piątek, 18 listopada 2016

O tym, że tytułu dla listopadowej melancholii, dziwnej tego poranka, nie będzie.

Niedawno śmiałam się, że najważniejsze jest te 7 lat. Bo jak mówi pewien znany przesąd, jeśli przeżyjesz z kimś 7 lat i nie utracisz kontaktu, to jest szansa, że będziecie znać się przez całe życie. Bo 7 lat to więcej, niż niektóre etapy.
To przemijający etap znajomości z liceum i studiów, to czas, kiedy przekształcasz jedno życie w drugie. Musicie znać się 7 lat, żeby móc znać się całe życie. Żeby zawsze być razem.
Tyleż prawdziwe, co naiwne.
Jeśli w ciągu 7 lat nieraz do siebie wrócimy...tak, może zostaniemy ze sobą na zawsze. Jako przyjaciele, znajomi, po protu kumple. Nawet jeśli w tym czasie inne relacje są intensywniejsze, nawet jeśli pachną mocniej. Nawet jeśli przez jedne relacje chce porzucić się albo zaniedbuje te stare, sprawdzone. Te, które trwają 7 lat i dłużej.
I z wiekiem paradoksalnie, choć o to łatwiej, to też i o to trudniej.

Tyle śmiechu w ostatnich dniach. Ale po śmiechu zawsze muszą pojawić się łzy. Kolejne zrozumienie, że wszystko przeminie. My przeminiemy.
Widzę zmiany w relacjach.
Widzę zmiany w moim ciele, te coraz wyraźniejsze zmarszczki, coraz wrażliwszą skórę, łagodność a nie zaciętość na obliczu, które odbija się lustrze. Coraz większe pole przeorane doświadczeniem, które powoduje zmęczenie, ale w zamian oferuje i mądrość, jeśli tylko chce się z niej skorzystać.

Poddaję się temu, poddaję się kolejom życia, jego etapom, nie przebłagam bowiem czasu, nie zatrzymam wszystkiego, poddaję się temu i nawet uczę się czerpać z tego dziwaczną satysfakcję, dziwaczną radość, że wszystko przeminie, vanitas vanitatum et omnia vanitas, że może nie ma się co przejmować, tylko hedonistycznie zatrzymywać moment. Poddaję się czasowi, który nie istnieje i staram się cieszyć chwilą, ale coraz bardziej panicznie, krwiożerczo, aż do przesady, jakbym podświadomie chciała zostawić po sobie ślady tak trwałe jak blizny w duszach, jakbym chciała wyryć się krwawo imieniem na skórze. Jakbym bała się, że proch przeminie, a to może ma jakieś znaczenie, ilu i jak pamięta. A nie ma. Proch to proch, musi wrócić do ziemi. I tylko to ma znaczenie.
Rozsypcie mnie więc za życia, nie szkodzi. Bo za mało nam, za mało nam do 7 lat, tylko od nas zależy, ile ich zbudujemy, czy przetrwamy więcej niż 7 ale...jak mogę w to wierzyć?
Że jeszcze jakoś?
Że jeszcze z kimś?
Że z tobą, mimo że mi zależy?

Podejmuję decyzje, które spalą mosty. Bo nawinie mogę mówić, że przecież obecność fizyczna niewiele zmienia. Wiem, że zmienia wszystko. Wiem, że wszystko może być stracone, ale mówię uparcie, że taka jest kolej życia, że nieraz nie można walczyć, nieraz trzeba się z tym godzić. Trzeba wszystko stracić, zatańczyć nadmiernie intensywnie, tupiąc i śmiejąc się za głośno, aż tafla lodu pęknie i zmrozi serce, zabije to, co między nami. Czasem trzeba.

I nie mogę spać. Budzę się nocami, zwalam to na księżyc, na jego intensywną, bliską mojej twarzy tarczę. Zwalam to na zaprzeszłości i niedokończone sprawy, na alkohol i przemęczenie.
A gdy zasnę, pojawiają się sny.

