-Ma pan do mnie ewidentną słabość,
co?- zaśmiałam się do swojego ulubionego Malarza (Pokojowego),
kiedy znowu przywitał mnie w pracy wielkim uśmiechem i zdaniem, że
wróciła jego ulubiona krzykaczka. Oddziałowa śmieszka. No tak,
nawet ich Kierownik mi mówi, że słyszał, że się gdzieś tu
śmieję, to wiedział, że będę.
Ewidentnie, zostałam ulubienicą
naszych robotników, budowlańców, którzy dzielnie walczą z naszym
remontem. I tych polskich i tych ukraińskich.
Bo jak ktoś ma coś załatwić z
oddziałową, to jeśli mam dyżur, przychodzą do mnie. Jeśli coś
zorganizować, ogarnąć, nowe klucze, to jestem to ja. To ja
pożyczam im ołówki, czajniki, przemycałam nawet plaster i to nie
po to, żeby zrobić im opatrunki, ale po to, żeby mogli...okleić
sobie buty. Bo to ja odpowiadam śmiechem na ich zaczepki, to mnie
wszędzie pełno, wszędzie słychać i to ja jestem jak mała
elektrownia atomowa, która biega po oddziale jakby się coś paliło.
I doprawdy, to bieganie widoczne nawet jest na moich butach, które
mają całkiem starte podeszwy.
Ewidentnie jestem ich ulubienicą, taką
trochę córką dla niektórych, bo ci starsi panowie traktują mnie
trochę ja córę- śmieszkę, takie mam wrażenie. To za mną wołają
per „lala” ale całkiem bez podtekstu, to mi pan Maruś wkłada
do ucha słuchawki które stale nosi i uczy mnie tańczyć jakieś
dziwne country.
Owszem, są i ci młodsi. Ci, z którymi
dobrze by było iść na piwo. Ale są właśnie i ci tatusiowie, bo
są w wieku, że ich dzieckiem mogłabym być nawet i najmłodszym.
Ojcowie. Tacy, właśnie tacy tatusiowie, którzy ciężko pracują
ale i piwo lubią sobie wypić.
Nie znam się jednak na ojcach. Na
byciu córką dla mężczyzny.
Nie wiem jak to jest. Może tylko sobie
wyobrażam, że właśnie tak mnie traktują, tak do mnie podchodzą,
tak jak te starsze panie z oddziału są dla mnie matkami?
Nie wiem, po prostu nie wiem.
Ale lubię z nimi żartować, a oni ze
mną. Ja dla nich jak córka w moim jakimś wyobrażeniu, oni dla
mnie ja tatusiowie. Dzisiaj okazało się jak bardzo.
-Ma pan do mnie ewidentną słabość,
co? - zaśmiałam się do niego tego dnia.
-Ano mam, lala. Przypominasz mi
kogoś.
-Kogo?
-Moją córkę. - powiedział i
urwał temat, wracając do pracy, poważniejszy, niż przed chwilą,
niż przed paroma minutami, kiedy to znowu pokazywał mi swoje
magiczne sztuczki.
No tak. Jestem w wieku, w którym
mogłabym być jego córką. Czemu nie, mogę mu ją przypominać,
nawet to fajnie brzmi, pomyślałam. Tak po prostu, bez żadnego
zastanowienia, jakiejś refleksji. Bo przecież on lubi mnie, a ja
lubię jego.
Tego pana bez jednego oka, tego pana z
siwymi włosami i siwym wąsem, po którym widać ciężar przebytego
życia.
Od początku, kiedy zaczął tu pracę
i kiedy mnie spotkał, chyba mnie polubił. Ewidentna słabość,
kiedy przechodziłam korytarzem, zanim część oddziału, na której
robią remont, została całkiem oddzielona od nas ciężkimi
drzwiami. Zagadywał, zaczepiał, żartobliwie, po prostu. Ja zresztą
nie byłam lepsza, przecież ja ich wszystkich stale zaczepiam,
śmieję się, rozmawiam z nimi. Proponuję obiadek kiedy roznoszę
talerze po pacjentach. Ja sama muszę stale pogadać, nie umiem być
tym odciętym człowiekiem, podobnie jak w tramwaju czy pociągu, nie
mogę przepuścić okazji do rozmowy.
Zawsze łaknę kontaktu, nawet takiego
powierzchownego, żartu, interakcji. Taka natura. Wybitnie stadna.
Zaczepialska, z nadmiarem energii. Istna bateria wodorowa napędzająca
śmiech i kolejne żarty.
Ale z panem Malarzem (Pokojowym) od
razu zaskoczyło, żartami, pozdrowieniami na korytarzu, tak jak
zaskoczyć może po prostu z drugim człowiekiem. I już drugiego
dnia pokazywał mi swoje sztuczki. Wyciągnął mi monetę zza ucha,
a ja skakałam z radości, jak małe dziecko, bo przecież naprawdę
mnie to tak uradowało. I moja radość chyba dała mu prawdziwy
okruch szczęścia, widziałam to w tym śmiechu bez paru zębów i
jednym sprawnym oku, bo przecież drugie zakrywa szczelnie bielmo, za
którym nie można dostrzec ani kawałeczka duszy.
Innym razem chwytał za nos, nabierał
mnie na to, że mam gdzieś dziurę. Tak całkiem sympatycznie. Tak
trochę szorstko, po ojcowsku właśnie.
