wtorek, 13 grudnia 2016

O nieumiejętność wchodzenia już w nowe przyjaźnie, rozczarowaniu i docenieniu tego, co jest.

- I widzisz, może to właśnie ja nie umiem w brzydkie słowo na P.
-Jakie słowo?
-Przyjaźń.
-Frida....jesteś ostatnią osobą, o której bym to powiedział. To nie twoja wina. 
-A czyja, skoro to ja się blokuję, skoro to ja jakoś, rozpieszczona przez was wszystkich po kolei, wymagam może aż za dużo?
-Może to po prostu między wami nie zgrywa. Nie między wszystkimi musi. 

-I widzisz, może to ja znowu wszystko spierdoliłam. 
-Wiesz, kochanie...ja już od dłuższego czasu widzę, jak ty się z tym szarpiesz. Zresztą, ty się w ogóle szarpiesz z ludźmi, bo na początku dajesz z siebie wszystko, po swojemu ratujesz świat, ktoś do tego przywyka, a potem nagle ty zaczynasz wymagać, okazuje się że ty masz problemy jak już zaufałaś, mówisz o tym, a ten ktoś nie umie niczego z tym zrobić. I zostajesz sama. Ile razy tak było?
-Myślałam, że będzie inaczej. 
-Ale ja widziałem, że nie. I zablokowałaś się już na dobre?
-Chyba tak. 

-W ogóle A., jesteś ostatnią osobą, z którą powinnam o tym rozmawiać. 
-Ale jestem też jedyną, która zrozumie, prawda?
-Mąż rozumie. Ale trochę inaczej, jest inaczej w tym wszystkim. Bo jednak...mimo że kocha ją na swój sposób, nigdy nie była kimś, komu się chciałby intymnie zwierzać, komu zaufał. Wiesz jak on.
-Wiem. A my oboje oberwaliśmy, co?
-Nie, to nie tak. Oboje się jakoś rozczarowaliśmy może? Chociaż moje rozczarowanie jest na wyrost. Ty rozczarowujesz się przeze mnie. I naprawdę, prosiłam, nie angażuj się, nic nie rób. A ty swoje. Dobrze, że nie napisałeś bezpośrednio do niej. 
-Ale chciałem. Tylko wiem, że ty byś miała jeszcze większy problem. Dlatego się powstrzymałem. Bo co to da, że ja ją opierdolę, powiem jej, że nie mogę patrzeć, jak ona metodycznie rozpierdala ci pomalutku serce?
-Ale to nie jej wina. To ja po prostu za dużo oczekuję. Jak mówiłam, rozpieściliście mnie. Ty, Królik, Vincent. To, że zawsze potrafiliście być dla mnie, jak ja was próbowałam, jak nic wielce nie mówiłam, a wy czuliście. Nie mogę jej obwiniać, że jest kim jest a ja miałam jakieś wyobrażenia. 
-I próbowałaś zapełnić pustkę, co? 
-Przyznaję, próbowałam. Ale to tak nie działa. 

-Próbowałaś zapełnić pustkę po Króliku, co?
-Próbowałam, kochanie, próbowałam. Ale to zupełnie inny człowiek, tylko trafił w taki moment...ja trafiłam w taki moment, gdzie mi pomagało pomaganie jej. Ale w normalnej codzienności bez wielkich tragedii, kiedy wychodzi, że i ja mam swoje schizy, to się nie sprawdza. To jest jak zawsze moja wina, szukam jakiejś czułości tam, gdzie jej nie dostanę i to też przez samą siebie, bo ja się blokuję.
-Wiem, że się blokujesz. Przy niej nie płakałaś, co?
-Ja w ogóle mało płaczę.
-Dla mnie jesteś jednak rykwą. Ale z tobą to co innego, ty jesteś moim mężem. Nie ma bliższej mi osoby. Przy tobie muszę wręcz umieć płakać i tobie ostatecznie wszystko wypłakuję. 
-Widzę właśnie. To popłacz sobie dalej, dalej. 