Ciężkie, lepkie. Śnią się twarze, które nigdy nie powinny, nie powinny się przypominać. Gwałty w dusznych, pełnych szczurów piwnicach. Aż wreszcie małpy, które powinny być ogniście rude, a są czarne i giną w trakcie burzy w ogrodzie mojej matki.
Małpa, zręczny imitator, błazeński, nie jest ani wierny, ani szczególnie inteligentny. Kolejny symbol mnie, mnie śmiejącej się, mnie udającej, naśladującej tylko to, co ją otacza. Cudzy dobry humor. Cudzą wiarę w ostatnie dni, że jeszcze się uda, spotkać, zapamiętać na zawsze zapach który już powoduje skojrzanie, że jeszcze się uda wypić to piwo, jeszcze się uda...
Ginie w trakcie pory zmian. Ginie w pełnej świadomości, w swoim doświadczeniu, w miejsc tyle tajemniczym, co znanym od dziecka, bezpiecznym, co kryjącym wszystko co w głowie. Ginący w ogrodzie mojej matki, miejscu, które mówi o mojej nauce, kolejnych naiwnych wiarach, ale zmienianych przez doświadczenie.
Znów, wszystko jasne. Nawet gdy ja nie chcę o tym myśleć, wszystko pojawia się samo, nieproszone. Nie mogę odpocząć, muszę działać.
Chciałabym kiedyś mieć spokój. A nie umiem nawet uciekać w sny, bo ta druga ja, mądrzejsza...

Mówi mi, co być może powinnam zrobić. Albo jak bardzo nie działać. Kim nie być.

Mówi mi, że może warto się odsłonić. Może jakoś przed sobą samą.
Powiedzieć, że na kimś zależy. W środku zależy, może znów za bardzo, niż powinno, trochę dziwacznie, trochę za czule. Przyznać się, że żal do kogoś innego, żal, że w ostatnich miesiącach ktoś, dla kogoś poświęcało się wszystko przez długi, długi czas, ma tylko i wyłącznie swój świat w którym nie ma dla ciebie miejsca, a to ostatnie miesiące, bo wiesz, że gdy wyjedziesz, wszystko się rozpierdoli. Upadnie jak wieża w starej wschodniej grze, w której zabrakło klocków, bo wiesz, że to mniej niż 7 lat i pewne rzeczy, te starzejące się a nie rosnące już kości. nie wytrzymają tej zdrady. Może warto się przyznać, że innych źle osądzałaś i niepotrzebnie miałaś bariery, a jeden wieczór z piwem może zmienić wszystko, może warto się przyznać, że czasem trzeba było więcej się postarać i może warto się przyznać, że to ktoś miał na ciebie nieraz ten zimny, mroczny wpływ, którego tak naprawdę nie nosisz w swoim sercu.

Trzeba się odsłonić i powiedzieć sobie głośno, na co się godzimy, z czego rezygnujemy. A także, kogo kochamy. Jak silnie- i która miłość nas zabija, a która otula bezpiecznie.
Choć, to nie sama miłość. Ta zawsze jest piękna, tylko okoliczności bywają za ciężkie i przekrzywiają jej obraz. Ona jest niewinna, jej nie można skazać na rozstrzelanie. Ją trzeba rozgrzeszyć, a potem nieraz amputować, poddać eutanazji, bo ona, choć niewinna, nie ma racji bytu nie ma prawda istnienia.
Nie teraz.
Nie w tym świecie.

Jak zwykle może po prostu narozrabiał księżyc i przez niego widzę za dużo. Za dużo w sobie, za dużo w kimś.
Z jednymi spędzam za dużo czasu, co zacieśnia pętlę, która zamiast po prostu związać ludzi, zaciska się na szyi. Z innymi nie widzę się w ogóle, co sprawia, że sznur się przeciera, rozplata, aż wszystkie bezwolne, konopne nitki pałętają się po świecie, targane listopadowym wiatrem.
A może to właśnie listopad, wreszcie odbija się czkawką, zmęczeniem, bo za dużo było pracy i za dużo emocji. Tych dobrych i tych złych, tych wiążących się za stratą ale i z nowym powitaniem.

Listopad znowu nas zbliżył z jednymi, z innymi oddalił. Może dzięki niemu wyjechałam na jedną noc z domu tak, że wreszcie dało się porozmawiać, co z tego, że nie do końca pamięta się o czym? Ale można było odkryć, że może, póki się tu było, też coś się zmarnowało. Bo teraz mosty zaczną się palić i jak wierzyć naiwnie, że jeszcze się uda wszystko zbudować, istną twierdzę, zanim tamto spłonie?

