sobota, 17 grudnia 2016

O cudach mniejszych i większych, o których powinno się pamiętać nie tylko podczas najkrótszych nocy.

Mówią, że najkrótsze noce to pora cudów.

Ja sama nieraz mam takie wrażenie. Może to wzruszenia radości i pewna melancholia przemieszane ze sobą, radość i melancholia, które się i we mnie się budzą, również w ciemności, również w zimnie. Może to wszystkie oblicza zimowej miłości, czułości, wspomnienia niektórych rozstań i przeczucie tych rychłych. Wszystko w aurze ciepłych ramion spokoju, które przychodzą do mnie jak co roku, tylko o tej porze. W czasie, kiedy światło umiera, i kiedy rodzi się na nowo.

Nowe wiary, nowe nadzieje. Dobrze ktoś powiedział, że życie nie znosi próżni. Na miejscu poległych uczuć wyrastają nowe. Tam, gdzie przez chwilę zjawiła się ciemność, spadają płatki śniegu z coraz bardziej rozgwieżdżonego nieba. Pozornie puste drogi w rodzinnym mieście przebiegają dzikie zwierzęta, wdzięczne sarny i rude lisy przystające na chwilę i patrzące głęboko w oczy. Pozornie pusty czas i serce wypełniają nowe czułości.
To też swojego rodzaju cud.

Dla wielu ludzi to pora cudów, bo to pora świąt. Ja ich przecież nie obchodzę, ja mam tylko swoje światło. To, które umiera i rodzi się na nowo w Yule. Coraz mniej przejmują mnie daty, obrzędy. Wszystko coraz bardziej odczuwam w środku, jakby to wszystko, cała otoczka, nie miały znaczenia. Coraz bardziej czuję po prostu energię przepływającą przez duszę.

Nie potrzebuję więc śniegu, śnieg opada lekko pod moimi stopami w moich snach, mrozi zwykle gorącą głowę. Nie potrzebuję nachalnie wesołych piosenek, które nawet ateista mówią o nowej nadziei w Chrystusie. Nie potrzebuję pierniczków, zapachu korzennych przypraw. Wszystko przychodzi mi naturalnie. A może po prostu... to ja, ja sama i moje serce, wierzymy w cuda przez cały rok, a nie tylko wtedy, kiedy wszyscy próbują to sobie wmówić?

Tak, to prawda. Ja wierzę w światło nie tylko gdy ono jest, nie tylko w największym mroku gdy szukamy go na siłę. Noszę światło w sercu.
I też wierzę w cuda cały rok. W te większe i te najważniejsze, małe cuda codzienności, na które składają się cudze uśmiechy. W tej porze po prostu inni wierzą bardziej i dlatego chyba i ja to bardziej odczuwam. Czuję też zgrzyt wśród tych, którzy wierzą dla mnie jakoś na siłę. Wśród tych, którzy cały rok negują każde otwarte serce, a teraz, śpiewając o białych świętach, nagle czują miłość do świata.
I nie mówię tylko, że to nieszczere. Mówię tylko, że mnie to uwiera i pytam się, dlaczego nie można tak zawsze? I przed tym cierniem powinnam uciekać. Tylko też nie zawsze potrafię.

Ale nastała pora cudów. Może i w moim sercu gorętsza, a może i dla całego świata. I wszyscy jakoś mimo że bardziej nerwowi jeszcze, zabiegani, to jakoś radośniejsi.

I ja o tej porze, przez żarty, głupią aspirynę i robienie za mediatora w sprawach zapalnych między panami budowlańcami w moim miejscu pracy a resztą ekipy zostałam cudotwórczynią.

-To jak to było Lala? Sprawy niemożliwe załatwiasz nam od ręki, na cuda trzeba poczekać tydzień?
-Dokładnie tak!
Zartujemy tak już od dłuższego czasu. W momencie kiedy nasza szefowa krzyczy na ich szefa, w momencie, kiedy potrzeba im czegoś do odkażania przeciętego palca, w momencie, kiedy rozdaję każdemu krówki które dostałam od innej pani, a rozdaję je wszystkim, bo nikt nie może być pominięty. I widzę kolejne uśmiechy, dziwie czuję radość i światło tam, gdzie nie spodziewałam się go ujrzeć.