-Przy niej nawet nie umiesz płakać. 
-Ano nie. Może dlatego, że zawsze wiedziałam, że i ona potrzebuje dużo łez?
-Ja też. Ale przy mnie płaczesz. 
-Ale z tobą to inaczej Adam jakoś. 
-Męskie ramię, co?
-Może. Jakby się zastanowić, przyjaźń ostatecznie wychodziła mi zawsze z facetami. Zawsze chciałam zaprzyjaźnić się z kobietą. Ale tak naprawdę, przyjaciółmi mogłabym nazwać tych dwóch, co nie żyją, mojego męża...i ciebie, A., aż dziwnie, ale ciebie. Sami faceci. 
-Dla mnie ma to sens. 
-Jak to?
-Sama przyjaźń między facetami jest inna. Ty masz trochę męski charakter jednak, potrafisz dla kumpla rzucić wszystko, spić, dać po mordzie, opierdolić równo zamiast słodzić. Ratowałabyś z więzienia bez pytania, czy zasłużył. Jesteś w przyjaźni trochę jak facet. A u kobiet, mam wrażenie, to nie działa.
-Może masz rację. Zawsze chciałam mieć przyjaciółkę w kobiecie, ale zawsze mi to jakoś łamało serce. Bo ja zawsze byłam wsparciem, trochę jak męska klata a jak przychodziło co do czego u mnie to...nie dawały sobie rady. Przebić mojej jaskini, tej jak u faceta, bo tak, masz rację, mam męski charakter i też trochę męską jaskinię.
-I właśnie, one nie rozumieją, że za ciebie nie trzeba rozwiązywać problemów, z tobą trzeba po prostu jakoś być. I to starcza, piwo i głupoty, poradzisz sobie sama. Ale potrzebujesz obecności, świadomości, że ktoś jest. Nie, ty za dużo nie wymagasz, może wymagasz za mało?
-Nie, wymagam dużo, A., bo jak zamknę się w swojej jaskini, to serio jest problem  mnie zrozumieć, dopiero pijana piszę że kogoś potrzebuję, ale to wtedy już bywa za późno i wręcz jak mi już wejdzie do jaskini to zagryzę. 
-Prawda. 

-Ja w ogóle nigdy nie wierzyłem w tą damsko- damską przyjaźń. 
-Jak to?
-Tak patrzę przez wszystkie lata, tobie nigdy z kobietami nie szło. Znaczy świetnie, wspólne filmy, zakupy, chlanie, ok. Jak którąś rzucił facet wielkie pocieszanie. Ale jak się naprawdę coś działo zostawałaś z facetami jako płacząca kobietka. Nie wiem, czy naprawdę tak jest, czy to ty tak masz.Ale ogólnie, mam wrażenie, że jak naprawdę przychodzi co do czego to wy umykacie do swojego życia. No tylko ty tak nie masz, ale ty masz jak facet. Swoje małżeństwo, nasze małżeństwo potrafiłaś zaryzykować dla przyjaźni i to niejednej. Ale ty jesteś inna. Każda wraca do swojego świata.
-O co ci chodzi?
-No bo patrz, jak każda sama to spoko, jak jej pasuje, przyjdzie się z tobą nachlać, pogadać. Ale jakby miała zarwać nawet noc przed pracą, to już w ogóle wykręty. A jak już któraś znajdzie faceta,  masz przykład, to w ogóle o tobie zapomina, no chyba że facet ją wkurwi i gadacie o jej problemach. Kobiety skupiają się tak naprawdę na swoim gnieździe i są bardziej egoistyczne. Bo my jesteśmy egocentryczni, wredni, ale jak nam na kimś naprawdę zależy, tak jak mi zależy na tobie albo na Augim, to potrafilibyśmy ryzykować własne życia. Rzucić się w ogień, jak choćby, masz przykład, chłopaki w wojsku. Może to natura wojowników? Tak jak pamiętasz, z Królikiem było. Albo jak miałaś z Vincentem, jak nawet jakieś laski w nocy dla ciebie rzucał mimo że w danym momencie chciał się z nimi żenić, ale ty ryczałaś i w środku nocy był. Mam rację?
-No masz. 
-Kobiety bronią swoich rodzin, ale już potem wielkich przyjaciółek za rodzinę nie uznają, jak im się z ich samcem układa. Taka prawda. Zostajecie na lodzie. Tylko że właśnie ty jesteś jak facet. dlatego to nie gra. I zawsze się rozczarujesz, ale wiem, że się nie nauczysz. No więc rycz no, rycz, co ci zostało. 

