piątek, 23 grudnia 2016

O tym, że znów wyciągane są ze mnie wspomnienia, czyli kolejna Nominacja Dobrych Myśli.

Gdy Asik wytrwale oznajmiała mi, że pisze posta, już niedługo go napisze, gdy powiadomiła mnie, że go napisała, czułam, że chodzi tu o coś innego. Przeczucie, jak to zwykle dobre u wiedźmy jaką jestem, wcale mnie nie myliło.
Nominacja dobrych myśli.
No tak, nie mogło być przecież inaczej- pomyślałam sobie z uśmiechem. Idealny okres żeby wspominać i otulać się tym ciepłem. Dla nas wszystkich po kolei. Dla wszystkich razem i z osobna. W końcu wielu z was przeżywa święta. Ja przeżywam swoje najkrótsze noce i swoiste zwycięstwo światła w mroku, bo przecież narodziło się ono na nowo w Yule, dwa dni temu.
Czas na wspomnienia i dobre myśli idealny. A we mnie znów pojawiła się pewna panika. No bo o czym ja mam do cholery napisać? Już dwa razy wspominałam. Aż sama musiałam sobie to przypomnieć, bojąc się, że zacznę się powtarzać. Już dwa razy. I pisałam już wówczas o tak ważnych, pięknych rzeczach, które mnie spotkały.

Zastanowiłam się jak zawsze, czy jest możliwe, żeby człowiek w życiu, w tej prozie codzienności, miał tak wiele dobrych wspomnień? Czy może zdarza się ich kilka na całe nasze życie i...na tym koniec? Wiedziemy jałową egzystencję? Chyba wszystko zależy od nas. Od tego, co widzimy. Od tego, co chcemy pamiętać. Bo przecież życie przynosi nam rzeczy, które nie są ani dobre, ani złe. Przynosi nam zdarzenia, które nie krzywdzą same z siebie ani nie przynoszą radości. To kwestia naszych emocji, tego, co chcemy dostrzegać.
Jestem trochę dziwnym człowiekiem, który często piękno widzi w przerażających pozornie rzeczach. Albo w pozornie smutnych. Moje wspomnienia często więc nie są oczywiste ani jednoznaczne. Moje dobre myśli nie są często tylko słodyczą i ciepłem. Gdzieś tam powiewa zimny wiatr, gdzieś tam pod językiem czai się posmak goryczy. Ale dla mnie są tym cenniejsze. Są jak moje życie- piękne w niejednoznaczności, szczęśliwe w równowadze.

Czy mam więc o czym jeszcze napisać?- zadałam sobie jak już wcześniej to pytanie.
Owszem, mam. Mogłabym pisać aż za dużo. Bo znów napłynęły do mnie wspomnienia, całym stadem, te całkiem słodkie i te trochę gorzkawe, ale po prostu te, które sprawiają, że do oczu napływają łzy wzruszenia. Jak zwykle nie ma tu reguły, chronologii, jedno nie wynika z drugiego. To błyski, błyski pełne miłości w której często dominuje czułość, błyski które wprawiają serce w drżenie.

Zaczynamy więc?