Bo światło, jak i miłość przychodzą z najmniej spodziewanej strony, jak kiedyś usłyszałam.

-O, nasza cudotwórczyni idzie!
-A wiecie, że ta dziewczyna naprawdę sprawia cuda? - powiedziała moja Ulubiona Pielęgniarka, do której ostatnio coraz częściej mówię Mamo, powiedziała tak do panów na rusztowaniach, kiedy szłyśmy razem korytarzem, a panowie budowlańcy dzielnie wiercili coś w suficie.
-Jak to? - zainteresował się pan Maruś.
-Ano tak to..- i moja Ulubiona Pielęgniarka zaczęła opowieść.

Nie wiem, czy ją znacie, czy nie. Czy ktoś pamięta mojego Księcia?

Bo ja o nim pamiętam. I ostatnio coraz częściej o nim myślę.
Tą grudniową porą, coraz częściej o nim myślę. Coraz cżęściej mi się śni.
Widzę nieraz w snach, jak po prostu idziemy na piwo do jakiegoś baru przy rynku, on trochę kuleje, trochę ma jeszcze problemy, mówi nieraz powoli, ale to nic, radzi sobie coraz lepiej. Przecież i tak miał nie chodzić, i tak miał nie mówić, i tak miał być rośliną, miał być tryflidem. A w tych snach jest prawie całkiem sprawny, młody, przystojny facet. I chociaż nie jest już tak wychudzony, jak w czasie, kiedy się nim zajmowałam, to nadal jego oczy odznaczają się w tej twarzy o ostrych rysach. I w snach i w nim widzę światło, w tym, jak przepływa między mną a nim, w rozmowie, błahej rozmowie przy piwie.
Może właśnie wtedy przepłynęło trochę światła? I to nie tylko ode mnie do niego, wraz ze słowami, które wyczytywałam na nockach z książek. Ale też przecież...tyle światła i ja od niego dostałam.

Kiedy w zeszłym roku, zdruzgotana, prawie martwa w środku, mając w sercu ranę, która dopiero co się zabliźniała, poznałam właśnie jego. I wiem już teraz, z perspektywy czasu, że sama ta praca, kiedy w ogóle zaczynałam przygodę z opiekowaniem się kimkolwiek, tak samo jak i właśnie on, w tym momencie, mi pomogli.
To, że mogłam znaleźć inną czułość. To że mogłam obudzić w sobie miłość. To, że podczas ciemnych, długich nocy, kiedy czytałam książki nad jego uchem, obudziło się i światło. Znalazło się w największym mroku.

Grudniowy cud.
Mały, wielki cud. I może ja go jakoś sprawiłam, poruszyłam świat swóim ówczesnym cierpieniem przemieszanym z miłością. Może to on sam go sprawił, kiedy on poruszył mnie.

Ale co było to było.
I moje rany się zagoiły. I może i jego życie jakoś się zrosło?

Ulubiona Pielęgniarka opowiedziała tą historię panom, tę, którą ja opowiadałam jej tkwiąc z nią na nockach, Maruś aż zagwizdał z podziwem.
-No, Lala, może nie jest z ciebie taka czarownica tylko czarodziejka?

A ja coraz bardziej zastanawiałam się co z Księciem. Czy naprawdę chciałabym wiedzieć?
Bo co było to było. I coś we mnie się blokuje. Coś we mnie nie chce zakłócać mu spokoju. I nawet gdy Pielęgniarka wpadła na pomysł, że może by zadzwoniła do jego dziadków, żeby zapytać, jak im się wiedzie, bo przecież numer do nich ciągle gdzieś tammam, to jakbym...zaczęła się bać. I może całe szczęście, że nie wprowadziła tego pomysłu w życie, że nie było czasu wczoraj, że wyleciało jej to z głowy.

Bo tak, tęsknię za nim, tą dziwną tęsknotą, bo przecież, w moim życiu był tylko przez chwilę i to był tak dziwacznie, że nieraz mam wrażenie, że to jakby się nie wydarzyło. Ale tęsknię za nim i chciałabym wiedzieć, jak sobie radzi.
Ale nie mam żadnych wieści. I może brak wieści nieraz to najlepsze wieści?

