środa, 2 listopada 2016

O tym, że śmierć woła mnie przez cały rok, ale najbardziej słychać ją w listopadzie.

-Pani E. poszła do szpitala?
-No tak, nie wiemy czy wróci, wiesz...obrzęk płuc, niewydolność krążeniowa...
-Ale jak to?- byłam w szoku, gdy w ostatni dzień października przyszłam do pracy. Już parę dni temu stwierdziłam, gdy na moim dyżurze umierała jedna z moich ulubienic, której zwłoki myłam i ubierałam przed pójściem do domu, już wtedy stwierdziłam, że się zaczęło. Koniec roku. Listopad. Wtedy umiera najwięcej ludzi. I przez okrągły rok pracy stwierdzam to z całą pewnością.
Koniec roku to czas, kiedy dusze wołane są przez mrok i niewiadome. Od listopada do połowy stycznia wszystkie okna powinny być otwarte, żeby dusze mogły wylecieć.

I powinnam przywyknąć, powinnam mieć grubą skórę. Wiem doskonale.
Ale najpierw pani Z., jedna z moich ulubionych babcinek, której czasem przemycałam jakieś suche kiełbasy, bo rodzina to wiecznie jej tylko słodycze i słodycze, a ona lubi coś słonego przekąsić. Pani Z., która na swoje 88 letnie skórze nadal miała numer obozowy nadany przez nazistów, ta, która nocami czasem dostawała ataków paniki przez złe wspomnienia i którą nieraz o 3 nad ranem trzymało się za rękę, głaskało po głowie i zagadywało jakimiś bzdurnymi historyjkami, żeby tylko na nowo zasnęła.
Umierała 2 dni. Spokojnie, cicho. I pewnie w mojej duszy byłoby cicho, gdyby nie ta podła myśl - „oto więc nadchodzisz, listopadzie”.

-Więc w którym szpitalu leży pani E.?
-Nie wiem, wyobraź sobie, że ta kretynka, pielęgniarka I., nie zapytała, z którego szpitala po nią przyjechali? W ogóle dzisiaj rozpierdoliła nam cały dyżur i...Basia? Wszystko ok?
-Tak, ok.
-Wiem że ją lubisz ale...ona i tak już żyje na kredyt.

Tak. Żyje na kredyt. Przecież ze swoim schorzeniem powinna nie żyć od jakichś 20 lat, a ona nadal, uparcie. 18 lat w łóżku w domu pomocy, 18 lat z nami. Nieraz nieznośna, ale mimo wszystko pogodna, świntusząca ze mną i małą Basią podczas przewijania. Ta, dla której kupowałam szampony, kremy i banany, ta, która gdy rozliczała się ze mną, zawsze chciała mi dać napiwek na piwo. Za fatygę, bo przecież nie musiałam. Wcale nie babcia. W powykręcanym, już bezwładnym ciele wiecznie tkwi dusza dziewczynki.

Mają rację. Życie nie jest wieczne, a my w swojej pracy wiecznie musimy być przygotowani na jego zakończenie. Na ciche odchodzenie, nasłuchiwanie oddech, zwilżanie ust. Na chwilowe zatrzymanie, gdy pochylamy się nad stygnącym ciałem i zawiązujemy szczęki, żeby bezwładne, martwe, więcej się nie rozwierały i wyglądały dobrze w trumnach.
To codzienność, nigdy nie wiadomo, na kogo padnie. Czy w pracy, czy po prostu w życiu.
Bo ktoś może żyć na kredyt, o wiele dłużej, niż zakładano. A ktoś może umrzeć przedwcześnie, tak, że nikt w to nie wierzy. Tuż po narodzeniu. Albo w wieku 27 lat. I tak naprawdę, w każdym wypadku my, żyjący, możemy się dziwić. I próbować uświadamiać sobie, że nie ma życia na kredyt, nie ma śmierci przedwczesnej. Wszystko dzieje się w swoim czasie. Wszystko jest tak, jak miało być.

