Jutro miną dwa lata, jak nie żyjesz.
Jakim cudem to tak długo?- pytam samą
siebie. Jakim cudem to już tyle?
2 lata. Tyle co wieczność, tyle co
mgnienie oka zamkniętego pod za ciasną powieką, tyle co jedna noc.
Zły sen, który jakby nigdy się nie przyśnił. Wrażenie, jakby
nigdy cię nie było, jakby wszystko było mitem, baśnią,
opowieścią, bo przecież, skoro żyję bez ciebie...to wydawało
się niemożliwe.
Niemożliwe wydawało się przeżyć.
Niemożliwe wtedy wydawało, jak pisał mi ktoś wczoraj, że serce
nie pękło.
Twoje się zatrzymało, tak. Ale moje
nie pękło. Nie pękło cudze.
2 lata, jak mawiają mądrzy
psychologowie, czas, w którym kończy się żałoba. Czas na
pogodzenie się ze stratą. Tylko tyle i aż tyle
Jeszcze we wrześniu, jeszcze na
początku października myślałam, że zniosę to o wiele lepiej,
całkiem bez łez, dzielnie. Owszem, zmieniłam się. Owszem, trochę
odzyskałam swojej dawnej energii, a trochę wydoroślałam. Ale
znowu byłam naiwna.
Nie może przecież obyć się bez łez.
Bez poczucia pustki, pustki całkowitej, bo twoje odejście nie tylko
ciebie mi zabrało, wiesz? Tak naprawdę zrezygnowałam z większej
części życia, niż sobie wyobrażałam. Bo z tobą z mojego życia
odeszło wiele osób. Nie chodzę już do twojej rodziny na obiady,
do twojej siostry na piwo, bo nie chcę im przypominać sobą o tobie
jakoś boleśnie. Nieraz spotykam twoich dziadków na Ryneczku albo
Idę nad Wartą, wymieniamy się słowami, mówimy sobie, że musimy
się spotkać, ale wiemy, że to nie nastąpi, bo nie ma ciebie.
Wielu ludzi odeszło z mojego życia.
Wielu ze mną łączyłeś.
Myślałam, że przyszli inni. I to
prawda, z twoją śmiercią poznałam i innych ludzi, ale to ma
całkiem inny kształt. Jedna mi tak bliska, ale z którą nie umiem
nieraz rozmawiać, bo próbuję być silna. Druga, o której wiem, że
mogłaby mi być bliska, o której wiem, że ty ją kochałeś, ale
ja sama jakoś się boję, nie chcę zakłócać cudzego życia. O
wielu te dwa lata temu myślałam jak o bliskich, tych, których
zawiadamiałam o twojej śmierci. Po dwóch latach wiem, że to się
roztapia, rozpływa. Tak jak leczą się rany zadane przez twoją
śmierć, jak mija z czasem żałoba ta, przez którą nie można
oddychać, a która tylko zadaje ból, smuci. Tak i te osoby
odchodzą.
Jutro miną dwa lata, od tego momentu,
kiedy to, co sprawiało że byłeś żywy, opuściło twoje ciało.
Do dzisiaj próbuję zrozumieć, czym to jest. I nie przeraża mnie
już wizja twojego martwego, bladego, wychudzonego ciała z
rozprutymi żebrami, zza których wygląda zatrzymane już na zawsze
serce. To mnie już nie boli. Wiem, że ciało jest tylko ciałem, te
ciała, które stygną, których dotykam, które myję nieustannie.
Wiem, że i tobą ktoś się tak zajął.
Z miłością, czułością, szacunkiem. Wiem to, bo wiem, jaka ja
jestem.
Ciało, puste opakowanie. To się nie
liczy.
Tym razem, wiem, po tych dwóch latach,
że nie liczy się śmierć. Coraz bardziej wiem, że zawsze liczyło
i będzie liczyć się tylko życie- i miłość.