Bo coś we mnie nie chce wiedzieć. A może i zakłócać spokoju.
To oczywiste jakoś tęskni. To jasne i radosne uśmiecha się już na wspomnienie tamtych dziwnych nocy, To delikatne i kruche wzrusza się, gdy słyszy jedną, banalną piosenkę, która już dziwnie będzie kojarzyć się z nim.
Ale i coś niejasnego mówi, żeby to zostawić. Nie zakłócać spokoju. Coś we mnie mówi, że jeśli na nowo mamy się znaleźć, pójść kiedyś na piwo, to nie można naciskać. Jeśli pewne rzeczy mają się zdarzyć, zdarzą się same.

Bo może i jemu byłoby dziwnie. Może i jemu byłoby głupio. Bo ja tak to sobie wyobrażam właśnie. Że gdy staje się na powrót silnym mężczyzną, z rośliny, z kruchego, wychudzonego ciała, staje się tez i umysłem i duszą, może musi mieć w tym spokój. I wcale nie chce wracąc teraz do momentów, w którym karmiono go na siłę przetartą papką. Wlewano zupki przez wybity ząb, kiedy zaciskał szczęki. Przewijano pampersy. Smarowano tyłek maściami na odleżyny.
I gdy staje się, być może, na powrót silnym, samodzielnym mężczyzną, niekoniecznie chce oglądać kogoś, kto mył mu krocze, kto go karmił, przewijał, nawet jeśli ten ktoś czytał mu nocami książki. Nawet jeśli ten ktoś oblał go gorącą herbatą.
Nawet jeśli ten ktoś powiedział mu o swojej najgłębszej ranie i prawie się przy nim popłakał.
Myślę, że młodemu facetowi może być zwyczajnie wstyd. Zastanawiam się, czy mi by nie było.
Myślę, że czasem chce mieć się spokój, zanim człowiek zderzy się z pewną przeszłością. Jeśli w ogóle się z nią zderzy. Jeśli będzie chciał do niej wrócić.

Więc może i tęsknię. Może i śni mi się, że idę z nim na piwo.
Ale sądzę, że lepiej dać temu spokój.
Bo przecież...jeśli by chciał mnie znaleźć, będąc w tym samym mieście przecież...to wie gdzie mnie szukać. Znają mój numer telefonu. 

Myślę, że są rzeczy, którym trzeba dać po prostu spokój.
Jest też i światło, które po prostu dwa razy nie świeci. A jego jednokrotny blask starcza na długo. Ja cała miłość i energia wysyłana w kosmos.
Myślę też, że wcale nie są nam potrzebne żadne spektakularne cuda. Ważniejsze są te małe, codzienne. Codzienna opieka i troska. Codzienne uśmiechy, głupie żarty i jakieś ciepło, które na mrozie rozchodzi się w kościach. Jakieś ciepło pod sercem, mimo że inne straty i cierpienia próbują je zamrozić.

Małe cuda.
Codzienny sms od Męża, w którym wyznaje mi miłość, a ja jemu.
To, że ktoś odzyskuje energię.Codzienne przytulenie, cmok w czoło dawany każdej ze staruszek po kolei. Zdziwienie jednej z Pań, że ja te wszystkie tak kocham. Że mam w sobie tyle miłości i tyle czułości.
Cud, że po tym wszystkim, po każdej kolejnej ranie i rozczarowaniu znajduję tej miłości, tej czułości coraz więcej. I coraz bardziej rozumiem to, co mówił mój zmarły przyjaciel.

Małe cuda.
Wiem, że ci kiepsko coś ostatnio, a raczej jakaś rozdarta jesteś. Wpadnę na kawę jakiegoś dnia, tylko musimy się zgadać porządnie, bo nie będę robił tylu kilometrów, żeby to nie wypaliło.”

Tyle wokół czułości, przemieszanej ostatnio z dziwnym bólem, ze smutkiem. Może to właśnie równowaga?
Tyle ostatnio wzruszen. I wariackich wręcz śmiechów, wariackich żartów i godzin ze smutną muzyką, która aż wyciska łzy.
Tyle ciemności. Tyle światła. Tyle prostych odruchów, takich ciepłych, takich ludzkich, we wszechogarniającym mrozie, we wszechogarniającej nocy, która niedługo zostanie przecież zwyciężona.

