-Serio, dzisiaj w końcu wywlekli
temat tych koców? - rozmawiałam przez telefon z jedną z moich
współpracownic.
-No, serio. Ale w sumie oddziałowa
nie będzie się czepiać, ona nic nie mówiła, ale wiesz, pani D,
pani K, one zaczęły jazgotać, że jakim prawem, nie swoim się
rządziłyście i w ogóle, oni sami mają sobie radzić.
-Kurwa, koca pożałować. Przecież
ich nie zjedli, to jest śmieszne wszystko- aż się
zdenerwowałam.
Afera kocykowa, doprawdy. Trochę
absurdalne, trochę irytujące. Bo kto by się czepiał o wydanie 6
starych koców ludziom, którzy nie mieli się nocą czym przykryć,
koców, które i tak wróciły na oddział? Okazuje się, że można
się i czepiać. Tak dla zasady. Tak po prostu, nawet, jeśli główna
zainteresowana, sama szefowa, nie ma nic przeciwko temu.
O co chodzi z aferą kocykową?
Remont na naszym oddziale nadal trwa,
jak wszyscy wiedzą. Chaos coraz większy, coraz większa bieganina,
bo termin oddania już przekroczony, panowie majstrowie płacą już
kary i ogólnie, mało śmieszne i coraz bardziej męczące już to
wszystko jest.
Nadal pracują przy tym remoncie u nas
Ukraińcy, cudnie zbudowany i cudnie mądry Artiom, jego koledzy i
koleżanki, w tym pulchna, niska Natalia z Lwowa, z którą od razu
załapałam świetny kontakt rozlewając wiadra z wodą i śmiejąc
się z naszej wspólnej niezgrabności, kiedy na nocce dziewczyny
sprzątały u nas, a ja chciałam im pomóc, robiąc jak widać
więcej szkody, niż przynosząc pożytku.
Nadal jest Jamnik, chamski burak który
biega za mną jak oszalały, bo typowo się na mnie uparł, zakochał.
Nadal jest Mareczek, starszy kolega Jamnika, który wygląda jak
przepity Elvis, ale ogólnie jest w porządku i lubię z nim
pożartować.
I jest też wiecznie zmęczony Pan
Kierownik, który nieraz ze mną lubi sobie pogadać, chociaż jak
widzę to taki nieśmiały typ, z wiecznym cierpiętniczym wręcz
spokojem w środku, cichym głosem i jakąś taką aurą, że
chciałoby się go przytulić, jak widzi się, że wszyscy coś od
niego chcą i na niego krzyczą.
Takie więc to postacie przewijają się
dodatkowo na naszym oddziale, wśród pyłu i chaosu, wśród
przenoszenia pacjentów z pokoju do pokoju i ogólnego rozgardiaszu.
A ja, w tym wszystkim, razem z moją
Ulubioną Pielęgniarką, której na imię tak jak i mnie, w której
widzę siebie za 20 lat ( też jest leworęczna, też jak była młoda
wiecznie robiła u siebie imprezy, jeździła na koncerty rockowe i
wiecznie miała coś złamane) i razem z panią M. miałyśmy nocny
dyżur.
Z reguły na nockach panuje spokój,
ot, przewiniesz sobie oddział i potem już głównie czuwasz, żeby
nikt się nie zgubił, nie wypadł z łóżka, nieraz żeby nie
umarł.
Tym razem chaos dał nam się we znaki.
Poprzenosili nam na dniówce pacjentów tak, że same nie mogłyśmy
się ogarnąć. Ulubiona wykrakała nam, że będziemy przewijać
góra pół godziny- zastałyśmy oddział w takim stanie ( nie wina
dniówki, nigdy nie wiadomo, ile razy ktoś zrobi kupę, no nie?)że
robiłyśmy to półtora. Spocona, zmęczona, poszłam się myć pod
prysznic który dzielimy z Chłopcem ( słynne jest już nasze
zanoszenie sobie ręczników jak mamy razem dyżur i propozycje mycia
pleców), myśląc, że to koniec przygód- ale nie, to był dopiero
początek.