- Więc nie wiem, czy to kobiety tak mają, czy z tobą tak nie zgrywa, ale naprawdę, nie powinnaś już tak się spalać. 
-Ciebie akurat nie posłucham w tej kwestii, ty to w ogóle masz uraz jakiś.
-Uraz nie uraz. Ale faktem jest, że masz metodycznie łamane serce, nawet to twoje elastyczne. Może to prawda co powiedziałaś jakiś czas temu, jak jej potrzebowałaś, każdy ma po prostu swoje miejsce. A dla ciebie nie ma jakoś miejsca, bo inne rzeczy nie zgrywają. 
-Nie zgrywają i nie może być jak dawniej. Tęsknię za tym, jak  było ale...nie może być. I nie chcę nikomu kazać wybierać. 
-Wiesz, właśnie na tym chyba też polega przyjaźń, że nie trzeba wybierać. 
-Jak to?
-To jest oczywiste, że potrzebujesz tej osoby w swoim życiu i w momentach kiedy wiesz, że ta osoba cię potrzebuje, to pędzisz. Żadne wybieranie. Miłość. Przyjaźń. Bo skoro cię kocham, jestem z tobą. Ja pierdolę, jak ja żałuję że mnie nie było w Poznaniu jak miałaś ten kryzys, wiesz, że bym przyjechał nawet z tego jebanego Hamburga! 
-Dlatego nie chciałam ci mówić.
-Wiem. Ale właśnie, ja bym przyjechał z jebanego Hamburga a tu masz to samo miasto, ja pierdolę, to samo...
-Ale to tak nie działa. Ja nawet nie potrafię powiedzieć że potrzebuję, bo też boję się, że jak powiem że potrzebuję to usłyszę nie teraz, jutro, pojutrze, jak przez ostatnie pół roku. To więc nie działa.  
-Właśnie, nie działa.Boisz się nawet mówić o uczuciach.  I jak to o wszystkim świadczy?

-Ja w ogóle się zastanawiam, po co nam inni ludzie. 
-Lubię ludzi. 
-Wiem i spalasz się dla nich. I jak zawsze, jak w lustrach, próbujesz znaleźć potem w nich swoje własne uczynki. Za szybko im ufasz i potem się rozczarowujesz. 
-Wiem. I chyba...z wiekiem ufam coraz mniej. Przekonuję się, że masz rację. To okropne, ale masz rację. 
-Przecież ja zawsze mam rację. Ale to jest akurat przykre, że ją mam. Czasem mam wrażenie, że wystarczylibyśmy sami sobie. Chociaż wiem, każdy potrzebuje kogoś innego do wygadania niż męża. Mimo że ja nie potrzebuję nikogo innego, jak ciebie.
-Wiem, kochanie. Dla mnie ty też jesteś najważniejszy, przyjaciel i kochanek ale...czasem chciałabym...ja pierdolę, czasem....chyba za bardzo tęsknię, za tym, co było. 
-Wiem. I nadal jesteś naiwna i liczysz, że może spotkasz jeszcze takich przyjaciół, jakich miałaś. Ale nie ma sensu w to wierzyć. Nie ma sensu szukać. Zobacz, jak przez to jesteś w rozsypce. Bo nawet nie przez to, co się działo, jakiś stres, ale najbardziej oberwałaś przez to, że się rozczarowałaś. Że od długiego czasu się rozczarowujesz. I na co ci to, powiedz mi, na co ci to?

