wtorek, 31 maja 2016

O tej, która wydobywa się pierwsza ze spokoju po burzy i której jestem pewna, czyli o pewnym niebezpiecznym uzależnieniu, z którego nie chcę rezygnować.

A po burzy zawsze wychodzi słońce.
Czasem mam wrażenie, że w moim przypadku, w przypadku moich prywatnych burz, może nawet za szybko. Czasem myślę, że zbyt szybko powstaję z kolan, już wtedy, gdy są one jeszcze trochę chwiejne i nie pozwalam im się do końca zaleczyć. Dlatego pewne rzeczy wracają.
Ale ja jestem zbyt zachłanna na życie. Zbyt wiele widzę piękna, żeby marnować je w miesiącach umartwiania. I co najważniejsze, zbyt mocno kocham człowieka, z którym chcę przeżyć całe życie. Zbyt mocno on kocha mnie. I wiem, że nawet jeśli to on nieraz rani, również on podnosi mnie z kolan.

Po burzy nachodzi mnie więc ten swoisty spokój, w którym jeszcze trochę przestraszone ptaki na drzewach czyszczą swoje pióra, w których martwe trzmiele znikają pod upadłymi liśćmi, ale to wszystko jest w porządku, to wszystko nie ma znaczenia, bo przecież tak pięknie pachnie ozonem. Bo nie ma drugiego takiego światła.
Nie ma zatem drugiego takiego spokoju, jak w sercu człowieka po bólu. Po nieprzespanych nocach, po spazmach cierpienia, po płaczu i wymiotach. Nawet jeśli to spokój niepewny, nawet jeśli wiem, że może go zakłócić najmniejsze obcowanie z kimś innym niż mój Mąż, jest on jaskrawy, bo na nowo odnaleziony.
Dlatego wiem, jak ważny w życiu jest ból i cierpienie. Bez niego nie byłoby szczęścia.
Jak ważne jest rozgoryczenie, żal. Bez niego, być może, nie odczuwałabym nieraz tak mocno, tak dosadnie uderzeń miłości. A ona przecież zawsze wypływa na wierzch, jeśli jest dość silna. Jeśli jest prawdziwa.

Kiedyś myślałam, że tak silna miłość między dwojgiem ludzi to jakiś żart. Kiedyś myślałam, że nie od samej miłości zależy to, czy jesteśmy z kimś.
Kiedyś nie wierzyłam w bajki. Uwierzyłam, gdy dostrzegłam, poznałam własną.

Teraz w swoim życiu wiem, że to ona bywa najważniejsza, właśnie miłość. Owszem, nad związkiem, relacją, musimy pracować, musimy się ścierać w awanturach, ważne jest samo zwierzęce pożądanie, ważna jest troka, czasem nawet otoczenia...ale wczoraj, przez pewne wymiany myśli, które uderzyły mnie jak nie mój własny huragan, wczoraj przez kolejne rozmowy, bukiet dzikich kwiatków który zwiądł po drodze na spacerze i nowy wybuch trochę nieśmiałej jeszcze po burzy namiętności, uświadomiłam sobie, że te wszystkie, te wszystkie powyższe znów, wynikają z miłości.

Chce nam się pracować nad związkiem, bo kochamy.
Chce nam się troszczyć, bo kochamy.
Czujemy do siebie pożądanie, inne niż to zwykłe, niż chuć, bo kochamy.

Może bycie z moim Mężem mnie spaczyło, może naprawdę, nie pamiętam jak to jest być z kimś, kogo się tak bardzo nie kocha, być po prostu w łóżku i przy obiedzie, jak bywa u innych par, bo zapomniałam już.
Tak wiele zapomniałam, zamknięta w swojej bajce?