Jak to się dzieje w tym listopadzie? Dlaczego na to pozwalam, dlaczego z jednego mogę się ciszyć, za innym płakać?
W śmiechu, cudownym błaznowaniu, radości odzyskanego dziwacznie mimo pory uśmiechu, w zarwanych przez alkohol nocach pojawiło się zmęczenie. A przede mną kolejne dwie noce, noce w pracy. Jedna bez znaczenia i jedna, na którą czekałam, ale trochę się boję. Bo w śmiechu dnia zjawia się nieopatrznie rzucone „może za bardzo się tęskniło” i wiemy, że nocą mówi się za dużo. Nocą łatwiej, nawet jeśli nie towarzyszy temu wino, piwo i na nie wszystko można zrzucić.
4 nad ranem ma swoje prawa, płynące z innego zmęczenia i magii. A my musimy tą magię przetrwać, wiedząc, że ruch zatrzymuje się tak, żeby więcej nie prowokować. Bo po co? Ta droga nic nie zmieni, ta tylko może kogoś skrzywdzić. I to nie ja będę tym gorzej złamanym, nie ja, chociaż ….coraz bardziej i mnie to dotyka. Wszystkie nieporozumienia, wszystkie nie chcę, mimo że gdyby nie...

I z tym muszę się zmierzyć w tym ostatnim, być może, w tym mieście być może ostatnim listopadzie. I nie będę w to nikogo wciągać. Tego też już za dużo.

Bo o tym przypominają słowa z innego kraju, czyjś smutek wlany w moje serce. Kolejne słowa mówiące o pragnieniach, gdy ktoś upija się samotnie w hotelu pokojowym, mówiąc, że to wszystko chyba nie wypali, całe życie nie wypali beze mnie. Tylko pijackie słowa, ale drażnią, frustrują, bo i ja w pewien sposób go kocham, nie tak, jakby chciał, ale kocham i nie umiem przejść obojętnie, wiedząc, że ratowałam to życie ale i popisowo je komuś spierdoliłam. Dziwaczna, absurdalna równowaga, którą wyśmiewa co jakiś czas los, którą co jakiś czas, może sam z siebie, a może na wyraźne życzenie któregoś z nas, musi przewrócić.

Niepokój, gdy wszystko się układa, pomimo założeń czynionych przy piwie, ze słuchawką w ręku, bo tak daleko od siebie jesteśmy.
I ta myśl, znamy się też dłużej, niż 7 lat, pomimo tej przerwy, tylu lat, wróciliśmy do siebie. Zawsze będziemy się zderzać? Do końca życia? Jak te atomy w powietrzu, których nie da się rozłączyć?

I gdy on to mówi, ja nie mówię nic.
Wiem więcej, niż mogę powiedzieć. Jak zawsze. A w listopadzie, to tez podwójnie mimo wszystko, uwiera.

7 lat albo i więcej.
Rok, a nawet i mniej.
2 lata.
Nic nie znaczące cyfry, nawet śmieszne wspominki na facebookowej tablicy, znasz kogoś 2 lata. Ha, znam go o wiele dłużej, ale niech wam będzie, skoro życie, świat lubią tak oficjalnie.
10 lat, 8 lat, 7 lat, 2 lata, rok a może i mniej. A może poznajemy się tak naprawdę w ciągu jednej nocy, w czasie której potrafimy odsłonić wszystko, zapłakać, a cała reszta nie ma znaczenia. 10 lat i ani jednej łzy, 2 lata i ani jednej, jedynej, mimo tylu chęci. Niecały rok i cała przepłakana noc na jednym ramieniu.
Jak długo się znamy? Jak bardzo się znamy?
Jak szybko przeminiemy dla siebie, jak bardzo powinniśmy to zrobić, zanim dojdzie do jakiejś kolejnej tragedii? A co będzie, jeśli znikniemy i przez to któryś statek zatonie, tragedia dopiero się rozegra, wygra gorycz, którą już gdzieś tam czuć pod językiem, zamkniętą w zakażonym światem migdałku, który próbował to wszystko zatrzymać, ale sam poległ?

A może to nie ma znaczenia. Bo jesteśmy ostatecznie sami w przestrzeni, sami w swojej głowie, sami, wydani jak włóczędzy zimną nocą, bez dach nad głową, na pastwę swoich snów, jakby były kąsającymi psami.

Czasem tylko gdy wzywam mayday w listopadzie, ktoś odpowie. Do mojej próżni, do mojego pustego, własnego wszechświata wyśle flarę, bo głos nie dotrze, nie rozejdzie się. Ale korpuskularno falowa natura światła może zawsze przyśle nadzieję.

Może nawet dotrze i ciepło?
Tylko które mi pomoże? To które zwykle daje największe opacie, najszersze dla mnie serce, nie daje dziwnie ukojenia. Być może dlatego, że targa nami dziwny niepokój.
To, którego potrzebuję jest wiecznie nieobecne i samo siebie musi rozgrzać.
To, które by potrafiło, jest niebezpieczne samo dla siebie.