W taki sposób, jakiego za bardzo nie
znam.
Bo przecież nie mam ojca. Nigdy tak
naprawdę nie miałam. Nie wiem, czym jest ojcowska czułość, znam
tylko strach przed mityczną postacią, która w alkoholowym szale
demoluje kuchnię.
I nigdy za bardzo się nie
zastanawiałam, czy mi tego brakuje. Bo jeśli czegoś nie ma...jak
może ci tego brakować? Miałam matkę. Babcię. Siostrę.
Nie brakowało mi ojca, wolałabym się
go pozbyć już jako dziecko. Bo lepiej by było, gdyby go nie było.
Jego i kolejnego strachu, awantur, bólu zadawanego czasem samym
krzykiem, a czasem i pięścią. Drzwi porąbanych tasakiem, moich
napadów histerii, płaczu jako dziecko. Może i lepiej, żeby ojca
nie było, niż żeby kojarzył się tylko z tym, prawda?
Znałam opowieści o dobrych ojcach,
ale wydawały się bajkami. I może przez opowieści powinnam zacząć
tęsknić, ale one były mityczne, bo większość ojców w świecie,
który mnie otaczał, była taka, jak mój albo w lepszym trochę
wypadku, po prostu nieobecna. Tacy byli ojcowie w świecie, który
mnie otaczał.
Z czasem poznałam i dobrych ojców, do
których jednak zawsze podchodziłam jakoś nieufnie. Z czasem
poznawałam normalne rodziny, takie, w którym nie było alkoholu,
takie w którym ojciec nie bił, a był. Wychowywał, żartował, był
czuły, całkiem inaczej niż matka. Ale byłam już w tym wieku,
gdzie niepotrzebny był mi ojciec, potrzebny był mi partner. I może
dlatego, przez jakiś czas lubiłam sypiać ze starszymi od siebie
facetami, może dlatego do tej pory podoba mi się siwizna...mimo, że
nie obsesyjnie. W końcu mój Mąż nie jest wiele starszy ode mnie,
tylko 2 lata, tyle co nic.
Miałam więc ojca, ale nigdy nie
poznałam, co to znaczy ojca mieć. Być przez niego wychowywanym.
Znać nie tylko awantury a potem lata milczenia. Kochać ojca, a nie
nosić tylko po nim blizny.
I nigdy mi to nie przeszkadzało, nigdy
mnie to nie uwierało. Nigdy nie starałam się patrzeć na to jak na
stratę, jak na brak. Bo zawsze wierzyłam, że w pewien sposób
jestem i przez to silniejsza, odporniejsza, dzielniejsza. Może i
bardziej wyzwolona, jako wychowana przez kobiety, które tak naprawdę
radziły sobie same.
Może i nadmiernie dumna wobec mężczyzn
i nieufna. Ale przez to ceniąca swoją wolność.
Zawsze starałam się patrzeć na dobre
aspekty tego, że odcięłam się od ojca. Że mimo iż pił i bił,
nie miał wpływu na moje wychowanie, nie poznałam bezpośrednio co
to męski tyran, co to męska władza, bo jednak, rodzice byli w
separacji i mama decydowała sama o sobie. Mimo awantur przez
mieszkanie we wspólnym domu. Zawsze staram się patrzeć na to, że
przez to może moja dzika kobiecość mogła rosnąć bez zahamowań,
kto wie, może i przez to moja seksualność, niekontrolowany
temperament?
Nigdy nie zastanawiałam się wielce
nad tym, czy coś straciłam.
Bo straciłam?
No bo jak to jest mieć ojca? Warto
jest mieć ojca? Fajnie jest mieć ojca? Czy to takie ciepło, jak
ciepło matki?
Sama nie wiem. Nie mogę wiedzieć,
skoro tego nigdy nie było. I nieraz ze zdziwieniem słucham historii
choćby Baśki, której ojciec zmarł, gdy była małym dzieckiem,
słucham ze zdziwieniem tego, że ojca jej brakowało.
To może go brakować? Ojcowie są
nieobecni albo niebezpieczni.
Nie znam miłości do ojca, nie znam
miłości jako córka.
Czy coś straciłam?
Sama nie wiem. Nigdy nie wiedziałam. I
dopiero ostatnio poczułam takie ukłucie. Delikatne i niewinne,
ukłucie pomiędzy kolejnymi żartami i monetami wyciąganymi zza
ucha.
Czy tak właśnie byłoby mieć ojca?
Fajnie, wesoło, tak właśnie jakoś ciepło i radośnie?
Poznałam wielu mężczyzn którzy by
mogli być moimi ojcami. Wielu w tym wieku, niektórych, którzy
próbowali mnie jakoś uznać nawet za swoją córkę. Mam przecież
teścia, ojca mojego Męża, który jest wspaniałym ojcem. Ale nie
umiem mówić do niego tato, nie umiem pomyśleć, że to właśnie
ojciec. Nie umiem nawiązać takiej więzi.
Bo nigdy jej nie znałam.
Nigdy jej nie potrzebowałam.
I ta dziwna myśl, myśl o ojcu,
którego nie miałam, pojawiła się znienacka. W kolejnym prztyczku
w nos, który dał mi ślepy na jedno oko malarz.