Ta miłość, którą przez 27 lat
swojego życia dawałeś, którą próbowałeś obłaskawić i
udawało ci się. Wiem, udawało ci się na tyle, że ci, którzy w
ogóle nie byli dla ciebie istotni czuli się kochani. To taka
sztuczka, wiem o tym po tych dwóch latach. Wiesz co jest najgorsze?
Nauczyłam się jej w pewien sposób od ciebie. Tego kochania,
dawania komuś poczucia miłości, bez tracenia własnej energii.
Tego dawania poczucia jesteś dla mnie ważny, mimo że ten ktoś nie
daje nam poczucia ważności. Mimo, że tego kogoś nie wpuścilibyśmy
do szpitala.
Ale ja tam z tobą byłam. W tym
cholernym szpital, którego już się nie boję, bo przecież nieraz
biegam tam z moimi staruszkami. Jak wczoraj, gdy odbierałam jednego
z nich, który aż się popłakał, gdy mnie zobaczył, bo wreszcie
jestem i to ja, właśnie ja, która tak się o niego troszczy i go
rozumie.
Ta, która umie grać w jego grę.
Czasem tyle starcza, co Króliku?
Ale nie o tym chciałam.
Jutro mijają 2 lata od kiedy nie
żyjesz. 2 lata w czasie których tęskniłam, płakałam nocami,
czułam pustkę, czasem zawracałam swoje kroki, bo odruchowo szłam
do twojego domu. 2 lata w czasie których pocieszałam, sama chcąc
być nieraz pocieszaną, w czasie których stałam się przez twoją
śmierć dojrzalsza, doroślejsza, silniejsza.
2 lata w czasie których kochałam cię
nieprzerwanie, jak dalej cię kocham. Ale w ciągu nich też nieraz
aż cię nienawidziłam, czułam gniew, że zostawiłeś mnie samą,
że przecież nie tak miało być, mieliśmy jeszcze jechać gdzieś
daleko, siedzieć przy ognisk, tańczyć na ulicy, bo nikt inny nie
chce nieraz ze mną na ulicy tańczyć! 2 lata, w czasie których,
jak to człowiek zraniony, czułam żal, byłam przerażona twoim
brakiem, przygnieciona smutkiem.
2 lata, w ciągu których nauczyłam
się, paradoksalnie, przez brak twojej miłości silniej kochać i
wybaczać. 2 lata, w czasie których nieraz też dostawałam istnych
spazmów, gdy o wielkiej miłości do ciebie, znajomości z tobą
pisali, mówili mi ludzie, o których wiem, że wcale nic wielce was
nie łączyło, ale o czym nigdy głośno nie powiedziałam. 2 lata,
w czasie których nieraz złościłam się, że ktoś robi twój
pomnik, mówiąc, jaki byłeś wspaniały i bliski dla niego, a nie
wiedział, że potrafiłeś, tak, nawet ty, nieraz potrafiłeś być
straszliwym sukinsynem, załamanym mięczakiem, hipokrytą,
egzaltowanym egocentrykiem- bo byłeś po prostu człowiekiem. Kiedy
to dostawałam szał, gdy nieraz mówili o tobie ludzie, którzy w
ogóle cię nie znali. Ale ja nic nie mówiłam, bo wiem, mieli prawo
znać taką wersję ciebie, jaką chcieli, robić z ciebie istnego
bożka, czego ty byś nienawidził, ale oni tak radzą sobie z
pustką, z twoim brakiem, chociaż, dalej, zastanawiałam się, czy
oni naprawdę wiedzą, jak to jest, gdy ciebie brakuje?
Nieraz przez te 2 lata zastanawiałam
się, czy ja naprawdę wiem, jak to jest, czuć twój brak. Mimo że
kiedyś, na tym dachu, wymieniliśmy się krwią, nadal nie byłam
twoją siostrą, twoją rodziną, choć zawsze tak o mnie mówiłeś.
Przez 7 lat czułeś, że nią byłam, a ty dla mnie byłeś bratem.
Nie. Źle. Nadal jesteś moim bratem.
