czwartek, 29 grudnia 2016

O niepełnosprawności trochę inaczej, czyli o tym, jak zapomniałam o braku jednej nogi.

Nie wiem jakim cudem zeszliśmy na ten temat.
-No ale słuchaj, A., jakby się tak zastanowić, to ja nie znam bliżej nikogo niepełnosprawnego. Może to jakaś hipokryzja?

Jakiś czas temu przez wszystkie blogi przesunęła się fala Liebsterów. I w jednej z serii pytań, znana zapewne szerszemu gronu Anonimowa A. ( cóż za zbieg okoliczności!) zadała pytanie kilku osobom, czy znają bliżej jakąś osobę niepełnosprawną. Albo czy w ogóle znają, jakie są ich doświadczenia...nie pamiętam dokładnie, a jak wiecie, Fridowe lenistwo jest wielkie, nie chce mi się szukać tego teraz.
W każdym razie, czytając poszczególne blogi nieraz natykałam się na to pytanie i na odpowiedzi. Aż w końcu...zasiało to we mnie pewne ziarno. Ziarno może nawet i niepokoju, który wykiełkował i kazał się jakoś nad sobą zastanowić. Nad wizją samego siebie.

Bo przecież jestem Fridą. Znam wiele osób ale...gdy się tak zastanowiłam, odkryłam, że wśród licznych rozmaitości, dziwacznych osobowości, ludzi pochodzących z różnych stron, nie ma zbyt wiele osób niepełnosprawnych.
I zadałam sobie pytanie- czy to moja wina, czy może ci ludzie siedzą gdzieś ukryci w domach? Czy może nie umiem do nich dotrzeć, bo mentalność mamy taką a nie inną, a może sama ich omijam? Czy może właśnie...tak sobie wmówiłam, że człowiek dla mnie zawsze najpierw jest człowiekiem, a dopiero potem rasą, płcią, jakąś tam sprawnością, tak sobie to wmówiłam i jednocześnie podświadomie kogoś omijam?

-Frida...
-Nie no ale weź. Tak właśnie sobie pomyślałam, może ja oszukuję sama siebie, wiesz? Bo patrz, mam bliższe znajomości z ludźmi różnych wyznań, nie wiem, z gejami, lesbijkami, nie ma problemu, a patrz, nikogo niepełnosprawnego obecnie nie znam bliżej. Może ja to jakos wypieram? No bo ludzie chorzy którymi się zajmuję się nie liczą przecież, no nie? To co innego, to praca, to ludzie jakoś tam chorzy, niepełnosprawni, ale łączą nas stosunki profesjonalne. Nie można nazwać tego znajomością, nawet jak ich kocham, no nie?
-Frida...
-Czekaj no. I ok, może kiedyś kumplowałam się z Martą, taką dziewczyną z liceum, mówiłam ci? Ok, była chora, miała guza mózgu nieopracyjnego przez co miała zapaści i napady padaczki, ale powiedz mi, czy to niepełnosprawność? Niby mogła zajmować miejsca w autobusie dla inwalidów, zawsze się z tego śmiała, że „wygląda normalnie” i chcą ją z tego miejsca zgonić. Więc niby była niepełnosprawna, ale jaka to tam wielka niepełnosprawność. No i nikogo bliżej niby niepełnosprawnego nie znam jakoś, wiesz, że wychodzę na piwo z tą osobą. Bo jeny jeny, ta znajomość też nam się urwała jakoś, rozeszło się jak poszłyśmy na studia. Więc ja nie znam bliżej nikogo niepełnosprawnego. Jesoo, A., ja chyba stronię od osób chorych!
-Frida, weź nie pierdol, słuchaj...
-Nie no ale czekaj. W sumie przespałam się z facetem na wózku, no nie? Nie wiem czy może nie z ciekawości, podobał mi się jak cholera, zresztą seks też był świetny. Ale może ja go jakoś podświadomie potraktowałam jak jakiś eksperyment? Chociaż oboje byliśmy raczej zadowoleni no. Ale to i tak o mnie jakoś super może nie świadczy, może to podświadomie tak wiesz, jak małpkę w zoo. Chociaż po prostu mi się podobał i chciałam z nim iść do wyra jak z innymi facetami i...
-Frida....serio, dasz mi dojść do głosu?- zaczął się śmiać.
-Nie no daj mi dokończyć myśl. I ok, dobra, może jako niepełnosprawni liczą się chorzy psychicznie? Bez urazy, A., ale ty jesteś też trochę szurnięty. Ale zobacz, przez lata jak blisko żyłam z chorym Vincentem. Tylko pytanie, czy choroba psychiczna to jakiś rodzaj niepełnosprawności? No bo widzisz, ta osoba też jakoś ma trudniej, nie funkcjonuje zawsze genialnie i też za kimś takim latasz po szpitalach, tylko psychiatrycznych. Więc nie wiem, czy choroba psychiczna to niepełnosprawność? W ogóle co to jest niepełnosprawność? Ale jeśli to wózek, jakieś nie wiem, ubytki to nie kumpluję się bliżej z nikim niepełnosprawnym. I muszę ogarnąć, czy ja serio nie jestem jakąś hipokrytką, czy ja sobie czegoś nie wmówiłam, może wózek mnie odtrąca jakoś...
-FRIDA!
-NO!
-Kurwa, Frida, przecież ja jestem niepełnosprawny debilko!
-....
-No jestem, ja pierdolę, nie udawaj zaskoczonej.
-Gdzie ty niepełnosprawny? Weź nie wymyślaj, zaś sobie coś zmyśliłeś, szurnięty lekko, może przesadziłam z tymi chorymi psychicznie...
-FRIDA JA NIE MAM JEBANEJ NOGI OD KOLANA.
-A, to.
-No, to.
-Zapomniałam.
-Wiem- zaczął się śmiać. - Ty zawsze o tym zapominasz, chyba że akurat się z tego śmiejesz i mi tym dopierdalasz, że nawet kompletny nie umiem być.
-Jeny, ale to że nie masz nogi, nie znaczy, że jesteś niepełnosprawny. Chodzisz normalnie, tylko na schodach kulejesz. Jakbym miała zwracać uwagę na to, że nie masz nogi, no właśnie chyba że w żartach.
-I właśnie tutaj tkwi twój problem.
-Jaki problem?
-Z niepełnosprawnymi.
-Jaki?
-Serio ich nie dostrzegasz.