-Mi udało się jakoś uciec od swoich iluzji. Mam nadzieję, że i tobie się uda. 
-Wiesz, że chcemy się wyprowadzić. I powiem ci...że tak, to też trochę ucieczka. Będę za wieloma ludźmi tęsknić ale...może przez innych przestanę dostawać cholernych ataków histerii. 
-Więc nawet i ty wiesz, że musisz jakoś odejść. Modliłem się, żebyś to zrozumiała. 
-Wiem, umiem czytać między wierszami, A.. Mój nienamacalny przyjacielu. To już prawie rok jak ty zwiałeś, co?
-Widzisz, zwiałem, masz rację. I wiele się zmieniło. Ożeniłem się. Ale, nadal, jesteś moją przyjaciółką. A ja dla ciebie też zawsze będę. 

- I wiesz kochanie, ja pewnie nadal będę opowiadać o swoim życiu ludziom, nadal będę nieraz wspominać o problemach, będę musiała niejednemu się wygadać, bo potrzebuję wygadania. Ale nie będę oczekiwać. Nie będę oczekiwać jakiejkolwiek obecności albo pomocy. Chyba że od ciebie. 
-Bo ja jestem twoim mężem i zawsze z tobą będę. Zawsze będę twoim wsparciem. Bo jestem też właśnie twoim przyjacielem. I nie szukaj innych, jeśli to ma cię tak zabijać.

***

Myśliwski napisał w powieści, którą czytałam wczoraj:
Albo weźmy przyjaciół. Tych co prawda ma się najmniej. Do tego w miarę upływu czasu wykruszają się, a nowi coraz rzadziej, z coraz większym trudem przybywają, jako że przyjaźń jest owocem wymagającym długiego dojrzewania, ta najtrwalsza rodzi się przeważnie w młodości, kiedy to jeszcze z radosną ufnością otwieramy się na ludzi, bo później narasta w nas nieufność, która prowadzi do wniosku, że prawdziwa przyjaźń powinna przechodzić próbę wieczności.

Te słowa, gdy czytałam, uderzyły mnie jak mało które. 
Przyjaźń jest trudniejsza niż miłość. Niż budowanie z kimś życia. Z czasem coraz bardziej to rozumiem. I coraz bardziej mam wrażenie, że pewne rzeczy mam już za sobą. Przyjaźń z Królikiem i Vincentem, która przez ich śmierć przeszła do wieczności. 
Kto mi został? Kolejni ludzie nie przechodzą próby czasu, próby zwykłej prozy życia. 

Mój mąż, mój kochanek, jest moim najlepszym przyjacielem.
Nienamacalnie obecny, ale zawsze będący i mogący być A.
Z nimi mogłam nawet porozmawiać o samej przyjaźni. Bez skrępowania. Przy nich mogłam się wypłakać, choć może nie był to najlepszy pomysł. Ale przy kimś musiałam.

Bo znowu się rozczarowałam i z tym rozczarowaniem, narastającym, żyję już jakiś czas. I jedno tylko zdarzenie, jedna nieobecność, wywołała istną histerię. W końcu przelała czarę goryczy.
I nie ma w tym niczyjej winy. Po prostu nieraz nie wychodzi. Nieraz coś nie gra. Nie wszyscy potrafią wyciągnąć nas z naszej jaskini, sprostać naszym oczekiwaniom.

To normalne w życiu. I mimo że boli fakt, że potrafiło się rzucić wszystko, zaryzykować swoim małżeństwem nawet, zaryzykować swoim gniazdem dla cudzego komfortu, cudzego życia, nie działa to tak w drugą stronę- i trzeba zrozumieć, że nie wolno tego było nigdy oczekiwać.
Bo każdy z nas jest inny, każdy ma prawo do swoich wyborów.