Może nie pamiętam, że niektóre związki mają nieśmiałe początki, bo jestem spaczona, bo u nas poszło to błyskawicznie, bo to była miłość od pierwszego wejrzenia tylko taka, do której żadne z nas nie chciało się przyznać, bo był ktoś trzeci a ja nawet nie chciałam być z nikim w związku....ktoś, o kim oboje zapomnieliśmy już przy drugim spotkaniu tak naprawdę, ja sama już przy drugim zapomniałam, że nie chcę nikogo. W szalony sposób doszliśmy do siebie, dotknęliśmy się, wtedy tak szczeniacko i po jednym dniu wątpliwości już oboje wiedzieliśmy, mieliśmy jakąś dziwną pewność, że to my, że nie będzie już ja i ty, że będziemy już zawsze my.
Po prostu to się wiedziało. To było oczywiste. Teraz, już zawsze, od tego dnia w sierpniu, zostaliśmy jakąś całością. Niepodważalną, nierozerwalną.

Nigdy nie mieliśmy podzielonych pieniędzy, nawet gdy jako nastolatki mieliśmy swoje grosze, ja swoje stypendium, nigdy nie wyliczaliśmy. Wszystko od początku było wspólne. Nawet to, o co zwykle głównie kłócą się pary.
Od zawsze wyczuwaliśmy się doskonale, rozumieliśmy swoje żarty, rozumieliśmy się bez słów.
Nikt nie panikował, nie oszczędzał się z mówieniem „kocham cię”. To wyszło, samo, naturalnie, prawie natychmiast. Bez żadnej przesady, koloryzowania. Bo po prostu oboje oto czuliśmy. Jeszcze na początku bardziej pożądliwie, szalenie, z czasem coraz spokojniej.

Seks był od samego początku najwspanialszy w życiu. Chociaż dość szybko nauczyłam się własnego orgazmu, nie miałam z nim problemu, to z nim przez prawie 2 lata po każdej fizycznej miłości drgały mi nogi, drgały mi uda nieprzerwanie przez dobre 2-3 godziny nieraz, tak, że nie mogłam chodzić. To z nim zobaczyłam pierwsze jaskrawe światło mając wrażenie, że umieram i stwierdziłam, że poprzednia rozkosz nigdy nie była rozkoszą. Dopiero po jakichś 2 latach przywykłam do tak mocnego orgazmu, do takiej siły rozkoszy, że moje nogi nie zaczynały żyć własnym życiem, nie drżały i nie wierzgały tak, że potrafiły go mocno uderzyć. Czasem zastanawiam się, czy nauczyłam się swojego ciała, przed którym niegdyś nie miałam wstydu, czy to właśnie tylko z nim? Bo to cholerny znak, jak w jakiejś pierdolonej baśni porno, że to właśnie ten?

To wszystko spaczyło moje myślenie. To, że poczułam w życiu że z tym właśnie mężczyzną chcę być. To sprawiło, że uwierzyłam w wielką miłość, która ma prawo do istnienia w prozie życia. I zapomniałam już, jak jest bez niej. Zapomniałam, że człowiek nieraz jest samotny i po prostu „chce z kimś być”. Chce pójść z kimś do łóżka, chce zjeść ten cholerny obiad i wierzyć, że z czasem się zakocha. Zapomniałam, że tak też może być.

Szanuję, ale nadal mnie to dziwi. Bo w moim życiu od tylu lat nie istnieje bycie z kimś bez miłości. To mnie spaczyło. To mnie zmieniło. Nie narzekam jednak na tą zmianę. Bo nie chcę widzieć w życiu inaczej, nie chcę niczego innego doznawać.

Może to niebezpieczne, że nie pamiętam innego życia. Może jestem uzależniona od niego, od rozmów z nim, od seksu z nim, od oparcia na jego ramieniu. Może nieraz mam głupią myśl, że bez niego byłoby lepiej, że nasz związek nie ma sensu, gdy wszystko się wali, gdy przypominają się niektóre rany- ale zawsze potem jeszcze bardziej rozumiem, że jesteśmy my, a nie ty i ja. Że stanowimy w tym zimnym, okrutnym świecie jakąś całość, której sama jeszcze w pełni nie pojmuję, bo to całość tak abstrakcyjna, tak mityczna i mistyczna, że trudno ją wyjaśnić.
Może na co dzień tego nie widać, w tej prozie, gdy się kłócimy, gdy nie pokazujemy ludziom, jak bardzo jesteśmy związani, gdy staramy się przy innych pociskać a nie mówić czułe słówka. Gdy staramy się światu nie pokazywać naszej miłości, bo nieraz tak, boimy się tą miłość światu pokazać, a czasem może, zazdrośnie, chcemy jej strzec, mieć ją tylko dla siebie. Mimo to mówią, że jesteśmy dobrani, że jesteśmy fajną kumpelską parą. Bo jesteśmy i kumplami, ale przez to wszystko przebija miłość. I ona wszystko splata.