Nigdy nie miałam ojca. I dziwna myśl,
dziwne uczucie. Bo gdy pierwszy raz wyciągał mi monetę zza ucha
poczułam się, jakbym miała 5 lat i jakbym nigdy nic nie straciła.
A może właśnie poczułam, co straciłam. Tą dziwną radość,
małej dziewczynki, przed którą starszy mężczyzna odkrywa dziwne
prawidła tego świata, pokazuje jej jakie czają się w nim
sztuczki.
Czy tak właśnie jest mieć ojca?
Tego, który uczy razem ze starszą kobietą lekcji o świecie,
uzupełniając wiedzę? Czy tak właśnie jest patrzeć na drugi
wzorzec, na spracowane ręce i doświadczać radośnie, przez drugi
pryzmat płci, przez inne spojrzenie świata?
Czy tak to właśnie jest? Ze śmiechem,
a nie ze strachem? Z dziwną czułością?
Czy to się różni?
Czy to w ogóle potrzebne, skoro ja
lubię siebie taką, bez ojca wychowaną i czuję się kompletna?
Pomyślałam, że może rzeczywiście,
to byłoby dobrze mieć ojca, tak po prostu, może warto byłoby mieć
drugiego rodzica ale... pomyślałam, że czasu nie cofnę i nie mogę
żałować nagle czegoś, czego wcześniej nie miałam i nigdy mieć
nie będę. Ale poczułam tą dziwną falę w sobie, dziwną radość,
dziwną energię powodująca kolejne rozbrykanie. I tak bardzo
spodobał mi się uśmiech Malarze (Pokojowego). Jego właśnie
radość. Taka figlarna ale i ciepła.
I poczułam, że może on, spracowany,
palący papierosy bez filtra, starszy pan bez oka, łypiący trochę
jak pirat ze starych filmów może mi przypominać ojca, którego
nigdy nie miałam.
A ja ponoć przypominam jego córkę.
Dobrze się składa.
Radośnie i jakoś czule jak na całkiem
obcych sobie ludzi, prawda?
Zajmowałam się dalej swoją pracą.
I znowu musiałam przejść na „ich”
stronę, do istnego Mordoru remontowego jak sobie żartuję nieraz.
I tym razem spotkałam Marusia, który podskakiwał przy kolejnych
kawałkach country, jak podejrzewam.
-Co, Lala, znowu dyżurek?
-Ano, jak widać, panie Marku.
-Nie podrywaj jej!- usłyszeliśmy
krzyk z głębi któregoś z pokojów. No tak, Malarz. Słyszał, jak
Marek mnie zaczepia i musiał się odezwać, pokazać, że też tu
jest i czuwa. Marek tymczasem spojrzał na mnie, poważniej niż
zwykle, ten kolejny prosty chłop, który ma w sobie tyle energii, że
mógłby konkurować nawet ze mną.
-Lubi cię- powiedział jakoś
poważniej.
-Ano, mówi, że przypominam mu jego
córkę.- zaśmiałam się, konspiracyjnym szeptem, bo w końcu
obgadywaliśmy kogoś, kto stał całkiem niedaleko. Ale Marek wcale
się nie zaśmiał.
-Poważnie?
-No tak, a co w tym dziwnego? Pan
wie, ja taka stara jak wy to nie jestem- śmiałam się dalej,
trochę jednak zdezorientowana.
-Lala, nie no, spoko, tylko
wiesz...jego córka nie żyje. Zginęła parę lat temu w wypadku.
Zatkało mnie. Dosłownie, znowu na
chwilę odebrało mi mowę. Mi, tej wygadanej i bezczelnej, która
zawsze żartobliwie umie się odciąć.
-Ja...ja nie wiedziałam...
-Nie no skąd miałaś wiedzieć
Lala. Ale może to dobrze?- powiedział trochę bardziej do
siebie nawet niż do mnie pan Marek. I wrócił do swoich zajęć.
Świat jest pełen zaskakujących
zwrotów akcji. Świat lubi nas zaskakiwać, tak, że nieraz mówimy,
że coś jest całkiem jak w filmie albo jak w książce. Cóż,
żadna książka ani film nie powstałyby, gdyby nie rzeczywistość.
Ja nigdy nie miałam ojca. Nie
wiedziałam, jak to jest za nim tęsknić. Do tej pory jakoś nie
wiem. Ale...może coś we mnie, coś nieuwiadomionego, coś
ważniejszego i głębszego, zawsze jakoś tęskniło? I to coś, coś
w moim sercu, coś w mojej duszy- może to właśnie, nienazwane,
wyczuło cudze wołanie? I może chciało na nie odpowiedzieć?
Ja nie miałam ojca, a raczej miałam
nieodpowiedniego. A on miał córkę, którą stracił. Kogoś, za
kim zapewne, od wielu kat tęskni. Kogoś, kto pojawia się w jego
snach. Bo tak, to znam. Znam tęsknotę za zmarłymi. Za tymi, którzy
odeszli przedwcześnie, za tymi, którzy być może, powinni nawet
mnie przeżyć. Wiem, jak to poczuć wielką czarną wyrwę zamiast
serca, wiem jak to jest włożyć część serca do grobu na zawsze,
nawet jeśli nigdy czegoś takiego nie sprawiła śmierć mojego
ojca, mimo że ta śmierć sprawiła nawet, że poczułam ulgę.
Ale znam uczucie tęsknoty. Mimo, że
nigdy nie tęskniłam za ojcem, bo nawet nie wiem, jak to powinno
być, mieć ojca.
