebujesz pomocy duchowej.