Bo widzicie, zawsze jest jeden fakt, którym mi jakoś umyka, chyba że to moment na czarny humor i ciśnięcie sobie, co z A. nieraz uwielbiamy. Bo to prawda- A. jest niepełnosprawny, jakby tak obiektywnie spojrzeć.
Nigdy jakoś specjalnie o tym nie pisałam, bo wiem, że swojego czasu strasznie się tego wstydził. Teraz mam jego pozwolenie ( dzięki :D) i świadomość, że chyba do swojego „braku” jakoś dorósł i nie robi mu on już takiej różnicy. Nie wpędza w kompleksy.
Bo widzicie. A. jako nastolatek jeszcze, dzieciak w sumie, stracił połowę jednej nogi w wypadku. Była tak połamana, tak poharatana, że musieli ją amputować. Przez długi czas w ogóle mi o tym nie wspominał, dopiero z czasem dowiedziałam się, że facet, z którym rozmawiam jest nie tylko lekko stuknięty ze swoimi depresjami, ale i jednocześnie...nie ma nogi.
Można więc się pokusić o stwierdzenie, że A. jest niepełnosprawny.

Ale..jak to jest niepełnosprawny? Cóż. Ja jakoś nie godzę się z tym stwierdzeniem.
Bo A. bez problemu z protezą chodzi, zapierdziela wręcz momentami jak mały samochodzik. Rehabilitacja naprawdę dużo dała w jego przypadku, jakieś samozaparcie jeszcze wówczas, zanim i inne sprawy zaczęły rzutować na jego psychikę. Więc chodzi sobie bez problemu taki mój A., nawet po niskich górkach, tylko jak zaczyna chodzić po schodach, to widać, że jakoś dziwnie i sztywno tą jedną nogę stawia. Ale nie dziwniej niż ja, kiedy idę zmęczona po pracy.
Więc jak mogę nazwać go niepełnosprawnym? Niepełnosprawny to był on tylko swojego czasu w swojej głowie, kiedy wmawiał sobie, że przez tą nogę nigdy z nikim się nie zwiąże, jest gorszy, każdy go odrzuci...cóż. Dzisiaj ma żonę. Niedługo otwiera swój bar i w ogóle jakoś ostatnio dobrze mu się żyje, pomijając niektóre stany wkurwienia, w które wpędzam go zazwyczaj ja swoim marudzeniem.