2016. Bieszczadzkie anioły

-Od tej zieleni aż bolą oczy! Nigdy nie widziałam żeby była taka czysta, tak intensywna!- zakrzyknęłam w zachwycie. I to była prawda. Bo nigdy, przenigdy, nie utonęłam w tak zielonym morzu, jak na Połoninie.
Wyjazd w Bieszczady planowaliśmy dość długo. Kilka razy przesuwaliśmy termin, pojawiały się różne komplikacje. I tak, w końcu na początku czerwca tego roku udało nam się zebać kilka osób i pojechać razem w to niesamowite miejsce.
Kilka osób a może powinnam powiedzieć...kilka dziewczyn. Bo tak naprawdę mój Mąż wybrał się w góry z 5 kobietami. Sam jak samiec alfa, każda z nas trochę inna- i powodowało to szereg zabawnych sytuacji. Od zdziwionych pytań w schronisku ( ale jak...pan...pan i 5 kobiet, jeden pokój?) po mało cenzuralne żarty przypadkowych ludzi spotykanych na szlaku. I po mało wyrafinowane żarty nas samych.
Staliśmy zmęczeni na przystanku, czekając na busa, który po 30 kilometrach marszu miał nas zawieźć w miejsce w którym mieliśmy wyruszyć do schroniska. Nie mieliśmy już siły, no, przynajmniej my nie miałyśmy. Mój Mąż bowiem jeszcze dla żartu, z 15 kilogramowym plecakiem zarzuconym na plecy robił jeszcze na przystanku pompki.
Siedzieliśmy, czekaliśmy, jedząc lody, będąc obserwowanymi przez miejski folklor żulerski.
-To o której on jedzie?
-17.20.
-Ok.
Siedzimy, czekamy. Niczym w filmie Rejs, rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Rozmasowujemy stopy, pijemy litry coli, wody mineralnej, żeby uzupełnić elektrolity.
17.20- nic. 17.25. 17.35. Nadal nic.
-Jesteście pewne, że on jedzie?- mój Mąż zaniepokoił się, nagle niepewny, czy może nam zaufać w kwestii logistycznej. Bo w końcu on sam ogarnął cały wyjazd, to on znał mapy, kierunki, robił rezerwacje. My miałyśmy sprawdzić tylko busa...
...pewne siebie nie przejęłyśmy się jego niepokojem. Siedząc dalej na krawężniku w Ustrzykach, rozmawiałyśmy jak zmęczeni bohaterowie Rejsu.
-Wy głupie dupy! On przecież dzisiaj kurwa nie jedzie!- rozległ się gromki okrzyk mojego Męża.
Jak to nie jedzie? Ano tak to. Autobus jeździł od lipca, w sezonie wakacyjnym. Cóż...
Jak to powiedziała Wera, tyle fakultetów, tyle lat feminizmu, a tu pojedziesz z takim samcem alfa w Bieszczady i zawsze wyjdzie, że jesteś głupią dupą.
Tego typu sytuacji było wiele. Aż trudno wszystkie spisać, opowiedzieć. Cały wyjazd pełen był śmiechu, radości, swobody i pewnego poczucia wspólnoty. Bo z nikim tak się nie poznasz, jak w górach, kiedy w marszu wychodzą wszystkie twoje słabości. Kiedy słaniasz się ze zmęczenia. Kiedy po prostu śmierdzisz i się tym nie przejmujesz. Kiedy wszystkie bariery i kanony puszczają, bo jesteś w górach. W dziczy.
Jesteś w morzu zieleni. I wreszcie, w Bieszczadach, zaznajesz innego życia. Powietrza tak czystego, że płuca czyszczą ci się po latach mieszkania w mieście, z pyłu i smogu. Zaznajesz pewnej ciszy, spokoju, zieleni. Przestajesz się spieszyć. I w końcu widzisz prawdziwe niebo, bo przecież w tej części Europy, ba, w ogóle w Europie zachodniej tylko w Bieszczadach masz tzw. obszar nieba chronionego, nie zanieczyszczonego światłem miejskim.
Zawsze myślałam, że piosenka o bieszczadzkich aniołach to tylko taki romantyczny mit, że to góry jak każde inne, piękne, dzikie, ale po prostu góry. Nie myślałam, że tak bardzo można się mylić.