-Od kilku tygodni była słaba...
-Wiem, przecież to na mojej nocce majaczyła, że mam jej zdjąć buty...potem mówiła S., że ma jej buty założyć, bo chce wyjść z łóżka...
-Właśnie, co ona z tymi butami tak? Już G. mówiła, że mamy jej założyć buty i pozwolić odejść.
-Ale ona nie miała butów!- powiedziałam prawie ze łzami w oczach.
-Jak to?
-Ona parę tygodni temu, zanim zaczęła majaczyć...wiecie, pani E. zaczęła gadać dziwne rzeczy. Pytała się, jak długo będę tu pracować, to jej powiedziałam, że nie wiem, bo chcę się przeprowadzić i tak dalej. To ona stwierdziła, że chce umrzeć, póki ja tu pracuję bo mnie lubi i...jeny. Ona mówiła wtedy o tych butach...ja...
-Co mówiła?
-Że się martwi, że nie ma butów do trumny. Rozumiesz? Czarne buty, rozmiar 35 , jakieś eleganckie, że takich potrzebuje. Że mam jej kupić, jakby coś się jej stało, tak gadała na początku października. A ja to obróciłam w żart, że widać, że torpeduje moje plany przeprowadzki a teraz...a teraz ona jest w szpitalu i...

Musiałam zapalić papierosa od pani M., najbardziej matczynej i ciepłej osoby, którą znam.
Dobrze, że to z nią i z moją ulubioną pielęgniarką miałam wtedy nockę. Że trafiło na nie, gdy dla mnie zaczynał się listopad. I na Rudą, która miała dyżur na oddziale piętro niżej, ale przychodziła do mnie, przytulała i po prostu jakoś była. Znów wsparcie nie tam, gdzie go się spodziewasz, nie tam, gdzie go oczekujesz. Tam, gdzie go szukasz, często trafiasz na mur, który przy twoim ból dodatkowo rani. Nie pierwszy raz.

Przyszedł więc listopad, zaczęty deszczem i szaloną nocą w pracy, kiedy to wielu uciekało z łóżek. Pani H., opiekunka, która pracuje w Dom prawie 20 lat, mówi, że wielu z nich tuż przed śmiercią ucieka z łóżka, jakby mieli uciec przed samą śmiercią. To prawda. Nieraz a agonii przerzucają nogi przez barierki, jakby chcieli wyjść, od czegoś uciec...a może tak naprawdę chcą gdzieś dojść? Nierozwiązywalna zagadka.

Ale kres się czuje. Śmierć się czuje, tylko w listopadowym, szarym świetle jej sylwetka wyraźniej majaczy na tle gołych drzew, nie skrywa się w zielonych liściach, w ich witalności, pasji i żarłoczności fotosyntetycznego pędu ku życiu.

Śmierć jednak się przeczuwa. Nasze życie jest z nią bardziej związane, niż zwykliśmy, przerażeni jej obecnością, jej faktem, zakładać. Że coś się stanie, czuła pani E.- kolejna, która w październiku prosiła mnie o coś, co mam zrobić po jej śmierci. Wielu już czuło przy mnie, czuło, prosiło. To przypomina.
2 lata temu, 31 października, gdy siedzieliśmy nad jeziorem w moich rodzinnych stronach on też czuł. On też wiedział, mimo że sam jeszcze przed sobą się nie przyznał. Zbyt pragnący żyć, mają te 27 lat.

To wszystko przypomina. To wszystko wyciąga na wierzch.
-Może nie powinnaś pracować przy śmierci, skoro...
-Nie, wiesz, to zazwyczaj pomaga. Wiesz, że ja w pewien sposób...kocham śmierć. Szanuję ją, uważam za naturalną. To nie śmierć jest zła, śmierć nie jest też dobra, po prostu jest. Widzisz, zazwyczaj nie mam problemu ale teraz...po prostu, te parę dni będzie ciężkich. Mimo, że na swój sposób pewnie też dobrych.
-Więc nie ranisz siebie, będąc tam, oglądając śmierć?
-Nie.

To nie jest tak, że jestem z kamienia. To nie jest tak, że mnie to nie rani. Ale co mam powiedzieć? Trudno to wyjaśnić. Trudno wytłumaczyć, dlaczego, pomimo bólu, bycie przy śmierci mi pomaga nieraz. Mimo że boli. Ale to przecież gorzkie lekarstwa leczą najlepiej nasze rany?