Już przedtem Ulubiona, widząc
sprzątające Ukrainki, Natalię i Julię, widząc, że to już 21,
wiedząc, że mieszkają pod Poznaniem i nie wiadomo o której się
położą spać, a wiedząc dodatkowo, że o 6 rano mają do nas
wrócić, zaproponowała im, że się nimi zajmie. Po prostu w której
pustej sali zorganizuje im nocleg. W końcu to dom, mamy prysznic,
mamy kuchnię, mamy niezliczoną ilość kocyków, kołderek,
poduszek, żyć nie umierać!
Cały czas przewijając oddział
zastanawiałyśmy się, czy te młode dziewczyny, umęczone tego dnia
jak my, przyjdą do nas. Bo i w międzyczasie wpadł Artiom z
herbatką już jakoś się wpraszając, bo wiedział, że ja mam
dyżur i liczył na nocne nauki języków przy dyskusjach o filozofii
czy filologii ( dopiero niedawno ogarnęłam, że to w końcu pan
magister filologii z fakultetem z filozofii, cały czas myślałam,
że jest na odwrót).
No ale jakoś się nie zjawiały,
pomyślałyśmy więc, że pojechały pod Poznań, do tych hoteli
robotniczych w których śpią, że zawiózł je ten fajny kierownik,
bo widziałyśmy, że rozwozi ludzi z tym swoim stoickim spokojem
nawet po nocy.
Skończyłam prysznic i miałam iść
na chwilę do portierni, żeby pan, który tam siedzi, mógł zrobić
obchód po korytarzach całego domu, zawsze zmieniam go na te 20
minut po nockach. Wyszłam na korytarz z książką, kierując się
już do windy i prawie zderzyłam się z panem kierownikiem.
Sprawdzał coś tam jeszcze na oddziale, jak poszedł remont tego
dnia, zmęczony i cały w pyle, który dusi każdego z nas. Weszłam
z nim do windy i tak od słowa do słowa wyszło, że...potrzebuje
materace. Albo koce. Albo cokolwiek, bo jednak 7 osób ma zostać u
nas na noc.
Co mogła zrobić Frida? Oczywiście,
zaproponować pomoc. Bo jak to tak, ci biedni ludzie, pracujący do 2
w nocy nieraz, mają spać ot tak, na podłodze? Od razu powiedziałam
Kierownikowi, że Ulubiona jakby co może przyjąć do nas 2
dziewczyny na noc, ale dziewczyny, bo z facetami nigdy nic nie
wiadomo i się ich boi troszkę, zażartowałam nawet, że dba o moją
nieistniejącą już cnotę, jako moja zastępcza tutaj w pracy,
matka. Od razu pomyślałam, że może mamy gdzieś w piwnicach
materace, zjechałam z nim na dół, ale zapomniałam, że przecież
potrzebny tam jest klucz!
Musiałam już iść do portierni,
powiedziałam więc panu Kierownikowi, że wie jakby co, gdzie nas
szukać. I przyszedł, gdy tylko kończyłam tam siedzieć, z
nadzieją, że pomogę tym 7 ludziom, a nawet może raczej i jemu, bo
będzie miał problem z głowy.
Przyszliśmy na oddział. I Ulubiona,
jak to ja, od razu też rzuciła się na pomoc. Tylko...pan i M.
ostudziła nasz zapał. Najpierw nakrzyczała na mnie, że chcę z
obcym facetem jeździć po piwnicach i szukać Bóg wie czego, ( bo
chciałam wziąć klucz i jeszcze raz z nim do tej piwnicy jechać),
że nie wiadomo, co on mi tam zrobi i tak dalej, potem wyjaśniła,
że koce czy materace dajemy na własną odpowiedzialność, bo jak
znikną to...