Szliśmy granicą polsko- ukraińską, przez dzikie Bieszczadzkie ostępy i śpiewaliśmy głośno, żeby odstraszyć niedźwiedzie, bo to obszar, gdzie jest ich na szlakach najwięcej. Ale jeśli hałasujesz, w porę uciekną i nie staną się dla ciebie groźne.
-To co, Bieszczadzkie Anioły?
-Może być. Nigdy nie lubiłam SDM-u, ale tu pasują jak nigdzie.
Zaśpiewaliśmy więc, maszerując dziarsko, jeszcze nie wiedząc, że tego dnia przeżyjemy istny horror wspinaczki i prawie dosłownie zemdlejemy ze zmęczenia wszyscy po kolei.
Anioły są takie ciche
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Gdy spotkasz takiego w górach
Wiele z nim nie pogadasz
Najwyżej na ucho ci powie
Gdy będzie w dobrym humorze
Że krzydła nosi w plecaku
Nawet przy dobrej pogodzie.
Bieszczadzkie,bieszczadzkie anioły
Dużo w was radości i dobrej pogody!
Bieszczadzkie anioły, anioły bieszczadzkie
Gdy skrzydłem cię musną, już jesteś ich bratem!
-Ej, może to dziwne, ale wiesz, serio czuję tutaj takie....opiekuńcze duchy gór. - powiedziała Wera, gdy skończyliśmy śpiewać.
-Serio? To nie zwariowałam? Stale mam wrażenie że ktoś z nami jest!
-To ten siódmy, mówię wam, w chacie łazi za mną czwarty, a tu siódmy, znowu coś przywlekłam.
-Albo naprawdę to bieszczadzkie anioły. Pasterze drzew, duchy gór. W Karkonoszach zawsze czujemy Liczyrzepę, ale tutaj to jest cholernie silne. Czujesz spojrzenia, ciekawskie, spomiędzy drzew, czujesz tą energię. Drzewa śpiewają, góry śpiewają, szepczą ci do ucha- zaczął mówić mój Mąż. No tak, on najlepiej z nas wszystkich czuje i rozumie duchy gór.
-Tak...może i tak. Cóż, bieszczadzkie anioły musnęły nas skrzydłami- zaśmiała się Anka.
-Dlatego będzie tu trzeba wrócić. Bo tutaj tylko raz się jedzie, a potem już się zawsze wraca...jak do domu.
I w 2017 roku znów chcemy jechać w Bieszczady. Razem z ekipą głupich dup, bo, dziwnie to zabrzmi może, ale naprawdę był to najlepszy wyjazd w moim życiu. Z tymi dziewczynami. W to miejsce. Tam, gdzie patrzą na ciebie bieszczadzkie anioły, dotykają cię skrzydłami, mimo że są tak płochliwe i sprawiają, że czujesz się jak w domu.
I...wyjątkowo, jak na siebie, pokażę wam, dlaczego warto.










2013. Angel of small death.

-Podjadę po ciebie, czekaj pod domem.
-Ale jeny, nie chce mi się nigdzie jechać. Jest za gorąco!
-Nie marudź, co będziesz robić, siedzieć na dupie i ją płaszczyć? Niedoczekanie!
Mój mąż był nieugięty. Skończył wcześniej pracę i jak to często z nim bywa, wolna chwila natchnęła go do poszukiwania małej wielkiej przygody.
W tamtym okresie dość często się gdzieś wyprawialiśmy, kiedy mieliśmy pod ręką jego firmowy samochód. Zdezelowany kwasowóz, który nie skończył dobrze. A to nocna wyprawa do lasu pełnego stawów po upadku meteorytu, żeby tylko po prostu usiąść i zapalić papierosa w lesie , a to niespodziewana przejażdżka po południu do parku narodowego który przecież jest tuż pod Poznaniem, a to wyjazd do Rogalina, gdzie pod cudownymi dębami w parku czuje się wielką moc i siłę drzew. Gdy tylko miał wolną chwilę, pędził do mnie, wówczas niepracującej, mającej prawdziwe wakacje i wymyślał kolejne rozrywki. Zresztą, tak naprawdę, to on do tej pory z nas dwojga ma nieraz więcej inicjatywy.
Nie mogłam się, jak zwykle, nie zgodzić.
Wyszłam przed dom, już czekał na mnie w aucie. Pamiętam, że słuchał wtedy głośno RHCP. No tak, to przecież nasza muzyka lata.
-To gdzie chcesz jechać?
-W sumie nie wiem, masz jakiś pomysł, ochotę na coś?
-Nie no, to był twój pomysł.
Sami nie wiedzieliśmy, gdzie się wybrać, Gdzie podążyć. Wybraliśmy najbardziej znany kierunek świata-ot, prosto przed siebie. Nie spiesząc się, nie wybierając. I tak po prostu jechaliśmy i jechaliśmy, słuchając muzyki, czasem rozmawiając, rzucając zdawkowe uwagi. Paląc kolejne papierosy przy szeroko otwartym oknie.
Nieważne dokąd, ważne że razem. Pamiętam tą jasną myśl, podobną do lipcowego słońca. Od kiedy go znam, tak jest. Nieważne dokąd, nieważne jak. Ważne, że razem. Od pierwszej wspólnej podróży, po podróż ostateczną, tą, którą jest życie.
Nieważne gdzie, ważne że razem. I wtedy, w tym aucie, zalała mnie niesamowita fala miłości. Miłości, ale i pożądania.
-Możesz znaleźć ładne miejsce i się zatrzymać.
-Po co?
Spojrzałam mu głęboko w oczy i się roześmiałam. Nie musiałam nic więcej dodawać.
Skręcaliśmy w przypadkowe drogi, coraz bardziej odjeżdżając od ludzkich spojrzeń i oddechów.
Las, polana, kolejny las, pole pełne dojrzewającego zboża. Zaparkował samochód. Wysiedliśmy i trzymając się za ręce, szliśmy szybko w głąb pola, w wysokie łany złotych już kłosów jęczmienia. A może to było żyto? Sama już nie wiem. I chyba nie ma to znaczenia.
Coraz bardziej przyspieszaliśmy, szukając odpowiedniego miejsca. Niecierpliwi, głodni. Kochający się i chcący się tą miłością nasycić.
W końcu znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Tam, gdzie mniej kłosów, a więcej czerwonych maków, które jeszcze ostały się po czerwcu. Błękitne chabry. Ich gorzki, otulający nasze ciała zapach. Rzucił na ziemię swoją kurtkę, położył mnie na niej.
Zapach ziemi, zapach białego soku maków, łamanych pod naszymi ciałami, pędzącymi coraz szybciej i szybciej w głąb rozkoszy. Wspólnym rytmem, wspólnym oddechem. Wspólnym przyciszonym jękiem.
Zapach maków, które ponoć prowadzą do krainy śmierci. Tak, nas ten zapach zaprowadził do tej małej śmierci, przeżywanej w słodkiej rozkoszy, tak podobnej do cierpienia. La petit morte. Small death.