Chociaż nie żyjesz. Tak brutalnie, po prostu, nie żyjesz.
Nadal cię kocham.
Nadal z tobą rozmawiam.
Nadal nieraz, jak to właśnie ktoś,
kto był z tobą aż za blisko, kto cię znał, wkurzasz mnie.
Wkurzasz mnie, że zostawiłeś mnie z tym całym majdanem, bałaganem
jak cholera, że zostawiłeś mnie z listami, z ogarnianiem,
telefonami. Mogłeś po prostu żyć, mówię sobie i nie byłoby
problemu. Mogłeś żyć...tak. Moja fanaberia, powiedziałbyś mi.
Stało się co się stało. Tak
najwyraźniej miało być. A ja też przez to miałam się czegoś
nauczyć. Coś zrozumieć.
Wiesz, wiele przez to zrozumiałam.
Nadal wolałabym, żebyś był, żebym mogła cię opierdolić jak to
miałam w zwyczaju albo przytulić, żebyś ty mógł mi zrobić
herbatę, żebyś mógł wpaść na piwo z moim Mężem i Byłym
Sąsiadem, żebyście mogli mówić w swoim dziwnym języku, do
którego ja nie miałam wstępu. Chciałabym cię jeszcze raz
odprowadzić na lotnisko, pójść z tobą na zakupy, przedstawić ci
Pisarkę i parę innych osób, opowiedzieć ci o swojej pracy. Pewnie
ty byś mnie w niej odwiedził, bo musiałbyś zaspokoić swoją
ciekawość moich opowieści, co?
2 lata. I jeszcze wczoraj płakałam. A
dzisiaj przychodzi do mnie jakiś smutny spokój.
Wiem, że zapłaczę jeszcze nieraz.
Ale...może dla kogoś to zabrzmi dziwnie, ale wiem, że ty
zrozumiesz. Ja już się pogodziłam.
Ta miłość, ta tęsknota nie zniknie.
Ale pogodziłam się z jej obecnością zamiast ciebie w moim
doczesnym życiu. Nadal będę spoglądać w gwiazdy z myślą o
tobie, bo przecież, żywi i zmarli przesyłają sobie nimi
wiadomości, umówiliśmy się na to dawno temu, gdy zmarł Vincent.
Nadal będę nieraz gubić kroki i mieć momenty, w których
zatrzymuje się aż boleśnie moje serce. To nieuniknione. Ale chodzi
o to, że przestałam z tym walczyć. Pogodziłam się z tym,
Króliku. To nie znaczy, że to nie boli, ale pogodziłam się z tym,
że ciebie nie ma. Przestałam się szarpać. Pozwalam sobie tęsknić
i wspominać ciebie.
To, jaki byłeś.
Człowiek w ogniu.
Tak, ostatnio słyszałam tą piosenkę
i przypomniałam sobie, jak ją śpiewałeś, z gitarą na ulicy. Nie
wiem nawet, skąd wracaliśmy. To nie ma znaczenia.
Ale pamiętam ciebie, trochę
wczorajszego, wymiętego, zmęczonego, z gitarą przerzuconą przez
ramię. Trochę wczorajsi byliśmy wszyscy, dopiero świtało. A ty
zacząłeś grać, idąc tą szeroką ulicą Poznania i zaśpiewałeś.
O tym, że jesteś płonącym człowiekiem. O tym, że nie chcesz ani
bezpieczeństwa, ani komfortu, chcesz tylko tańczyć. A my
moglibyśmy z tobą.
I ja wtedy tańczyłam, bogowie, jak ja
wtedy tańczyłam.
I wiesz, w tym wspomnieniu zawiera się
dzisiaj wszystko. Dzisiaj, jutro.
