Nasza cywilizacja jest cywilizacją
wygody.
Jesteśmy rozpieszczeni, nigdy nie
znający prawdziwego głodu, nie znający strachu innego niż brak
pieniędzy na koncie i odcięcia od sieci. Nie muszący walczyć o
przetrwanie, prawdziwe przetrwanie naszego życia, a nie tylko
wyobrażenia o nim w dżungli społecznych niuansów.
Walczymy z prądem rzeki życia, życia,
które sami tworzymy, zamiast nauczyć się w nim pływać.
Trochę mnie to przeraża.
Tak naprawdę, nie chcę być takim
człowiekiem. Nie chcę być człowiekiem wygody, człowiekiem, który
zadowala się tym, co świat uparcie podtyka mu pod nos, a nieraz i
wciska na siłę, mówiąc, że tego potrzebuję.
Chcę sama znać i spełniać swoje
potrzeby. Nie chcę oczekiwać tego od świata.
Wybraliśmy się na spacer w piękny
niedzielny poranek. Słońce grzało nasze ciała, maszerowaliśmy
spokojnie w całym oceanie ludzi, którzy wpadli na ten sam pomysł,
co my.
Namiastka zieleni. Namiastka tego, na
co czekamy. Bo niedługo przecież, już na początku czerwca choć
na parę dni wyrwiemy się z tej betonowej dżungli, choć przez parę
dni będziemy wędrować po swoich górach, po dzikich Połoninach
Bieszczad. Rozmawialiśmy o tym, jak dobrze będzie wstawać jeszcze
przed świtem o 4 rano, jak cudownie będzie nieprzerwanie iść
przez 30 kilometrów, polegając tylko na własnych nogach. Jak
cudownie będzie uciec od telefonów, ułatwień, tłumu. Jak
cudownie będzie znów męczyć się tak, że nie można ruszyć nogą
ani ręką, męczyć cię, jednocześnie przeżywając iście
mistyczny cud, gdy jastrzębie i sokoły kołują nad głowami, jakby
miały spaść na nie, wyczuwając najmniejszy przejaw słabości.
Płynęliśmy w swojej tęsknocie przez
tłum, płynęliśmy, znów wyobrażając sobie kształt swojego
marzenia. Proste życie, dom na odludziu i pracę własnych rąk,
własnych rąk, które nas wyżywią. Bo przecież po to mamy dwie
zdrowie ręce, dwie zdrowe nogi, żeby z nich korzystać. Żeby żyły
i stawały się coraz mocniejsze.
Płynęliśmy w słoneczny dzień w
mieście przez tłum ludzi zapatrzonych w telefony i marzyliśmy o
życiu bez wygód. Spojrzeliśmy na morze ludzi. Rodziny z dziećmi,
pary zajadające się lodami. W pięknych butach, w których nie
przeszliby nawet 10 kilometrów. Z pięknymi fryzurami, jak to w
niedzielne poranki wypada przecież.
Spojrzeliśmy na ludzi, którzy tak jak
ja, mają wszystko podane na tacy. Spojrzeliśmy na nich, na siebie.
Znów poczuliśmy, jak we dwoje razem dobrze się dobraliśmy.
My, ja i mój Mąż, nie chcemy wygody.
Nie chcemy ułatwień na wielu polach. Bo może właśnie przez to,
że człowiek musi się nieraz wysilić, czuje, że żyje?
Może w wysiłku, własnych rąk,
własnych nóg, człowiek żyje naprawdę? Wtedy, gdy wie, że może
polegać na sobie- a nie na tym, co go otacza.
Bo coraz więcej z nas polega właśnie
na tym, co ma w dłoni- a nie na samych dłoniach. Wszyscy się
strasznie rozleniwiliśmy. Ale czy możemy winić za to samych
siebie, jednostkowo? Skoro stworzyliśmy cywilizację, która daje,
nic dziwnego, że bierzemy. I nic dziwnego, że tracimy w tym umiar,
tak bardzo, że zatracamy samych siebie. Zatracamy człowieka w
sobie.
Zatraca się nie tylko ludzie ciało.
Zatraca się umysł i dusza. Zatracają się emocje. Wszystko zbyt
łatwe, wszystko zbyt dostępne.
Wygoda na każdym polu.
A przecież nie od dzisiaj powtarzano
nam, że łatwa droga wcale nie jest lepsza.
Tym ułatwianiem w społeczeństwie,
tym dążeniem cywilizacji do wygody naszych 4 liter w skali
jednostkowej i skali globalnej zrobiliśmy sobie też wielką
krzywdę. Zgubiliśmy nieraz to co ważne.