Tyle miłości która sprawia, że koniec roku staje się porą cudów. Może mniej spektakularnych niż kiedyś, te wiele czasu temu. Ale jednak...

-Masz, panie Marku, cały dzień pracujesz a nic nie jadłeś- powiedziałam, podchodząc do drabiny, na której stał nasz Maruś i dając mu po prostu najzwyklejszą bułkę z serem, bo przecież zostało tyle jedzenia, a szkoda wyrzucić.
-Nie no co ty, Lala!
-Nie przyjmuję odmowy. Złaź panie Marku i jedz!- zaśmiałam się.
Zszedł. Zaczął jeść.
-Pani Basiu...- usłyszałam za sobą nieśmiałe, pytające...no tak. Tego pana też znamy.
-Co, Panu też zrobić bułkę z serem?
-A znalazłaby się?
-Znajdzie się, zawsze się znajdzie u mnie!
-Widzisz, Kierowniku? Mówiłem, Cudotwórczyni! - zaśmiał się z pełną buzią Maruś.

Bo i zwykła bułka z serem może być jakiegoś dnia, dla kogoś głodnego największym cudem. I myślę, że warto walczyć o to, żeby pamiętać o tym nie tylko w porze najdłuższych nocy czy zbliżających się świąt.



Pod zaciemnionym niebem
Widać światło
Wciąż żywe

Niech miłość podbije twoje serce
Wojwoniku, wojowniku
Sięgnij w stronę światła
Płaczę,

Wojowniku, wojowniku miłości. 

22 komentarze:

  1. Dla każdego cudem jest co innego ;) Uważam, że każdy posiada własną definicję cudu: dla mnie będzie to ciastko z cukierni, które było przepyszne, dla kogoś innego cudem będzie jakieś wydarzenie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Dlatego warto po prostu...próbować w cud utrafić. A nuż poprawimy komuś chociaż dzień?:)

      Usuń
  2. Nieważne z jakich powodów, ale uważam,że grudzień to miesiąc cudów. W ogóle po listopadzie, który jest smutny, grudzień, choć bywa brzydszy jest po prostu piękniejszy i niesie z sobą dużo, dużo nadziei. Na te małe i wielkie cuda:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nastrajamy się tak przez święta, a może...święta powstały w tym okresie, bo my się tak nastrajamy?:) Tak mi przyszło do głowy z tą magią grudnia:)

      Usuń
  3. A dla mnie jakoś... Święta stały się sztuczne. W ogóle to śmieszne, że je obchodzę, że moi rodzice zamienili to w jakąś tradycję, bo... ateiści i Święta Bożego Narodzenia. Śmieszne to. Zwłaszcza, że od kilku lat mam wrażenie, że właściwie nikt się na te Święta nie cieszy, że to tylko przykry obowiązek. To uczucie zwłaszcza dzisiaj mi się pogłębiło, po byciu świadkiem rozmowy mojej mamy z sąsiadką na ten temat - że to tylko stres, że po co to, że właściwie to one tego nienawidzą. Niby się śmiały, ale... ja naprawdę chciałabym zapytać PO CO TO. I odpuścić. Nie robić nic na święta. Chciałabym żeby przyjechała do mnie najbliższa rodzina, żebyśmy zjedli razem kolację bez żadnej otoczki, żeby było tak zwyczajnie. Dla mnie to właśnie ta zwyczajność jest najpiękniejsza, najbardziej wyjątkowa i magiczna. Pamiętam tylko te Święta, w których płakałam i te, w których piekłam z braćmi ciasto i później, właściwie już po Świętach, usiedłam z braćmi i oglądaliśmy do późna w nocy filmy. To był moment, w którym wreszcie spędziliśmy czas razem. Tak to powinno wyglądać. Jedzenie, którego jest mało, ale które przyrządza się z kimś, robienie właściwie czegokolwiek... ale razem.

    A co do cudów, to ja wierzę w cuda codzienności. W małe rzeczy, dzięki którym jestem szczęśliwa i takie momenty sobie bardzo cenię. Uwielbiam wywoływać uśmiech na czyjejś twarzy.