Trzeba zrozumieć fakt, że w życiu pewne rzeczy nie są jako "coś za coś" bo nigdy nie powinny być. Zresztą, nigdy ich w takiej formie nie chciałam dawać. Coś za coś. Wiem, że nie o to chodzi w miłość, w przyjaźni, w trosce o kogoś. Bo kochamy po prostu, troszczymy się po prostu i nie powinniśmy nic oczekiwać w zamian. Uczucia to nie handel wymienny.
I nie wiem dlaczego z tyłu mojej głowy pojawiła się ta myśl, że mam prawo czekać, mam prawo chcieć dostawać z tej jednej strony wsparcie. I nie wiem dlaczego ta myśl dręczyła, drążyła umysł i duszę jak kornik drzewo i osłabiała ją, osłabiała moje serce, gdy raz za razem, raz za razem przychodziła odmowa, rozczarowanie.
Mimo, że to rozczarowanie to też i moja wina. Bo ja nie potrafię powiedzieć wprost, że mnie boli. Bo ja, gdy już zaufam, otworzę się podaruję komuś całą swoją oczywistość chcę, żeby ten ktoś sam się starał. Sam się domyślił. A potem, gdy nie przyjdzie, mimo cichego wołającego głosu łzy same cisną mi się do oczu. Łzy które sama sprowokowałam, nie potrafiąc łasić się o uwagę.
Śmieszne, paradoksalne. Ale prawdziwe.

Dziwna moja pozornie prosta natura, moja silna, radząca sobie natura, a jednocześnie tam wymagająca, tak prosząca nieraz o pomoc, niesłyszalnie, bo jest za dumna.
Nie dziwię się, że tak trudno się ze mną przyjaźnić. Nie dziwię się i sama robię sobie krzywdę, wycofując się coraz bardziej i bardziej.
Zamykając się w jaskini.

Tracę swoją ufność. swoje otwarte serce.
I nie chodzi o to, że sama nie będę już pędzić gdy ktoś będzie mnie potrzebował. Po prostu, nie będę się łudzić, że gdy ja będę kogoś potrzebować...

Chociaż, stop.
Rozczarowałam się. Boli jak cholera i zacisze mojego domu, lasy i księżyc, trochę samotności i oddalenia mnie leczy. Rozczarowałam się, zebrałam rozczarowania tego roku pod jego koniec, zablokowałam się już na dobre ale może i...

...może i zrozumiałam. Właśnie znów zrozumiałam, że nawet gdy podaruję komuś swoją oczywistość, on nie zawsze sobie z nią poradzi. Trudno.
Ale do cholery.
Mam też ogromne szczęście.
Bo przecież mam swojego Męża.
Mam swojego A.
Poznałam w życiu, co to prawdziwy przyjaciel i mogę ich wspominać, mimo że już nie żyją, to z miłością, z czułością. Mam swoich umarłych i ich serca w swoim sercu.
I tak dostałam tak wiele od życia. I tak nie jestem sama. Czy to nie wystarczy?

Może to naprawdę czas, żeby zacząć doceniać i to, co się ma. A nie wiecznie szukać, więcej i więcej, by potem czuć ból, gdy ktoś po prostu czuje, że musi wybierać, mimo, że nie chce się kazać wybierać.
Może czas się naprawdę wycofać, przestać w sobie walczyć i skupić się na tym, co dobre. Skupić się też na śmiechu, filmach, okazyjnym piwie, bez oczekiwań, że coś więcej, skoro miało taki potencjał...
Skupić się na tych, przy których można płakać.
Skupić się na sobie i swojej sile, która pokazuje, że ostatecznie człowiek i tak sobie ze wszystkim radzi.
Skupić się na ludziach, z którymi można po prostu pogadać, nieraz się spotkać i naprawdę nacieszyć serce, mimo tego, że wie się, że nie można im zawracać sobą głowy.
Skupić się na kolejnych spotkaniach imprezach, uśmiechach, nawet jeśli właśnie nie wszyscy ludzie mogą być przyjaciółmi. Nawet jeśli mimo że chciałaś, nie powiąże cię z nimi taka więź.

