piątek, 2 grudnia 2016

O monetach wyciąganych za ucha, niczyich córkach i tęskniących ojcach.

-Ma pan do mnie ewidentną słabość, co?- zaśmiałam się do swojego ulubionego Malarza (Pokojowego), kiedy znowu przywitał mnie w pracy wielkim uśmiechem i zdaniem, że wróciła jego ulubiona krzykaczka. Oddziałowa śmieszka. No tak, nawet ich Kierownik mi mówi, że słyszał, że się gdzieś tu śmieję, to wiedział, że będę.

Ewidentnie, zostałam ulubienicą naszych robotników, budowlańców, którzy dzielnie walczą z naszym remontem. I tych polskich i tych ukraińskich.

Bo jak ktoś ma coś załatwić z oddziałową, to jeśli mam dyżur, przychodzą do mnie. Jeśli coś zorganizować, ogarnąć, nowe klucze, to jestem to ja. To ja pożyczam im ołówki, czajniki, przemycałam nawet plaster i to nie po to, żeby zrobić im opatrunki, ale po to, żeby mogli...okleić sobie buty. Bo to ja odpowiadam śmiechem na ich zaczepki, to mnie wszędzie pełno, wszędzie słychać i to ja jestem jak mała elektrownia atomowa, która biega po oddziale jakby się coś paliło. I doprawdy, to bieganie widoczne nawet jest na moich butach, które mają całkiem starte podeszwy.

Ewidentnie jestem ich ulubienicą, taką trochę córką dla niektórych, bo ci starsi panowie traktują mnie trochę ja córę- śmieszkę, takie mam wrażenie. To za mną wołają per „lala” ale całkiem bez podtekstu, to mi pan Maruś wkłada do ucha słuchawki które stale nosi i uczy mnie tańczyć jakieś dziwne country.

Owszem, są i ci młodsi. Ci, z którymi dobrze by było iść na piwo. Ale są właśnie i ci tatusiowie, bo są w wieku, że ich dzieckiem mogłabym być nawet i najmłodszym. Ojcowie. Tacy, właśnie tacy tatusiowie, którzy ciężko pracują ale i piwo lubią sobie wypić.
Nie znam się jednak na ojcach. Na byciu córką dla mężczyzny.
Nie wiem jak to jest. Może tylko sobie wyobrażam, że właśnie tak mnie traktują, tak do mnie podchodzą, tak jak te starsze panie z oddziału są dla mnie matkami?
Nie wiem, po prostu nie wiem.
Ale lubię z nimi żartować, a oni ze mną. Ja dla nich jak córka w moim jakimś wyobrażeniu, oni dla mnie ja tatusiowie. Dzisiaj okazało się jak bardzo.

-Ma pan do mnie ewidentną słabość, co? - zaśmiałam się do niego tego dnia.
-Ano mam, lala. Przypominasz mi kogoś.
-Kogo?
-Moją córkę. - powiedział i urwał temat, wracając do pracy, poważniejszy, niż przed chwilą, niż przed paroma minutami, kiedy to znowu pokazywał mi swoje magiczne sztuczki.

No tak. Jestem w wieku, w którym mogłabym być jego córką. Czemu nie, mogę mu ją przypominać, nawet to fajnie brzmi, pomyślałam. Tak po prostu, bez żadnego zastanowienia, jakiejś refleksji. Bo przecież on lubi mnie, a ja lubię jego.
Tego pana bez jednego oka, tego pana z siwymi włosami i siwym wąsem, po którym widać ciężar przebytego życia.
Od początku, kiedy zaczął tu pracę i kiedy mnie spotkał, chyba mnie polubił. Ewidentna słabość, kiedy przechodziłam korytarzem, zanim część oddziału, na której robią remont, została całkiem oddzielona od nas ciężkimi drzwiami. Zagadywał, zaczepiał, żartobliwie, po prostu. Ja zresztą nie byłam lepsza, przecież ja ich wszystkich stale zaczepiam, śmieję się, rozmawiam z nimi. Proponuję obiadek kiedy roznoszę talerze po pacjentach. Ja sama muszę stale pogadać, nie umiem być tym odciętym człowiekiem, podobnie jak w tramwaju czy pociągu, nie mogę przepuścić okazji do rozmowy.

Zawsze łaknę kontaktu, nawet takiego powierzchownego, żartu, interakcji. Taka natura. Wybitnie stadna. Zaczepialska, z nadmiarem energii. Istna bateria wodorowa napędzająca śmiech i kolejne żarty.

Ale z panem Malarzem (Pokojowym) od razu zaskoczyło, żartami, pozdrowieniami na korytarzu, tak jak zaskoczyć może po prostu z drugim człowiekiem. I już drugiego dnia pokazywał mi swoje sztuczki. Wyciągnął mi monetę zza ucha, a ja skakałam z radości, jak małe dziecko, bo przecież naprawdę mnie to tak uradowało. I moja radość chyba dała mu prawdziwy okruch szczęścia, widziałam to w tym śmiechu bez paru zębów i jednym sprawnym oku, bo przecież drugie zakrywa szczelnie bielmo, za którym nie można dostrzec ani kawałeczka duszy.
Innym razem chwytał za nos, nabierał mnie na to, że mam gdzieś dziurę. Tak całkiem sympatycznie. Tak trochę szorstko, po ojcowsku właśnie.
W taki sposób, jakiego za bardzo nie znam.