    O rany, ale się rozczuliłam pod koniec. Właśnie o tym piszę. Nie trzeba nic spektakularnego, bułka z serem też może być cudem. Sama pamiętam jaka to radość była, jak zdarzało się, że w szkole któremuś ze znajomych oddawałam swoje kanapki, haha.

    Dziękuję Ci za ten post. Pięknie piszesz, no i ogólnie Cię uwielbiam, Frida. I jeszcze Aurora na koniec no ♥ Aż sobie puszczę, bo jakbym mogła nie.

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, ja po prostu świąt nie obchodzę, chyba że właśnie miałabym być u mamy, to wiadomo, usiądę z nią do stołu, bo ona jednak uznaje pewną tradycję. Ja obchodzę raczej, już tęż bardziej w środku, Yule, czyli święto ponownych narodzin światła, wydłużanie się dnia. Dla mnie, jak się okazuje, co roku cholernie symboliczne. A święta chrześcijańskie...dla mnie coraz bardziej nie istnieją i tak też w tym roku będę na własne życzenie od 24 do 26 w pracy. I tam będę rozsiewać swoją nie-świąteczną atmosferę pełną czułości, wśród moich staruszków:)
      Ale, tak ogólnie, jeśli mowa o świętach katolików, chrześcijan, też coraz bardziej wyczuwam tą sztuczność. I tylko właśnie te przebłyski spod niej, spod zakupów, bieganiny, szykowania, przebłyski zrozumienia, o co może tak naprawdę powinno chodzić. Ale i tak tych przebłysków jest sporo i mam wrażenie, że ludzie są wrażliwsi jakoś, jakimś cudem:) Gorzej, jak łapią istną świąteczną depresję, tak jak choćby ludzie samotni czy niektórzy moi staruszkowie :X
      I może właśnie to okazja do tego razem, masz rację. Bo na co dzień ma się tak mało czasu ale...otoczka sprawia, że nieraz właśnie to razem się rozpierdala :X Mam nadzieję, że w tym roku u ciebie wyjdzie...fajnie, o:) Nawet jak się człowiek pyta PO CO, to tak pomimo tego pytania.

      To ja widzisz, mam tak samo:)A ja wiecznie wszystkich karmię, to i tak bułka z serem, najbardziej zwyczajna robi się symbolem :D Tylko włanie wszyscy zaczęli ten mój prawdziwy cud wspominać i aż głupio.

      I nie ma za co i to ja dziękuję:)

      Usuń
  4. Powiało takim przyjemnym ciepłem, z tego posta, serio :) I cóż... Ja już w zeszłym roku zastanawiałam się właśnie, dlaczego nie można tak na co dzień, tylko właśnie w święta. I wiesz, że zostałam wręcz zlinczowana? No jak? To jedyny czas, kiedy można się zatrzymać, kiedy większość ludzi ma wolne w pracy, kiedy można się spotkać z rodziną... geez. Cały rok. Ja wierzę, że da się widzieć małe i duże cuda cały rok. I samemu je robić! Zresztą, sama coś o tym wiesz, cudotwórczyni :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze właśnie taka myśl przychodzi ale...może dobrze, że chociaż takie okruchy lodu w grudniu topnieją nieraz ludziom, niż by nie miały topnieć wcale? Właśnie niech w tym biegu nawet i będzie jeden taki okres czasu a...to już więcej niż nic:)
      I wiem, wiem, wczoraj już miałam cud kompociku XD

      Usuń
  5. Historia o Księciu to opowieść tak piękna, a tak smutna za razem, że zapiekła mnie ta część mnie, która na chwilę zagubiła się w pędzie życia. Coś we mnie pękło, coś rozkwitło, coś się we mnie zmieniło.
    Za mało spotykamy takich cudotwórców jak Ty, Frido, w naszym życiu. Dobrze, że jesteś i że tak pięknie piszesz. Z pewnością zostanę u Ciebie na dłużej.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba...dobrze. Bo czasem właśnie warto w życiu przypominać sobie o zapomnianych zakamarkach duszy, budzić je na nowo i...właśnie nie wiadomo nigdy, z której strony to przebudzenie przyjdzie. Czasem z najmniej oczekiwanej. Cóż, życie lubi nas zaskakiwać, jak i mnie samą, w zeszłym roku dając mi Księcia:)
      I bez przesady, każdy jest na swój sposób cudotwórcą, ma ten potencjał tylko właśnie...nie zawsze go łatwo obudzić:) W sobie samym.
      I miło mi to słyszeć, rozgość się:)