Opłacz wszystko więc Frido, opłacz, znajdź znów spokój w świetle pełni, kolejną jasność. W ciemności nocy Frido znów poczuj, jaką łaską jesteś obdarzona, mając przy sobie i tak wielu ludzi i tyle ich czułości. Mając przy sobie też nawet i dwóch, na których zawsze możesz liczyć.
Zapłacz więc Frido i potem jak zawsze się uśmiechnij.
Kochaj jak dawniej. Tylko naprawdę już, Frido, nic nie oczekuj. Bo ty możesz nieraz widzieć wiele. Ale to nie znaczy, że ciebie zobaczą.




Dałem ci swoją oczywistość 
A ty wyrzuciłaś ją poza siebie
Imię w twoich wspomnieniach
Gdzieś pomiędzy milionem takich samych

Trudno nie czuć się trochę rozczarowanym
I pominiętym
Gdy patrzę w głąb i widzę cię
Nagą i obojętną

I ty nie widzisz mnie wcale. 




16 komentarzy:

  1. Uwielbiam czytać Twoje wpisy! Są ciekawe i bardzo pouczające... Przynajmniej takie mam wrażenie xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzisz Skarbie... kiedyś bałam się słowa "przyjaciel". Zbyt wielu ludzi zawiodło, zbyt wielu, których określałam tym mianem. W końcu uznałam, że w ogóle nie potrzebuję przyjaciela, że przecież ja sama, że przecież dam sobie radę, że mogę wyryczeć się w poduszkę, zamiast w cudze ramię.
    W końcu - też dzięki blogowi - uznawałam jedną osobę za przyjaciela. Osobę, którą znam już lata, także w realnym świecie, ale wiesz... w końcu przestałam liczyć lata, choć swego czasu liczyłam nawet dni, tak bardzo kochałam i być może kocham nadal, tylko ta miłość jakby trochę się uśpiła. Tak samo, jak przestałam wierzyć w przyjaźń. Bo nagle jakby zaczęłam być zbędna, nagle TO JA zaczęłam szukać pomocy, to ja zaczęłam się szarpać i potrzebowałam kopa w dupsko, albo strzału w ryj, kolokwialnie rzecz ujmując, żeby się ogarnąć, żeby znowu być sobą. Bo widzisz, Skarbie, ja też mam w sobie takie dziwne coś, że kiedy ktoś, komu na swój sposób pomagałam, odrzuci mnie raz, jeden jedyny raz, kiedy to ja potrzebuję tego ciepła... Zamykam się. Nawet nie to, że czuję się niepotrzebna, czy coś, bo właśnie potrzebna czuję się pomagając innym. Ale to powinno być obustronne, zawsze. I ten płomień nie powinien gasnąć, przygasać owszem, bo są przecież dobre i złe momenty, ale nigdy, ostatecznie nie powinien gasnąć. A widzisz, też mam to, że nieraz spalam siebie za dużo dając innym. Królik też to widział i też próbował mi wybić to z mojego rudego łba, ale... sam przecież nie był lepszy, co zresztą przyznał.
    Dlatego właśnie rozumiem. To zamykanie się w swojej jaskini, to odkładanie tarczy na bok, która nadaje się jedynie do bombardowania cudzymi problemami. Bo sama tak mam, wiele razy. I może to jest właśnie ten cholerny błąd? Może to właśnie nas paskudnie unieszczęśliwia, wyniszcza, bo przecież, cholera jasna jesteśmy tylko ludźmi? Nawet, kiedy nasza dusza chce wejść do tej pierdolonej jaskini, to przecież taka nasza natura, że potrzebujemy tego vice versa, potrzebujemy tego ciepła od kogoś, kogo można nazwać przyjacielem.
    I może ja jakoś blisko Ciebie nie jestem, ale wiesz już dobrze, że piwo po świętach się znajdzie. I oby znalazł się czas. A jak czas się nie znajdzie, to będziemy napierdalać przez telefon, a co! W końcu da się. Jak się chce, to można, czyż nie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja z kolei słowa przyjaciel używałam do pewnego momentu całkiem swobodnie i się go nie bałam, bo już na początku życia miałam swoje bliźniaczki, z którymi kontakt mi się trochę teraz rozszedł ( ale wiem, że jakbym zadzwoniła w środku nocy z naprawdę ważnym problemem, a nie taką codziennością, to by leciały od razu do tego cholernego Poznania) a potem trafiłam szczęśliwie na Królika i Vincenta i...nigdy się nie zawiodłam. I dopiero w późniejszym wieku, jak to Myśliwski pisał, straciłam tą pewną ufność. Może szkoda a może...pora najwyższa?
      I właśnie, łatwo się zamknąć, kiedy jesteśmy najwrażliwsi, wystawieni na ciosy. Łatwo uciekać, bo zranieni jeszcze bardziej boimy się kolejnego zranienia, tak wczoraj jeszcze z A. pogadałam wieczorem. Więc nawet ten nasz mechanizm jest naturalny jak najbardziej i tylko pytanie...czy kiedyś całkiem się przez niego nie zwariuje.
      I tak jak ci pisałam, możesz wiedzieć, że to cię wyniszcza ale w pewien sposób to tak integralna część twojej natury że nie umie się z tego zrezygnować, odruch serca zawsze wygra. Ale...spalasz się w życiu tak czy tak. Więc może po prostu wybrałyśmy swoją metodę, spalać się jawnie zamiast gnić w jakimś odrzucaniu, samotności i barierach wobec własnego serca?:)
      I wiem, wiem, już my się zgadamy XD