Zgubiliśmy wysiłek życia. Po co więc
mamy nieraz żyć?
To zawsze istniało przecież w naszej
naturze. Potrzeba przecież matką wynalazku. Człowiek inteligentny
będzie wspinał się, człowiek jako istota myśląca nie będzie
rzucać sobie kłód pod nogi, żeby zmęczyć bardziej swoje nogi.
To naturalny tok ewolucji, która
stawia na coraz lepsze, sprytniejsze rozwiązania. Wszyscy podlegamy
jej prawom. Jednak..czy lepsze zawsze znaczy lepsze?
Postęp, jaki uzyskaliśmy to
obosieczny miecz. Cywilizacja, którą stworzyliśmy, od kiedy
zaczęliśmy krzesać ogień zaczęła rządzić się swoimi prawami.
Nie chodzi w niej już o jednostkę, zresztą, w żadnej ewolucji
nigdy o nią nie chodziło. Może cała sztuka polega na tym, żeby
ewolucja mogła pewne rzeczy jednostce wmówić. Ale cywilizacja,
tworzona ludzkim umysłem, ludzką ręką, ma własne prawa. I jak
każda rewolucja, ewolucja pożera własne dzieci.
Wszystko ma dobre i złe strony.
Ułatwiliśmy sobie życie. Nie
przymieramy głodem. Zwalczyliśmy tyle chorób, jednocześnie
tworząc tyle nowych. Nadciśnienie i rak, dzieci cywilizacji,
oczywista cena, którą płacimy za postęp. Depresja, paranoja i
fobie. Cena mniej oczywista, ale coraz bardziej widoczna w świecie,
gdzie rada i opieka plemienia już nie istnieje, bo plemię stało
się zbyt wielkie i zbyt wiele stawia na indywidualność.
Wiele pięknych rzeczy daje nam ponoć
cywilizacja. Wiele ułatwia, za co jesteśmy wdzięczni.
Mam wrażenie, że naszą cywilizację
toczy jednak inny rak, inna choroba. Wygoda. Rozleniwienie.
Mam wrażenie, że nasz świat, odcięty
ręką betonu i prądu od natury i zieleni jałowieje. Umiera od
środka.
Mam wrażenie, że przez wygodę nasz
świat często jest po prostu skorupą bez wnętrza. Piękną muszą
ślimaka, postawioną w gablocie. Piękną, błyszczącą,
rozpadającą się bez życia w niej.
Żyjemy dłużej. Możemy poznać
swojego partnera bez wychodzenia z domu. Możemy zwiedzić cały
świat przez monitor, nie męcząc swoich nóg. Możemy zjeść
szybko i nawet smacznie, wcale nie włączając kuchenki. Możemy
zastąpić pracę naszych rąk pracą dowolnej turbiny. Możemy
lecieć w kosmos, możemy się uczyć, możemy odkrywać tajemnice
wszechświata. Możemy tak wiele.
Możemy tak wiele i...zarazem nic.
Przywykliśmy do wygody. Możemy, mamy
możliwości, ale wolimy siedzieć przed monitorem i oglądać
śmieszne obrazki, zamiast się uczyć, poznawać. Wolimy nawet
poznawać, zamiast ruszyć się z miejsca.
Mamy tyle ułatwień- możemy tak
wiele. Ale jednocześnie przestaliśmy żyć.
Najłatwiejsza droga wcale nie jest dla
nas najlepsza. Najłatwiejsza, wygodna droga niczego nas nie nauczy.
Wręcz przeciwnie, ta łatwa, wygodna droga sprawi, że jałowiejemy.
Sprawi, że nasze życie przestanie mieć znaczenie dla nas samych.
Ta wygodna droga sprawi, że nie nauczymy się niczego o sobie, nie
poznamy swoich granic.
Wygoda sprawi, że staniemy się
jeszcze głupsi, niż ktokolwiek mógł założyć.
My jako jednostki. My, jako
społeczeństwo.
Cywilizacja wytworzyła tyle pozornych
wspaniałości- jednocześnie tyle nam odbierając.
Czasem, gdy wędruję po ulicach patrzę
i zastanawiam się- ilu z ludzi przetrwałoby gdyby odebrać im prąd,
wygodne ubrania, ich smartfony, które myślą za nich? Ilu z nich
potrafiłoby ze sobą porozmawiać, tak naprawdę porozmawiać bez
klikania w ikony? Ilu z nich umiałoby zasadzić roślinę i sprawić,
żeby rosła, sprawić, że y ich wyżywiła, gdy zabrakłoby sklepu?