A tak naprawdę, to tylko zmęczenie. Za dużo myśli i snów. Listopad czkawką odbity.
Potrzebuję snu, biegu nad jeziorem wśród drzew, chrupiącego jabłka i ciepłej herbaty, zamiast kolejnego piwa. Trochę światła, które znajdę sama w swoim wszechświecie.

Chociaż, mówili, nigdy nie zaszkodzi w przestrzeń wysłać mayday. Może gdzieś się odbije.

Byle nie czkawką.  



Czy mnie słyszysz, mayday?
Astronauta do bazy
Wyznaję, jestem w rozsypce
Nie mogę wysiąść
Gdy unoszę się w kosmosie

Gdziekolwiek jesteś, wyślij flarę
To próba nawiązania kontaktu

32 komentarze:

  1. Zbyt intensywne emocje często prowadzą do przemęczenia. Zwłaszcza, kiedy jak u Ciebie, nawarstwią się skrajne. Relacje międzyludzkie są materią najbardziej skomplikowaną z możliwych. Muszę się zastanowić nad tą regułą siedmiu lat, bo słyszałam o niej tylko w odniesieniu do małżeństwa.
    Myślę, że ci najwierniejsi z Tobą zostaną, czy znacie się trzy lata, czy dziesięć. Ludzie przychodzą i odchodzą, mnie samą to boli i nie znalazłam jeszcze sposobu, żeby się z tym uporać.
    Dużo spokoju razem z ciepłem życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. A w ciągu dwóch tygodni jakoś...zrobił mi się mały rollerocaster, przemieszana cudowna zabawa, radość, z melancholią, depresyjnymi tęsknotami i tak dalej. Do tego zmęczyłam swoje ciało i tak jakoś...po tych dwóch nockach mam 5 dni wolnego, muszę odpocząć, wyciszyć się i będzie jak będzie:)
      A ponoć odnosi się ogólnie do relacji. I powiem szczerze....możliwe, że się sprawdzi, jak tak obserwuję.
      Ja jakoś mimo wszystko to akceptuję, tylko w dwóch przypadkach będzie mi żal, ale tu mam prawie pewność, że pewne rzeczy się rozpadną.
      Dziękuję i wzajemnie:)

      Usuń
    2. To właśnie wywnioskowałam z Twoich słów. Miałam podobnie początkiem października: najpierw zlot fanów, luz, dobra atmosfera i dużo procentów, a potem stres przed obroną, dopinanie wszystkiego... czułam się strasznie wypluta. Mam nadzieję, że uda Ci się odpocząć.
      Myślałam i sprawdziło się w trzech przypadkach, jestem bardzo zaskoczona.
      Dzięki :)

      Usuń
    3. Po prostu za intensywnie jakoś, odpoczynek był potrzebny i koniec kropka. I obecnie właśnie to robię:)
      Hah, życie lubi zaskakiwać..na różne sposoby, jak się okazuje:)

      Usuń
  2. Taka kolej rzeczy, bardzo,bardzo smutna. Sama próbowałam ratować pewne ważne dla mnie relacje, ale nic z tego nie wyszło. Żałuję, ale nie przeskoczę pewnych spraw. W ogóle listopad tegoroczny tak nastraja jakoś melancholijnie i w ogóle, same smutne tematy przychodzą do głowy...
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dla mnie listopad w dużej mierze był dobry, tylko za intensywny i muszę troszkę odpocząc, co właśnie robię. I chandra przechodzi:)
      I nieraz właśnie nie wychodzi ale...to naturalna kolej życia, którą nieraz musimy po prostu zaakceptować.

      Usuń
  3. Czyli widzę, że nie tylko ja mam rozkminy na temat ludzi, relacji z nimi i w ogóle wszystkiego co z nimi związane. A może właśnie listopad po to jest, żeby się zastanawiać nad wszystkim.
    Czasami trzeba relację albo przerwać albo ocalić, niestety nie ma czegoś pomiędzy. Myślę, że najtrudniejsza jest ta decyzja. A co do tych 7 lat, to myślę, że coś musi być, im dłużej człowiek się z kims zna, tym głębsza jest relacja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano jak widać nie:) I właśnie, może to nieraz uwiera, ale potrzebujemy takiego refleksyjnego miesiąca, bo nieraz trzeba przystanąc i zastanowić się nad pewnymi sprawami.
      To też taka metafora, ale ponoć i psychologiczny fakt, przy czym wiadomo, to nadal tylko statystyka:)