Zapach maków, zboża, chabrów...zawsze, zawsze będzie kojarzy mi się z tym i podobnym temu wspomnieniom. A uświadomił mi to w tym roku mój Mąż. Pewnego dnia powiedział, że ma dla mnie prezent. Nic materialnego, ale coś miłego.
I pamiętam, jak staliśmy w swojej kuchni, trochę pijani, bo wróciliśmy z piwa, które piliśmy z Red i z jej mamą.
-Zamknij teraz oczy.
Posłusznie zamknęłam, lekko się śmiejąc, bo ja zawsze się śmieję, trochę nerwowo,gdy nie wiem o co chodzi.
I wtedy czułam, jak otworzył jakieś pudełko. I czułam ten zapach.
Mój Mąż zaczął mi opowiadać, przypominać, a ja stałam z zamkniętymi oczami, z zasłoniętymi powiekami, pod którymi już zbierały się łzy wzruszenia.
-A pamiętasz, jak się poznaliśmy? Było wtedy lato i czas żniw. Pamiętasz naszą pierwszą wspólną wyprawę do lasu i to, jak tam nie wytrzymaliśmy i kochaliśmy się na polanie? A pamiętasz...
Opowiadał mi i pozwalał wdychać zapach trochę już przywiędłych maków, chabrów, sosnowych igieł i zbóż, które zebrał tego dnia, gdy pojechał do rodziców. Żeby przypomnieć. Wspominać. Żeby zawsze zapamiętać, że zapach łamanych gałązek maków, chabrów i zbóż to zapach naszej miłości i namiętności.
Zapach maków, zapach rozkoszy, małej śmierci, w której dolinę podążam wraz z nim i nie chcę przestawać.
Jeden z wielu zapachów, jaki ma nasza miłość.