Ile z nich dostaje paranoi, gdy nie ma dostępu do wi-fi? Ilu z nich
potrafiłoby stworzyć jedzenie, przetrwać przy wielkiej zagładzie,
jakimś totalnie odrealnionym, pozornie pochodzącym z science-
fiction krachu cywilizacji? Ilu z nich potrafiłoby przemieścić się
z miasta do miasta, nie jeżdżąc samochodem, a polegając na
własnych nogach?
Wielu pewnie by poległo, wielu
rozpieszczonych, nie myślących na co dzień o czymkolwiek innym,
niż prestiż społeczny, niż problemy z dziewczyną, problemy z
własną depresją.
Jasne, także wielu, gdyby musiało,
zrobiłoby to. Wielu by przetrwało.
Jednak nie o to mi chodzi. Czasem we
własnej głowie zakładam kataklizm albo wojnę, zastanawiam się,
jak my byśmy przetrwali. Ale nie o to chodzi. Wojna, krach
cywilizacji, którą znamy, może zdarzyć się zawsze, może nie
zdarzyć się nigdy. Nie o to mi chodzi.
Chodzi mi o nasze rozpieszczenie. O
wygodę.
Jeśli nie muszę, nie zrobię.
Nie przejdę pieszo drogi do domu z
pracy czy z uczelni, skoro mogę jechać tramwajem. Nie spotkam się
z przyjacielem, jeśli mogę z nim porozmawiać przez swojego
smartfona czy na fejsie, nie wychodząc z domu.
Nie muszę więc...
Rozleniwienie. A w życiu nie chodzi o
„muszę”. W życiu chodzi o „chcę”.
I tego chcenia nam coraz bardziej
brakuje przez wygodę.
Nie chcemy wkładać w życie
pierwotnego trudu. Rozbestwiamy się, mając wszystko podane na tacy.
Wszystko.
Całe nasze życie zaczynamy nieraz
przez to sprowadzać do restauracji typu fast food.
Nasze związki z innymi ludźmi nawet
są jak połykanie szybkiego hamburgera w sieciówce ze znanym logo.
Poznajemy się przez internet, nie twarzą w twarz, wypisując listę
wymagań i możliwości, zamiast poznać człowieka. Rozmawiamy
ograniczając się do słów na monitorze, zamiast spojrzeć w oczy,
zrozumieć gest, grymas. Gdy mamy się wysilić dla kogoś, gdy
zaczynają się problemy, uciekamy.
Nie przywykliśmy do wysiłku.
Społecznie, nie przywykliśmy do wysiłku, tylko do wygody. Szybkie
jedzenie, szybki seks, szybka emocja, która nasyci od razu- ale nie
starcza na długo. Emocja wygodna i prosta. Emocja dostępna
wszędzie, nie ta to inna.
Wygoda i lenistwo.
Nie wysilimy się żeby poznać
drugiego człowieka, żeby się w niego wsłuchać. Gdzieś
zgubiliśmy wysiłek, żeby wsłuchać się w świat, skoro nasza
cywilizacja zalewa nas zewsząd szumem informacji, zalewa nas
propozycjami, podtyka tyle pod nos. Stale hałas. Ale gdzie w tym
prawdziwy dźwięk? Gdzie w tym wsłuchanie się w świat?
Trzeba się wysilić. A nam się nie
chce. Szum wielu dobrze to zastępuje.
Nie wsłuchamy się w świat. Zamienimy
wysiłek własnych nóg i tyleż pięknych widoków w głębokim
lesie na prostą wędrówkę samochodem.
Co zrobiliśmy ze swoim życiem?
Gdzie zgubiliśmy swój wysiłek?
Gdzie zgubiliśmy siebie?
Wszystko jest wygodne.
Nie cierpimy głodu, nie musimy
wychodzić z domu, żeby kogoś poznać, nie musimy polegać na
sobie, starczy, że póki cywilizacja nie runie, polegamy na
rzeczach.
Unikamy bólu, nawet borując ząb
żądamy znieczulenia, ułatwiając sobie, tak, że nasze ciało nie
poznaje bólu. Nie umie sobie z nim radzić. Bez bólu jest
wygodniej. Unikamy bólu duszy, ciała, bo pozwala nam na to świat.
Bez tego jest wygodniej, ale i bez bólu niczego się nie nauczymy.
Wszystko proste, ułatwione, wygodne.
Rozmowy, emocje w emotikonach, mleko prosto z kartonu, obrane
pomarańcze w sklepach, bo nawet ich nie chce się nam obierać ze
skórki i zamiast tego pakujemy je w plastik, zatruwając znów
planetę, swoje miejsce życia smrodem produkcji polipropylenu.
Zatruwamy planetę swoją wygodą.
Zatruliśmy też siebie i siebie w tym
zgubiliśmy.