A. jest niepełnosprawny obiektywnie.
A nie jest niepełnosprawny w moich oczach.
Zatem...przyjaźnię się z niepełnosprawnym facetem, który nie ma nogi? Nie przyjaźnię się z nikim niepełnosprawnym? Jak to jest?

Nie dostrzegam niepełnosprawnych. Bo serio, dostrzeganie niepełnosprawnych powinno wyglądać w ten sposób, że zalewam się łzami, wzruszam i bulgoczę przez smarki obficie lecące z nosa: „ojojoj nie masz nóżki, ty biedny wybrakowany człowieku, choć, żal mi cię, wezmę cię na spacer”? Rly?
To ja wolę nie przyjaźnić się z nikim niepełnosprawnym. Tak. Mam problem z niepełnosprawnością. Nie chcę jej widzieć. Gówno mnie niepełnosprawność obchodzi, tak na dobrą sprawę.

Nie chcę widzieć niepełnosprawności ale...to nie tak, że chcę ludzi niepełnosprawnych zamknąć w domu. Chyba nie chcę widzieć niepełnosprawności w człowieku. Tak jak amputowana noga A. jest dla mnie tylko powodem do niewybrednych nieraz żartów na ten temat, bo wiem, że się za nie nie obraża, ba, wręcz wiem, że gdy mnie zna, wie, że są dowodem mojej pełnej akeptacji tego faktu, że nie ma nogi. Tak wielkiej akceptacji, że nawet zapominam nieraz, że on tej nogi nie ma. Że w teorii jest osobą niepełnosprawną.

W sumie tak samo zapominałam, że Marta ma guza mózgu, kiedy chlałyśmy do rana albo kiedy w poniedziałek rano leczyłyśmy kaca. Tak samo zapomniałam w ekstazie, że facet z którym się kocham jeździ na wózku, jest kurde sparaliżowany i nie,pozycja na pieska nie przejdzie a ja śmiesznie wyglądam czekając z wypiętym tyłkiem, aż mi uzmysłowił, że to nie przejdzie i schwycił mnie układając inaczej swoimi silnymi rękami. Cóż.
Zapominam o cudzych niepełnosprawnościach. O tzw. ułomnościach. Przypominam sobie o nich dopiero wtedy, kiedy ktoś zaczyna narzekać, że to przesłania mu życie.

Tak, chyba to jest mój problem. Niepełnosprawnością nie jest dla mnie ucięta noga, guz mózgu, napady padaczki, jeżdżenie na wózku, porażenie mózgowe. Jakakolwiek choroba. Bo można żyć całkiem dobrze pomimo nich.
Niepełnosprawność dla mnie pojawia się dopiero w głowie danego człowieka. I chyba dopiero, kiedy on ją uznaje, zaczyna się nią etykietować, i ja zaczynam ją widzieć. Niepełnosprawność dla mnie to stan umysłu. I szczerze mówiąc...w ten sposób niepełnosprawnych ludzi nie za bardzo lubię.

Bo ja w ogóle nie lubię ludzi, którzy narzekają, albo raczej takich, którzy na wszystko mają jedną odpowiedź, jakieś wytłumaczenie.
Nie układa mi się w życiu, nie dostałem się na studia? Ojej, to dlatego, że mój ojciec był alkoholikiem.
Nie układają mi się związki? To dlatego, że mamusia mnie zostawiła, jak miałem 5 lat, odeszła do innego faceta.
Nie mogę znaleźć pracy? To dlatego że nie mam nogi.

Dobra, może trochę śliskie to porównanie, tym bardziej, że ja mam dwie nogi. Ale nawet po A. widzę, że jak przestał na ten brak nogi narzekać i mieć kompleksy z tego powodu, inne sprawy ogarnął, jak toksyczną mamusię, to sobie życie ogarnął. Jak powiedział sobie dość marudzenia.

