Czy masz do mnie żal, Vince?
Nie wiem, jak mam z tobą o tym
porozmawiać. Nie wiem, jak to się wszystko stało. Wiem za to, jak
bardzo ją kochałeś. I, mimo wszystko, ja też zawsze ją kochałam,
od kiedy ją poznałam, niewinną czarodziejkę, aktoreczkę, którą
znalazłeś jakimś cudem przed swoją śmiercią. Trochę
roztrzepaną, trochę egzaltowaną, neurotyczną, ale taką twoją.
Ale już nie umiem jej kochać. Mam
dla niej nie serce, a wysuszony, wymęczony, przeżuty przez czas i
jej, jak i naszą wzajemną szarpaninę strzęp mięśnia, który
przez jakiś czas jeszcze po prostu pokryty był bliznami ale bił,
dawał sobie radę. Teraz...to jak wyżęta szmata, rzucona pod cudze
nogi. Nie mam już dla niej miłości. Nie mam już siły, chociaż
chciałam, tak bardzo chciałam, Vince!
Czy jednak możesz mieć mi to za
złe?
Pamiętam waszą miłość, Vincent.
To, jak zakochałeś się w niej pod
koniec życia, jak ją znalazłeś, pisałeś z nią maile i bałeś
się z nią spotkać. Ty, facet, który miałeś momenty, że nie
przepuściłeś żadnej. Przecież nawet ja wylądowałam z tobą w
łóżku jako nastolatka.
Ale ty nie chciałeś po prostu się
z nią przespać, ty się w niej zakochałeś, tak boleśnie, że aż
nas to bolało wszystkich, tak gorąco, że aż nas to spalało.
Zakochałeś się, a potem dowiedziałeś się, że na tą miłość
nie starczy ci życia. Rak. Wyrok. Skąpodrzewiak. Los był złośliwy,
prawda? Tyle razy chciałeś się zabić a teraz...teraz, gdy w końcu
ją znalazłeś, musiałeś umrzeć. To okrutne, to okropne.
Ale teraz, ja jestem okrutna. Bo tak
sobie myślę, czy nie stało się lepiej. Czasem zastanawiam się,
czym by była ta miłość, gdyby nie musiała być taka łapczywa,
gdyby przetrwała, gdybyś ty przeżył i przerodziła się we
wspólne duszne mieszkanie, jej histerie i twoje napady depresji i
opiekowanie się twoim synem, który był przecież najważniejszy.
Kto wie, czy ona z czasem nie stałaby się o niego zazdrosna,
patrząc przez pryzmat tego, co zobaczyłam potem. Bo ona przecież
zawsze musi być w centrum uwagi.
I może jestem okrutna, bo wiem, jak
bardzo ją kochałeś, jak to ty właśnie odarłeś ją z jej
niewinności i to nie tylko dosłownej, jak odebrałeś jej wiarę w
boga, może jestem okrutna, znając tą historię, ale teraz, gdy na
to wszystko patrzę, po tych 4 latach, myślę sobie, że tej, którą
znam teraz...tej byś nie kochał.
Jak mogę tak mówić?
Najchętniej dałbyś mi za to twarz
albo wyszedł z mojego mieszkania trzaskając drzwiami i nie
pokazywał się mi na oczy przez miesiąc. Tak, znam ja tą twoją
gwałtowność i zapalczywość. Wiem, jak byś się gniewał. Ale
posłuchaj mnie przez chwilę.
To już ktoś inny.
I może tak, może sprawiła to
twoja śmierć. Może po niej ona właśnie zwariowała, jej
aktorstwo i egocentryzm rozlał się nadmiernie po wszystkim, co ją
otacza, jak niezmywalna farba. Cierpienie poprzestawiało jej w
głowie i wpędziła się z tęsknoty za tobą prawie w twoją
chorobę. Kto wie, może gdyby nie twoja śmierć, nie stałaby się
tym, kim teraz jest. Gdyby nie twoje odejście, pierwsza prawdziwa
miłość naznaczona śmiercią, tragedią, być może byłaby twoją
wspaniałą kochanką, może żoną, może matką dla twojego syna.