I znowu pojawia się myśl, jakie to
życie bywa dziwne. I jak nas zderza.
Wyobraziłam to wszystko sobie. To, że
on miał swoją ukochaną córkę, do której wracał do domu po
ciężkiej pracy. To, że nieraz na pewno się kłócili i nieraz,
gdy była nastolatką, mieli dzikie awantury o jej późne powroty do
domu. I wyobraziłam sobie, że kiedyś miała 5 lat, a on wyciągał
jej monetę zza ucha, a ona śmiała się, śmiała i nie mogła
przestać. Bo jej ojciec, jej tata, był dla niej wtedy
najważniejszym magikiem. Bo jej tata, być może, potrafił
zaczarować wtedy jej świat. Tak jak tego nie potrafił zrobić mój.
Jak to jest mieć ojca? Nadal nie wiem.
Nigdy się nie dowiem, tak naprawdę.
I nie będę nad tym przelewać łez.
Mogę za to sobie wyobrazić, ile łez
wylał ten szorstki mężczyzna, kiedy stracił swoją córkę. Mogę
sobie wyobrazić, jak pił wieczorami, jak płakały jego oczy. Czy
to martwe, zakryte bielmem, potrafi płakać?
I wiem, że nikt nigdy nie zastąpi mu
jego córki. I wiem, że świat na pewno wie co robi, zrzucając na
jego barki taki ból i taką tęsknotę, nawet jeśli on tego nie
rozumie, nawet jeśli nie rozumiem tego ja. Nikt z nas zresztą nie
zrozumie, póki żyje.
Ale wiem też jeszcze jedno.
Mimo że nie można ukoić cudzej
tęsknoty, mimo że jeden człowiek nigdy nie zastąpi innego,
istnieją w tym świecie chwilowe cuda. Magiczne chwile.
Ja nigdy nie dowiem się, jak to jest
mieć ojca, bo mój po prostu wszystko brawurowo zjebał. On nigdy
nie będzie miał na nowo córki, nie ożywi jej, zostały mu tylko
wspomnienia. Wspomnienia i monety wyciągane zza ucha. I to one
sprawiają, że w tym świecie dalej można się uśmiechać.
Los dziwnie nas zderza. Czasem tak, że
wydaje się to całkiem bez znaczenia. Ale w tych zderzeniach, w tych
spotkaniach są momenty, w których możemy zapomnieć o tym
wszystkim, co złe i niedobre. Możemy zapomnieć o tęsknocie, bólu,
stracie. Możemy zapomnieć o strachu i atakach histerii,
nieprzespanych nocach.
To momenty, gdy spotykamy się
poza czasem. Momenty, w których istnieje tylko radość i
dziwne ciepło pod sercem. W nich mam 5 lat i ojciec, którego nie
miałam, a może nawet i ten, który pił i bił i krzyczał, uczy
mnie magicznych sztuczek zamiast zasiewać w sercu lęk. W nich, tych
właśnie momentach, jego córka nigdy nie umarła a on jest
dla niej całym światem, tak jak ojciec może być tylko dla
ukochanej córki.
Małe codzienne cuda. I je warto
dostrzegać i pamiętać o nich nie tylko wtedy, gdy zbliżają się
święta i grudniowo za oknem pada śnieg. Bo właśnie, przecież,
mamy już grudzień, prawda?
Co więcej, może czasem warto je, dla
siebie i dla innych, wręcz prowokować, pozwalając się sobie
zderzać i rozdając czasem uśmiech?
Zrozum, przez co przeszłam
Ja tego nie planowałam.
I ludzie zewsząd myślą o mnie, że
jestem lepsza.
Ale tęsknię za tobą, tęsknię
Bo lubiłam to, lubiłam, kiedy tam
byłam.
Czy wiesz o tym, czy wiesz?
Ona pewnie też
lubiła monety wyciągane zza ucha.
Niesamowite... miałam dzisiaj w szkole warsztaty z człowiekiem, który w ramach wstępu przytoczył fragment swojej historii, a mianowicie fakt, że w wieku 5 lat stracił ojca i... w trakcie dojrzewania nie tęsknił za nim, bo go nie pamiętał, ale wszyscy dookoła mówili mu, że MUSI tęsknić, MUSI mieć traumę, bo jak można nie mieć traumy po takiej stracie?! A Ty w tym momencie piszesz o swoim ojcu, o tym, że za nim nie tęskniłaś, nie zastanawiałaś się, co by było, gdyby był inny, gdyby może był właśnie taki, jak bohater Twojego posta. I taka refleksja mnie naszła, że... wszystko w tym wszechświecie jest ze sobą połączone i że dzisiejsze warsztaty w szkole i Twój post otworzyły mi może trochę oczy albo - bardziej - otworzyły mnie na inną perspektywę, której wcześniej nie brałam pod uwagę, bo może wcześniej jeszcze nie umiałam, może nie chciałam... mniejsza o powody.