Bo przecież nie mam ojca. Nigdy tak naprawdę nie miałam. Nie wiem, czym jest ojcowska czułość, znam tylko strach przed mityczną postacią, która w alkoholowym szale demoluje kuchnię.
I nigdy za bardzo się nie zastanawiałam, czy mi tego brakuje. Bo jeśli czegoś nie ma...jak może ci tego brakować? Miałam matkę. Babcię. Siostrę.
Nie brakowało mi ojca, wolałabym się go pozbyć już jako dziecko. Bo lepiej by było, gdyby go nie było. Jego i kolejnego strachu, awantur, bólu zadawanego czasem samym krzykiem, a czasem i pięścią. Drzwi porąbanych tasakiem, moich napadów histerii, płaczu jako dziecko. Może i lepiej, żeby ojca nie było, niż żeby kojarzył się tylko z tym, prawda?

Znałam opowieści o dobrych ojcach, ale wydawały się bajkami. I może przez opowieści powinnam zacząć tęsknić, ale one były mityczne, bo większość ojców w świecie, który mnie otaczał, była taka, jak mój albo w lepszym trochę wypadku, po prostu nieobecna. Tacy byli ojcowie w świecie, który mnie otaczał.
Z czasem poznałam i dobrych ojców, do których jednak zawsze podchodziłam jakoś nieufnie. Z czasem poznawałam normalne rodziny, takie, w którym nie było alkoholu, takie w którym ojciec nie bił, a był. Wychowywał, żartował, był czuły, całkiem inaczej niż matka. Ale byłam już w tym wieku, gdzie niepotrzebny był mi ojciec, potrzebny był mi partner. I może dlatego, przez jakiś czas lubiłam sypiać ze starszymi od siebie facetami, może dlatego do tej pory podoba mi się siwizna...mimo, że nie obsesyjnie. W końcu mój Mąż nie jest wiele starszy ode mnie, tylko 2 lata, tyle co nic.

Miałam więc ojca, ale nigdy nie poznałam, co to znaczy ojca mieć. Być przez niego wychowywanym. Znać nie tylko awantury a potem lata milczenia. Kochać ojca, a nie nosić tylko po nim blizny.
I nigdy mi to nie przeszkadzało, nigdy mnie to nie uwierało. Nigdy nie starałam się patrzeć na to jak na stratę, jak na brak. Bo zawsze wierzyłam, że w pewien sposób jestem i przez to silniejsza, odporniejsza, dzielniejsza. Może i bardziej wyzwolona, jako wychowana przez kobiety, które tak naprawdę radziły sobie same.
Może i nadmiernie dumna wobec mężczyzn i nieufna. Ale przez to ceniąca swoją wolność.
Zawsze starałam się patrzeć na dobre aspekty tego, że odcięłam się od ojca. Że mimo iż pił i bił, nie miał wpływu na moje wychowanie, nie poznałam bezpośrednio co to męski tyran, co to męska władza, bo jednak, rodzice byli w separacji i mama decydowała sama o sobie. Mimo awantur przez mieszkanie we wspólnym domu. Zawsze staram się patrzeć na to, że przez to może moja dzika kobiecość mogła rosnąć bez zahamowań, kto wie, może i przez to moja seksualność, niekontrolowany temperament?
Nigdy nie zastanawiałam się wielce nad tym, czy coś straciłam.
Bo straciłam?
No bo jak to jest mieć ojca? Warto jest mieć ojca? Fajnie jest mieć ojca? Czy to takie ciepło, jak ciepło matki?

Sama nie wiem. Nie mogę wiedzieć, skoro tego nigdy nie było. I nieraz ze zdziwieniem słucham historii choćby Baśki, której ojciec zmarł, gdy była małym dzieckiem, słucham ze zdziwieniem tego, że ojca jej brakowało.
To może go brakować? Ojcowie są nieobecni albo niebezpieczni.
Nie znam miłości do ojca, nie znam miłości jako córka.
Czy coś straciłam?
Sama nie wiem. Nigdy nie wiedziałam. I dopiero ostatnio poczułam takie ukłucie. Delikatne i niewinne, ukłucie pomiędzy kolejnymi żartami i monetami wyciąganymi zza ucha.
Czy tak właśnie byłoby mieć ojca? Fajnie, wesoło, tak właśnie jakoś ciepło i radośnie?

Poznałam wielu mężczyzn którzy by mogli być moimi ojcami. Wielu w tym wieku, niektórych, którzy próbowali mnie jakoś uznać nawet za swoją córkę. Mam przecież teścia, ojca mojego Męża, który jest wspaniałym ojcem. Ale nie umiem mówić do niego tato, nie umiem pomyśleć, że to właśnie ojciec. Nie umiem nawiązać takiej więzi.
Bo nigdy jej nie znałam.
Nigdy jej nie potrzebowałam.