Może dalej byłaby na swój dziwaczny sposób niewinna i magiczna,
jak wtedy, gdy ją poznałam. Krucha i silna, wiedząca mimo
wszystko, czego chce.
Bo ona się zmieniła, Vince.
Tak straszliwie się zmieniła, że
brak mi słów. Czasem myślę, że może zawsze taka była, grała
tylko kolejną rolę, grała tak doskonale, ze nikt z nas się nie
zorientował. Ale nie, nie chcę wierzyć, że pod koniec życia tak
boleśnie pokochałeś ułudę. Że to, tu i teraz, to jej prawdziwa
natura. Nie chcę. To jest byt okrutne nawet jak na mnie, wiesz?
Więc mówię ci, po prostu, że się
zmieniła.
Tak boleśnie, że rozszarpała mi
serce. Tak mocno, że w końcu przyznaję, że nie umiem jej kochać.
Zmęczyła mnie. Wyryła we mnie
dziurę tak bolesną, przestrzeliła mnie pociskiem tak bardzo na
wylot, że nie umiem już nawet nad tym płakać.
Nie wiem, czy to nie gorsze niż
twoja śmierć Vincent. Może to brzmi jak żart, ale tak właśnie
czasem myślę.
Bo zmieniła się, może zwariowała.
Nie pamięta, a może nie chce pamiętać.
I wiesz, widziałam się z nią
ostatnio. I przez chwilę myślałam, że jest jak dawniej. Jak po
twojej śmierci, kiedy mimo wszystko przezywałyśmy piękne rzeczy.
Kiedy dzieliłyśmy smutki, paląc papierosy i pijąc wino na moim
oknie na 10 piętrze, kiedy wymiotowałyśmy potem razem na
przystanku. I wiesz, nieraz się tak łudzę, mam nadzieję, że
jednak może być jak dawniej, jak na początku ale...to pryska,
pryska jak rozbite o podłogę szkło.
I wiesz, słuchałam znowu ostatnio
tego jak się miota. Jej wywodów na temat tego, jak za tobą tęskni,
a zaraz potem monologów na temat tego, jaki powinien być jej
potencjalny facet, którego wiecznie szuka.
Cały czas myślałam że szuka w
innych ciebie teraz...teraz zauważyłam, że tworzy całkiem inną
bajkę Vince.
Mówiła o tych mężczyznach,
zarabiających grube tysiące, o zaradnych, mających firmy,
odpowiedzialnych i tak pomyślałam...bogowie, pomyślałam, że
teraz nie miałbyś szans z nią na taką miłość. Ty, szalony
malarz, kucharz, który nie skończył żadnej szkoły, ale rozwodził
się godzinami nad poezją Wojaczka. Ty, szalony, niestabilny, po
dziwnych związkach.
Zresztą, mam wrażenie, że i ty
byś jej nie kochał. Mam wrażenie, że ona zmieniła się w
kobiety, którymi kiedyś gardziłeś.
Kim byłbyś teraz dla niej? Czy ty
straciłbyś dla niej zmysły?
Naprawdę chcę wierzyć, że to
zmiana, że tak nie było...
Nie, nie było.
Wtedy naprawdę była inna. Piękna
w tej swojej naiwności, marzeniach, artystka o połamanym mocno
sercu ale...pięknym sercu. I nawet, jak wtedy uważała się za
bardziej pogubioną...była bardziej odnaleziona niż teraz.
Ona oszalała Vince. Mówię ci,
oszalała, tak jak ty nigdy szalony nie byłeś. Gna za setką ideii,
ma setki mrzonek, coraz bardziej nierealnych. Mówi że wierzy w
siebie, potem wpada w ataki histerii. Wypiera się dawnych miłości,
znajomości i wierzy, że one nigdy nie miały miejsca. Może ucieka
tak przed bólem. Wierzę, że tak jest i...