OdpowiedzUsuńAle właściwie... chciałam Ci też powiedzieć, że właśnie nie warto się zbytnio zastanawiać, co by było, gdybyś nie miała ojca alkoholika. Co by było, gdyby coś tam. Pewnie zresztą sama o tym wiesz :) Ja przez pół podstawówki i całe gimnazjum czułam się źle z powodu własnego ojca, który był zawsze i nigdy nie był chory czy uzależniony... ale jakby go nie było. Przez bardzo długi czas miałam do niego żal (może mam nadal, ale na pewno już nie w takim stopniu), bo nigdy mnie nie chwalił, nigdy nie dowartościowywał, często wręcz przeciwnie - wytykał błędy, porównywał do innych, mówił słowa raniące nie tylko do mnie, ale również do moich braci. Nie wiedziałam właściwie, że może być inaczej, nigdy tego nie dostrzegałam (czy bardziej nie chciałam - mechanizm obronny taki). Nie tęskniłam do opiekuńczego, troskliwego, mniej powściągliwego człowieka, wrażliwszego człowieka, mimo że przeszkadzał mi brak tych cech... ale jakby przyjęłam, że może wszędzie tak jest, że może po prostu każdy mężczyzna taki jest - nie miałam innego wzorca, z takim się wychowałam. To bolało, przeszkadzało, ale pękłam dopiero, gdy zobaczyłam, że... właśnie są też tacy troskliwi ojcowie, choć... moje znajome jakby cierpiały na drugą skrajność - nadopiekuńczość, która negatywnie się na nich odbijała. Ale... co chcę przez to wszystko powiedzieć to to, że nie ma sensu gdybać, ponieważ gdybyś Ty nie miała ojca alkoholika, to mogłabyś mieć ojca cierpiącego na inną chorobę albo zdrowego, tylko właśnie nadopiekuńczego albo nie agresywnego, ale apatycznego. Mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi :)
A rozdawanie uśmiechu... przydaje się na pewno. Chociaż na mnie ludzie na ulicy dziwnie się patrzą, gdy się do nich uśmiecham mimo tego, że ich nie znam.
Hah, jakby nie było, świat nam bardzo lubi dawać znaki, często pokrętne, często pozornie niezwiązane więc...może i w pewien sposób zbieżne historie są znakiem i dla ciebie właśnie? Z reguły to wychodzi niestety dopiero z czasem bo jesteśmy za mali żeby naprawdę zrozumieć ale...pogrzebać, poszukać nie zaszkodzi:)
UsuńI pewne refleksje po prost nachodzą nas w odpowiednim czasie, wcześniej nie miały do nas szans dotrzeć, często jestem takiego zdania:)
Też się właśnie nie zastanawiam, mówię, to pierwszy raz w ciągu 26 lat mojego życia, kiedy poczułam pewne ukłucie. Ba, paradoskalnie, mimo bólu jaki mi zadał, ja jestem światu wdzięczna za swoją taką a nie inną historię, bo lubię siebie taką jaką jestem a wiem, że pewne przeżycia sprawiły że stałam się silniejsza skoro to przetrwałam, może nawet bardziej czulsza i wrażliwsza na pewne sprawy. Także, nie gdybam, bo wiem, że co było to było, nie zmienia się, tylko właśnie wczoraj przyszło mi do głowy, że może fajnie byłoby mieć ojca. Ale to żadna rozpacz, że mój był jaki był. Bo ten fakt też mnie ukształtował i pewne rzeczy z niego płynące były właśnie darem:)
I...rodzice, najważniejsze osoby dla nas w świecie, zawsze zaszczepiają w nas pewne traumy. Czy są, czy ich nie ma, czy są dobrzy czy...są źli. Ksztatłją nas, a nie sposób uniknąć tu błędów, nawet minimalnych niestety. I kiedyś usłyszałam najważniejszą rzecz- że w pełni dorastamy i godzimy się ze światem wtedy, kiedy wyzbywamy się żalu do rodziców i rozumiemy, że i oni...są po prostu ludźmi. A to właśnie nieraz najtrudniej nam pojąć.
Bo mało kto to robi, ale ich zdziwienie też jest pewną nagrodą:)
Wiem, po prostu... jakby nadal się tego uczę? Nadal dojrzewam? Coś w tym stylu, ja i tak widzę progres, a że czasem jakieś niekoniecznie potrzebne czy pozytywne emocje się przypałętają, to... traktuję to jak część procesu, w końcu to właśnie z tych negatywnych emocji przychodzi to zrozumienie, jakieś pogodzenie się i tak dalej. Tylko najpierw muszą wyjść, potem minąć, a potem jakąś lekcję się wyciąga. Przynajmniej ja tak mam i właśnie to lepiej, że wszystko przychodzi tak stopniowo. I chyba większość ludzi przechodzi coś takiego, że musi się z jakimiś rzeczami oswoić, pogodzić na swój sposób...
UsuńHm... ja zwykle mam na uszach słuchawki, więc zapewne twierdzą, że to przez to, czego akurat słucham. Ale jakoś tak przyzwyczaiłam się do tych dziwnych spojrzeń, bo wiele razy wracając wieczorem do domu po prostu tańczyłam idąc, machałam głową itd. w rytm muzyki, udawałam, że gram na perkusji, gitarze i generalnie byłam takim... solowym zespołem XD Aczkolwiek kilka razy wychodząc z psem sąsiadów na spacer zdarzyło mi się, że ktoś mnie zatrzymał, zagadał - "o, jaki piękny piesek, można pogłaskać?" ♥ Uwielbiam takie momenty i to jest dopiero piękna nagroda.