Sama mam pewne blizny. Mój tatuś pił i bił i....co z tego?
Wszystkich nas życie rani. Wszyscy jesteśmy szczęściarzami na swój sposób, że przetrwaliśmy dzieciństwo. Niektórzy na świecie wychowują się bez dostępu do wody pitnej i umierają w miastach ogarniętych wojną. Niektórzy nie mają nogi.
I...co z tego?
Ci, którzy chcą, przeżyją. Kolejne rany, kolejne ciosy. I po prostu będą żyli swoim życiem i ...będą sobą. Bo nic innego, jak bycie sobą nie zostaje. I to prawdziwe bycie sobą, poza wszelkimi etykietkami.
Też poza może etykietką niepełnosprawności.

I wiem, że może oberwę za ten tekst ale...myślę nad tym od paru dni. O tym, że zapomniałam, że mój przyjaciel w gruncie rzeczy jest niepełnosprawny, bo nie ma nogi. O tym, że w jakiś sposób nie toleruję niepełnosprawności ale...tej w głowie.
Nie mam problemu z tą,  która jeździ na wózku, ale z tą, która jęczy, że jest DDA, jęczy że nie może iść na studia bo nie ma nogi/ręki/ mózgu chyba. Bo takie jęczenie to moje pojmowanie niepełnosprawności. Jęczenie przesadne, użalanie się, zamiast prosta akceptacja pewnych faktów i proste myślenie "ok, to co możemy zrobić z tym co mamy, z tą jedną nogą która została?" 

I może ktoś mi zarzuci że jestem nietolerancyjna ale...nie toleruję takiej niepełnosprawności, po prostu nie, i chyba nie chodzi tu o jakiś brak współczucia u mnie, a nietolerancję...wobec wygodnictwa. Bo jednak, wymówki są wygodne. A jęczenie że nie mogę bo nie mam sprawnych nóg i powinieneś mnie żałować, to wymówka. I już nie niepełnosprawność, a kalectwo, brzydkie słowo którego nie znoszę, ale którego się nie boję.
Bo sam fakt, że jeździsz na wózku, nie masz nogi, masz guza mózgu, masz jakieś tam swoje choroby, ograniczenia, jak każdy z nas „sprawny” człowiek, który też ma swoje ograniczenia ( serio, no kto ich nie ma?) nie ma dla mnie znaczenia. Nie czyni cię niepełnosprawnym ( ok, może być niepełnosprawny, chodzi o miejsca parkingowe!) a na pewno nie kaleką. Kalectwo czy niepełnosprawność dla mnie to stan umysłu. Mimo że rak nogi jest faktem namacalnym ( dobra, problem w tym, że pomacać nie można).

Nie toleruję niepełnosprawności, a raczej pewnego kalectwa, stanu umysłu, sposobu myślenia. Zmieniam trochę więc definicje wszelkie, nie użalając się z płaczem i smarczanym bulgotem z tekstem: „ojej, jak masz ciężko bez nogi”. Zapominam, że nogi nie masz, bo jesteś dla mnie człowiekiem, jesteś sobą, a ta noga...no chuj z nogą. 

No i jaki jest znowu ze mnie podły człowiek, co? Taki, który znowuż kopnie w dupę i powie ci „bądź sobą, bo to jedyne, co możesz zrobić”. A to, czy masz nogę, czy jeździsz na wózku, nie masz nogi, twój ojciec był alkoholikiem, jesteś gejem, masz jakąkolwiek inną etykietkę...jakie to ma znaczenie? Dla mnie żadne.
Jesteś człowiekiem, jesteś sobą. I jeśli w porządku nam się gada...to wystarczy. 



I nawet jeśli już za wszystko zapłaciłeś
Byłeś skrytykowany lub uzyskałeś wsparcie
Z najmniejszym wspomnieniem dobrych lub złych obliczy losu
Nie trać snu dzisiejszej nocy
Jestem pewien że wszystko skończy się dobrze
Możesz wygrać lub przegrać
I bycie sobą, to jedyne, co możesz zrobić
Bycie sobą, to jedyne, co możesz zrobić.

***

Właściwie, to chyba ostatni post w tym roku. Od jutra zaczynam imprezowanie, ogarnianie zakończenia tego 2016 roku i raczej nie będę mieć czasu pisać. Wysoce wątpliwe, zresztą, nigdy nie miałam parcia na podsumowania minionego roku czy robienie jakichkolwiek postanowień. Ot, symbolicznie zmienia się data.
Jednak w tym roku jakoś dziwnie mam wrażenie, że to będzie ostatni taki sylwester i pewne rzeczy się skończą, a inne zaczną. Jak, w jaki sposób? Sama nie wiem, nie pytajcie. Dziwnie tego sylwestra zresztą i początku roku jakoś się obawiam. Ale...będzie co ma być.
W każdym razie, to ostatni post w tym roku. I chyba na fali pewnych zdarzeń, przemyśleń, chciałabym wam powiedzieć, tak symbolicznie jedno- w tym nowym 2017 nie mówcie nowy rok, nowa ja czy tym podobnych bzdur, bo to są bzdury, data was nie zmienia. Jak bardzo byście chcieli, nie zmienia was i waszego życia na pstrykniecie palcem.