Śmierć mnie nie przeraża. Śmierć sama w sobie mnie nie boli. Nieraz widzę, jaką jest ulgą w cierpieniu, jak kończy to, co jest już samym bólem. Nieraz patrzę i myślę, że przychodzi wręcz za późno, po latach męczarni kruchego ciała, ale nie wypominam jej tego. Sama wie co robi. Sama wie, kiedy ma przyjść.
Widzę ulatujące dusze, nieraz w sekundach, nieraz w godzinach, a nawet dniach męczarni agonii. Widzę ostatni oddech. Dotykam tego, co stygnie, co zamiera, dotykam tajemnicy życia. Z szacunkiem, w pewnym skupieniu i ciszy, o które trudno mnie podejrzewać, gdy rozmawiam z żywymi.
Czasem rozmawiam też ze zmarłymi, dziwnie, może przesądnie, czuję ich obecność. Widzę w murach mojej pracy dusze, które uleciały, szepty słyszę ledwo, ledwo na ciemnych korytarzach. Szuranie, ślady obecności. Energia, która się nie kończy, materia, która stale tkwi w obiegu.

Kocham śmierć i jej obietnicę, wierzę, że to jedna z najpiękniej wymyślonych rzeczy w porządku świata, mimo bólu, jaki sprawia. Wierzę w jej naturalność, prostotę i pewną sprawiedliwość. Wierzę w mądrość śmierci, mimo przypadkowości, wierzę w jej siłę przy kruchości życia. Śmierć to dla mnie pewna forma miłości świata, ta, której nie umiemy nieraz zrozumieć, pojąć, ta, która jest najtrudniejsza.
Ja staram się ją pojąć, a na pewno obłaskawić.

Kocham śmierć i nie ona mnie boli. Boli mnie nieraz brak tych, którzy byli dla mnie bliscy. Ale i to uznaję za naturalne i próbuję to racjonalizować, a nawet w jakiś sposób pokochać. Tylko to nie jest łatwe.

Nieraz więc płaczę. Nie jestem z kamienia. Kocham, paradoksalnie swoje rany, ale niektóre są głębokie. Nieraz chciałabym, żeby ktoś je oczyścić, ktoś otulił, zrozumiał, jak wielką mam wyrwę pod sercem.
Nieraz w takich momentach, swojej słabości, swojego lęku, swojej samotności wręcz mam złe myśli. Dziecko we mnie tupie nogą i zaczyna czuć gniew. Ten, który mówi do ucha, sączy jad. „Mówiłaś sobie tyle razy, że bólu nie da się porównać, każdy ma swój. Ale widzisz, twój przyjaciel miał rację- to, jak kogoś kochaliśmy, jak był ważny, pokazuje czas. Jak umarł wszyscy byli w wielkim szoku, a teraz, kto o nim pamięta? Ty masz swój smutek, tobie wyrwano część życia. Porównywałaś to z tym, że ona znała go tylko z bloga i maili, ktoś znał go przelotnie na wódce w barze? Próbowałaś sobie wmówić, że oni mają prawo czuć ból? Widzisz teraz, jak mało ich obchodzi jego pamięć, jak układają sobie pięknie życia. Wielka miłość, mówili, a teraz nowe związki. Wielkie żałoby, a teraz wielkie zdziwienie, że mnie początek listopada drażni mimo wszystko, bo przecież tyle czasu już upłynęło. Widzisz? Widzisz? Tobie została czarna dziura i wszyscy maja to gdzieś, bo w ich życiu nie był tak bardzo nie był tak blisko! Słyszysz?! Mogłaś sobie mówić, że każda strata boli po swojemu, ale to gówno prawda- wszystko pokazuje czas i teraz widać, że ktoś stracił tylko stronę, na której sobie czytał o kimś abstrakcyjnym, a ty straciłaś 7 lat życia z jakimś człowiekiem! Musiałaś zmienić swoje życie, odciąć się od pewnych rzeczy i co? I ty to porównywałaś?Teraz widzisz. Teraz widzisz jak jest i jak było! ”

Odganiam te głosy. Odganiałam tej nocy, kiedy zaczął się listopad, tej nocy, która przyniosła wspomnienia sprzed 2 lat, a ja szukałam pomocy nie tam, gdzie powinnam. Chcę żeby inni ułożyli sobie życia. Czasem wręcz, by zapomnieli. Ale ta rozsądna, łagodna ja ma też towarzyszy, których głosy przebijają się tak wyraźnie z początkiem tego listopada.
Nie chcę być zła. Wiem, co on by mi powiedział. Tylko pewne rzeczy przychodzą samowolnie, po 2 latach od jego śmierci. Po 2 latach tęsknoty, którą oswoiłam już wspaniale, ale która kłuje w listopadzie, na jego początku. Wiem, i to przeminie. Już zresztą się uspokaja. Bo on, właśnie on, nie chciałby mnie wołać zza grobu.