To oczywiste, że nadal dojrzewasz i przekuwasz złe, żale itp. w siłę, w dobre, w doświadczenie bo...wszyscy cały czas to robimy. W sumie, te procesy, dojrzewanie, nigdy nie ma końca, ale właśnie pewne rzeczy możemy ogarnąć i jasne, to nie zdarza się na pstryknięcie palcami. Ale dobrze już czuć, że jest się na właściwiej drodze niejako.
UsuńDajcie czasowi czas, po prostu, znowuż, niezawodny Stachura:)
A to może być. Ja w ogóle do tego jeszcze chodzę i śpiewam i nucę i to...niekoniecznie mając słuchawki. Ja to dopiero na wariatkę wyglądam nieraz XD Więc w sumie, mogłybyśmy na ulicy tworzyć niezły zestaw XD
Hm... ja jak nie mam słuchawek, to prędzej myślę o tym, co chcę napisać, więc żadnego soundtracku nie mam XD Ale potrafi mi zacząć lecieć coś w głowie i mogę przypadkowo zapomnieć, że jestem w miejscu publicznym i zacząć tańczyć, więc obie wpasowujemy się w rolę świrów bardzo dobrze XD Ach, a jak ja raz na rok spotkam kogoś, kto odważy się ze mną iść ulicą i śpiewać, to się cieszę XD
UsuńNo to ja mam wiecznie soundtrack, ale to nie przeszkadza myślom, wręcz przeciwnie XD Hah, to oby coraz więcej takich ludzi, bo to jest fajne :)
UsuńWiedziałam, że córka tego człowieka nie żyje, przeczuwałam, czytając. Brzmi jak przy lekturze książki, może tandetnie, ale tak było. Bo pomyślałam sobie, że inaczej aż tak by między wami nie zaiskrzyło. Gdyby mój ojciec spotkał kogoś podobnego do mnie, nie pozostałby obojętny, ale też specjalnego poruszenia by nie odczuł. Ma mnie na co dzień, a tu przemówiła tęsknota, ta, której sama nie rozumiem, bo skąd? Do tego Twoja historia.. Niezwykłe spotkanie.
OdpowiedzUsuńFajnie mieć ojca, ale nie wiem, jak to jest mieć matkę na wyciągnięcie ręki, tworzyć tę wieź. Tu po części podzielam Twoje odczucia.
No a ja w życiu bym nie pomyślała, ale fakt, jak już jest po fakcie i jak to napisane jest, a nie doświadczane, to zupełnie co innego:)
UsuńWięc właśnie, co z tego, że ktoś podobny, skoro ma ciebie jedną, wyjątkową? Co innego właśnie jak odczuwa się pewien brak.
I tak, jak nauczyłam się mieć przyszywane matki tak może...nauczę się mieć przyszywanych ojców? Dziwne uczucie, ale miłe. Takie w środku znaczy.
I...właśnie, u ciebie jest zupełnie odwrotna sytuacja.
Właśnie dlatego napisałam o przeczuciu czytelniczym. Chcesz czy nie, prowadzisz bardzo literacką narrację :)
UsuńA widzisz... Ja nigdy tak nie miałam w sensie przyszywania. Ojciec i sporo starszy brat zawsze mówili, że jest mamusia, która mnie kocha, więc wszystkie uczucia należy "trzymać dla niej". Do dziecka to bardzo mocno przemawiało, a potem siłą rzeczy zachowywałam dystans. Teraz nie mam nikogo takiego, jak np Twoje koleżanki z pracy. Więcej, jak ktoś to próbuje robić np koleżanka taty, jeszcze z podstawówki zresztą, kiedy poszłyśmy na pierwsze i jedyne wspólne zakupy, jakoś mimowolnie się jeżę. Co znaczy wychowanie...
No no, rozumiem:) Hah, może jednak powinnam napisać swoją ksiażkę wreszcie?XD
UsuńRozumiem, taka bariera po prostu wmówiona wręcz. A to...szkoda. Bo przyszywane mamusie są naprawdę fajne. Czyli w sumie tak jakoś..dodatkowo ci to odebrano można rzec. Niechcący, ale jednak.
Też nie mam ojca. Kiedyś na niego czekałam aż się zjawi. Teraz to chyba nie chciałabym już z nim porozmawiać. JUż nie...
OdpowiedzUsuńA ja trochę dziwnie...może dojrzewam do tego, że nawet porozmawiałabym ze swoim. Bo wybaczyłam, nie mam już żalu. Ale u mnie to tylko gdybanie, bo mój już nie żyje.
UsuńNapisałam chyba ale kto wiem jak reaguje jak go spotkam. Może ucieknę, może rzuce się do niego z pięściami?
UsuńTego nie da się raczej przewidzieć.
UsuńPamiętam,że jakiś czas temu pisałam,że nie chcę się z nikim wiązać, mam dość facetów i konsekwencją samotności będzie brak dzieci. I komentarz,że przecież facet mi niepotrzebny i poczułam wielki bunt, ale jak to, przecież dziecko potrzebuje ojca,musi go mieć. Takiego jak mój tata. Nie mogłabym mieć dziecka bo ja chcę i świadomie zrezygnować z tego co może dać dziecku ojciec. Bo może dać ogrom miłości. Ale wiem,że mam nieco przeidealizowany obraz,bo w końcu ile może być ojców jak mój tata? Nie wiem, są tacy panowie, którzy rodzą się i wiadomo,że powinni być ojcami. A są takie przypadki, które nie powinny nigdy zakładać rodziny. Ja wiem,że bez ojca żyć bym nie mogła normalnie. Na pewno bez mojego taty byłabym dużo gorszą osobą po prostu....