Vince, uwierz mi, próbowałam.
Naprawdę próbowałam. Przez te 4 lata od twojej śmierci stale
byłam przy niej, gdy tylko mnie potrzebowała, chociaż ona nigdy
nie była dla mnie. Sądzisz, że było inaczej?
Nigdy nie była dla mnie, ale ja
zawsze przy niej trwałam. Zarywałam dla niej noce, kiedy płakała
nad kiblem, wymiotując, sama nie wiem, czy przez alkohol, tęsknotę
czy strach. Pożyczałam jej pieniądze, karmiłam, leczyłam kiedy
była chora. Zresztą nie tylko ja.
A wyobraź sobie, ona nigdy nie była
dla mnie. I dla Królika też nie. A ostateczny cios zadała udając,
że go nawet nie znała. Jak mi to wyjaśnisz do cholery? Jak?
I naprawdę, powiedz mi, jak ja mogę
to znieść?
Próbowałam. Kochałam ją. Ale
wybacz Vince, nie mam już siły. Zresztą nie mam jej od dłuższego
czasu, zwłaszcza od śmierci Królika.
Wiesz, zawsze traktowałam to jak
jakiś spadek. To, żeby o nią dbać, jak część pamięci o tobie,
bo przecież też prosiłeś, żebyśmy się nią zajęli. Ale,
Vincent, nie mogę przez to spalać siebie, swojego życia.
Bo nie chodzi o to, że jest
szalona. Ty byłeś, ile razy ty się chciałeś zabić, ile razy
jeździłam do ciebie do szpitala psychiatrycznego. Cholera, Vincent,
mam niejednego znajomego chorego psychicznie! I nikt mi nie powie, że
nie mam na to siły, że odtrącam przez to. Ale naprawdę, ja nie
wiem już, co mam robić. Bo wszystko, co robię, jest z góry
przegraną walką. Taka jest prawda Vince. Nie można też pomóc
komuś kto...po prostu nie chce naszej pomocy. No bo jak? Co, na siłę
wsadzę ją do szpitala, chociaż nie mam podstaw? Będę jej jeszcze
bardziej matkować? Nie mam na to siły, mówię ci po raz kolejny.
I tak, mam do siebie żal. Ty już
nawet nie musisz mieć, mam do siebie żal, że nie umiem jej
uratować, mimo że nie mam sobie nic do zarzucenia. Bo nie mam.
Serio, nie mam, zawsze, kiedy byłam potrzebą, byłam. Zawsze jej
słuchałam i nadal słucham, mimo że tak nie to boli. Zawsze
odpowiadałam na telefony, wysyłałam nawet cholerną kasę, o
której wiem, że nigdy jej nie odzyskam i do czego nigdy nie
przyznam się Mężowi. Bo nie umiałam jej odmówić, nie umiałam
jej zostawić. Zresztą, ja nadal nie umiem Vince.
To jak wielki wyrzut sumienia i nie
umiem jej do końca zostawić.
I nadal się z nią spotykam,
widuję. Mimo, że nie sprawia mi to żadnej radości, wręcz
przeciwnie, to zadaje mi wielki ból. Nawet nie wiesz, jak wielki,
nie masz pojęcia, nie możesz wiedzieć. Ty po prostu nie żyjesz.
Mi zostali ludzie, którymi sobie nie radzę.
Ale tak, umawiam się z nią, piszę
kontrolne smsy, czy żyje. Ale nigdy sama nie próbuję się
zwierzać, nie mówię prawie nic o sobie, bo wiem, że to nie ma
najmniejszego sensu. Nie rozmawiam z nią nawet o tobie czy Króliku,
bo uwierz, dopiero wtedy krwawi mi serce. A ja nie chcę go całkiem
stracić, nie chcę zabić przez nią swojego serca.