Nie jesteśmy idealnie, mamy różne zainteresowania, on ma swoje gry, ja mam swoje książki. Ale się kochamy i to przecież jest najważniejsze.
Mamy swoje małe sekrety i swoje małe, śmieszne tajemnice, jakieś osobne miejsca które szanujemy, ale w najważniejszych sprawach zawsze powiemy sobie wszystko. To sobie najpierw się zwierzymy, bo istnieje ta miłość, bo zostaliśmy przez te lata też najlepszymi przyjaciółmi.
I tak, nie mam nikogo bliższego niż on.
Nie ma osoby, która zna mnie bardziej niż on i której mimo wszystko tak bardzo ufam.
Bo to on z moich wad potrafi ułożyć zalety. To właśnie on dla mnie jest wsparciem, tak wielkim, że dopiero przy nim, już jedynej osobie w moim życiu pozwalam sobie na słabość. Może, to przez niego odkryłam swoje słabości, swoje łzy, swoje ciemne strony. To bycie z nim je ze mnie wydobyło, bo nie musiałam już polegać sama na sobie, to bycie z nim sprawiło, że je zrozumiałam i nauczyłam się z pewnymi żyć, a nie zamiatać pod dywan.
To on nadal pozwala mi zrozumieć moje wady, to on nadal zmusza mnie do bycia słabą, to on zmusza mnie do zrozumienia, że mimo tego on ze mną będzie. To on zmusza mnie do akceptowania siebie. On zmusza mnie do miłość do siebie, przez to, że go kocham, mimo że teraz w tą miłość wątpię.
Czy jest coś ważniejszego? Ta miłość każe mi kochać samą siebie, bo on mnie kocha. Zrozumiałam, że można mnie kochać.

To przy nim czuję się tak bezpiecznie. To jego ramiona są moim schronem. To w nich mogę się schować i odpocząć, żeby na nowo móc zacząć walkę. Z całym światem. Z sobą.

To jego kocham, a on kocha mnie.
To właśnie sprawia miłość i znów, tak bardzo czuję ją po burzy, znów, gdy tak bardzo w siebie, w nas wątpiłam. To ta miłość w tym wszystkim, w całym bólu wychodzi pierwsza na wierzch i staje się deską ratunkową dla mojej duszy. Ta, która choć trochę przez nasze czyny okaleczona, jednak jest.
Jest, do cholery jasnej i nie da się w nią wątpić. W jej kształt, formę- nieraz tak. Ale nigdy w jej obecność.

Może to niebezpieczne być tak bardzo z sobą w życiu i dla siebie, może to nie jest zdrowe, bo co, jeśli jednak nasze światy się rozsypią?pomimo miłości i jej walki? Co, jeśli po prostu któremuś z nas coś się stanie, zachoruje i umrze, potrąci do samochód? Zdaję sobie z tego sprawę, że to niebezpieczne, że miłość tak scaliła nasze światy w jedno, mimo że to światy niezależne, mimo że dajemy sobie tak wielką wolność w swoich różnicach i pozwalamy zachować sobie swoją dzikość, jego męską i moją żeńską, mimo że jedno nie „wychowuje”, nie tresuje drugiego.
To niebezpieczne, bo życie lubi płatać różne figle i nic nigdy nie jest na zawsze. Ale nad tym można się zastanawiać, gdy coś się skończyć. Póki trwa, warto po prostu doceniać tego piękno, prawda?

Doceniam więc, mimo burz, mimo ran. To jemu w pełni łatwiej wybaczam, bo on wybacza też mi. I to on zajmie się gdy moja krucha porcelana się rozsypie, to mimo wszystko on, powoli, swoją miłością, będzie składał na nowo moje serce, zlepiał, nawet jeśli to on nieostrożnym ruchem zrzucił moje naczynie na twardą posadzkę.