2010. Upadły anioł

Jesień i zima były tak ciężkie w tamtym roku.
Zimno, ciemne dni. I w tym wszystkim pojawiło się jego szaleństwo. Nigdy aż takie, jak wtedy. Bo przecież walczył o syna, przecież próbował nad sobą panować. Może aż za bardzo.
-Mówił, że mamy dać mu spokój. Sam nie wiem.
-Cholera, a jak mówił, że się zabije, to też mu powiedziałeś, że tak, skoro chcesz, to idź się zabij?!- puściły mi nerwy, kiedy staliśmy przed domem Królika i ja paliłam kolejnego papierosa.
-Nie no nie porównuj tego..-spokorniał trochę Królik.
Sami nie wiedzieliśmy co mamy robić i zaczynaliśmy wyżywać się na sobie. Ja zaczynałam wyżywać się na swoim Mężu, Królik jeszcze wtedy na swojej dziewczynie.
Vincent, nasz przyjaciel, ciężko przeżywał tamtą zimę. W końcu, po tym, jak w napadzie szału zdemolował mieszkanie, zrobił sobie krzywdę, pociął ręce, wylądował w szpitalu psychiatrycznym w obcym mieście.
I tkwił tam. Wyciszony lekami, spinany pasami, jak sądziliśmy. Nieraz naprawdę wpadał w ciężkie stany, ale pierwszy raz tak mocno....tak, że nawet my nie mogliśmy mu pomóc. Tak, że sami nie wiedzieliśmy, jak się za to zabrać. Może zostawić go w spokoju? Tak jak nam wykrzyczał. Może nie kłamał, kiedy mówił, że mamy spierdalać, że nas nienawidzi, że mamy dać mu, kurwa, wreszcie zdechnąć.
Wiedzieliśmy oboje, że na pewno go nie zostawimy. Nawet jeśli Królik miałby na nowo dostać po mordzie, tak, że krew leciałaby z rozbitego nosa. Nie chcieliśmy tylko jeszcze pogorszyć tego, co i tak było już przewrócone do góry nogami. Dodatkowo drażnić.
-Mam dosyć tego czekania- powiedział w końcu pewnego dnia Królik, kiedy stanął pod moimi drzwiami. - Jedziemy do niego?
-Jedziemy. - to stało się oczywiste. Nie mogliśmy go po prostu zostawić.
W milczeniu pokonaliśmy drogę. Auto wypełniło się chyba aż nadmiernie naszym nerwowym oczekiwaniem, narastającym gdzieś w trzewiach napięciem. Sami nie wiedzieliśmy, co zastaniemy. Nie mieliśmy o nim żadnych wieści, my, obcy w sumie ludzie. Nie wiedzieliśmy nawet, czy nas do niego wpuszczą.
Nigdy nie lubiłam tego szpitala. Zawsze mnie przerażał, jak mało który. Mnie, która jakoś przywykła do zwykłych szpitali i do tych psychiatrycznych. Ale cóż...ten zawsze był, jest i mam wrażenie będzie jednym z mniej sympatycznych.
-Państwo do kogo?- zapytała całkiem przyjemna pielęgniarka wychylająca się z dyżurki, kiedy w końcu trafiliśmy na odpowiedni oddział.
-Do Wiktora S.- powiedział Królik, uważnie przy okazji, jak to on, obserwując jej reakcję.
-Już myślałam, że i tego pana nikt przed świętami nie odwiedzi. Dużo tu samotnych ludzi, zostawionych samym sobie. Dobrze, że ktoś wpadł- uśmiechnęła się wtedy do nas.
Trochę kamień spadł mi z serca.
Miła pielęgniarka wskazała nam salę. Stukot naszych butów odbijał się echem na korytarz. To nieprawda, że w szpitalu psychiatrycznym przerażają jęki. Mnie zawsze przerażała tam wszechobecna, dominująca cisza. I w tym strachu aż chwyciłam Królika za rękę.
Lekko zapukał w uchylone drzwi.
Leżał na łóżku. Wyraźnie schudł, ale był gładko ogolony, ostrzyżony, całkiem nie jak on, przypominający zawsze raczej zdziczałego wojownika. Oczy miał puste.
Po chwili nas zauważył, podniósł się na tyle gwałtownie, na ile pozwalał mu lit. Chyba lit. Przynajmniej to po nim zawsze był tak spowolniony.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa. My z niepokojem, jak na nas zareaguje. On z niedowierzaniem, jakby sam nie wiedział, czy wybudził się ze snu, sam nie wiedział, czy jego mózg znowu go nie oszukuje.
-Frida...Królik?...- zapytał cicho.
-No tak, brachu, a kto jak nie my?- powiedział dziarsko Królik ze swoim wielkim, zaraźliwym uśmiechem. A ja tylko podbiegłam aż do łóżka, usiadłam na nim i go przytuliłam. Znowu wychudłego, pogubionego. Złamanego. Upadłego.
W końcu dotarło do niego, że to nie sen. Wczepił się mocno w moje ciało, wzruszony. Przerażony. Znowu był tym małym bitym chłopcem, który sam nie wie, gdzie jest jego dom.
-Ja...ja was przepraszam...ja już myślałem...- mówił powoli, cicho, próbując się nie rozpłakać. Widzieliśmy, jak z tym walczy. -ja myślałem...że was też straciłem.
-Nas nigdy nie stracisz. Vince. - powiedział równie cicho, w jakimś zamyśleniu Królik.
Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas. O niczym ważnym, o wszystkim co ważne. O tym, jak boi się, że po swoim wyskoku, napadach szału naprawdę straci na dobre swojego syna.O wszystkim i o niczym.
-Zostaniesz tu na święta?
-Myślę, że tak, zresztą co za różnica, jak ich nie obchodzę.
-Niby żadna. Ale i tak przywiozę ci pierniki- zapewnił gorąco Królik.
Vincent w szpitalu został troszkę dłużej nawet, niż przez święta. Nigdy wcześniej, ani później nie widziałam tak wielkiego padku tego wpaniałego człowieka...ale nigdy więcej nie widziałam też tak wielkiej siły nadziei. Takiej wiary. I rzadko kiedy czułam, tak jak wtedy, gdy odwiedziliśmy go w szpitalu, rzadko kiedy czułam i nadal czuję to, jak wielką siłę ma miłość. Jak może na nowo obudzić w człowieku ogień to, że nie jest sam. I w tym gorzkim wspomnieniu znów wracam do mysli o tej wielkiej miłości i swojej pewnej tęsknocie do tych wspaniałych ludzi, z którymi pzetrwałam niejedno lato i niejedną zimę, zanim odeszli. I w tym wspomnieniu upadłego anioła znowu odnajduję to co najważniejsze- wdzięczność za tą miłość i tą więź, która w jakiś sposób trwa dalej po śmierci. I kto wie, może i upadły anioł jakoś nade mną czuwa? Jego energia?