Chciałabym wam powiedzieć, żebyście zgodnie z tekstem Audioslave ( kocham ich na nowo ostatnio) może spojrzeli na siebie łaskawszym okiem i...mimo symbolicznego początku pokochali po prostu siebie, tę osobę, która popełniła już pełno błędów, ma trochę blizn, której może i złamano serce, ale nadal jest piękna. Tę osobę niezależną od daty. Piękną osobę, która ma tyle możliwości, tak po prostu. Zaleczenia dawnych ran czy poznania nowego piękna, bo ten kolejny rok...to po prostu data. A wy dla siebie jesteście zawsze. Warto więc siebie po prostu, z wybiciem północy, może trochę bardziej pokochać.  

10 komentarzy:

  1. "-FRIDA JA NIE MAM JEBANEJ NOGI OD KOLANA" - popłakałam się XDDD zrobiłaś mi tym dialogiem dzień, dziękuję ♥ (czyżbym była okrutna? XD).
    Tyle razy powtarzasz w tym poście, że ktoś może Ci zarzucić nietolerancyjność, a ja za każdym razem miałam takie "Frida skończ się usprawiedliwiać, bo dobrze gadasz". W sensie wiesz, po prostu się zgadzam. Wszystko jest w głowie po prostu. A że ja nienawidzę użalania się nad sobą, to zgadzam się jeszcze bardziej. Z jednej strony mnie to wkurwia zwyczajnie, a z drugiej... faktycznie jakoś mi tak przykro, że niektórzy nie chcą wyjść poza swoje zaburzenia, poza swoje wymówki itd... ale cóż. Każdy ma wolną wolę w sumie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ja sama, podziękowania też dla Adama XD Wiem, miewamy cudowne dialogi i nie, to nie jest okrutne, ja mu gorzej cisnę XD
      Powtarzam, bo wiem, jak drażliwy i z jaką poprawnością polityczną jest nieraz traktowany temat osób niepełnosprawnych a ja cóż...ja poprawność polityczną mam gdzieś, coraz gorzej ją znoszę, bo to dla mnie nieraz najgorsza odmiana społecznej hipokryzji. I jak właśnie mówię niepełnosprawność to stan umysłu to zaraz zaczną na mnie krzyczeć z setek różnych stron, tak jak w przypadku nie wiem, rasizmu czy homofobii.
      I to jest przykre, że ludzie się ogólnie etykietują. Zaczynają się przedstawiać np. cześć jestem X, jestem gejem, choruję na padaczkę tudzież nie mam nogi, gdybyś nie zauważyła XD I jak w tej etykiecie masz po prostu zobaczyć człowieka? Jak mi ktoś od razu etykieta po oczach wali, to ja się boję, że każdym tematem zaraz go obrażę :X I najgorsze, że ludzie w tych etykietkach się zamykają, zapominając, że gdzieś tam jest życie jakie wybiorą oni, a nie jakiś stereotyp...i ja w pewien sposób właśnie z tym walczę.

      Usuń
  2. Bo wielu niepełnosprawnych to w gruncie rzeczy tacy sami ludzie jak my. Jedni normalnie działają, a inni wolą się tylko użalać nad sobą. Ok, to ostatnie jest normalne, ludzkie, czasem ma się gorszy dzień, ale żeby tak cały czas? Choć może nie powinnam tego pisać, sama mając wieczną deprechę.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi, a każdy ma swoje jakieś ograniczenia. Na przykład ja- mam uszkodzony błędnik i nigdy nie nauczę się jeździć na łyżwach, rolkach, czy pływać. Ktoś inny nie będzie chodził. Ktoś inny ma depresję właśnie i ma problem nieraz, żeby przetrwać, przeżyć. Wszyscy mamy swoje ograniczenia ale...czy to powinno nas sprowadzać do etykietek? Sądzę, że nie:)