Nie mogłyśmy mu nie dać tych koców.
6 starych trochę koców, które potem po prostu się wypierze, bo
tego wymagają nas przepisy, żeby wyprać nawet raz używany,
wiadoma sprawa. Wzięłyśmy więc z Ulubioną klucze do magazynku,
Kierownik poleciał za nami, ucieszony, że chociaż te koce jakoś
dostanie, pomny przestrogi, żeby przynieśli nam je przed 7 rano,
zanim pójdziemy do domu, żeby może się nie wydało, że dałyśmy,
bo jeszcze my będziemy miały problemy.
Jeszcze o 1 w nocy, mając obchód,
znalazłam dwa nieużywane na oddziale materace. Czy wy wiecie, jak
mi się zrobiło głupio, tak samo i Ulubionej, jak jej o tym
powiedziałam, że jednak miałyśmy i materace?
-Muszę przeprosić Kierownika-
zażartowałam, a może i jakoś powiedziałam to całkiem serio, bo
naprawdę, zrobiło mi się głupio.
Przez jakiś czas myślałyśmy z
Ulubioną czy nawet nie zrobić Ukraińcom, którzy tam gdzieś w
budynku spali śniadania, bo miałyśmy oddziałowy nadmiar chleba,
który i tak się wyrzuci. Przez jakiś czas chciałyśmy lecieć z
tymi materacami, ale w środku nocy naprawdę nie miało to sensu. I
przez całą noc myślałyśmy, czy przyniosą nam te koce, bo pani
M. nakręciła nas, że będziemy miały problemy.
O 6.30 punktualnie jeden z Ukraińców,
zaspany, przyniósł całe naręcze koców, dziękując jakoś
łamanym polsko- rosyjskim, mówiąc, że było ciepło i że jakoś
się wyspali. Rzecz i tak się wydała, bo część osób z dziennej
zmiany już przyszła.
I tak zaczęła się taka trochę afera
kocykowa jak ja to nazywam.
Dawać czy nie dawać?
Pomagać czy nie pomagać?
Serio, taki problem o głupie koce?
Bo, jak dzisiaj się dowiedziałam
przez telefon jednej z koleżanek, na oddziale został poruszony
temat kocyków. Po tym, jak Ruda wydała polskich pijanych
robotników, że śpią jej za ścianą bez pozwolenia dyrekcji,
poruszony został i ten temat, ludzi, którzy pozwolenie mieli,
ale...kocyki dostali trochę nielegalnie, samowolnie. I co z tego, że
je zwrócili, nie zjedli, nie poszarpali, nie poplamili. Co z tego.
Okazuje się, że niektórzy mają z tym problem. Klasyczny ból
dupy, o którym pewnie nikt mi w twarz nie powie gdy w piątek pójdę
do pracy. Marudzenie, że jakim prawem oni mają tak za darmo coś
dostać.
No bez jaj. Absurd jakiś. Ale...brzmi
znajomo, prawda?
Przypomnijcie sobie całe dyskusje o
imigrantach, bezdomnych, całą szerszą perspektywę i to zapalczywe
„nie należy im się bo...”.
A może nie chodzi o żadne należy
się- nie należy?
Nie wiem, może po prostu niektórzy są
praktyczni i logiczni z tym należy się- nie należy, nawet jeśli
chodzi o takie drobiazgi jak koce pożyczane na noc. Może oni lepiej
na tym wychodzą, może nie mają takiej spaczonej natury jak ja i
pielęgniarka z którą miałam nocny dyżur.
Bo tak naprawdę, akurat ja i Ulubiona
jesteśmy naprawdę podobne. Mamy taką samą naturę. Oddałybyśmy
ostatnie nawet koce, swoje jedzenie, nawet, jakby ktoś miał to
zniszczyć, wyrzucić to...wiemy, że to jest w porządku. Jest w
porządku, bo jeśli ktoś po prostu potrzebuje, a my mamy, to nie ma
problemu.