      Usuń
  3. Jesli ktoś odchodzi gdy Cie poznaje to po prostu nie zasluguje na ta przyjazn. Kiedyś ktos powiedzial ze jesli ktos nie wytrzymuje z Toba gdy jestes najgorsza to nie zasluguje na to by byc przy Tobie gdy jestes najlepsza. Czy jakos tak :) swoj ciągnie do swojego. Mysle ze tak naprawde to w zyciu mamy wielu znajomych ale przyjaciol najczęściej dwie moze jednego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ten tekst i nieraz mnie aż bawi ale...jest w nim trochę prawdy niestety. Tylko tu też sprawa tego, że ja zaczynam wymagać i jednoczesnie odpycham, udaję, że wszystko jest w porządku i...cholernie trudno się mi pomaga i ze mną zostaje. Zdaję sobie z tego po prostu sprawę i nie mogę mieć nic nikomu za złe:)
      I tak właśnie też zaczynam to widzieć...

      Usuń
    2. A ja wzięłam ten cytat całkiem na poważnie i w zupełności się z nim zgadzam ;p Dlaczego on Cię bawi? :D

      Usuń
  4. Uhm, parę razy ostro się zawiodłam. Ostro. I wtedy sobie uświadomiłam,że dwie znajomości, które uważałam za koleżeńskie tak naprawdę są przyjacielskie. Bo nigdy się na nich nie zawiodłam, bo kiedy coś złego bądź dobrego się dzieje to im pierwsza to mówię, chcę, potrzebuję tego. I miałyśmy razem tyle burz,że żaden huragan nam niestraszny. Ale o tym dowiedziałam się dopiero po czasie. Wcześniej przeceniałam znajomości, które nie były zupełnie nic warte.
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasem właśnie człowiek aż może się zaskoczyć i...sama już parę razy otrzymałam wsparcie tam, gdzie się go nie spodziewałam w ostatnim czasie. I może właśnie nie szukać na siłę tam gdzie nie ma a zacząć jakoś skupiać się na tym miejscu, z którego bije dla mnie światło:)

      Usuń
  5. Nie umiem za bardzo nic powiedzieć... a jak napiszę, że właściwie opisałaś tu wszystko prawie tak, tak ja to odczuwam, że zawarłaś tu moje emocje, to to wystarczy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że wystarczy, wiem, że właśnie pewne rzezy zrozumiesz :)