I ta dziwna myśl, myśl o ojcu, którego nie miałam, pojawiła się znienacka. W kolejnym prztyczku w nos, który dał mi ślepy na jedno oko malarz.
Nigdy nie miałam ojca. I dziwna myśl, dziwne uczucie. Bo gdy pierwszy raz wyciągał mi monetę zza ucha poczułam się, jakbym miała 5 lat i jakbym nigdy nic nie straciła. A może właśnie poczułam, co straciłam. Tą dziwną radość, małej dziewczynki, przed którą starszy mężczyzna odkrywa dziwne prawidła tego świata, pokazuje jej jakie czają się w nim sztuczki.
Czy tak właśnie jest mieć ojca? Tego, który uczy razem ze starszą kobietą lekcji o świecie, uzupełniając wiedzę? Czy tak właśnie jest patrzeć na drugi wzorzec, na spracowane ręce i doświadczać radośnie, przez drugi pryzmat płci, przez inne spojrzenie świata?
Czy tak to właśnie jest? Ze śmiechem, a nie ze strachem? Z dziwną czułością?
Czy to się różni?
Czy to w ogóle potrzebne, skoro ja lubię siebie taką, bez ojca wychowaną i czuję się kompletna?

Pomyślałam, że może rzeczywiście, to byłoby dobrze mieć ojca, tak po prostu, może warto byłoby mieć drugiego rodzica ale... pomyślałam, że czasu nie cofnę i nie mogę żałować nagle czegoś, czego wcześniej nie miałam i nigdy mieć nie będę. Ale poczułam tą dziwną falę w sobie, dziwną radość, dziwną energię powodująca kolejne rozbrykanie. I tak bardzo spodobał mi się uśmiech Malarze (Pokojowego). Jego właśnie radość. Taka figlarna ale i ciepła.

I poczułam, że może on, spracowany, palący papierosy bez filtra, starszy pan bez oka, łypiący trochę jak pirat ze starych filmów może mi przypominać ojca, którego nigdy nie miałam.
A ja ponoć przypominam jego córkę. Dobrze się składa.
Radośnie i jakoś czule jak na całkiem obcych sobie ludzi, prawda?

Zajmowałam się dalej swoją pracą.
I znowu musiałam przejść na „ich” stronę, do istnego Mordoru remontowego jak sobie żartuję nieraz. I tym razem spotkałam Marusia, który podskakiwał przy kolejnych kawałkach country, jak podejrzewam.
-Co, Lala, znowu dyżurek?
-Ano, jak widać, panie Marku.
-Nie podrywaj jej!- usłyszeliśmy krzyk z głębi któregoś z pokojów. No tak, Malarz. Słyszał, jak Marek mnie zaczepia i musiał się odezwać, pokazać, że też tu jest i czuwa. Marek tymczasem spojrzał na mnie, poważniej niż zwykle, ten kolejny prosty chłop, który ma w sobie tyle energii, że mógłby konkurować nawet ze mną.
-Lubi cię- powiedział jakoś poważniej.
-Ano, mówi, że przypominam mu jego córkę.- zaśmiałam się, konspiracyjnym szeptem, bo w końcu obgadywaliśmy kogoś, kto stał całkiem niedaleko. Ale Marek wcale się nie zaśmiał.
-Poważnie?
-No tak, a co w tym dziwnego? Pan wie, ja taka stara jak wy to nie jestem- śmiałam się dalej, trochę jednak zdezorientowana.
-Lala, nie no, spoko, tylko wiesz...jego córka nie żyje. Zginęła parę lat temu w wypadku.

Zatkało mnie. Dosłownie, znowu na chwilę odebrało mi mowę. Mi, tej wygadanej i bezczelnej, która zawsze żartobliwie umie się odciąć.
-Ja...ja nie wiedziałam...
-Nie no skąd miałaś wiedzieć Lala. Ale może to dobrze?- powiedział trochę bardziej do siebie nawet niż do mnie pan Marek. I wrócił do swoich zajęć.

Świat jest pełen zaskakujących zwrotów akcji. Świat lubi nas zaskakiwać, tak, że nieraz mówimy, że coś jest całkiem jak w filmie albo jak w książce. Cóż, żadna książka ani film nie powstałyby, gdyby nie rzeczywistość.

Ja nigdy nie miałam ojca. Nie wiedziałam, jak to jest za nim tęsknić. Do tej pory jakoś nie wiem. Ale...może coś we mnie, coś nieuwiadomionego, coś ważniejszego i głębszego, zawsze jakoś tęskniło? I to coś, coś w moim sercu, coś w mojej duszy- może to właśnie, nienazwane, wyczuło cudze wołanie? I może chciało na nie odpowiedzieć?

Ja nie miałam ojca, a raczej miałam nieodpowiedniego. A on miał córkę, którą stracił. Kogoś, za kim zapewne, od wielu kat tęskni. Kogoś, kto pojawia się w jego snach. Bo tak, to znam. Znam tęsknotę za zmarłymi. Za tymi, którzy odeszli przedwcześnie, za tymi, którzy być może, powinni nawet mnie przeżyć. Wiem, jak to poczuć wielką czarną wyrwę zamiast serca, wiem jak to jest włożyć część serca do grobu na zawsze, nawet jeśli nigdy czegoś takiego nie sprawiła śmierć mojego ojca, mimo że ta śmierć sprawiła nawet, że poczułam ulgę.

Ale znam uczucie tęsknoty. Mimo, że nigdy nie tęskniłam za ojcem, bo nawet nie wiem, jak to powinno być, mieć ojca.
I znowu pojawia się myśl, jakie to życie bywa dziwne. I jak nas zderza.