Może właśnie w tym rzecz- nie
widzimy problemu. I tym razem go nie widziałyśmy, raczej wyglądało
to dla nas jak garstka przepracowanych ( potem naprawdę pracowali do
2 w nocy, widziałam przez okno), zziębniętych w nocy ludzi
ułożonych na niewygodnej podłodze.
Niektórzy mogą mówić, że jesteśmy
głupie i naiwne. Cóż, pewnie nieraz nietrudno się z tym zgodzić.
Obie, ona starsza o prawie 30 lat i ja mówimy tak o sobie. Głupie i
naiwne, nigdy się nie nauczą. Gdyby nie nasi mężowie ( też chyba
jakoś podobni) to rozdałybyśmy pół swojego domu ona swojego, ja
swojego. Nic byśmy z tego nie miały, nic, oprócz poczucia...że
było się w porządku. Oprócz czystego sumienia.
Cholerne sumienie. Czy też musi być
ono tak rozbudowane? Czym tak właściwie jest i czy w ogóle można
o nim tutaj mówić? Czy to ono właśnie kazało mi jednak naprawdę
przeprosić następnego dnia Kierownika gdy przyszłam pod pracę po
Rudą i go spotkałam, przeprosić za te głupie materace, których
nie zauważyłam? Był naprawdę zaskoczony, śmiał się, że nie ma
sprawy, że przecież i tak jakoś pomogłyśmy chociaż nie
musiałyśmy.
Ale czy to właśnie sumienie sprawia,
że chcę być w porządku i to jedna z niewielu rzeczy, które
spędzają mi sen z powiek? Bo właśnie tylko przez to albo przez
martwienie się po nocach o kogoś nie sypiam nieraz. Chociaż, to
pewnie też naczynia połączone.
Bo czy chodzi o to, żeby być po
prostu dobrym człowiekiem?
Nie ma dobrych i złych ludzi, prawda
od wieków znana. Cholerny relatywizm postrzegania. Ktoś kiedyś
mówił, nie ma złych i dobrych ludzi, są złe i dobre uczynki. Ale
i te są przecież względne, nawet te cholerne koce, wydane nocą,
jak widać, mogą być sprawą względną. Bo może nie powinno się
dawać, bo się tych cholernych robotników „przyzwyczai” że
mogą sobie brać, bo nie mamy obowiązku za nich potem zawozić
kocyków do pralni...
Dobre czy złe? Każdy kij ma dwa
końce. Tak między bogiem a prawdą, nie ma też dobrego ani złego
uczynku.
Co więc sprawia, że nieraz coś co
zrobimy, a nawet częściej coś czego nie zrobimy, spędza nam sen z
powiek? Co sprawia, że jedni mogą spać snem sprawiedliwych,
chociaż już dawno nie świeci w nich żadne światło, a inni wśród
pewnego nawet blasku gryzą palce do krwi martwiąc się, czy
postąpili dobrze, chociaż wiedzą, że dobrze wcale nie istnieje?
Odwieczny moralny problem, moralny,
choć moralności też nie ma. To bzdura wymyślona przez filozofów,
żeby jakoś utrzymać pewne społeczne prawidła, które przecież i
tak są płynne, które zmieniają się z czasem. Także, wszyscy
obrońcy moralności wiecznie mogą tak naprawdę mi naskoczyć, mi i
wszystkim innym, broniąc największej iluzji w reszcie iluzorycznego
świata.
I znów mogę siebie po prost pytać-
dlaczego i ja i Ulubiona dałyśmy te koce, dlaczego gotowa byłam
biegać po piwnicy z obcym facetem w poszukiwaniu materacy i zawracać
sobie głowę, lekkomyślnie, z jakąś oczywistością pod sercem,
że tak właśnie trzeba? Z oczywistością, która, jak się
okazuje, pomimo mojego pierwszego odruchu, wcale taka oczywista nie
jest?