Bo może też i każdy człowiek, którego spotykamy, ma w sobie coś z anioła. Upadłego, świętego zarazem. Dobrego i złego.

I...to chyba na tyle, jeśli idzie o wspomnienia.

Mam jeszcze wiele, wiel dobrych wspomnień. I mogłabym o nich pisa, nie przestawać. Wiele już znalazało się na tym blogu. Przebudzenie Księcia rok temu. Liczne motywy mojej miłości, która wypełnia mi każdy dzień. Liczne spotkania, które budują serce. Może jednak, mimo wiecznej równowagi, w życiu więcej jest piękna, niż bólu? Ale, to koniec tym razem. I cóż, też i tym razem miało być trochę chaosu, ale jak zawsze, przy wspominaniu, znalazł mi się w duszy jakiś motyw przewodni. Anioły? Przyszły same, chociaż sama w nie nie wierzętak dosłownie. Przyszły same, jako metafora, dobra energia. Tak jak przyszła do mnie jakoś ta nominacja, od osóbki, od której przecież i aniołka dostałam. Tego, koło którego stoi świeczka, którą paliłam, pisząc ten tekst.
I może teraz was zaskoczę, ale jakoś w tej zimie, słabnącym mroku, tą energię i ja mam ochotę przesłać dalej. Kogo nominuję?
Lizzy Mad Hatter
Wera
Vill
Zasady, jeśli ktoś nie załapał, są proste. Wystarczy przypomnieć 3 dobre wspomnienia ( można więcej, jak i mi się zdarzało), takie, które ogrzewają jakoś serce. Są ważnie. Stanowią dobre myśli i nieraz przypominają, dlaczego warto żyć. Kochać. Czuć.
Rzecz jasna, to żaden przymus. To takie...zaproszenie do współdzielenia dobrą energią, o :)