Bo gdzieś tam, zamknięci w mrowiskach
miast, gdzieś tam w spalinie i raku, który jest oczywistą ceną za
nasze wygodnictwo, tęsknimy za prostą życia. Gdzieś tam w środku
jesteśmy głodni tego, czego nie potrafi dać nam współczesny
świat. Gdzieś tam w środku czujemy, że w naszej wygodzie czegoś
nam cholernie zabrakło. Że w tym pędzie coś się zgubiło, gdzieś
w betonowej dżungli czuć nie tylko zapach najnowszych perfum, ale i
zapach rozkładu. Rozkładu nas samych.
Gdzieś tam w środku tęsknimy za
zmęczeniem nóg. Gdzieś tam w środku tęsknimy za trudem bycia
razem z drugim człowiekiem, bycia całkowicie i dosadnie. Gdzieś w
tam w środku tęsknimy za wysiłkiem.
Świat był kiedyś lepszy,
mówimy,marząc o innym życiu. Być może, marząc o zieleni. Marząc
o patrzeniu, jak w ogrodzie wzrasta praca naszych własnych rąk. Być
może, gdzieś tam tęskniąc za światem, którego nie znamy, ale
który mamy zapisany w duszy, mamy zapisany w kodzie naszego serca.
Bo po coś mamy ręce i nogi. Po coś
istniejemy.
Czasem mam wrażenie, że cywilizacja,
stały dostęp wszędzie i zawsze, stały dostęp do sztucznej
żywności, stale podsuwanie nam wszystkiego pod nos nam te nogi i
ręce odebrała. Jakbyśmy zapomnieli, że one w ogóle istnieją.
Nasza cywilizacja, nasze społeczeństwo
to społeczeństwo wygody. To społeczeństwo leniwe i znudzone.
A czy można być szczęśliwym, nudząc
się? Za dużo wtedy myślimy. Mamy zdrowie ciało ( chyba że na nas
trafiła cena otyłości, raka albo nadciśnienia za wygodę),
zapewniają nam to apteki, mamy zastępniki na wszystko, szybkie
kontakty, szybkie jedzenie, wszystko podane pod nos. Nudzimy się.
Zaczynamy, być może wtedy za dużo myśleć. Zaczynamy szaleć.
Człowiek bez wysiłku jest człowiekiem
szalonym. Nasze społeczeństwo to społeczeństwo smutku i
szaleństwa. Nasze społeczeństwo, nasza cywilizacja to szalone
miejsce, w którym wymyśla się setki idei z wygody, z nudy, przez
które walczymy ze sobą, ćwicząc pierwotne instynkty, wobec
których kłamiemy, że całkiem się ich wyzbyliśmy.
Gdy jest nam za wygodnie, gdy się
nudzimy, wariujemy. Wymyślamy setki chorób duszy. Wymyślamy
zagubienie. Wymyślamy kolejne fobie. Wymyślamy zaburzenia
odżywiania, gdy mamy za dużo jedzenia. Cywilizacja wygody wymyśliła
nam zagubienie, które wyśliło choroby, które stały się faktem.
Rak, anoreksja, depresja, nadciśnienie.
Cena za wygodę.
Samotność, głód emocji, wymuskane
ciała, które nie przeżyłyby tygodnia, gdyby miały polegać na
samych sobie.
Idee wielu bogów którzy walczą ze
sobą, wegetarianizm, moda, moralność która wielu żyjącym kiedyś
zdawałaby się być luksusem.
Zgubiliśmy się w tym wszyscy.
Ciekawe, kiedy w tej naszej cywilizacji upadniemy, całkiem upadniemy
na kolana?
Nie wierzę, że jest ratunek dla
naszej cywilizacji.
Ba, mam nawet pewność, dziwną
pewność, że w końcu musi się załamać. Nie ma ratunku dla tego,
co czyni ze światem i z nami wygoda społeczna.
Ale być może, jest ratunek dla
jednego człowieka. Dla mnie, dla ciebie.
Jesteśmy w tym wszyscy malutcy. Nie
uciekniemy od tego, co stworzyło społeczeństwo z którego się
wywodzimy. Nie zmienimy go. Nie zmienia się toku ewolucji. Nie cofa
się jej.
Nie cofniemy tego co w nas. Nie
wyciągniemy z siebie wtyczki prądu, nie zmniejszymy swojego
uzależnienia. Każdy z nas nie kupi ziemi, nie założy zwierzęcej
skóry.
Nie zmienimy tego, gdzie żyjemy.
Ale możemy zmienić coś w sobie.
Możemy zacząć chcieć. Możemy
zacząć się wysilać. Możemy odrzucić wygodę. W każdym sensie.