Mimo wielu łez, mimo naszych
nieporozumień nieraz, mimo tego, że nie byliśmy idealni, ani ty,
ani ja- ja zawsze przy tobie tańczyłam. I mimo swojej
niedoskonałości miałeś w sobie coś, co sprawiało, że cały
świat tańczył, jak te stare słońca. Kiedy wirowałeś jak
derwisz, pijany po prostu życiem. Kiedy się śmiałeś, a śmiałeś
się jak wariat. Kiedy przytulałeś. Byłeś człowiekiem w ogniu i
może, on cię spalił, ale do cholery chodzi o to, że płonąłeś
i sprawiałeś, że tańczyłam. Liczy się może to, że płonąłeś.
I to w tobie tak przyciągało.
I teraz, dzisiaj, jutro, to będę
śpiewać, nucić, z myślą o tobie. I na przekór smutkowi-
zatańczę. Może w domu. A może na ulicy, wracając z pracy, jutro.
Na pewno dla ciebie zatańczę. Tego byś chciał, co, wariacie?
Mam tyle wspaniałych wspomnień,
których nie zabiorą mi ani te dwa lata, ani wszystkie inne, które
nadejdą. Mam świadomość, jak byłam dla ciebie ważna, jak nie
bałeś się przy mnie pokazywać każdej ze swoich twarzy, cały
czas, przez ten cały czas to ty jesteś dla mnie równie ważny i
nigdy nie przestaniesz.
A że umarłeś?
Tak widocznie miało być. I może nie
rozumiem, tak jak Ona, nie rozumiem, ale pogodziłam się z tym. To
nie tak, że przestałam ciebie kochać, ani że przestałam czuć
twoją miłość, że przestałam tęsknić. Nigdy nie przestanę.
Ale po prostu już nie walczę. Po
prostu żyję. I skupiam się bardziej na żyjących. Bo to oni są
ważni.
I nie, to nie jest tak, że jutro
będzie mi łatwiej. Że to będzie dzień jak każdy inny.
To będzie kurewsko trudny dzień- ale
go przeżyję. Jak rok temu. Jak dwa lata temu, kiedy moje serce
roztrzaskało się na kawałki, mimo że jakimś cudem dosłownie nie
pękło z żalu, smutku, przerażenia. To będzie niesamowicie trudny
dzień od samego rana, kiedy to pójdę do pracy- ale tam nie będę
sama, bo będę miała swoją Małą przy sobie, tą, której
opowiedziałam całą historię i która umie się troszczyć jak
mało kto i rozumie w ten prosty, ludzki sposób.
A potem wrócę do domu, wtulę się w
Męża, którego przecież też kochałeś, który ciebie kochał.
Może znowu zapłaczę, kto wie.
Ale to mimo wszystko będą spokojnie
bolesne łzy.
I wiesz co? Na pewno jeszcze nieraz dla
ciebie zatańczę. To, akurat to jedno, Króliku, mogę ci jeszcze
obiecać.
Brakuje mi ciebie.
Kocham cię.
I nadal, nadal wierzę, że kiedyś się
spotkamy.
Jestem płonącym człowiekiem
Idącym twoją ulicą
Z gitarą
I dwiema roztańczonymi nogami
Mam już tylko jedno pragnienie
Które się we mnie ostało
Chcę, żeby cały świat ze mną
zatańczył
Jestem
Który przybył cię uwolnić
Z bólów serca i wstydu
Dziwnie, zachciało mi się płakać. Dziwnie wyglądałabym ze łzami w oczach przed programem księgowym...
OdpowiedzUsuńI też wierzę, że jeszcze się spotkacie.
Trochę tak chociaż...mnie ekonomia, sprawy związane z księgowością itp. łatwo by do płaczu doprowadziły XD To coś, czego nie znoszę XD
UsuńW ten albo inny sposób:) Na szczęście nawet fizyka daje tu pole do popisu:)
Smutne chwile,ale myślę,że z czasem zostaną tylko dobre wspomnienia, piękne słowa i radość,że po prostu był.
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Te wszystkie emocje, dobre i złe po prostu się mieszają...jak to w życiu.