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Bo tak naprawdę dziecko może wychować się bez ojca, matki, jasne. Są różne sytuacje w życiu i dziecko potem potrafi sobie świetnie radzić jako dorosły bez wizji partnerstwa w domu, nie mieć żal, traum ale...co innego przypadek, bo ojciec/matka umarli, odeszli, wyszło inaczej, rodzice się rozwiedli. A co innego świadome skazywanie z góry na jakiś ewentualny trudniejszy start. Jakby nie było...to dzieciństwo nas kształtuje na zawsze. I nawet najlepsi rodzice popełniają błędy, tego się nie uniknie ale jeśli można chociaż minimalizować to...warto.
UsuńDla mnie temat ojca zawsze był trudny. Mam go i kocham, ale i jednocześnie nienawidzę. Pił, bił i krzyczał... a później przez jakiś czas było dobrze. I znów trzeba było go wyciągać z dna... I tak w kółko.
OdpowiedzUsuńMoje koleżanki w dzieciństwie płakały, że nie mają ojców. Ja chciałam być na ich miejscu.
Mimo to, chyba dobrze jest mieć ojca. W te lepsze dni.
To ty jeszcze masz ambiwalencję, miałaś okresy, gdzie z ojcem było dobrze...u mnie to się nie zdarzało, nie pamiętam czegoś takiego. Ale to może właśnie jeszcze trudniejsze, taka huśtawka? Trudna miłość, bo przecież tam gdzieś zjawia się miłość.
UsuńTak naprawdę się nie dowiem, mogę trochę w to się jedynie "pobawić"
Mindfuck straszny, cholera, zresztą wiesz... pisałam Ci. Bo i skąd mogłaś wiedzieć... nie lubię takich niespodziwanych zwrotów akcji. Ale nic na nie nie poradzimy.
OdpowiedzUsuńKurcze, jak mi ten tekst o kojarzeniu się z córką przypomina bardzo stare czasy, kiedy byłam na stażu jeszcze w pracowni plastycznej. I wiesz co... mimo, że ja z moim ojcem mam dobry kontakt, to... fajnie było mojego szefa nazywać drugim tatą. Takim ,który wysłuchał, ale też opierdolił, jeśli coś ochrzaniłam. I te słynne "Ruda, dzień zaczynamy od kawy" :) Dzięki niemu nie wylądowałam na ASP i zaczęłam twardo stąpać po ziemi. Bo kurcze... choć z tatą moim żyję dobrze, to jednak... nieraz brakuje mi takiej poważnej, szczerej rozmowy z nim. O życiu. Chyba nigdy nie umiałam. A z panem R. przyszło mi łatwo. Takze da się... spokojnie.
Znaczy to był mindfck, ale po pierwszym wtf to było nawet miłe. I jest. Jutro pewnie też pan Malarz będzie i znowu mi jakąś sztuczkę wymyśli, ja to będę dalej ja, on to on, ta wiedza wiele nie zmienia i po prostu znowu padnie parę żartów:)
UsuńTo ja tak mam z dziewczynami w pracy, mam swoją matkę, ale w Poznaniu, w robocie mam zastępcze mamy do których nawet mówię nieraz mamo a one do mnie córuś:) Także no, wiem o co chodzi, że mając rodzica można i mieć takie "zastępstwo" jak czegoś brakuje, bo mi brakuje nie rozmów z mamą ( bo moja mama to w ogóle skarb pod tym względem) ale fizycznej namacalnej obecności. Co innego ojciec, tu braku nie odczuwam bo..nie uznaję, że miałam ojca, tylko znam ten negatywny aspekt. Dlatego no, to po prostu coś nowego, nawet pomyśleć o "zastępstwie".
A może przyjdzie i czas, że i ze swoim tatą rozmawiać się nauczysz?:)
Z pewnością :) I oby tak było. Zapewne mi o nich opowiesz ^^
UsuńDokładnie. I rozumiem... albo staram się zrozumieć, bo tak naprawdę nawet nie umiem sobie wyobrazić tego. Nigdy tak nie miałam po prostu. Ale może te nowe okaże się w końcu miłym :)
Kto wie, może ;) Chociaż znam go już przeszło 26 lat i jakoś marnie to widzę ^^'
Hah, mogę opowiedzieć jak jestem cichociemną i przemycam im leki XD
UsuńOtóż to, ważne, żeby się na nowe jakoś nie zamykać:)
ale życie może zawsze zaskoczyć, wiesz o tym:)
Nie mam pojęcia, co napisać. Bo nie lubię rozmawiać o rodzicach. Jesteś niesamowitym człowiekiem, bo po raz kolejny pokazujesz, jak wiele jest w Tobie dobra :). I miałaś prawo nie wiedzieć o jego córce. Myślę czy spotkanie osoby podobnej do niej było dla Pana Malarza czymś smutnym czy raczej radosnym i chyba dochodzę do wniosku, że raczej nie poczuł ukłucia tęsknoty, a raczej takie miłe wspomnienie swojego dziecka.
OdpowiedzUsuńPiosenka piękna, pierwszy raz chyba ją słyszę.