Ale może właśnie o to chodzi.
Tak jak już kiedyś mówiłam, śmierć zawsze była blisko w moim życiu. A może nie sama śmierć co...umierający. Zawsze była dla mnie naturalna. Nieraz już mówiłam, że coś zmusza mnie, by być blisko niej. By odprowadzać ludzi na drugi brzeg, być Charonem tego świata. Coś pcha mnie do tego, żeby słuchać szeptów zza kurtyny w snach, coś pcha mnie do tego, żeby widzieć symbole. Żeby też samemu czuć, że ktoś umiera, mimo że nie chce się w to aż wierzyć.
Coś sprawia, że to Samhain, 31 października jest świętem, które najbardziej czuję w kościach.
Coś sprawia, że w życiu zawsze widzę śmierć, a w śmierci widzę życie.
Może właśnie o to chodzi. Może ja muszę słuchać głosu zmarłych. I na co dzień to nie szkodzi. Tylko czasem uwiera, trochę boli. Jak w połowie sierpnia, jak na początku listopada. I mimo wszystko, w dużej mierze, muszę być z tym sama.
Muszę, bo pomimo jadu, nie chcę w to nikogo wciągać.

Zatem przyszedł listopad, zbliża się koniec roku. Pora odchodzenia tych, którzy od dawna czują kres. Kolejna rocznica śmierci tego, o którym ja ciągle pamiętam i przy pamięci o nim powtarzam sobie uparcie, że świat, że los, że śmierć wiedziały, co robią.
Pora, kiedy zasłona staje się coraz cieńsza, kiedy najwięcej przeczuć, prawd, wiedzy o tym, co było i co będzie.
Czas,kiedy najwięcej rozmawiam ze zmarłymi.

Rozmawiam ze zmarłymi i jestem w tym jakoś sama, chociaż i z Nim. Bo to on idzie ze mną na cmentarz pomimo deszczu, to on też kogoś stracił, tak samo bliskiego jak ja. To on dzisiaj pójdzie ze mną na spektakl Dziadów, to on 5 obejrzy ze mną Purpurowe skrzypce albo Kruka i pozwoli płakać.
Sama, ale z kimś. I mimo że nieraz zrozumienia szuka się gdzie indziej i tutaj trzeba sobie wyjaśnić, wytłumaczyć, że tak nie można. Bo śmierć, mimo że dla mnie naturalna, niszczy cudze życia i ich kruchy porządek.

Przyszedł więc listopad i w moim życiu znów trochę wołają mnie zmarli. Ale to nie szkodzi.

I jeszcze dziś poszukam butów. Czarne, eleganckie. Rozmiar 35.  


Kiedy zarysy przyszłości powstaną znów
Szydercze głosy zabrzmią w sali
Imperialistyczny dom modlitwy
Najeźdźcy którzy wzięli ich część

Oni wciąż mnie wzywają
Wzywają mnie



25 komentarzy:

  1. Ciężko w listopadzie nie myśleć o umieraniu. W końcu zaczyna się od odwiedzania cmentarzy, a później dochodzą rocznice.
    Mnie śmierć też nie przeraża, co innego umieranie. Podziwiam Cię, że dajesz sobie radę w takiej pracy. Mi wystarczy jedna wizyta w szpitalu, by poczuć się gorzej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jednak biologicznie też zamieramy, to pora, w której to się odczuwa widoczniej. Nie bez przypadku pewnie listopad właśnie i u chrześcijan wymyślono na takie święto:)
      Ktoś to musi robić, prawda?:)

      Usuń
    2. Owszem, ktoś musi. Ale nie wszyscy mają takie podejście do człowieka, jak Ty. Niektóre pielęgniarki sprawiają wrażenie, jakby robiły to za karę.

      Usuń
    3. Bo już są wypalone. Ja się jeszcze nie wypaliłam, a jeśli to zrobię, ,am zamiar zmienić zawód:)

      Usuń
  2. ja nie lubię listopada, wiem,że śmierć to część życia, ale pierwsze dni tego miesiąca nastrajają mnie tak nostalgicznie,tak depresyjnie,że dochodzę do siebie przez resztę miesiąca... Często boję się momentu odejścia najbliższych mi osób, właśnie rozmyślam o tym w szare, listopadowe dni....