Ale spotykam się z nią, mimo że
nie mam siły. I za każdym razem widzę, jak i ona coraz bardziej
wikła się w swoje szaleństwo, jak się zmienia, jak chudnie,
marnieje, spala się. I wiem, że nic nie mogę z tym zrobić.
Próbowałam. Nie wyszło mi.
Ale ty doskonale wiesz, prawda?
Wiesz, że nie jesteśmy w stanie
uratować innego człowieka wtedy, kiedy on tego nie chce. Nie
poniesiemy cudzego krzyża. Nie zasiejemy ziarna szczęścia,
radości, jasnego rozum, nie przejdziemy za niego jego ścieżki.
I tak, jestem bezsilna. I tak,
jestem już bez siły.
Czy mi to wybaczysz Vince?
Jan nadal próbuję, ale to resztki.
Wiem że za jakiś czas całkiem ją stracę, to, co o niej pamiętam.
To, co pamiętam o waszej miłości.
Ale nieraz tak sobie myślę...
Myślę, że ona spłonie jak i ty.
I może o to jej chodzi. Mimo, że ponoć nie chce się już zabijać
wiem....wiem że to zrobi. Wiem że wpoiła sobie twoją chorobę,
zresztą i ona nigdy nie była do końca normalna. Inaczej
byście...inaczej aż tak byś jej nie pokochał, prawda?
I czasem tak to widzę, tak, że ona
po prostu wpędziła się w twoją chorobę, mimo że nie zdaje sobie
z tego sprawy i nie pozwoli sobie nigdy na szczęście, mimo że tyle
o nim mówi. Ale nie pozwoli sobie na szczęście, bo miała za
kruche serce, za miękkie, zbyt niewinne i niedoświadczone, kiedy
cię poznała, a potem zabrała cię śmierć. Kiedy pożerał cię
rak ,a ty się zabiłeś. Kiedy wiedziała, tej nocy, że
umierasz...i ona umarła. Coś w niej umarło może na zawsze.
Tak to czasem sobie wyobrażam. Ty
wykrwawiasz się w swoim mieszkaniu na podłodze, z podciętymi
żyłami, a ta krew przepływa do niej ulicami miasta. I wsącza się
w jej serce. Zaraża ją chorobą. Zaraża ją śmiercią, mimo że
ona o tym nie wie.
I ona przeżywa, ale umarło w niej
coś na zawsze. Nie ma dla niej nadziei, może dlatego, że to zaszło
za daleko. Ty wykrwawiasz się na swoim dywanie, a twoja krew zaczyna
krążyć w jej żyłach. I zatrzymuje coś w sercu, psuje jego
mechanizm. Ale ona jeszcze nie wie, że już marła.
Tylko z czasem coraz bardziej to
widać. I ten ból, twoja krew, zjada ją od środka. Wypala w niej
niezmywalne piętno.
I ona z czasem, z roku na rok coraz
bardziej szaleje. I mimo że chcieliśmy, by miała piękne,
szczęśliwe życie, mimo że sama próbuje w to wierzyć, miota się,
ona też powoli umiera. Spala się, jak i ty się spalałeś.
Z roku na rok jest coraz gorzej. I
mimo że ja wierzyłam, że jest dla niej nadzieja, dla jej
życia...twoja krew w jej złamanym przez twoją śmierć sercu krąży
za mocno, za szybko, za gwałtownie.
Vince, wiesz, że ja wiem, prawda?
Wiesz, że ja wiem, co się stanie i wiesz, że nawet jak próbuję
walczyć...
Wiedziałam, jak to będzie z tobą.
Wiedziałam, jak to będzie z
Królikiem.
Widzę to, jak ona...
Widzę, jak ona spłonie. I nie mam
siły, bo mimo że widziałam to wcześniej, nie chciałam w to
wierzyć.
Ale już powoli muszę odpuścić.
Nie uratuję jej. Nikogo z was nie uratowałam.
Zbawić mogę tylko siebie, co,
Vince?
Ale twoja krew z tych podciętych
żył w jej sercu. Bo ona tak cię kochała...