      Usuń
  3. Ze mną na roku była dziewczyna,niewidoma. Przychodziła z psem, robi doktorat. Sama dojeżdżała na zajęcia, ba, zakochała się, wyszła za mąż. Nie widziała, ok,ale żyła często lepiej i pełniej od nas. Ja ją podziwiałam. Ona się obrażała czasami jak w pełnym tramwaju chciałyśmy załatwić jej miejsce. To my się bardziej o nią bałyśmy, widziałyśmy te ograniczenia, a ona żyła na przekór. I to było i jest piękne.
    Dziś jest mężatką, pracuje, kończy doktorat i zaraz urodzi dziecko.
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeśli nie dostrzegasz niepełnosprawności, to znaczy, że bardziej interesuje Cię czyjaś dusza, charakter. A to fajna cecha w dzisiejszym świecie. :) Mam koleżankę na wózku, gdy o niej pomyślę, to myślę o tym, że uwielbia szpilki, makijaż, a gdy się widzimy, to wózek jakoś mnie zaskakuje :D Chyba jeszcze za mało się z tym obyłam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja jestem formalnie niepełnosprawna. A w sumie nawet nie, bo moi rodzice nie mieli pojęcia, ze moja wada podpada pod niepełnosprawność ipapierów na to nie mam. Zresztą żadnych profitów z tego bym nie miała oprócz jakiegoś dofinansowania na wakacje, na które i tak nie jeździłam :DD także jestem megawdzieczna moim rodzicom za ich niewiedzę i wychowywanie mnie jak najzupełniej zdrową osobę - do tego stopnia, ze gdy poszłam do szkoły, bardzo się zdziwiłam, ze nie wszyscy mają przepołowione podniebienie i nie muszą jeździć do szpitala. Oprócz mojej niechęci do biegania, bo zaczynam trochę za szybko hiperwentylowac z racji dobrze działającej połowy nosa, nie mam większych problemów ze spełnieniem swoich planów i marzeń, w tym z chodzeniem po wysokich górach czy długich wędrówkach z plecakiem. Mam przyjaciół, których kocham. Wiele osób formalnie niepełnosprawnych znam. I znam też takie kaleki mentalne, które szukają tylko wymówki żeby pozbyć się odpowiedzialności za swoje życie. Najgorsze jest to żE taką kaleka mentalna jest moja przyjaciółka, która w swoim braku pomyslunku i zrzuceniu odpowiedzialności na drugą stronę zaszła w ciążę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Moja dziewczyna jest niepełnosprawna i czasami zdarza mi się o tym zapomnieć. Proszę Ją o coś, słyszę wzdychnięcie po czym się odwracam a Ona patrzy na mnie i się uśmiech, wtedy ogarniam co własnie palnąłem :D zawsze poprawia nam to humor

    OdpowiedzUsuń
  7. Coś w tym jest, że nie dostrzegamy niepełnosprawności. Mam dobrego znajomego, latamy po parkach, po koncertach, wiem, że ma poważne problemy z nogą i czuciem, a przez to mocno kuleje, ale mega mnie zdziwiło, że raz podrzucając mnie pod dom zaparkował na miejscu dla niepełnosprawnych. Gadamy jeszcze chwilę w samochodzie, podjeżdża radiowóz, "dzień dobry, pan blokuje miejsce, będzie mandacik". Mi głupio, bo w końcu to przeze mnie tu stanął, bo okolicy nie znam i przeze mnie zapłacić będzie musiał, a on z uśmiechem po portfel sięga i pokazuje zaświadczenie o niepełnosprawności.
    Drugi znajomy, z którym dawniej, zanim poślubił wredną i zazdrosną żonę, miałam dobry kontakt był niewidomy. Sam często z tego żartował, o zabawie w chowanego albo wspólnym oglądaniu telewizji. Nie raz palnęłam głupio że "mam tak trudne zadanie z matmy, że na oczy jeszcze takiego nie widziałam", a zamiast fochów był śmiech i odpowiedź "nie martw się, ja też". I jak tu pamiętać? :o

    OdpowiedzUsuń
  8. Cóż, podobno wszystko zależy od nastawienia. Nikt chyba nie lubi jak ktoś się zbyt długo użala, niezależnie czy ma jakiś powód czy też nie..

    OdpowiedzUsuń