Z nim jest łatwiej, to miłość, której jestem pewna, to miłość, o którą chcę walczyć i która jednocześnie walczy ramię w ramię ze mną o moje życie. O moje szczęście.
Nie, przepraszam. O nasze szczęście.

Nasza miłość walczy więc, walczymy swoją miłością o siebie, w moich burzach, przy bliznach mojego i jego serca. Cały czas zastanawiam się, czy nie powinniśmy uciec. Na jakiś czas. Może miesiąc, może rok? Może odpocząć od innych ludzi. Od pewnych relacji.
Bo oboje musimy sobie wszystko ułożyć. Jego wyrzuty sumienia, moje cierpienie, moja niegojąca się rana. Musimy to pokładać w całość. Ale wiem, że damy sobie z tym radę, bo przecież, składamy siebie nawzajem. On składa moje serce do kupy...a ja jego. Też swoim wybaczeniem. Tym, że cały czas chcę z nim być.
W końcu to nasza bajka. To dziwaczna, pozornie prozaiczna, a tak pełna powieści opowieść, w której jest przyjaźń, troska, czułość. Trochę gniewu, trochę żalu. Ale przede wszystkim pełna, całkowita miłość.
Tak naprawdę z nich tworzymy swoją historię. A może i szczęście?
Może i ja zacznę składać żurawie origami, japoński symbol szczęścia i spokoju, może ja zacznę wieszać je w oknach?

Niedługo wyjeżdżamy w Bieszczady. Znów, może góry pomogą, mimo że nie jedziemy w nie sami. Może odpocznę od pewnych relacji, od tego, że nie umiem rozmawiać na pewne tematy z niektórymi, nie umiem płakać. Może znów potrzebuję dzikości, tego zmęczenia ciała, rześkiego powietrza. Może znów potrzebuję zobaczyć jego szczęście na twarzy, gdy zdobywa szczyt, znów muszę poczuć, jak bardzo się o mnie troszczy i widzieć, że potrafi oddać mi swoją wodę, gdy ja już nie mam nic do picia.

Może góry znów pomogą mi podjąć pewne decyzje albo w nich się utwierdzić?Może znów wyleczą, jak rok temu wyleczyły pierwszą ranę, a raczej zasklepiły ją, zatamowały krwawienie? Choć, nie oszukujmy się. Zrobiły to nie tylko góry. Zrobiła to jaskrawsza w nich miłość.

Myślę, czy nie rzucić pewnych rzeczy. Jak się zmienić, jak wyleczyć. Jak przestać się zabijać i udawać. Trochę pogubiłam się przecież w życiu, wiem to już jednak bez płaczu, na spokojnie, logicznie. Dopuszczam do siebie słabość, ale dopuszczam i spokój, wiarę, znów tą cholerną wiarę, że po każdej śmierci przychodzi życie. Nie mam pewności co robić, nie mam pewności, kiedy odzyskam siebie albo raczej, kiedy pokocham tą trochę zmienioną, tą nową.
Może muszę też po prostu trochę odpocząć. Tylko tyle. Znaleźć siebie, z dala od pewnych myśli, miejsc, ludzi. Często ten odpoczynek pomaga. Często to on jest rozwiązaniem. Cóż, zostaje tylko czekać, zobaczyć, co podpowie czas.
Nic nie jest w tym względzie pewne.

Jednego jestem jednak pewna. Gdzie, kiedy, jak- wiem, że z nim. Z naszą wspólną miłością. Nawet, jeśli reszta miałaby się walić i palić. I może, uda nam się razem zestarzeć. Myślę, że to moje największe marzenie.
Bo kto inny uratuje mnie, gdy wpadnę w szał i będę rozbijać głowę o własne mury?