Wyobraziłam to wszystko sobie. To, że on miał swoją ukochaną córkę, do której wracał do domu po ciężkiej pracy. To, że nieraz na pewno się kłócili i nieraz, gdy była nastolatką, mieli dzikie awantury o jej późne powroty do domu. I wyobraziłam sobie, że kiedyś miała 5 lat, a on wyciągał jej monetę zza ucha, a ona śmiała się, śmiała i nie mogła przestać. Bo jej ojciec, jej tata, był dla niej wtedy najważniejszym magikiem. Bo jej tata, być może, potrafił zaczarować wtedy jej świat. Tak jak tego nie potrafił zrobić mój.

Jak to jest mieć ojca? Nadal nie wiem. Nigdy się nie dowiem, tak naprawdę.
I nie będę nad tym przelewać łez.

Mogę za to sobie wyobrazić, ile łez wylał ten szorstki mężczyzna, kiedy stracił swoją córkę. Mogę sobie wyobrazić, jak pił wieczorami, jak płakały jego oczy. Czy to martwe, zakryte bielmem, potrafi płakać?

I wiem, że nikt nigdy nie zastąpi mu jego córki. I wiem, że świat na pewno wie co robi, zrzucając na jego barki taki ból i taką tęsknotę, nawet jeśli on tego nie rozumie, nawet jeśli nie rozumiem tego ja. Nikt z nas zresztą nie zrozumie, póki żyje.

Ale wiem też jeszcze jedno.
Mimo że nie można ukoić cudzej tęsknoty, mimo że jeden człowiek nigdy nie zastąpi innego, istnieją w tym świecie chwilowe cuda. Magiczne chwile.

Ja nigdy nie dowiem się, jak to jest mieć ojca, bo mój po prostu wszystko brawurowo zjebał. On nigdy nie będzie miał na nowo córki, nie ożywi jej, zostały mu tylko wspomnienia. Wspomnienia i monety wyciągane zza ucha. I to one sprawiają, że w tym świecie dalej można się uśmiechać.

Los dziwnie nas zderza. Czasem tak, że wydaje się to całkiem bez znaczenia. Ale w tych zderzeniach, w tych spotkaniach są momenty, w których możemy zapomnieć o tym wszystkim, co złe i niedobre. Możemy zapomnieć o tęsknocie, bólu, stracie. Możemy zapomnieć o strachu i atakach histerii, nieprzespanych nocach.
To momenty, gdy spotykamy się poza czasem. Momenty, w których istnieje tylko radość i dziwne ciepło pod sercem. W nich mam 5 lat i ojciec, którego nie miałam, a może nawet i ten, który pił i bił i krzyczał, uczy mnie magicznych sztuczek zamiast zasiewać w sercu lęk. W nich, tych właśnie momentach, jego córka nigdy nie umarła a on jest dla niej całym światem, tak jak ojciec może być tylko dla ukochanej córki.

Małe codzienne cuda. I je warto dostrzegać i pamiętać o nich nie tylko wtedy, gdy zbliżają się święta i grudniowo za oknem pada śnieg. Bo właśnie, przecież, mamy już grudzień, prawda?

Co więcej, może czasem warto je, dla siebie i dla innych, wręcz prowokować, pozwalając się sobie zderzać i rozdając czasem uśmiech?



Zrozum, przez co przeszłam
Ja tego nie planowałam.
I ludzie zewsząd myślą o mnie, że jestem lepsza.
Ale tęsknię za tobą, tęsknię
Bo lubiłam to, lubiłam, kiedy tam byłam.
Czy wiesz o tym, czy wiesz?


Ona pewnie też lubiła monety wyciągane zza ucha.  

40 komentarzy:

  1. Niesamowite... miałam dzisiaj w szkole warsztaty z człowiekiem, który w ramach wstępu przytoczył fragment swojej historii, a mianowicie fakt, że w wieku 5 lat stracił ojca i... w trakcie dojrzewania nie tęsknił za nim, bo go nie pamiętał, ale wszyscy dookoła mówili mu, że MUSI tęsknić, MUSI mieć traumę, bo jak można nie mieć traumy po takiej stracie?! A Ty w tym momencie piszesz o swoim ojcu, o tym, że za nim nie tęskniłaś, nie zastanawiałaś się, co by było, gdyby był inny, gdyby może był właśnie taki, jak bohater Twojego posta. I taka refleksja mnie naszła, że... wszystko w tym wszechświecie jest ze sobą połączone i że dzisiejsze warsztaty w szkole i Twój post otworzyły mi może trochę oczy albo - bardziej - otworzyły mnie na inną perspektywę, której wcześniej nie brałam pod uwagę, bo może wcześniej jeszcze nie umiałam, może nie chciałam... mniejsza o powody.
    Ale właściwie... chciałam Ci też powiedzieć, że właśnie nie warto się zbytnio zastanawiać, co by było, gdybyś nie miała ojca alkoholika. Co by było, gdyby coś tam. Pewnie zresztą sama o tym wiesz :) Ja przez pół podstawówki i całe gimnazjum czułam się źle z powodu własnego ojca, który był zawsze i nigdy nie był chory czy uzależniony... ale jakby go nie było. Przez bardzo długi czas miałam do niego żal (może mam nadal, ale na pewno już nie w takim stopniu), bo nigdy mnie nie chwalił, nigdy nie dowartościowywał, często wręcz przeciwnie - wytykał błędy, porównywał do innych, mówił słowa raniące nie tylko do mnie, ale również do moich braci. Nie wiedziałam właściwie, że może być inaczej, nigdy tego nie dostrzegałam (czy bardziej nie chciałam - mechanizm obronny taki). Nie tęskniłam do opiekuńczego, troskliwego, mniej powściągliwego człowieka, wrażliwszego człowieka, mimo że przeszkadzał mi brak tych cech... ale jakby przyjęłam, że może wszędzie tak jest, że może po prostu każdy mężczyzna taki jest - nie miałam innego wzorca, z takim się wychowałam. To bolało, przeszkadzało, ale pękłam dopiero, gdy zobaczyłam, że... właśnie są też tacy troskliwi ojcowie, choć... moje znajome jakby cierpiały na drugą skrajność - nadopiekuńczość, która negatywnie się na nich odbijała. Ale... co chcę przez to wszystko powiedzieć to to, że nie ma sensu gdybać, ponieważ gdybyś Ty nie miała ojca alkoholika, to mogłabyś mieć ojca cierpiącego na inną chorobę albo zdrowego, tylko właśnie nadopiekuńczego albo nie agresywnego, ale apatycznego. Mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi :)
    A rozdawanie uśmiechu... przydaje się na pewno. Chociaż na mnie ludzie na ulicy dziwnie się patrzą, gdy się do nich uśmiecham mimo tego, że ich nie znam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, jakby nie było, świat nam bardzo lubi dawać znaki, często pokrętne, często pozornie niezwiązane więc...może i w pewien sposób zbieżne historie są znakiem i dla ciebie właśnie? Z reguły to wychodzi niestety dopiero z czasem bo jesteśmy za mali żeby naprawdę zrozumieć ale...pogrzebać, poszukać nie zaszkodzi:)
      I pewne refleksje po prost nachodzą nas w odpowiednim czasie, wcześniej nie miały do nas szans dotrzeć, często jestem takiego zdania:)
      Też się właśnie nie zastanawiam, mówię, to pierwszy raz w ciągu 26 lat mojego życia, kiedy poczułam pewne ukłucie. Ba, paradoskalnie, mimo bólu jaki mi zadał, ja jestem światu wdzięczna za swoją taką a nie inną historię, bo lubię siebie taką jaką jestem a wiem, że pewne przeżycia sprawiły że stałam się silniejsza skoro to przetrwałam, może nawet bardziej czulsza i wrażliwsza na pewne sprawy. Także, nie gdybam, bo wiem, że co było to było, nie zmienia się, tylko właśnie wczoraj przyszło mi do głowy, że może fajnie byłoby mieć ojca. Ale to żadna rozpacz, że mój był jaki był. Bo ten fakt też mnie ukształtował i pewne rzeczy z niego płynące były właśnie darem:)
      I...rodzice, najważniejsze osoby dla nas w świecie, zawsze zaszczepiają w nas pewne traumy. Czy są, czy ich nie ma, czy są dobrzy czy...są źli. Ksztatłją nas, a nie sposób uniknąć tu błędów, nawet minimalnych niestety. I kiedyś usłyszałam najważniejszą rzecz- że w pełni dorastamy i godzimy się ze światem wtedy, kiedy wyzbywamy się żalu do rodziców i rozumiemy, że i oni...są po prostu ludźmi. A to właśnie nieraz najtrudniej nam pojąć.
      Bo mało kto to robi, ale ich zdziwienie też jest pewną nagrodą:)

      Usuń
    2. Wiem, po prostu... jakby nadal się tego uczę? Nadal dojrzewam? Coś w tym stylu, ja i tak widzę progres, a że czasem jakieś niekoniecznie potrzebne czy pozytywne emocje się przypałętają, to... traktuję to jak część procesu, w końcu to właśnie z tych negatywnych emocji przychodzi to zrozumienie, jakieś pogodzenie się i tak dalej. Tylko najpierw muszą wyjść, potem minąć, a potem jakąś lekcję się wyciąga. Przynajmniej ja tak mam i właśnie to lepiej, że wszystko przychodzi tak stopniowo. I chyba większość ludzi przechodzi coś takiego, że musi się z jakimiś rzeczami oswoić, pogodzić na swój sposób...
      Hm... ja zwykle mam na uszach słuchawki, więc zapewne twierdzą, że to przez to, czego akurat słucham. Ale jakoś tak przyzwyczaiłam się do tych dziwnych spojrzeń, bo wiele razy wracając wieczorem do domu po prostu tańczyłam idąc, machałam głową itd. w rytm muzyki, udawałam, że gram na perkusji, gitarze i generalnie byłam takim... solowym zespołem XD Aczkolwiek kilka razy wychodząc z psem sąsiadów na spacer zdarzyło mi się, że ktoś mnie zatrzymał, zagadał - "o, jaki piękny piesek, można pogłaskać?" ♥ Uwielbiam takie momenty i to jest dopiero piękna nagroda.