Powinno mi się nie chcieć, a może
powinnam się zbuntować. Ileż razy w życiu zresztą powinno mi się
nie chcieć, ile razy powinnam się buntować, że nie, nie
wyświadczę ci przysługi, nie wstanę do ciebie w środku nocy bo
mam atak paniki, nie zrobię ci tych cholernych zakupów, bo mi
ciężko. Ile razy powinnam się buntować i mówić „nie”,
zwłaszcza mówić to ludziom, o których wiem, że gdy im się nie
chce, to po prostu się nie chce. Ich nie dręczą wyrzuty sumienia.
Ile razy powinnam powiedzieć „nie” po prostu tym, których nie
znam, o których nie wiem, czy nie będę miała przez nich
problemów, jak choćby przez te cholerne koce, które mogły po
prostu zniknąć, a ja bym musiała się tłumaczyć gęsto przez
oddziałową, która ma je na stanie?
Ile razy powinnam nie robić komuś
zakupów i obiadów, bo nie ma pieniędzy, a potem mi nie wystarcza
do końca miesiąca i jem serki topione i czerstwe bułki?
Ile razy.
Dlaczego więc tak nie potrafię?
Powiedzieć nieraz nie, dlaczego ten kocyk dany nocą jest dla mnie
oczywisty?
Wpływ matki, wychowanie, geny?
Jestem po prostu głupia i naiwna, jak
to mówimy z Ulubioną? Być może. Bo łatwo mnie wykorzystać.
Łatwo mnie nabrać. Łatwo mnie, w końcu, przez to skrzywdzić i
wiem, nieraz byłam skrzywdzona, ale to i tak po mnie spływa.
Bo wolę przyjąć nieraz krzywdę niż
brzydzić się siebie...choć nadal nie mogę zrozumieć, skąd to
obrzydzenie by się wzięło. Bo w tylu ludziach by ono nie
zagościło, w sercach wielu ludzi pojawiłaby się tylko logika,
opłaca się nie opłaca i...
...a może się mylę?
Może wielu ludzi by chciało dać ten
koc, zaproponować ciepłą herbatę, ale ważniejszy jest jakiś
pierwotny strach? Dam koc, a oni zniszczą i będę musiał płacić.
Dam herbatę, a oni przywykną i będą chcieli dostawać cały
obiad. Przyjadą do nas i im pomożemy, ale oni wezmą nasze miejsca
pracy, zajmą nasze domy, zmienią nasze życie. Nakarmię psa, a on
będzie potem za mną łaził i stanę się odpowiedzialny.
Tak, odpowiedzialny. Może to właśnie
tego nieraz się boimy.
Mimo że nie ma dobra i zła, może to
właśnie polega na przyjmowaniu odpowiedzialności. Za swój ruch,
albo za jego brak, choć, ten pozornie jest łatwiejszy. Pozornie
duszy i sercu łatwiej wytłumaczyć, że po prostu się nic nie
robiło, niż że się coś zrobiło. I być może dlatego tak często
zostajemy obojętnymi.
Ja nie umiem być obojętna. Głupia i
naiwna, ktoś powie że dobra, choć dobro nie istnieje, tak samo jak
zło. Istnieją czyny, równie ambiwalentne i....jeśli to wiem, nie
wiem jak wybieram. Nie pytajcie.
Nie wiem co dobre a co złe, co więcej,
wiem, że te pojęcia są bezsensowne, głupie i nie mają
uzasadnienia. Wiem, że nie ma świętych, a nawet jeśli istnieją
mali bohaterowie codzienności, to i ich czyny zawsze mają dwa
oblicza, tylko jedni bywa jaskrawsze,
Nie ma dobra, nie ma zła, są
dziwaczne czyny, które jakoś wybieramy. W jaki sposób? Nie wiem.