Chętnie zniknęłabym na miesiąc lub na rok
Rozdałabym to co mam, no powiedz, co z tego mienia mam?
Nie pamiętam jak to jest mieć na cokolwiek czas
Mieć czas
Chcę wyhamować
(...)
Pamiętam że u ciebie zawsze tak jest bezpiecznie
U ciebie nie czuć żadnych, żadnych ruchów tektonicznych

Z moich wad
Z moich wad składasz origami
Dajesz mi odpocząć
Nie muszę walić głową w mur
Rozchmurzasz mnie, gdy wpadam w szał
Wyrywam własne kartki

Zbierasz je- i składasz z nich żurawie origami

20 komentarzy:

  1. Niesamowite.
    A z drugiej strony człowiek czyta, bo niby może, bo opublikowane, ale wrażenie, że poznaje się rzeczy, których być może się nie powinno pozostaje :>
    Udanego wyjazdu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholera, musisz przestać tu wchodzić, bo wiecznie będziesz się czuć jak szpieg z tym moim ekshibicjonizmem emocjonalnym blogowym :D
      I dziękuję:) Ale o tym chyba jeszcze coś napiszę:D

      Usuń
  2. I widzisz, dla mnie to właśnie trochę abstrakcja, to co czytam, ale jak widać zdarzają się takie niemal doskonałe porozumienia dusz i ciał równocześnie.
    Ja tam chwilowo przestałam specjalnie myśleć o miłości mistycznej, romantycznej, niesamowitej i tak dalej, szczerze powiedziawszy nie liczę, że prędko spotkam taką pokrewną duszę, jeśli w ogóle... tak naprawdę wszystko, czego na chwilę obecną chcę, to seksu. Nawet, jeśli miałaby to być przygoda na jedną noc.

    Ale widzisz, jednak tak wszystko to w tobie nie umarło :D I cóż, no powiem tyle, że cieszę się, że pojawił się ten spokój, że wyszło słońce. Choć właśnie, przyjmowanie schronienia w drugiej osobie jest niebezpieczne (oczywiście musiałam buddyjską filozofią pojechać XD), ale cóż, skoro tak świetnie ze sobą współgracie i jest dobrze, to też nie ma co myśleć specjalnie o tym, co może być, prawda? Bo na to wpływu nie mamy. Jednak życzę wam tego, żebyście mogli się razem zestarzeć :)

    I tak, sezon burz przyszedł, u mnie właśnie taka prawdziwa. W końcu... przyda się trochę odświeżenia atmosfery w tym Krakowie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie to abstrakcja była do 18 roku życia. A potem się stało i jakoś tak te 8 lat już trwa:) Jak widać, zdarza się, ale właśnie...może w życiu nie można tego oczekiwać? I jak się spotka to dobrze, jak nie- to życie też może być udane:)
      I seks jednak to też tak ważna część życia ludzkiego, że jeny, chcieć tego, mieć na to parcie jest chyba nawet bardziej nautralne niż szukać miłości wielkiej :D

      I nie, wszystko nie. Spora część mnie umarła i tą muszę dalej opłakiwać. Ale w końcu się z tym pogodzę:)
      Znaczy, ja mam taką jakby dziwną wręcz pewność, że gdybym musiała, poradziłabym sobie sama ale...skoro on jest, to dlaczego nie mamy dawać sobie rady razem?:)I czasem każdy chyba chce się w kimś schronić. Ja mam stały schron:D

      I dzięki:)

      Ta, burza, a ja do pracy zaraz muszę w ulewie iść, no super po prostu:D

      Usuń
    2. Dokładnie :D Choć jak czytam o twoim orgazmie, to jeny, stwierdzam, iż nie mam pojęcia co to rozkosz XD To, że wydawało mi się, że coś tam jednak wiem, to była tylko iluzja xD

      Oczywiście, wręcz głupotą byłoby nie skorzystać, co nie? :P

      Taak, mnie też złapała wczoraj ulewa, akurat w tym momencie jak musiałam przejść z biedry na przystanek. I co? Jak doszłam to oczywiście lać przestało xD

      Usuń
  3. Hmmm... Nie wiem co napisać :) Ja nie potrafię się zebrać, a chyba za często upadam? Sama nie wiem, nadal jestem zmęczona i rozchwiana emocjonalnie i mam wrażenie, że nikt nie jest mi wstanie pomóc a ja sama nadal nie wiem jak to zrobić... A żadna miłość ani namiętność mi nie pomoże...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ostatecznie i tak właśnie musimy sobie pomóc sami, ale ta druga osoba, kiedy jest przy nas, bardzo pomaga nam znaleźć naszą własną siłę jednak. A jeśli nie pomaga to nie tędy droga najwyrażniej, właśnie trzeba szukać jakichś nowych środków:)Z danym problemem, brakiem siły rzecz jasna.