      Usuń
    3. To oczywiste, że nadal dojrzewasz i przekuwasz złe, żale itp. w siłę, w dobre, w doświadczenie bo...wszyscy cały czas to robimy. W sumie, te procesy, dojrzewanie, nigdy nie ma końca, ale właśnie pewne rzeczy możemy ogarnąć i jasne, to nie zdarza się na pstryknięcie palcami. Ale dobrze już czuć, że jest się na właściwiej drodze niejako.
      Dajcie czasowi czas, po prostu, znowuż, niezawodny Stachura:)
      A to może być. Ja w ogóle do tego jeszcze chodzę i śpiewam i nucę i to...niekoniecznie mając słuchawki. Ja to dopiero na wariatkę wyglądam nieraz XD Więc w sumie, mogłybyśmy na ulicy tworzyć niezły zestaw XD

      Usuń
    4. Hm... ja jak nie mam słuchawek, to prędzej myślę o tym, co chcę napisać, więc żadnego soundtracku nie mam XD Ale potrafi mi zacząć lecieć coś w głowie i mogę przypadkowo zapomnieć, że jestem w miejscu publicznym i zacząć tańczyć, więc obie wpasowujemy się w rolę świrów bardzo dobrze XD Ach, a jak ja raz na rok spotkam kogoś, kto odważy się ze mną iść ulicą i śpiewać, to się cieszę XD

      Usuń
    5. No to ja mam wiecznie soundtrack, ale to nie przeszkadza myślom, wręcz przeciwnie XD Hah, to oby coraz więcej takich ludzi, bo to jest fajne :)

      Usuń
  2. Wiedziałam, że córka tego człowieka nie żyje, przeczuwałam, czytając. Brzmi jak przy lekturze książki, może tandetnie, ale tak było. Bo pomyślałam sobie, że inaczej aż tak by między wami nie zaiskrzyło. Gdyby mój ojciec spotkał kogoś podobnego do mnie, nie pozostałby obojętny, ale też specjalnego poruszenia by nie odczuł. Ma mnie na co dzień, a tu przemówiła tęsknota, ta, której sama nie rozumiem, bo skąd? Do tego Twoja historia.. Niezwykłe spotkanie.
    Fajnie mieć ojca, ale nie wiem, jak to jest mieć matkę na wyciągnięcie ręki, tworzyć tę wieź. Tu po części podzielam Twoje odczucia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No a ja w życiu bym nie pomyślała, ale fakt, jak już jest po fakcie i jak to napisane jest, a nie doświadczane, to zupełnie co innego:)
      Więc właśnie, co z tego, że ktoś podobny, skoro ma ciebie jedną, wyjątkową? Co innego właśnie jak odczuwa się pewien brak.
      I tak, jak nauczyłam się mieć przyszywane matki tak może...nauczę się mieć przyszywanych ojców? Dziwne uczucie, ale miłe. Takie w środku znaczy.
      I...właśnie, u ciebie jest zupełnie odwrotna sytuacja.

      Usuń
    2. Właśnie dlatego napisałam o przeczuciu czytelniczym. Chcesz czy nie, prowadzisz bardzo literacką narrację :)
      A widzisz... Ja nigdy tak nie miałam w sensie przyszywania. Ojciec i sporo starszy brat zawsze mówili, że jest mamusia, która mnie kocha, więc wszystkie uczucia należy "trzymać dla niej". Do dziecka to bardzo mocno przemawiało, a potem siłą rzeczy zachowywałam dystans. Teraz nie mam nikogo takiego, jak np Twoje koleżanki z pracy. Więcej, jak ktoś to próbuje robić np koleżanka taty, jeszcze z podstawówki zresztą, kiedy poszłyśmy na pierwsze i jedyne wspólne zakupy, jakoś mimowolnie się jeżę. Co znaczy wychowanie...

      Usuń
    3. No no, rozumiem:) Hah, może jednak powinnam napisać swoją ksiażkę wreszcie?XD
      Rozumiem, taka bariera po prostu wmówiona wręcz. A to...szkoda. Bo przyszywane mamusie są naprawdę fajne. Czyli w sumie tak jakoś..dodatkowo ci to odebrano można rzec. Niechcący, ale jednak.

      Usuń
  3. Też nie mam ojca. Kiedyś na niego czekałam aż się zjawi. Teraz to chyba nie chciałabym już z nim porozmawiać. JUż nie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja trochę dziwnie...może dojrzewam do tego, że nawet porozmawiałabym ze swoim. Bo wybaczyłam, nie mam już żalu. Ale u mnie to tylko gdybanie, bo mój już nie żyje.

      Usuń
    2. Napisałam chyba ale kto wiem jak reaguje jak go spotkam. Może ucieknę, może rzuce się do niego z pięściami?

      Usuń
    3. Tego nie da się raczej przewidzieć.