A wam wszystkim, którzy tu jeszcze wpadną, chciałabym życzyć udanych świąt, jeśli je obchodzicie. A jeśli nie...to po prostu, spędźcie dobrze ten czas, odpocznijcie od codziennej rutyny, chyba, że tak jak ja, pracujecie przez całe święta. Wtedy cóż...trzeba sobie radzić inaczej z tym czasem cudów ponoć:)


16 komentarzy:

  1. O matko ale mnie zastrzeliłaś z tymi wspomnieniami, będę myśleć całe święta!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, też zawsze myślę, że będę kombinować nie wiadomo ile, że nie znajdę nawet, a potem to samo przychodzi i się pisze i aż za dużo nawet by się chciało:)

      Usuń
  2. Frida wrzuciła swoje zdjęcia! Jaaa! :V

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądziłam, że spowoduję tym aż taką ekscytację XD

      Usuń
  3. Jakie pięknie te wspomnienia, każde inne, a mają coś w sobie :) Dobrze jest cieszyć się tymi małymi rzeczami, bo to sprawia, że można się z czegoś cieszyć nawet co godzinę. Nigdy nie rozumiałam osób, które czekają na coś wielkiego, żeby móc zacząć się cieszyć, tyle radości jest dookoła nas codziennie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo życie samo w sobie właśnie jest piękne i też nie rozumiem jakiegoś siedzenia i czekania na coś wielkiego...bo to czekanie sprawia, że przeoczymy to, co najważniejsze. Samo życie:)

      Usuń
  4. Uwielbiam tę akcję, uwielbiam. Te wszystkie piękne myśli i wspomnienia :)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wszyscy mamy do niej słabość, bo jednak się jakoś przy niej ogrzewamy:)

      Usuń
  5. O rany, dziękuję Ci za nominację ♥ W tym tygodniu tyle się napłakałam, że dla własnego dobra zaczęłam wspominać miłe chwile, żeby jakoś nie zwariować, a tu nagle taki post i nominacja ♥ Świat mi czyta w myślach.
    No i tak, pierwsze co zrobiłam, to spojrzałam, kogo nominowałaś i dopiero potem przeczytałam post. I... och, aż mi się trudno otrząsnąć po tym ostatnim. Właściwie pierwszy raz spotkałam się z tą akcją wczoraj i... chyba powinnam mieć jakiś zakaz czytania postów, które się do niej odnoszą, bo strasznie to przeżywam, mimo że przecież mnie nie dotyczy bezpośrednio.
    Przepiękne wspomnienia przepięknie opisane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, świat często wie co robi. Lepiej niż my sami w tym świecie nieraz:) Więc cieszę się, że i ja jakoś przypadkowo trafiłam i to wspominanie naprawdę ci dobrze zrobi:)
      Ale chyba właśnie o takie przeżywanie jakoś chodzi, wzruszenie serca, w ten dobry sposób, bo w końcu to te dobre myśli, nawet jeśli nieraz wyciskają z oczu łzy:)

      Usuń
  6. Piękne wspomnienia, każde inne, ciężko się do nich odnieść przez to. Niech te obrazy z aniołami w tle mówią same za siebie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ach, piękne Bieszczady, też się tam w tym roku początkiem czerwca wybrałam i również mam miłe wspomnienia z tego wyjazdu :)
    I dzięki za nominację :D Średnio mi ostatnio idzie pisanie, ale postaram się wypełnić :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Brakowało mi Asik w blogu i jej Dobrych Myśli, ta dziewczyna wnosi niesamowitą energię i optymizm w moje życie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. marzę o Bieszczadach od 5 lat, odkąd poznałam takiego jednego, co właśnie z Ustrzyk pochodzi i kiedyś obiecał mi, że pokaże mi bieszczadzkie niebo. te twoje zdjęcia po raz kolejny obudziły we mnie tą tęsknotę - dziwną - za miejscem, w którym nigdy nie byłam.
    może w kolejnym roku mi się uda, kto wie...

    OdpowiedzUsuń
  10. Takie wspomnienia po czasie są najlepsze :)

    OdpowiedzUsuń