      Usuń
  4. 7 lat, wow pierwsze słyszę, w marcu zacznę 6 rok z moim chłopakiem a więc tylko rok i mam być pewna? Hm... pewna jestem o 6 miesiąca naszego związku kiedy to mi się oświadczył, nic od tego czasu się nie zmieniło, tak samo jestem pewna że to ten jedyny i jeśli kiedyś się rozstaniemy to poniosę życiową porażkę, jak kobieta po 40 latach małżeństwa. Ja nie ratuję żadnych znajomości, jeśli są coś warte same się obronią. W tamtym tygodniu po raz pierwszy od 9 miesięcy rozmawiałam (z raz w miesiącu pisałyśmy na FB) na skypie z moją najlepszą przyjaciółką, nic się nie zmieniło, rozmowa przebiegła tak jakbyśmy się nie widziały/słyszały przez tydzień, znamy się mniej więcej 6 lat z czego 2,5 nie widziałyśmy się na żywo. Natomiast z przyjaciółką z piaskownicy nie rozmawiam ze 3 lata, czyli padło po mniej więcej 19 latach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 7 lat jest bardziej swojego rodzaju metaforą czy hm...statystycznym prawdopodobieństwem, nie regułą:P wiadomo, że w relacjach międzyludzkich żadne reguły nie istnieją, to zabawa statystyką, w której coś jest, ale nie rzecz w tym, żeby traktować to od linijki:P
      Więc właśnie, jak mówię, nie ma reguły i ..życie przynosi pewne rzeczy, które nieraz po prostu się akceptuje:)

      Usuń
  5. Gdzieś kiedyś czytałam, że życie człowieka zmienia się co 7 lat. I w sumie coś tym jest, także z liczbą 7 w relacjach. W okresie gimnazjum poznałam kilka osób, z którymi, jak myślałam, będę się kumplować wiecznie. Przetrwały tylko dwie relacje. Reszta zmieniła swoje życie w taki sposób, że nie było tam już dla mnie miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt biologiczny, że co 7 lat mamy pełną regenerację komórkową, więc...może to i kwestia pamięci tkankowej?:> To wiadomo, taka statystyczna zabawa ale...lubię rzeczy, w któych "coś jest":) Bo po prostu, życie się zmienia i ...nie można temu na siłę jakoś zapobiec.

      Usuń
  6. Rany nawet nie wiem co Ci napisać...Z jednej strony post brzmi optymistycznie a jednak z drugiej czuć w nim pewną gorycz. Cóż też ostatnio tracę ludzi w sumie już jestem sama. I wiem jak to boli. Ale cóż. Osiem planet, siedem kontynentów...Ja wierzę, że mamy gdzieś zapisane wszystkie przyjaźnie jakie nas w życiu spotkają. I każdy człowiek w naszym życiu jest po coś. Coś daje, coś przynosi.
    Trzymaj się kochana przytulam mocno mocno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ostatecznie i tak w tej goryczy jest jakieś światełko:) To był przejściowy kryzys, pewne myśli, które musiałam wylać bo...tak naprawdę mam przy sobie wielu ludzi ale wiem, że te kontakty ulegną kolejnym zmianom. Jak to w życiu i trzeba to akceptować jakoś. I to prawda, coś już jest jakby...zaplanowane w jakiś sposób.
      I dziękuję:*

      Usuń
  7. To falowanie emocjami jest charakterystyczne dla ludzi, którzy są bardzo wrażliwi. Raz czuje się euforię i wydaje się, że góry się przeniesie. Kiedy indziej czuje się tak, jak przekłuty balonik.
    Na szczęście stany, kiedy "łapie się" doły są przejściowe. I tego Ci życzę - samych pozytywnych myśli :)


    Serdeczności Frido :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy jestem wielkim wrażliwcem, ale fakt faktem, nieraz zdarza mi się pewna huśtawka. Na szczęście, zawsze ten pozytywny okres jest dłuższy, a chandry i minidepresje nie przeszkadzają na co dzień:) Ot, ludzkie kryzysy po prostu:) I dziękuję:)

      Usuń
  8. Jesień jest okrutna, gdyż mieli człowieka na wszystkie strony. Raz to pojawia się taka melanchujnia, że palcem by się nie ruszyło a następnego dnia norma. Jakby nic się nie wydarzyło.