UsuńGodzenie sie z czyms to moim zdaniem jeden z najtrudniejszych procesow w zyciu, przez ktore czlowiek musi przejsc. Kosztuje to tyle nerwow, bólu. Rodzi tyle ran i blizn, ale jednak, gdy juz czlowiek sie z tym upora przynosi wlasnie cos w rodzaju tego smutnego spokoju. Smutnego tez tylko na poczatku. Oby ten spokoj zagoscil na stale.
OdpowiedzUsuńAle właśnie godzenie się z czymś to coś, czego ...potrzebujemy, to leczenie ran, bólu:) bliznowacenie, jeden z ważniejszych procesów w życiu dzięki któremu dojrzewamy i właśnie stajemy się silniejszymi jakoś.
UsuńI oby, zobaczymy, jak to będzie jutro no ale...już jakoś najgorsze chyba za mną:)
Mówi się, że najważniejsza jest pamięć o naszych bliskich zmarłych, ale nie można jej kultywować w pełni bez miłości, którą tak pięknie opisałaś. W niej tkwi siła i Ty ją masz.
OdpowiedzUsuńPoza tym pomilczałabym z Tobą, zadumała się... tak po prostu.
Coś w tym jest bo...choćby, nie kochałam swojego ojca. Nawet nie pamiętam, w jaki dzień zmarł, wiem że jakoś w czerwcu i ...tyle. Więc, nie można pamiętać bez miłości nawet w tak dosadny, dosłowny sposób.
UsuńMi tez go brakuje. Byl chyba jedynym facetem ktory regularnie mnie odwiedzal a jego opinie ktore byly meskim okiem widzenia nie raz uratowaly mi tylek. Tak bym chciala wiedzieć co powiedziałby mi dzis...
OdpowiedzUsuńW ogóle facetów w blogowym świecie jest mało, prawda? I w ogóle, on był mądry życiowo więc z reguły dawał dobre rady, chociaż twierdził, że jego lepiej się nie radzić, jak to on:)
UsuńUmm, chyba nie muszę wiele pisać. To przypomnę się tylko, że jestem. I dziś w nocy mogę czasem wędrować koło Waszej kamienicy, także wiesz:)
OdpowiedzUsuńTa, pijana jak bela XD
UsuńŹle, że go nie ma tak fizycznie. Dobrze zaś, że jest w Twoich wspomnieniach - najbliższych nie da się zapomnieć...
OdpowiedzUsuńOtóż to, zostaje choć pamięć, mimo że ta bywa złośliwa, czyż nie?
UsuńCzas szybko leci, nawet nie wiadomo kiedy mija rocznica za rocznicą, wydaje nam się, że jeszcze kilka miesięcy temu się z daną osobą rozmawiało, a później dociera, że to już lata minęły.
OdpowiedzUsuńTakiej pustki chyba się nie da wypełnić, zastąpić jednej osoby drugą. Nowe znajomości w jakimś sensie pomagają nakleić plaster na pęknięte serducho, ale nie naprawią go, nie sprawią, że rana zniknie.. a czy powinna znikać to już inna sprawa...moim zdaniem nie, bo warto pamiętać. Wspominać, tęsknić, mimo, że czasem boli. Wierzyć, że to życie, które się skończyło miało jakiś sens, zostawiło po sobie coś dobrego, a on (choć trafiłam do niego kilka wpisów przed śmiercią i tak naprawdę poznać nie zdążyłam) zrobił dużo dobrego, dał wiele wsparcia i nie raz to się czuło czytając wpisy osób, które go żegnały, które pamiętają. Czuć to i z Twojego wpisu.
Dokładnie. Czas się rozciąga albo skraca w naszej myśli, mimo, że niby upłynęło go tyle samo. A z wiekiem podobno przyspiesza.
UsuńJasne, bo to nadal brakuje ten konkretnej osoby, a nie jakiegoś tak człowieka. Tego nie da się naprawić, zawsze będzie blizna po ranie, nawet, gdy ona się zagoi pięknie.
Ważne by pamiętać...
OdpowiedzUsuńOtóż to, to już dużo, prawda?
Usuń