Jakby się zastanowić, może nie powinno się robić nic. Nie
proponować głupich koców, herbat, zakupów, obiadów.
Ale mam w środku, w sercu, małą
lampkę, taką co daje trochę światła i bardzo dużo, dużo
ciepła, taką lampkę, która po prostu nieraz przygasa gdy martwię
się o kogoś, gdy mam wrażenie, że poczyniłam krzywdę ruchem lub
jego brakiem. Mam małą lampkę, grzejniczek, domowe palenisko-
ognisko, lampkę która rozpala się, gdy widzę czyjś uśmiech,
radość z ciepłej herbaty wsadzonej nieraz nawet na siłę w
dłonie.
Może i ona z czasem się zmęczy,
zestarzeje, wypali. Może ona, jak i spora część świata uzna, że
nie warto się tlić, grzać, bo po prostu nie ma sensu, bo tyle
krzywdy, nieporozumień przez nią, tyle kłopotów. Może ja
zgorzknieję i stracę ciepło swoje, tak, że przestanę czuć
ciepło też i świata, bo jakby nie patrzeć...może ta lampka to
właśnie jego okruch? Żadne dobro, zło a część świata, która
dyktuje....
Nie, nie ma co znaczenia.
Teraz, w tym momencie życia, mam małą
lampkę co oświetla i rozgrzewa. Ona pewnie też jest głupia,
nieraz wpędza mnie w kłopoty, po prostu sobie jest, świeci bez
uzasadnienia...ale jakoś to działa. Skąd ona wie?
Tego już wam na pewno nie powiem. Ja
jestem w tym wszystkim za mała.
Więc nie pozwól, by świat cię
zniszczył
Nie wszyscy są tacy pojebani i
zimni
Pamiętaj po co tu jesteś i dopóki
żyjesz
Doświadczaj ciepła, zanim się
zestarzejesz.
Ciężka sprawa. Niby normy religijne i etyczne nakazuja pomagac a jednak regulaminy i strach przed ich lamaniem bywa silniejsza niz ludzkie wspolczucie. Ja bym dala te koce. Przeciez do cholery to tylko koce a nie kolie z diamentami.
OdpowiedzUsuńDokładnie, nie kolie ale..moje w sumie nie były. A zakładu pracy. I co, jakby zginęły? Jak zawsze to jakoś relatywne ale do cholery...jednak to taki po prostu ludzki odruch, dać koc, ciepłą herbatę. Może nie od razu majątek ale...właśnie. Tak rodzi się odpowiedzialność, która ma konsekwencje. I co z nią dopiero?
UsuńJeśli to był tylko koc, a ktoś by zrobił mega awanturę to już bym ten koc była skłonna odkupić.
UsuńWielkie awantury to nie było, tylko takie no..syknięcia. Ale też sama powiedziałam wkurwiona, że jakby co to ja nawet te kocę odkupię, wszystkie 6 XD
UsuńJa tez o tym pomyslalam w pierwszym odruchu :) przeciez jesteśmy ludzmi to jak mamy patrzec jak inni marzna na naszych oczach?
UsuńOtóż to. Ale...patrzymy :> Choćby cała walka o imigrantów, choćby głodzenie Afryki żebyśmy my mieli co jeść, walka o zasoby...tak naprawdę, branie dla siebie i patrzenie na cierpienie innych jest gwarantem przetrwania :X Tak w szerszej perspektywie.
Usuńkoce, toż to tylko koce. Nie rozumiem jak można o coś takiego mieć takie pretensje. Regulamin regulaminem, ale odstępstwa są normą w takich sytuacjach. Dobrze,że są ludzie, którzy mają gdzieś nieludzkie regułki i potrafią pomóc innym. Szkoda,że jest ich mniejszość...