    Liebster leci do Ciebie, Frido ;)
    1. Co Cię przyciągnęło na złą ;) drogę blogosfery?
    2. Marzenia twarde, marzenia miękkie, marzenia al-dente. Najskrytszymi nikt nie chce się dzielić - to może jakie masz mniejsze, albo większe, bieżące marzenie?
    3. Boże Narodzenie śnieżne po pas czy... bure i mokre?
    4. Na randce grać pozory czy być sobą?
    5. Twój sposób na stres?
    6. Sposób na jesienną chandrę oprócz picia? ;)
    7. Obecnie promuje się sporty ekstremalne do tego stopnia, że jeśli ich nie uprawiasz to nie istniejesz. Naprawdę każdy musi "zaistnieć", by uznać, że żyje?
    8. Twoja znienawidzona piosenka to...?
    9. Czy wydarzyło się w Twoim życiu coś, co dla większości jest nieistotne a Tobie sprawiło ogromną radość?
    10. Postęp technologiczny strasznie gna. A Ty powiedziałeś/aś sobie kiedyś "dość" wiedząc, że więcej Ci nie potrzeba?
    11. Donald Trump przekazuje Ci cały swój majątek. Co z nim robisz? Pomnażasz, sprzedajesz, rozdajesz wszystko...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ot, życiowa huśtawka:)
      Dzięki za nominację, postaram się niedługo za to zabrać:) Fajne pytania:)

      Usuń
  9. A ja na swoim przykładzie mogę powiedzieć, ze owszem, odległość swoje robi, ale to żadna wymówka. Byłam pierwsza osoba do której Kornela zadzwonila jak się dowiedziała, ze jest w ciąży. Wiec mimo wszystko, jakoś się jest razem w ważnych chwilach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne że to żadna wymówka, ale po prostu, wiem, że pewne rzeczy się zmienią i to sobie oswajam w swoich małych kryzysach:) Zresztą, okazuje się nieraz, że można być blisko, a jednak bliżej jest dalej, wiesz o co mi chodzi:) Także, nie ma reguły, ale to przeczucie zmian robi swoje XD

      Usuń
  10. Odległość nie ma znaczenia. Bynajmniej nie w przypadku tych poważniejszych relacji. Ale fakt, czasami nawet te znajomości, które wydawałyby się najbardziej pewne, zawodzą. I taka jest smutna, najsmutniejsza sprawa. Tak na prawdę czas wszystko weryfikuje. U mnie ostatnio sporo w tych kwestiach się wyklarowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, znajomości, które mają przetrwać- przetrwają. Ale jednak, rozłąka, pewne zmiany, nie tylko odległościowe ale i życiowe, bywają trudne. Ale może właśnie...nieraz potrzebne jest takie sito, które nieraz pewne rzeczy w naszym życiu odsiewa?

      Usuń
  11. U każdego z nas jesienna depresja objawia się inaczej, ale tęsknota jest chyba objawem każdej. :) Dobrze, że w dzisiejszych czasach jest o wiele łatwiej utrzymywać kontakty. Chociaż wieczór przy piwie, czy spacer w rytmie szeleszczących liści to nie to samo co wymiana myśli w smsie to jednak mi pomagają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, u mnie to tai przejściowy moment kryzysowy, żadna tam wielka depresja. Już na nowo tryskam energią:) I to prawda, jest o wiele łatwiej ale...własnie paradoskalnie, może i trudniej, bo gubimy się w tym. Piszemy wiadomości, zamiast się odwiedzać etc. I jasne, nie to samo, ale...namiastka chociaż:)

      Usuń
    2. U jednych dłużej trwa ta melancholia, u innych krócej i różne czynniki się na to składają. U Ciebie pewnie myśl o przeprowadzce Cię tak dopala czyż nie? :D

      Usuń
    3. Troszkę, ale nie tylko. Raczej po prostu właśnie to było już ogólne przemęczenie.

      Usuń
  12. a mi czasami brakuję ludzi wokół. Czas jednak był na moją niekorzyść..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może właśnie na korzyść? Bo odchodzenie jednych powoduje...miejsce, żeby mogli zjawić się i inni:)

      Usuń
  13. Gdzies już czytałam o tej magicznej 7 tylko sobie nie mogę prypomnieć gdzie? u Ciebie? U Twojego brata? Mniejsza z tym :) ale chyba przywiązujesz dużą wagę do liczb, prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Listopad chyba zawsze w Tobie dużo emocji odradzał..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze nie zawsze, od śmierci Królika po prostu, bo to symboliczny miesiąc od tego moment już dla mnie.

      Usuń