Możemy odrzucić wygodę, nudę,
lenistwo.
Możemy czasem przewędrować świat na
swoich nogach. Możemy znaleźc cel. Możemy wstać o poranku i nie
przywykać do świeżej kawy. Możemy poszukać prostoty.
Możemy po prostu się bronić,
zachować resztki siebie i swoich prawdziwych pragnień w obliczu
milionów rzeczy, które podaje nam ułatwiony świat i które chce
nam wmusić.
Możemy zachować swoją hardość i
umiar, możemy twardnieć zamiast mięknąć jak ciepły wosk, który
topi się przy natłoku informacji i rzeczy.
Możemy umniejszyć i tak odkryć
wielkość, gdy staniemy na górze, którą nazwiemy domem.
Nie chcę być wygodnickim człowiekiem
w cywilizacji, która daje tyle wygód.
Nie chcę się w tym zgubić.
A ty?
Wiadomym dla mnie jest,
że wielu z nas trudzi się cholernie w życiu. Wiadomym jest, że
wielu z nas ma wspaniałe, dobre związki, fajne życie i przerzuca
gnój na polu albo pracuje w sadzie. Wiadomym jest, że wielu jest
wcale nie pogubionych i szczęśliwych. Gdyby ktoś nie zrozumiał,
chodzi mi o szeroko pojęte zjawiska społeczne, które dotyczą nas
wszystkich po kolei i przed którymi nie uciekniemy, nawet jeśli
mamy chatę w lesie, nie mamy dostępu do internetu i żyjemy w
świetnym związku z kimś, przy kim nieraz dostajemy kurwicy i
musimy się wysilać. To gdyby ktoś miał wątpliwości i chciał
się zaraz bronić „ale przecież ja ...” XD ( uderz w stół?).
To takie wyjaśnienie, jeśli ktoś nie załapał XD
Sama też nieraz się nad tym zastanawiam. Nawet kiedyś u siebie coś podobnego pisałam :)
OdpowiedzUsuńW każdym razie już jakiś czas temu uświadomiłam sobie, jaka mogę być wdzięczna moim rodzicom za to, jak mnie wychowali i czego nauczyli- czyli za to, że nie zrobili ze mnie rozpuszczonego bachora a jakoś właśnie pokazali własnym przykładem, że warto się wysilać. I jakoś mi to weszło w krew na tyle, że drażni mnie taka bylejakość, denerwują mnie ludzie, którzy uważają, że należy im się wszystko i jeszcze trochę, ot tak, bez niczego. Jestem wdzięczna za zachęcanie do czytania, za zachęcanie, aby uczyć się tak, żeby zrozumieć, a nie tylko zaliczyć. I do dziś wkurwia mnie takie podejście- uczę się tylko po to, żeby zdać. No i po co ci to zdanie tak naprawdę? Ostatnio chociażby ktoś przesłał nam na maila roku pdfy książek do historii Chin z komentarzem, że oczywiście nie musimy tego czytać, bo na egzamin wystarczą same notatki. To wtedy od razu sobie myślę- czemu ty tak piszesz? Ale ja kurwa CHCĘ to przeczytać. CHCĘ znać historię Chin, a nie tylko zapamiętać parę nazwisk na jeden dzień. Jestem wdzięczna za to, że nigdy nie było żadnych samochodowych wycieczek, jeżdżenia po mieście meleksami tylko zawsze chodzenie na własnych nogach, czy to po górach, czy po mieście. Za to, że zawsze wyjazdy planowaliśmy sami, szukając ciekawych miejsc na własną rękę, a nie z biurem podróży tych najpopularniejszych turystycznie. A teraz cholernie doceniam to, że mieszkamy w takim pięknym lesie. Długo by jeszcze wymieniać- także sama będąc kiedyś w harcerstwie znalazłam się na różnych wędrówkach w sytuacjach, w których musiałam sobie poradzić- chodzenie z plecakami, gotowanie na polanie, rozkładanie namiotu, a także stawianie żagli, kiedy fala zalewała pokład, a mi się w żołądku przewracało- i to jest, cholera, przeogromna satysfakcja dać radę, pokonać własne słabości.
W każdym razie to wszystko chyba uchroniło mnie od zostania takim rozpuszczonym leniem, któremu nic się nie chce. Miałabym cholerne wyrzuty sumienia, gdybym chociaż nie próbowała, nie starała się- radzić sobie, rozwijać się, być samodzielna. Po prostu źle się czuję nic nie robiąc.