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Ano koce, ale państwowe XD I nie idzie o same koce, a o sam fakt- czy pomagać czy nie. Spoufalać się nawet, czy nie. To tu chyba tkwi główna bariera, jakoś...w podziale my-oni. A ten podział wcale w naszych głowach nie jest rzadki.
UsuńA co jest w tym najlepsze? Że pracujesz w takiej branży, która charakteryzuje się pomaganiem innym osobom :)
OdpowiedzUsuńI może dlatego, nieraz przez to pomaganie nawet w formie pracy, w dupę bici pomagający,bici przez pana dyrektora, przez urząd miasta, przez ludzi, którymi się opiekują, właśnie zgorzknieli i mają tego pomagania dosyć jakoś?
UsuńAle dlaczego mają dość? Bo albo się nie nadają do tej roboty albo są wypaleni zawodowo. Albo jak w przypadku kierowników czy dyrektorów - mają zbyt wysokie ambicje lub są tylko pionkami w grze tych, z urzędów miejskich.
UsuńWedług mnie istnieje podział na dobrych i złych, może nie tak czarno-biały, ale jest. Jednak to nie miejsce na takie dyskusje, mamy kontakt prywatnie, więc może kiedyś... Poza tym nie mam teraz siły, zwyczajnie.
OdpowiedzUsuńPoza tym chciałam powiedzieć to, co Alicja, ale kto późno przychodzi... :P
Jasne, znam problem wiem co chcę powiedzieć ale nie mam siły na dyskusję:) Także, oby nastał moment, gdy będzie można o tym podyskutować...przy winie:) Bo tak najlepiej XD
UsuńTak tak, wiadomo:)
Myślę, że nastanie, bo obie tego chcemy :) Na razie musimy uzbroić się w cierpliwość (przynajmniej ja) :D
UsuńJak tu teraz klimatycznie, super!
Otóż to:) Ale w ogóle jak przeprowadzę się do tego swojego Przemyśla to będę miała do Krakowa tylko 6 godzin pociągiem, a nie 10 XD więc już bliżej:) I jak mówiłam, może pod koniec marca się uda ale...nie chcę tu zapeszać:)
UsuńI dzięki:)
Zawsze to krok do przodu, trzeba wynajdywać pozytywy xD W myślach cały czas trzymam kciuki, żeby się udało :)
UsuńEeej, ten obrazek w nagłówku to mu się skojarzyło momentalnie- dziewczyna wieszająca wyprane kocyki XDD W ogóle jak tu pięknie teraz, to rozgwieżdżone niebo <3
OdpowiedzUsuńSama bym zapewne te koce dała, tutaj też jesteśmy podobne :D W ogóle ja bardzo lubię kogoś nakarmić, zrobić kawę, herbatę, przenocować, pogadać w środku nocy. I ja pierdolę, już co robić nie mają tylko o koce się czepiać. Tzn. rozumiem, własność ośrodka i tak dalej, oczywiście, nie można sobie też dać wejść na głowę, ale jednak... trochę zwyczajnej empatii, trochę życzliwości i współczucia jak to Budda między innymi nauczał :D No bo kurwa, nie róbmy z tego świata bezdusznego biura zysków i strat, sama po 8h pracy w zwykłej cukierni miałam dość, to może też teraz inaczej patrzę na ludzi tyrających do drugiej w nocy, którzy by jeszcze mieli nie przykryci spać :c Trochę więcej ciepła na tym pojebanym i zimnym świecie.