      Usuń
  6. Masz cudownego męża i cudownego przyjaciela. Ale, to prawda, ma prawo nam czasem czegoś brakować i mamy prawo mieć oczekiwania względem ludzi i znajomości, które nawiązujemy, tym bardziej jeśli stają się one bliskie... i coraz częściej mam wrażenie, że ludzie nie są w stanie im sprostać. Mają rację ci Twoi faceci co do przyjaźni damsko-damskich, ja też ich nie rozumiem... ale chyba dopiero te dialogi uświadomiły mi co jest w nich nie tak. Albo w nas, bo do tego jeszcze nie doszłam...
    Rozumiem, chyba trochę bardziej niż bym chciała.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ech, czasem mam wyrzuty sumienia, że wyjechałam aż do Wrocławia na studia... w sumie to nawet nie odległość. Studia są dość czasochłonne i nie mam jak jeździć do domu, w którym się sypie. Przyjaciele są i tęsknią, ale mają coraz większe problemy. I czasem zarywam noce, rozmawiając z nimi, ale wiedząc, że fizycznie trudno mi przyjechać. Jednocześnie mam wyrzuty sumienia, że po prostu wyjechałam. Zostawiłam przyjaciółkę, choć wszyscy, łącznie z nią, mówią mi, że nie mam prawa zatrzymywać swojego życia dla kogoś, bo to akurat w ogóle by jej nie pomogło. Może i nie. Nie wiem.
    Przyjaźń ze mną też nie jest łatwa, też często się chowam. Czasem trudno mi coś powiedzieć. Czasem uciekam. Często znosiłam odtrącenie i brak wsparcia, jednostronność. Czasem ja bywałam przesadnie jednostronna. Dostrzegam pewne plusy tego, że jestem tu "sama" - poznaję siebie o wiele lepiej, odkopuję pokłady zakurzonej czułości, a pewne sytuacje w domu oceniam z dystansu. Zrobiłam się bardziej bezpośrednia, wiedząc, że nie mam czasu na owijanie w bawełnę. I te przyjaźnie, które mam, zyskały na tym paradoksalnie. Ale jednocześnie zawsze jest tęsknota za... kimś nowym. Kimś innym, choć wiesz, że masz przy sobie niepowtarzalnych ludzi, najlepszych po prostu. Ale coś takiego w człowieku tkwi. I dlatego ja tutaj rozpaczliwie buduję relacje, otwieram drzwi swojego pokoju i chcę wreszcie urzeczywistniać rzucone półżartem obietnice przyjazdów.
    I też chcę wmawiać sobie "to będzie tylko koleżanka czy kolega", ale co poradzić, gdy serce chce więcej. Zawsze chce więcej.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdy nie jest tak, że w przyjaźni tylko jedna osoba daje, a druga może brać. Niestety ludzie przyzwyczajają się do dobra jakie dostają i myślą, że to im się potem należy, bezwarunkowo, bez "rekompensaty". A potem tylko rozczarowania... :(

    OdpowiedzUsuń
  9. A widzisz, ja o przyjaźni w ogóle nie rozmawiam, bo nie mam z kim...

    OdpowiedzUsuń
  10. Płaczę tylko przy moim lubym, naprawdę rzadko przy innych bliskich mi osobach. Bliskość między nami przebija wszystko. Co do innych relacji - to nie jest tak, że to tylko od nas zależy, jak będzie. Dawanie dużo dla kogoś bliskiego jest naturalne dla osoby o dobrej duszy, często nie dużo od nas zależy, jak druga osoba odpowie na nasze czyny względem niej.Nie można być zawsze za wszystko odpowiedzialnym. Miałam taką K. - pomagałam, byłam w trudnych chwilach, a ona odwdzięczyła mi się potem totalnym olaniem znajomości.
    Przykro mi czytać, że się rozczarowałaś. Ślę Ci dobre wibracje i pamiętaj, że nie jesteś z tym sama.

    OdpowiedzUsuń