      Usuń
  6. Uśmiechnę się tylko, jeśli pozwolisz, bo nie wiem co mam powiedzieć. Uznajmy to za cud, o ;)
    Dla mnie ten grudzień jest męczący, ciężko mi dostrzec w nim coś więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, niech to będzie cud, bo przecież właśnie uśmiech bywa największym cudem. Najważniejszym tak na co dzień.
      Więc...życzę ci, żeby ot tak, w grudniu, zjawiło się więcej światła:)

      Usuń
  7. Pamiętam Księcia i jak z zapartym tchem czytałam to co opisywałaś. Myślę, że masz rację, żeby dać temu spokój, czas. Może będzie chciał się kiedyś z Tobą spotkać. Też bym się bała.. więc chyba wiem co czujesz. Cieszę się, ze grudzie jest dla Ciebie taki pełen małych cudów... może dla mnie będzie nachodzący styczeń? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, bo jednak...to trochę skomplikowana sytuacja. Bo przecież, dla mnie może pewne rzeczy były naturalne, a komuś, gdy odzyskuje zdrowie, może być po prostu głupio. Po prostu wstyd. I czasem nie chce się wracać do złego okresu, gdy walczy się o nowe życie, tak po prostu.
      I oby był, życzę ci tego:)

      Usuń
  8. Księcia to ja nigdy nie zapomnę, sama ostatnio będąc u Ciebie na blogu zastanawiałam się co u niego, czy na prawdę jest coraz lepiej? Ja myślę, że gdy całkiem dojdzie do siebie to się z Tobą skontaktuje. :) A poza tym uważam, że takie zapytanie ze strony pielęgniarki, niezdradzające, że to Ty pytasz, to nic złego, a przynajmniej uspokoiłoby Ciebie, wiedziałabyś, że wszystko jest dobrze i może jakoś łatwiej by Ci było. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to patrz, odpowiedziałam ci na pytanie, taką odpowiedzią...że sama za bardzo nie wiem:) I...niby nie, ale z drugiej strony mam wrażenie, że to takie ogólne zakłócanie spokoju.

      Usuń
  9. A ja to ciągle czekam na mój świąteczny cud bo coś od paru lat nic się nie dzieje...

    OdpowiedzUsuń
  10. Jestem pewna, że wasze drogi jeszcze się skrzyżują. A przynajmniej chciałabym w to wierzyć. Nie lubię myśleć, że już nigdy nie mielibyśmy spotkać ludzi, którzy w jakiś sposób są dla nas ważni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja jakoś tak...wiem, że nie zawsze już spotykamy tych, którzy są ważni, których kochamy i nieraz liczy się, że zostają w sercu.

      Usuń
  11. Pamiętam tamto zdarzenie, chyba wszyscy czytaliśmy o Księciu z zapartym tchem. Myślę, że gdybyście się spotkali, dla niego też byłaby to radość. Męskość jedno, ale wasza więź jest ważniejsza.
    Nie powiem, że nienawidzę okresu świątecznego, ale też nie kocham - to byłaby hipokryzja. Generalnie jestem życzliwa dla ludzi, a że wstawię np na Fejsa życzenia? Co to szkodzi. Wychodzę z założenia, że dla kogoś mogą być naprawdę ważne, może sprawię, że będzie mu przyjemnie?
    Cuda małe łatwiej docenić, gdy ma się pod górkę. Banał, ale widzę to po sobie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy wszyscy, ale fakt, na to wychodzi, skoro większość z was pamięta:) I...pożyjemy, zobaczymy. Tak naprawdę, może dla mnie to było ważne, a on zapomni? Nigdy nie wiadomo.
      No i życzenia jak każda afirmacja są fajne:D Ale wiesz, niektórzy mi pod nosem aż za bardzo udają XD
      Prawda:)

      Usuń