Ja miałam okres gdzie wstydziłam się rozmawiać o swoim ojcu. Ale mi to przeszło bardzo szybko z kolei.
UsuńBo ja wiem czy dobra :P Chociaż i Maruś mi powiedział, że ja to mam serce na właściwym miejscu, jak aspirynę im przemycałam za te ich drzwi XD Ale no, to akurat typowy przypadek. I wiedzieć nie wiedziałam, teraz dalej jakoś udaję że nie wiem, bo po co to wywlekać. A jutro znowu idę do pracy i...można dalej się pośmiać. Złapać parę fajnych momentów, właśnie fajnych dla mnie i chyba też dla niego:) I tyle starczy:)
A ja ją uwielbiam. W ogóle mam słabość do Poziomek:)
To zawsze miłe gdy ktoś mówi coś w rodzaju: "chciałabym taką córkę jak ty". Wiesz, że z mamą miałam różnie, a z ojcem to juz w ogóle tragedia. Więc gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że chciałby być moim ojcem to bym się rozpłakała jak nie wiem co. :)
OdpowiedzUsuńNo ja się nie rozpłakałam, ale ok, miałam już swój moment wzruszenia:)
UsuńRównież nie wiem, jak to jest mieć normalnego ojca. Nie wiem, czy odwiedzać go w więzieniu, czy nie. Nie wiem, czy po jego powrocie będzie choć odrobina spokoju czy nie. I nie wiem, czy moje, póki co nieudane życie jest wynikiem tych toksyn, czy jednak miałam jakiś wpływ na nie. Nic nie wiem.
OdpowiedzUsuńPodziwiam, że byłaś w stanie ot tak się odciąć od przeszłości, że jesteś tak cholernie pozytywna, że ludzie do Ciebie lgną. Ale najwidoczniej wspaniałych ludzi wyczuwa się na kilometr :)
Zawsze ma to wpływ i...warto się dowiedzieć. Bo tylko tak można pewne rzeczy/...wyleczyć. Rozumiejąc. Wiedząc.
UsuńI jeny, już, bo mi ego nadmiernie urośnie! XD
Ja nigdy nie lubię, kiedy ktoś, kogo tak naprawdę nie znam, mówi mi, że kogoś mu przypominam. Miałam tak 2 razy, nigdy nie wyszło z tego nic dobrego, jak w Twoi przypadku. Nie wiem, czy to dobrze, że mu tego kogoś przypominam, czy nie. Może przypominam komuś jego córkę albo siostrę albo jeszcze kogoś innego, kogo lubił/kochał. Ale też może przypominam komuś niewdzięczną córkę, dziewczynę, która odeszła do innego, bo ma więcej kasy.
OdpowiedzUsuńJednak w Twoim przypadku nie przejmowałabym się tym, że tak zareagowałaś. Skąd niby miałaś wiedzieć, jaki los przypadł jego córce? :)
A czy u mnie wyszło coś złego? Wręcz przeciwnie:) To wzruszające, jakoś rozbijające ale...w gruncie rzeczy dobre spotkanie:) I nadal jest wesoło, jak np. przemycam panom budowlańcom, w tym Malarzowi, jakieś maći na poharatane ręce i tak dalej :)
UsuńCzasem warto pozwolić na to, żeby działa się magia. Historia dwojga ludzi może się uzupełniać. I tak jest dobrze.
OdpowiedzUsuńMiłego Frido :)
Otóż to:)
UsuńJak to się los dziwnie toczy..Często niezrozummiale
OdpowiedzUsuńZrozumienie przychodzi po prostu z czasem:)
UsuńA ja w sumie nie wiem, jak to jest mieć takich rodziców emanującym ciepłem. Gdy słyszę, że kogoś rodzice obejmują, pocieszają, to sama zastanawiam się, czy chciałabym swoich na takich przerobić, czy w ogóle jest mi to potrzebne.
OdpowiedzUsuńA dla tego pana może jesteś rzeczywiście podobieństwem jego córki - jeśli była tak samo wesoła i kontaktowa, to dużo stracił, więc przyjemne jest to, że macie takie relacje :)
Po prostu rodzice są różni, jak różni są ludzi i ...nie zmienimy ich. Nie ma więc często co porównywać czy gdybać. Są jacy są i dobrze jest, jeśli można ich po prostu kochać takimi, jacy są.
UsuńTeż się cieszę:)
mi nigdy nikt nie wyciągnął monety zza ucha, a bardzo bym chciała!
OdpowiedzUsuńzaskakująca i poruszająca historia. zabieram się do tego komentarza już któryś raz i nie umiem się porządnie wyrazić.
te momenty zdecydowanie są magiczne, zwłaszcza, że Ty darzyłaś pana Marka szczególnym rodzajem sympatii i potem dowiedziałaś się, jaką tragedię przeżył, i że to działa w dwie strony. takich chwil się nie zapomina - dwoje ludzi uśmiecha się do siebie w duchu.
lubię jak piszesz, zwłaszcza, jak opisujesz takie chwile. szablon bloga tworzy wspaniałe tło do tej opowieści :)
Znaczy, Maruś to Maruś, a Malarz to Malarz XD I fajnie jest jak ci monetę wyciągają, polecam :)
UsuńI...miło mi to czytać, dziękuję. I cieszę się, że tło się podoba i komponuje jakoś:)
Życie jest trudne :(
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Niecoinna
Owszem. Ale i piękne:)
Usuń