Staram się, zawsze się staram, choć jak wiadomo nie zawsze wychodzi. Absolutnie święta nie jestem, wciąż robię mniej niż bym chciała, wciąż za dużo czasem tego oglądania śmiesznych obrazków (choć to akurat cholernie dobrze na mnie działa, zawsze mnie jakoś rozluźnia, ale wiadomo, co chodzi). W każdym razie jest lepiej- więcej czytania, mniej fejsbuka, więcej nauki, więcej ćwiczeń i zdrowego jedzenia, przestałam wszędzie nosić ze sobą telefon, żeby nie zerkać ciągle do tego cholernego internetu. Tak, udało mi się uwolnić od tego małego uzależnienia. Jednak wciąż jestem zbyt mało zdyscyplinowanym człowiekiem- chęć zawsze jest, brakuje dyscypliny :P Ale cóż, no próbuję z tym walczyć.
I wiesz, nieraz zastanawiałam się, jak to jest z tym plemieniem, klanem. Jak ja bym się odnalazła w takie społeczności. Bo widzisz, mimo wszystko nie ustrzegłam się przed pewnymi "chorobami duszy" jak to określiłaś. Emocjonalny głód i wewnętrzne blokady- staram się tego nie wyolbrzymiać i nie robić dramatu, aczkolwiek nie ukrywam, że taki problem jest i staram się powoli te lęki i blokady przełamywać. W każdym razie zastanawiałam się nad tą radą plemienną, jakimś poczuciem wspólnoty- gdyby mi przyszło w takiej społeczności funkcjonować, to z jednej strony pewnie bym się dość mocno wkurwiała, bo ja od zawsze z natury byłam dość mocno indywidualistką, ale z drugiej cały czas odczuwam jakąś taką potrzebę przynależenia do kogoś, do jakiejś większej grupy, a chyba nigdy nie czułam się gdziekolwiek tak naprawdę przynależna. Więc ciężko powiedzieć, czy taka pierwotna plemienna przynależność by mi pomogła, czy zaszkodziła. Cóż, każdy miecz ma dwa ostrza.
Jaką przyszłość wieszczysz naszej cywilizacji? :D
PS. Wybacz za chaotyczną wypowiedź, pewnie taka jest, bo dość dużo tekstu, ale cóż, jak się natłok myśli wyrzuca, to wychodzi chaotycznie XD
W pewien sposób mam podobnie, cieszę się, że wychowałam się..na wsi. I że to nauczyło mnie poszanowania do pewnego rodzaju pracy i prostoty życia. Pamiętam, jak pisałaś choćby o swoim ojcu, ale...z jednej strony wspaniale, że nas taj wychowano. A z drugiej, może nie widziałybyśmy tego całego lenistwa, jakiegoś niszczenia, gdyby wychowano nas inaczej i byłoby lżej?:D Może właśnie człowiek nieraz nie pluł by sobie w brodę i nie wytykał własnych słabości, nie starał się? Ale to byłoby takie błędne koło, bo znowu łatwiej nie jest właśnie lepiej, wiadomo w cztm rzecz.
UsuńW ogóle w NG były szalenie ciekawe artykuły właśnie o potrzebnie plemienności, o tym, co straciliśmy, a co zyskaliśmy, odchodząc od niej. O tym, jak wywalczyliśmy indywidualizm, ale jak gubimy się bez wspólnoty. Nie mam też pojęcia, jak właśnie sama bym żyła w plemieniu, bo cenię swoją niezależność, jestem już człowiekiem współczesnym ale...czasem jednak coś w duszy za tym jakoś tęskni. I właśnie w tym rzecz, nie ma niczego z gruntu pozytywnego, ani niczego z gruntu negatywnego.
Jak to jaką? Upadek:D Wojna jakaś, gdzie sami się wyniszczymy, coś w tym guście:D
I tam chaotyczna, nie mniej chaotyczna niż mój post XD
Czasem sobie myślę, że wolałabym być takim trochę matołkiem i żyć sobie lekko, niczym się nie przejmować za bardzo. Ale pewnych procesów już się nie da cofnąć, jak pewne rzeczy się już zobaczyło, to nie zapomni się tak łatwo. I właśnie, nie byłoby to lepsze, tego jestem pewna, choć czasem tak bardzo chciałoby się pierdolnąć tym wszystkim xD
UsuńO, to spróbuję się jakoś dokopać do nich :D Nie da się odpowiedzieć na pytanie jakbym żyła, gdybym urodziła się w czasach społeczności plemiennych, bo nie ma takiej osoby jak ja z przeszłości XD To byłby zupełnie inaczej ukształtowany człowiek. Więc mogę jedynie przypuszczać, że gdyby teraz wrzucili mnie do takiej społeczności, to byłby ze mnie taki trochę plemienny rebel XD Ale cholera, fajnie by było móc choć na chwilę pożyć w takiej społeczności, żeby móc na własnej skórze doświadczyć, przekonać się. Bo tak to możemy sobie gdybać.