    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja lubię i listopad, tylko właśnie, początek jest ciężki, nie tyle przez święta, bo ich nie obchodzę za bardzo, a przez wspomnienie, żywe jeszcze, tego, co stało się dwa lata teu. Ale i tak staram się to oswoić, nie poddać temu.
      A ja jakoś...liczę się z tym. Ale też z tym, że to będzie bolało i to zawsze będzie szok bo to...naturalne. Nawet jak ze śmiercią przebywasz.

      Usuń
  3. A ja kocham listopad za tę jego melancholię i szczerze mówiąc w pewien sposób wkurwia mnie to wieczne psioczenie na niego i "byle do wiosny", choć oczywiście to zrozumiałe jeśli kojarzy ci się ze śmiercią kogoś bliskiego.

    Ładnie piszesz o śmierci... choć ja wciąż uparcie twierdzę, że nie zawsze jest "tak miało być", wręcz w pewnych sytuacjach uważam to tłumaczenie za naiwne w jakiś sposób- na przykład, gdy ktoś młody zginie potrącony przez samochód albo wyleci w powietrze w czasie jakiegoś zamachu... taka śmierć wcale nie ma sensu i nie "musiało tak być". Tutaj wierzę w czysty przypadek. Niezbyt szczęśliwy.

    Niemniej, trzymaj się jakoś w te dni, które budzą najwięcej wspomnień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ ja lubię listopad, kocham jesień i tą melancholię, kocham porę zamierania tak jak kocham i samą śmierć, tylko właśnie, jego początek, pierwsze dni są dla mnie jeszcze mocno skojarzeniowe i bolesne. Ale byle do 5, potem już mam z górki i właśnie mogę się listopadem cieszyć:)
      A ja uczę się właśnie, ze śmiercią przebywając, że tak miało być. I nawet jak to wypadek to...jedno zdarzenie w wielkim ciągu zdarzeń. Tu, w pozornym chaosie właśnie jak dla mnie ujawnia się największy porzadek rzeczy, który widać po latach. I każda śmierć ma sens, zdarzenie, ale w szerszej perspektywie. Ale..to moje patrzenie całościowe:)
      Trzymam jakoś, trzymam:)

      Usuń
    2. To, że ty doceniasz piękno czasu zamierania to wiem, ale co wejdę na blogi to "nie lubię jesieni", "nienawidzę jesieni", "parszywy listopad", "byle do wiosny". Nosz pierdolca można dostać, ileż można robić za obrońcę tej pory roku XD

      Hmm, jakby to Einstein powiedział- upiorne oddziaływanie na odległość? XD

      Usuń
    3. No wiem, wiem, marudzą. Wiesz co ja im na to mówię? Żeby łykali witaminę D, to im pomoże XD bo to fakt, że pomaga na depresję sezonową itp:)I jeny jeny, jak widać ktoś musi XD
      Mniej więcej XD

      Usuń
    4. No ja rozumiem, że brak światła i tak dalej, nawet mi się nastrój obniża, kiedy przez tydzień nie widzę słońca, no ale ileż można? XD Sama w sumie nigdy witaminy D nie brałam, ale też jakoś potrzeby nie czułam :P Tylko czasami piłam tran XD

      No tak, każde zdarzenie ma przecież swoją przyczynę, ba, ciąg przyczyn aż do Wielkiego Wybuchu. A rzeczy pozornie kompletnie niezwiązane mogą na siebie oddziaływać. Chyba nie jesteśmy w stanie pojąć jak to wszystko działa do końca. Niemniej i tak nie wierzę, że coś jest nam pisane z góry XD

      Usuń
    5. Ano jak widać można, na niektórych serio to działa i dostają sezonową depresję. To widzisz, może robisz niezłe jej zapasy latem XD Ja muszę brać wit D, ale to ze względu na tarczycę przede wszystkim.

      Ale sama w sumie wyszłaś z założenia, że jest, przez wcześniejsze zdarzenia właśnie XD Nie przez jakiegoś demiurga, dharmę ani nic, ale przez same akcje i reakcje...czysta fizyka XD

      Usuń
    6. Być może XD

      Ano. Taki karman XD

      Usuń
  4. Przez szacunek dla sytuacji nie napiszę nic piątego listopada - zrobiłam to w zeszłym roku, mając taką potrzebę, ale nie mam już niczego do dodania. Nie chcę sztucznie pompować atmosfery, w końcu jestem też "tą od bloga i maili", o czym doskonale wiem.
    Oswoiłaś śmierć na tyle, ile może człowiek w Twoim położeniu, jednak ona zawsze odciska piętno, które tu opisałaś. Pięknie zresztą, bo od serca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja nie mam nic przeciwko nigdy, że ktoś okazuje swój ból, wręcz przeciwnie tylko właśnie mam taką małą dziewczynkę, egocentryczną, która tupie nogą i mówi "a co ze mną?". Chyba każdy ma takiego małego potworka w sobie, z którym nieraz walczy. Akurat ty pewnie rozumiesz o co mi chodzi. Nie neguję cudzego bólu, nawet wyrażania go, wręcz przeciwnie. Ale w momentach słabości przychodzą najbardziej absurdalne, złe myśli.
      Każdy w końcu ją oswaja. Bo prędzej czy później...musi.