      Usuń
  4. Pamiętam,że jakiś czas temu pisałam,że nie chcę się z nikim wiązać, mam dość facetów i konsekwencją samotności będzie brak dzieci. I komentarz,że przecież facet mi niepotrzebny i poczułam wielki bunt, ale jak to, przecież dziecko potrzebuje ojca,musi go mieć. Takiego jak mój tata. Nie mogłabym mieć dziecka bo ja chcę i świadomie zrezygnować z tego co może dać dziecku ojciec. Bo może dać ogrom miłości. Ale wiem,że mam nieco przeidealizowany obraz,bo w końcu ile może być ojców jak mój tata? Nie wiem, są tacy panowie, którzy rodzą się i wiadomo,że powinni być ojcami. A są takie przypadki, które nie powinny nigdy zakładać rodziny. Ja wiem,że bez ojca żyć bym nie mogła normalnie. Na pewno bez mojego taty byłabym dużo gorszą osobą po prostu....
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tak naprawdę dziecko może wychować się bez ojca, matki, jasne. Są różne sytuacje w życiu i dziecko potem potrafi sobie świetnie radzić jako dorosły bez wizji partnerstwa w domu, nie mieć żal, traum ale...co innego przypadek, bo ojciec/matka umarli, odeszli, wyszło inaczej, rodzice się rozwiedli. A co innego świadome skazywanie z góry na jakiś ewentualny trudniejszy start. Jakby nie było...to dzieciństwo nas kształtuje na zawsze. I nawet najlepsi rodzice popełniają błędy, tego się nie uniknie ale jeśli można chociaż minimalizować to...warto.

      Usuń
  5. Dla mnie temat ojca zawsze był trudny. Mam go i kocham, ale i jednocześnie nienawidzę. Pił, bił i krzyczał... a później przez jakiś czas było dobrze. I znów trzeba było go wyciągać z dna... I tak w kółko.
    Moje koleżanki w dzieciństwie płakały, że nie mają ojców. Ja chciałam być na ich miejscu.
    Mimo to, chyba dobrze jest mieć ojca. W te lepsze dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ty jeszcze masz ambiwalencję, miałaś okresy, gdzie z ojcem było dobrze...u mnie to się nie zdarzało, nie pamiętam czegoś takiego. Ale to może właśnie jeszcze trudniejsze, taka huśtawka? Trudna miłość, bo przecież tam gdzieś zjawia się miłość.
      Tak naprawdę się nie dowiem, mogę trochę w to się jedynie "pobawić"

      Usuń
  6. Mindfuck straszny, cholera, zresztą wiesz... pisałam Ci. Bo i skąd mogłaś wiedzieć... nie lubię takich niespodziwanych zwrotów akcji. Ale nic na nie nie poradzimy.
    Kurcze, jak mi ten tekst o kojarzeniu się z córką przypomina bardzo stare czasy, kiedy byłam na stażu jeszcze w pracowni plastycznej. I wiesz co... mimo, że ja z moim ojcem mam dobry kontakt, to... fajnie było mojego szefa nazywać drugim tatą. Takim ,który wysłuchał, ale też opierdolił, jeśli coś ochrzaniłam. I te słynne "Ruda, dzień zaczynamy od kawy" :) Dzięki niemu nie wylądowałam na ASP i zaczęłam twardo stąpać po ziemi. Bo kurcze... choć z tatą moim żyję dobrze, to jednak... nieraz brakuje mi takiej poważnej, szczerej rozmowy z nim. O życiu. Chyba nigdy nie umiałam. A z panem R. przyszło mi łatwo. Takze da się... spokojnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy to był mindfck, ale po pierwszym wtf to było nawet miłe. I jest. Jutro pewnie też pan Malarz będzie i znowu mi jakąś sztuczkę wymyśli, ja to będę dalej ja, on to on, ta wiedza wiele nie zmienia i po prostu znowu padnie parę żartów:)
      To ja tak mam z dziewczynami w pracy, mam swoją matkę, ale w Poznaniu, w robocie mam zastępcze mamy do których nawet mówię nieraz mamo a one do mnie córuś:) Także no, wiem o co chodzi, że mając rodzica można i mieć takie "zastępstwo" jak czegoś brakuje, bo mi brakuje nie rozmów z mamą ( bo moja mama to w ogóle skarb pod tym względem) ale fizycznej namacalnej obecności. Co innego ojciec, tu braku nie odczuwam bo..nie uznaję, że miałam ojca, tylko znam ten negatywny aspekt. Dlatego no, to po prostu coś nowego, nawet pomyśleć o "zastępstwie".
      A może przyjdzie i czas, że i ze swoim tatą rozmawiać się nauczysz?:)

      Usuń
    2. Z pewnością :) I oby tak było. Zapewne mi o nich opowiesz ^^
      Dokładnie. I rozumiem... albo staram się zrozumieć, bo tak naprawdę nawet nie umiem sobie wyobrazić tego. Nigdy tak nie miałam po prostu. Ale może te nowe okaże się w końcu miłym :)
      Kto wie, może ;) Chociaż znam go już przeszło 26 lat i jakoś marnie to widzę ^^'

      Usuń
    3. Hah, mogę opowiedzieć jak jestem cichociemną i przemycam im leki XD
      Otóż to, ważne, żeby się na nowe jakoś nie zamykać:)
      ale życie może zawsze zaskoczyć, wiesz o tym:)