Hmm, chyba że pójdzie to właśnie w drugą stronę, jak się na przykład new age wybije i nadejdzie nowa era XD
No, to nie jestem sama przynajmniej XD
Chyba chodzi o to, że łatwiej tak powiewać sobie na wietrze, ucząc się jedynie przyzwyczajać do zmian. Jednak co to za życie, bez chociaż minimalnego wpływu na nie? :)
OdpowiedzUsuńAch, Bieszczady, kiedy ja tam byłam...:)
I znowuż właśnie łatwiej wcale nie znaczy lepiej. Ale my za rzadko o tym pamiętamy. I...to żadne życie. Takiego nie chcę :D
UsuńCzyżbym wyczuwała tu tęsknotę?:D
Czasami mnie technologia przeraza... A czasem zachwyca ;) Ogladajac premiere s6 edge samsunga rok temu po prostu nie moglam uwierzyc jak ten facet gada... Ile tam ludu i ile pewnie ogladalo relacje jak ja na zywo przez internet. Mowil a raczej hipnotyzwal, przekonywal jak bardzo potrzebujemy nowego modelu :p to byla pierwsza i ostatnia premiera jaka ogladalam :p
OdpowiedzUsuńWidzisz, a ja nawet nie wiem, jak ten telefon wygląda i...nawet nie mam msartfona:D Bo właśnie sobie nie ułatwiam, nie chcę mieć stale dostępu do wszystkiego w sieci i nie chcę rozmawiać tylo przez messengera- chcę się umówić na piwo:D A właśnie ktoś potrafi nam wmówić, że taki smartfon jest nam niezbędny do życia.A...przed laty nawet by człowiek nie pomyślał, że potrzebuje takich cudów. Ot...ułatwienia, które utrudniają po prostu życie.
UsuńMożna mądrze z tego korzystać, ja mam s5 z samsuga czyli nie jakiś stary model choc i nie najnowszy. Ale pozwala mi on latwo kupowac bilety, sprawdzic stan konta, wykonac rozne manewry. Np. Gdy bladze w polu w srodku miasta :p ale tez go odkladam, gdy jestem z bliskimi, w pracy... Duzo podrozuje i glownie wtedy go uzywam. Ale nie chodze z nosem w nim, nie mam ultrabooka, tabletu czy innych rzeczy bo raz, ze mnie nie stac to dwa... wole zajac sie otoczeniem.
UsuńMam takie kuzynki, dorosłe dziewczyny, po studiach, nie chodzą do pracy, podróżują po świecie i 4 rok na koszt rodziców szukają życiowej drogi. W zasadzie to lubią dostać wszystko, i to już, teraz, natychmiast. Ja mam inną życiową filozofię. Ja lubię czasami czegoś nie mieć, ale sama wytyczyć sobie drogę i powoli, często z przeszkodami dojść sama do czegoś. Pewnie czasem narzekam na niewygody, ale wygodne życie jest zbyt nudne dla mnie. Od dziecka byłam uczona, że nie ma nic za darmo, jak coś chcę muszę sobie zapracować. A potem się z tego trzeba cieszyć :) Nie lubię ludzi nazbyt wygodnych, którzy nadmiernie skupiają się gromadzeniu dóbr, by żyć jeszcze wygodniej. Prostota jest chyba najcenniejsza w życiu:)
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
I takich ludzi jest wielu. Roszczeniowych, rozpieszczonych, chcących dostać wszystko już, zaraz natychmiast, zwłaszcza, jeśli idzie o ich potrzeby hedonistyczne ( sama śpiewam pochwałę hedonizmu, no ale kurwa, bez przesady!) a tak naprawdę nie dających nic od siebie. Ale takich ich stworzył świat. Nawet już nie sami rodzice, a świat wręcz.