Czy znałam inną tak wielką
miłość?
Nie wiem. Doprawdy nie wiem, mimo że
mam wrażenie, że widzę jej echo w kimś innym ale...nie chcę
zapeszać.
I ona spłonie. Nic nie poradzę na
jej szaleństwo, na twoją krew w jej sercu Vince.
Ale widzę to inaczej, wiesz?
Wierzę, że w pewnym momencie
spotkacie się w spadającym deszczu. Deszczu, w którym całowaliście
się przed twoją kamienicą. Dotkniecie swoich twarzy.
Może to długa droga. I można
jechać całą noc. I całe życie. Aż do śmierci. I wiesz...mi się
wydaje, że ona tak naprawdę, może tak naprawdę, mimo że tak się
pozornie zmieniła...
W środku nadal jest ona, dawna. I
ta dawna, która tak bardzo cię kochała, po prostu jedzie do ciebie
w spadającym deszczu.
A ty na nią czekasz, prawda, Vince?
Więc nie miej do mnie żalu, że ja
przestaję walczyć. Ja nie mam na to siły. Dobrze, Vince?
Myślę, że teraz ty musisz na nią
po prostu poczekać.
I mam nadzieję, że u ciebie pada.
Właśnie na ten scenariusz czekasz, prawda? Bo tu już nie ma pytań.
Vince...bo ty jesteś odpowiedzią.
(i w tym teledysku widzę tak bardzo ją. a może was. i nie mogę nie płakać. )
Możesz jechać całą noc
Szukając odpowiedzi w spadającym
deszczu
Chcesz znaleźć sens
Szukając odpowiedzi
Moglibyśmy znaleźć powód, powód
żeby się zmienić
Szukając odpowiedzi
Moglibyśmy znaleźć powód, powód
żeby zostać
Stojąc w spadającym deszczu.
Ten wpis jest tak bardzo osobisty, że...pozwól, iż nie będę go w żaden sposób komentować.
OdpowiedzUsuńI ja również, jak poprzedniczka, nie wiem, co mogłabym napisać...
OdpowiedzUsuńDołączam się do dziewczyn.
OdpowiedzUsuńTeż nie wiem co mogłabym napisać, czytałam dwa razy i po prostu zrobiło mi się niezwykle żal, bardzo smutno....
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Przykro mi, że tak się to wszystko ułożyło.
OdpowiedzUsuńSzkoda dobrych relacji z osobami, z którymi coś przeżyliśmy i coś nas łączyło. I czasem nie da się pomóc w żaden sposób, sama to przerabiałam, siły opuściły mnie po jakimś czasie starań...
OdpowiedzUsuńNawet nie wiem jak skomentować tyle emocji zawartych w tym wpisie...
OdpowiedzUsuńTo smutne. Niektórzy mówią, że ludzie się nie zmieniają. Gówno prawda. To jest bardzo przykre, gdy widzimy, że ktoś, kto był dla nas piękną duszą, kimś naprawdę wyjątkowym staje się zupełnie kimś innym. Znam zagadnienie, Frido. Też chciałam o tym napisać, ale momentami brakuje słów na takie coś, bo jest zwyczajnie przykro.
OdpowiedzUsuńTo bardzo smutne jak ludzie się zmieniają.
OdpowiedzUsuńNasuwa mi się na myśl aż nazbyt dużo słów, ale pozwól, że podobnie jak dziewczyny na początku - nie będę burzyć osobistości tego tekstu. Płaczę tu z Tobą przy tej muzyce i... przykro mi, naprawdę.
OdpowiedzUsuńBardzo smutne i tragiczne zarazem. Piosenka przepiękna. Trzymaj się mocno!
OdpowiedzUsuńNie bardzo wiem co mogę napisac, wiec jedynie daje znak, że jestem..
OdpowiedzUsuńpo takich postach najlepiej... po prostu wspólnie pomilczeć. przytulam mocno! <3
OdpowiedzUsuń