      Usuń
  7. Nie mam pojęcia, co napisać. Bo nie lubię rozmawiać o rodzicach. Jesteś niesamowitym człowiekiem, bo po raz kolejny pokazujesz, jak wiele jest w Tobie dobra :). I miałaś prawo nie wiedzieć o jego córce. Myślę czy spotkanie osoby podobnej do niej było dla Pana Malarza czymś smutnym czy raczej radosnym i chyba dochodzę do wniosku, że raczej nie poczuł ukłucia tęsknoty, a raczej takie miłe wspomnienie swojego dziecka.
    Piosenka piękna, pierwszy raz chyba ją słyszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam okres gdzie wstydziłam się rozmawiać o swoim ojcu. Ale mi to przeszło bardzo szybko z kolei.
      Bo ja wiem czy dobra :P Chociaż i Maruś mi powiedział, że ja to mam serce na właściwym miejscu, jak aspirynę im przemycałam za te ich drzwi XD Ale no, to akurat typowy przypadek. I wiedzieć nie wiedziałam, teraz dalej jakoś udaję że nie wiem, bo po co to wywlekać. A jutro znowu idę do pracy i...można dalej się pośmiać. Złapać parę fajnych momentów, właśnie fajnych dla mnie i chyba też dla niego:) I tyle starczy:)
      A ja ją uwielbiam. W ogóle mam słabość do Poziomek:)

      Usuń
  8. To zawsze miłe gdy ktoś mówi coś w rodzaju: "chciałabym taką córkę jak ty". Wiesz, że z mamą miałam różnie, a z ojcem to juz w ogóle tragedia. Więc gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że chciałby być moim ojcem to bym się rozpłakała jak nie wiem co. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja się nie rozpłakałam, ale ok, miałam już swój moment wzruszenia:)

      Usuń
  9. Również nie wiem, jak to jest mieć normalnego ojca. Nie wiem, czy odwiedzać go w więzieniu, czy nie. Nie wiem, czy po jego powrocie będzie choć odrobina spokoju czy nie. I nie wiem, czy moje, póki co nieudane życie jest wynikiem tych toksyn, czy jednak miałam jakiś wpływ na nie. Nic nie wiem.
    Podziwiam, że byłaś w stanie ot tak się odciąć od przeszłości, że jesteś tak cholernie pozytywna, że ludzie do Ciebie lgną. Ale najwidoczniej wspaniałych ludzi wyczuwa się na kilometr :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze ma to wpływ i...warto się dowiedzieć. Bo tylko tak można pewne rzeczy/...wyleczyć. Rozumiejąc. Wiedząc.
      I jeny, już, bo mi ego nadmiernie urośnie! XD

      Usuń
  10. Ja nigdy nie lubię, kiedy ktoś, kogo tak naprawdę nie znam, mówi mi, że kogoś mu przypominam. Miałam tak 2 razy, nigdy nie wyszło z tego nic dobrego, jak w Twoi przypadku. Nie wiem, czy to dobrze, że mu tego kogoś przypominam, czy nie. Może przypominam komuś jego córkę albo siostrę albo jeszcze kogoś innego, kogo lubił/kochał. Ale też może przypominam komuś niewdzięczną córkę, dziewczynę, która odeszła do innego, bo ma więcej kasy.
    Jednak w Twoim przypadku nie przejmowałabym się tym, że tak zareagowałaś. Skąd niby miałaś wiedzieć, jaki los przypadł jego córce? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czy u mnie wyszło coś złego? Wręcz przeciwnie:) To wzruszające, jakoś rozbijające ale...w gruncie rzeczy dobre spotkanie:) I nadal jest wesoło, jak np. przemycam panom budowlańcom, w tym Malarzowi, jakieś maći na poharatane ręce i tak dalej :)

      Usuń
  11. Czasem warto pozwolić na to, żeby działa się magia. Historia dwojga ludzi może się uzupełniać. I tak jest dobrze.
    Miłego Frido :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak to się los dziwnie toczy..Często niezrozummiale

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrozumienie przychodzi po prostu z czasem:)

      Usuń
  13. A ja w sumie nie wiem, jak to jest mieć takich rodziców emanującym ciepłem. Gdy słyszę, że kogoś rodzice obejmują, pocieszają, to sama zastanawiam się, czy chciałabym swoich na takich przerobić, czy w ogóle jest mi to potrzebne.
    A dla tego pana może jesteś rzeczywiście podobieństwem jego córki - jeśli była tak samo wesoła i kontaktowa, to dużo stracił, więc przyjemne jest to, że macie takie relacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu rodzice są różni, jak różni są ludzi i ...nie zmienimy ich. Nie ma więc często co porównywać czy gdybać. Są jacy są i dobrze jest, jeśli można ich po prostu kochać takimi, jacy są.
      Też się cieszę:)

      Usuń
  14. mi nigdy nikt nie wyciągnął monety zza ucha, a bardzo bym chciała!
    zaskakująca i poruszająca historia. zabieram się do tego komentarza już któryś raz i nie umiem się porządnie wyrazić.
    te momenty zdecydowanie są magiczne, zwłaszcza, że Ty darzyłaś pana Marka szczególnym rodzajem sympatii i potem dowiedziałaś się, jaką tragedię przeżył, i że to działa w dwie strony. takich chwil się nie zapomina - dwoje ludzi uśmiecha się do siebie w duchu.
    lubię jak piszesz, zwłaszcza, jak opisujesz takie chwile. szablon bloga tworzy wspaniałe tło do tej opowieści :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy, Maruś to Maruś, a Malarz to Malarz XD I fajnie jest jak ci monetę wyciągają, polecam :)
      I...miło mi to czytać, dziękuję. I cieszę się, że tło się podoba i komponuje jakoś:)

      Usuń
  15. Życie jest trudne :(
    Pozdrawiam Niecoinna

    OdpowiedzUsuń