UsuńI tylko chwalić coś takiego. Dochodzenie do pewnych rzeczy samemu. I takie życie ci się nie znudzi, w przeciwieństwie do życia...gdzie masz wszystko. Takie mam wrażenie, że za kilka lat to twoje kuzyneczki mogą szybko zgorzknieć :D
Wydaje mi się, że to naturalne że nasze życie jest bardziej wygodne i ja nie widzę w tym nic złego. Nie wrócimy się już do tego co było. Pewnie niektórzy ludZie kiedyś szli ulicami i zastanawiali się "Co by oni wszyscy zrobili gdyby zabrać im zapałki! Umarliby z głodu, bo nie umieją sobie rozpalić ognia sami!". Tak teraz jest z prądem i internetem :)
OdpowiedzUsuńCzytając to od razu przyszedł mi na myśl mój brat umierający z nudów, z powodu braku prądu przez ledwo godzinę. :P No i ten lament. xD Jednak my, pokolenie, które wychowało się bez internetu, często i bez komputerów mamy jakieś inne podejście do życia i chyba większą świadomość tego, że ten świat może istnieć po wyłączeniu prądu, podczas awarii internetu. Nikt nam nie podawał od zawsze wszystkiego na tacy, dlatego rozróżniamy możliwość istnienie obu opcji. A Ci młodsi? No niestety im chyba coraz trudniej to zrozumieć.
OdpowiedzUsuńSama ostatnio zauważyłam po sobie, że ślepo poddaję się temu, co podaje mi współczesny świat. Na szczęście dotarło to do mnie. Zaczęło mi w życiu po prostu brakować po kolei wszystkiego: zapachu ogniska ze znajomymi, rozmów z rodzicami i patrzenia na ich radość z tego powodu, wtulenie się w chłodne wieczory do chłopaka i uczucie, gdy podczas snu czułam jego pocałunki na czole. Kiedyś narzekałam na swoją pracę - dziś jestem z siebie dumna, że przeżywam tę 12godzinną katorgę (właśnie za pół godzinki znów ją zacznę), przynosi mi to wiele satysfakcji i właśnie ten ból spracowanych dłoni powoduję, iż znów zaczynam czuć, że żyję. Chciałabym, by ludzie pomimo tych wygód nie pozbawiali się ludzkich odruchów.
OdpowiedzUsuńo współczesnym człowieku* w tytule, pozwolę sobie zauważyć :)
OdpowiedzUsuńzdecydowanie podzielam Twoje odczucia odnośnie "naszego świata"... ludzie są dziwni, przestali dostrzegać to, co jest ważne, pogubili się, biegają bez celu, a planeta umiera, oni sami stają się smutni, mylą priorytety...
ja wiem, że możemy to zmienić. wystarczy chcieć. tylko, że chcieć muszą wszyscy, a ludzie mają tendencję do ignorowania wszystkiego poza czubkiem własnego nosa i uważania, że "to nie ich problem", "to ich nie dotyczy"...
Mi się strasznie podoba to, że mamy możliwość połączenia tego. Korzystania jednocześnie z możliwości własnych i cywilizacyjnych. Teraz latamy w kosmos, ale żeby do tego doszło na przestrzeni lat musieliśmy (może nie osobiście, mam na myśli gatunek ludzki) spędzać długie godziny na badaniach kosmosu, wynalezieniu materiałów do budowy statków kosmicznych, konstruowaniu tych rakiet, projektowania strojów kosmicznych, itp. (może dałam odległy przykład, ale z racji moich studiów akurat tym się interesuję). :)
OdpowiedzUsuńPatrząc trochę bliżej, musieliśmy pracować na przykład nad powstaniem wielu obecnych systemów obronnych, które teraz umożliwiają mniejszy ludzki wysiłek. Do codziennych zajęć służą nam roboty, które sami stworzyliśmy i które z nami współpracują. Bardzo to jest ciekawe i piękne. :)
Bo to jest może tak, że ludzie boją się teraz wszystkiego, bo tak naprawdę żyją nie swoim życiem. Żyją życiem, które wydaje im się ich, ale tak naprawdę jest sugestią koncernów, oczekiwań, mody itd.
OdpowiedzUsuńZaś człowiek, który trzyma los we własnych rękach żyje naprawdę i zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie on sam i nikt inny decyduje o własnym życiu. W dosłownym brzmieniu: jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. :)
Dzisiaj w pracy moja kierowniczka powiedziała mi, że jak na drodze dziecka leżą kamienie to nie wolno ich zabierać i ułatwiać mu życia bo jak będzie dorosłe to przewróci się na okruszkach. I coś w tym jest :)
OdpowiedzUsuńCzasami takie odcięcie się od świata jest faktycznie dobre. Współczesność nas niszczy, bo nie umiemy dobrze wykorzystywać tego, co jest nam przez nią dane. Ludzie hxa więcej, szybciej, wyżej, dalej, ale tak się nie da. W ten sposób doprowadzimy się doautdestrukji. Trzeba wiedzieć kiedy skończyć, kiedy dać sobie spokój.
OdpowiedzUsuń"Rak, anoreksja, depresja, nadciśnienie. Cena za wygodę."
OdpowiedzUsuńTo jest jedyne zdanie z którym się nie zgadzam.
Pozdrawiam :)