      Usuń
    2. Cóż, chyba byłam od zawsze i już tak pozostanę po prostu samowystarczalna, mogę być z kimś w związku i kochać i być kochana ale siły i rozwiązań oczekuje jedynie od siebie i liczyć liczę tylko na siebie.

      Usuń
  4. Jejku, ale pięknie, zazdroszczę. :)
    I życzę udanego wyjazdu. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O wyjeździe pewnie jeszcze napiszę, ale dziękuję:)

      Usuń
  5. Tak abstrahując od treści (na pewno przez "h"? :c) - masz bardzo specyficzny, oryginalny styl pisania. Wzorujesz się na kimś czy wypracowałaś sama ten emocjonalny, pełen figur stylistycznych ton? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E...chyba to moje, bo jakoś nigdy nie pomyślałam o jakimkolwiek wzorowaniu się na kimkolwiek:D Plotę, co mi "palce" przyniosą :D

      Usuń
  6. Pierdolona baśń porno - rycze! Nie ma co rozmyslac, co by się stało, gdyby drugiego zabrakło, bo to truje. Sa dwa dni, którymi nie należy się przejmować - wczoraj i jutro, jak ostatnio usłyszałam. Wroccie z gór szczęśliwi, górołazy :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, piękne porównanie, nie?:D
      I też właśnie na tym się nie skupiam. A nawet i wczoraj za bardzo nie ma się czym przejmować, bo wczoraj też już nie zmienisz, dzisiaj uczysz się żyć z tym, co było wczoraj, no nie?:>


      Usuń
  7. To chyba związek idealny :) Ale przyznaj się - kłócisz się z mężem czasami? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrz wyżej, pisałam, że i nieraz mamy awantury:D Jak każda para. Rzadko bo rzadko, bo naprawdę wiele pierdół o które kłócą się ludzie nas jakby nie dotyczy, ale jednak się zdarza, zwłaszcza, gdy któreś z nas ma inny stres, np.w pracy.

      Usuń
    2. Sorki nie doczytałam :P Bo skupiłam się na historii rozkwitu :) A wiesz co? Mam taką koleżankę, która twierdzi, że nigdy się nie kłóci się ze swoim, od 4 lat. A ja jakoś w to nie wierzę :)

      Usuń
  8. Wiele z tego co Piszesz jest mi bardzo bliskie. Rozumiem problemy w związku i ta walkę nieraz jaka musimy podjąć, rzeczy które musimy zrobić wbrew sobie by było lepiej nam razem a nie oddzielnie. Myślę że małżeństwo polega nie na tym ze będzie się ze sobą do końca życia, tylko właśnie na tym by z całych sił się o to starać. Myślę że to miał na myśli ksiądz na weselu moich znajomych,który powiedział ze małżeństwo to tak naprawdę ciężka praca.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czasem ciężko w to uwierzyć...Że są tacy ludzie,którzy tak się kochają. Życzę ci by ta miłość zawsze w Was płonęła,bo to jest...po prostu piękne. Sama chciałabym kiedyś spotkać takiego mężczyznę którego będę mogła TAK kochać...
    A piosenka jest świetna ^^ jedna z moich ulubionych ^^

    OdpowiedzUsuń
  10. Mój związek jest bardzo podobny i uważam, że to dobry związek. Również panuje między nami kumpelska relacja i nie wyobrażam sobie związku z kimś, kogo nie uważam za przyjaciela, najbliższą mi osobę. To właśnie jemu nie wstydzę się powiedzieć o niczym, jemu mogę zwierzać się ze wszystkiego i chyba to jest piękne. Mimo kłótni, różnic zdań wiem, że zawsze mogę na niego liczyć. I chyba o to chodzi w związku, dobrym związku.

    OdpowiedzUsuń