      Usuń
    2. Ja też nie mam, musiałabym być bez uczuć. Ostro to zabrzmiało, ale mówię tylko w swoim imieniu. Takie są fakty w moim wypadku i nic tego nie zmieni. Nie będę się powtarzać, rok temu wszystko powiedziałam, a jeśli ktoś ma inną potrzebę, jego prawo i odczucia.
      Ta egocentryczna paskuda daje o sobie znać też u mnie. Zwłaszcza, kiedy mam wrażenie, że jestem sama w swoim cierpieniu, depresyjnym stanie "tyle przeżyłam, co inni mogą wiedzieć" - dobrze to znam. Czasami nie da się walczyć.

      Usuń
    3. Fakt, faktów nie nagniesz, chociaż mam wrażenie...że niektórzy naginają, ale wiem, że jest im z tym łatwiej. Chociaż nieraz to drażni, w paru przypadkach :X
      Więc właśnie dlatego wiedziałam, że zrozumiesz, o co mi chodzi. Zawsze egocentryzm rodzi się w jakimś bólu i rozpaczy, prawda?

      Usuń
  5. Niestety czy tez stety, bez względu na to co powiemy i co uczynimy, śmierci nie zatrzymamy... jest to naturalna kolej rzeczy, pozostaje nam pamiętać tych co odeszli.. tak myślę... Sama jestem nie wierząca, ale uważam, że każdy po śmierci trafia tam gdzie miał nadzieję trafić (w związku z czym ja pewnie trafię do jakiejś intergalaktycznej wersji simsów, albo bede wiedźminka ;P )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, śmierć po prostu jest i właśnie...trzeba ją zaakceptować. A nawet, paradoskalnie, można ją jakoś pokochać.
      Wiedźminka brzmi zacnie XD

      Usuń
  6. Frido, piszesz o tym, co robisz, jakbyś spełniała jakąś misję. I to prawda, bo mało jest takich ludzi, jak Ty, którzy potrafią w naturalny sposób przyjmować odchodzenie....
    Ja, choć też mam pośrednio kontakt ze śmiercią, bardzo trudno się godzę z tym, co nieuniknione. I żal mi tych ludzi. I nieraz nad nimi zapłaczę. I wciąż myślę - o tym, że przychodzili do mnie, a potem ich stan pogorszył się tak bardzo, że musieli odejść...
    Nie potrafiłabym być na Twoim miejscu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uważam, że spełniam jakąś misję dla ludzkości, jak jż to...dla siebie. To trochę egoistyczne, szczerze mówiąc.
      I wiem, że nie każdy to potrafi. Więc to może swojego rodzaju dar- a jednocześnie przekleństwo?

      Usuń
  7. Ciarki mnie przechodza. Ja czasem mam wrazenie ze czuje smierc... Ma dla mnie swój zapach. Ale czego ona chce ode mnie to nie wiem. Czasem po prostu mnie sprawdza moze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo śmierć ma swój zapach, to wręcz fakt dla mnie:) Każdy, kto pracuje w szpitalu etc. to potwierdzi.
      I możliwe.

      Usuń
  8. Też o nim myślę. Jednak ja od niemal samego początku, jak tylko pozbierałam się do kupy, czułam się jakoś spokojnie z jego odejściem. Tak, nie przeżyłam z nim 7 lat, jednak miałam poczucie, że swoją postawą, sposobem życia zrobił wszystko, co do zrobienia miał.
    I choć październik mnie dobijał parszywością i słotą, tak w listopad wchodzę z pewnym spokojem w sercu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mi to przychodzi po 2 latach, klasycznym okresie żałobnym jak się mówi w psychologii. Mam momenty smutku ale...nie ma już histerii. Raczej właśnie ot spokojne godzenie się ze wszystkim.
      I cieszę się, że i u ciebie tak się stało:)

      Usuń