* mi się skojarzyło :P
UsuńBogowie, w ogóle o tym nie pomyślałam XD Bo ten obrazek jest z wczorajszego wieczoru, kiedy to byłam na opowieściach Meksykańskich, gdzie pewna pani z Meksyku opowiadała baśnie i ogólnie historie, wiesz, jest zawodowym opowiadaczem. I tam motywem przewodnim były...praczki, które miały w momencie prania czas dla siebie i swoich wzajemnych opowieści. I tak mi się ten obraz spodobał, malowany na płótnie który wieszała że..znalazłam go i umieściłam na blogu. Bo w ogóle te jej opowieści to było wręcz mistyczne, wzruszające przeżycie. To, jak ona mówiła po hiszpańsku, inna baka tłumaczyła i w ogóle zrobił się taki terapeutyczny krąg opowieści, wiesz o co mi chodzi pewnie:) I motyw z Luną, rzekami które płyną, biorą nasze opowieści, tych praczek, do siebie...pauje mi tutaj na blogu no XD Bo ja tu opowiadam, tu wieszam swoje pranie XD
UsuńNo wiem, ty też jesteś "głupia" jak ja XD I wiesz, chodzi o zasadę, daj palec a utną ci rękę i może faktycznie, ci co się czepiają też są takim dawaniem od siebie trochę rozgoryczeni bo...widzę, jak też dając obrywają po dupie. I wiesz, empatia też jest względna, a raczej...jej granice. Nie zmienia to faktu, że przez to jestem ulbienicą swoich Ukraińców XD I pracują i nie mają t swojego domu, dodajmy. Tylko jakiś obskórny hotel robotniczy.
A jeśli byliby to Polacy to nie byłoby problemu? Też by był. Ale ogólnie to nie rozumiem, koc to koc, tylko koc. Ale i punkt wyjścia do szerszych rozważań dobry jak widać
OdpowiedzUsuńByłby problem, Ruda podkablowała Polaków akurat jeśli idzie o chlanie jej za ścianą XD Otóż to, koc w pewien sposób robi się tu symbolem.
UsuńAle się tutaj pozmieniało. :)
OdpowiedzUsuńJa też bym im dała te koce i nie widzę w tym nic głupiego ani naiwnego. Nie rozumiem o co ten hałas. Przecież chodziło tylko o to, żeby potraktować tych ludzi jak... ludzi właśnie, a nie jak psa, który musi spać na podłodze, bez koca. Ja znam osobiście niestety podobnego buca, który zawsze szuka dziury w tym czego on nie wymyślił i nie poparł. Chyba dla idei to robi... dla idei bycia dupkiem.
Ano tak mnie naszło na zmiany małe:)
UsuńTy nie widzisz, ale ktoś widzi. To pewna różnica patrzenia na świat, którą niestety trudno przeskoczyć. I niektórzy i psy lepiej traktują, aczkolwiek, tutaj to też piękne traktowanie psów mi nie przeszkadza, dla mnie każda istota równa:)
Hah, takie buce właśnie zawsze się w temacie odezwą XD
Każdy ma jakieś swoje zasady: dla Ciebie najważniejsze jest pomaganie innym, a niektórzy nade wszystko cenią porządek i procedury.
OdpowiedzUsuńOtóż to, są różne spojrzenia na świat i...obiektywnie, nie można rzec, co jest lepsze. Ale potem rodzą się pytania -dlaczego ja mam tak, a nie inaczej? I konflikty:X
UsuńI w takich konfliktach każdy ma trochę racji.
UsuńSłyszałam o innej aferze kocykowej. Pewną starszą panią przywieziono na szpitalny oddział. Pani jest w stanie silnej demencji umysłowej, więc nie rozumie, co się z nią dzieje. Rozumie za to rodzina. Panią przykryto lepkim od brudu kocem. Czyżby szpitala nie było stać na pralnię? Nie wiem, na co idą nasze pieniądze, które co miesiąc nam się ściąga...
OdpowiedzUsuńTak sobie właśnie myślę, że gdyby ludzie w rzeczy ważne wkładali tyle zaangażowania co w wojnę o coś, o co wojny robić nie warto to świat byłby lepszy... Przy czym to nie tak, rzecz jasna, że uważam pomaganie za nieważne - w życiu. Raczej pieklenie się o coś, co - ustalmy - można było nawet przemilczeć i nikomu chyba nic by się strasznego nie stało?
OdpowiedzUsuń