niedziela, 29 maja 2016

O tym, że tym razem tytułu nie będzie, to tylko brud wylany z głowy, żeby móc spać.

Trwa sezon na burze.
I może to sprawiło, że i dla mnie musiała nastać kolejna. Całkiem niespodziewana, powietrze było gorące i pełne pożądania.
Kilka trafnych pytań, zadał swoim spokojnym głosem. Wpadłam w panikę, wpadłam w histerię.
Zauważył, jednak widzi, jednak moja maska nie jest tak szczelna.
Kilka pozornie nieszkodliwych pytań. Przeraziłam się. Pewnie dlatego, że nie chciałam ich słyszeć. Pewnie dlatego, że sama nie chciałam znać odpowiedzi, bo wolę udawać, sama przed sobą.

Zamknęłam to za murem. Myślałam, że uda mi się zamknąć za murem własną śmierć.
Zakopać głęboko.
Ale on widzi, choć nie widzą inni. On widzi, bo jest najbliżej, zawsze on najbliżej. I znów, jeśli będę musiała wybierać, wybieram jego. Bo z nim mam żyć. Bo taką podjęłam decyzję.
Choć może udaję, a jednak łudzę się, chcę, żeby ktoś zauważył, chcę, żeby ktoś czasem posprzątał to za mnie? We mnie?
Jestem słaba. Krucha ze mnie porcelana, rozsypuję się, jak mówił mój przyjaciel.

Nie chciałam słyszeć kilku pytań, bo sama nie chciałam na nie odpowiadać. Chciałam już uciec od tego wszystkiego, ale tak się nie da.
Przestaję się łudzić, że to kiedykolwiek minie. Przestaję się łudzić, że kiedykolwiek będę mogła żyć jak przedtem. Nie ma powrotu do „kiedyś”. Jak bardzo on by chciał, jak bardzo chciałabym ja.
Coś we mnie umarło bezpowrotnie. Te części mojej duszy nigdy nie wstaną z grobu.
Może dlatego, że to grób anonimowy. Anonimowy grób w którym zamknięte jest niewinne dziecko.
Nigdy nie będę niewinna.
Nigdy nie będę naiwna. I choć kocham, nigdy nie będę kochać tak bardzo, jak przedtem.
To umarło. Ktoś miał rację, życie to powolne umieranie. A ja zrozumiałam to dopiero po tamtej nocy, zrozumiałam to mając dopiero 25 lat. Nie da się zaprzeczać.

Chciałam uciec od pytań, chciałam uciec od odpowiedzi.
Tak, jest między nami mur, tak potworny mur.
Nie umiem kochać jak przedtem. Nie umiem się kochać. Zostałam w tej kwestii kaleką. Już nie mam, już nigdy nie będę mieć w sobie lekkości tamtej nagiej dziewczyny tańczącej po lesie. Kochającej się przy drogach, kochającej się w parkach, pod osłoną nocy.
Nigdy już nie będę tamtą, tamta umarła. Zabito ją. Zostało naczynie, został okruch.
Tak, poczułam co to wstyd. Co to rozczarowanie.
Poczułam co to obrzydzenie do samej siebie. Brzydzę się sobą, właśnie sobą, choć sobą nie powinnam. Swoim ciałem.

I tak, miał rację. Krzywdzę się. Siebie samą, cały czas krzywdzę, bo przywiązałam się do krzywdy, skoro raz zadani mi tak celną. Skoro boli w środku to czemu by nie...
To tak, jakbyś się cięła, tak?
Tak, tak to możesz rozumieć. Robię to specjalnie. Niszczę swoje ciało. Nie mogę go zmobilizować. Robię wszystko, żeby było jak najbardziej obrzydliwe. Przestałam się malować. Robię wszystko, żeby mnie bolało bez widocznych śladów. Rozdrapuję uda, gdzie nie widać. Nie leczę strupów, nie leczę opatrunków. Zasypiam bez opamiętania, przypominając sobie, jaka jestem beznadziejna. Wstydzę się zmęczenia, wstydzę się snu. Upijam się jednak, żeby zasnąć.
Chcę udowodnić sobie, że jestem beznadziejna, bo przecież nic nie stało się bez powodu. Udowadniam sobie, że jestem brzydka, obrzydliwa, nic nie warta, bo inaczej nic takiego by się nie stało. Przestałam wierzyć, że kiedykolwiek mogło być inaczej. Zawsze żyłam w ułudzie, gdy wierzyłam w pewne słowa i spojrzenia.
Płaczę, gdy nikt nie widzi. Płaczę cicho, gdy was nie ma w domu.
To ze mną zostanie.
Taka już będę.
Mam momenty opamiętania. Mam codzienność, o której mówię, że jestem w niej szczęśliwa.
Ale tak, zabijam się, powoli się zabijam, bo nie mam odwagi na więcej.
Nie chciałam się do tego przyznawać. Do tego, do wszystkiego innego.
Tak jak wtedy nie chciałam przyznawać się jej. Bo co by to zmieniło?

Może tak już musi być, że na co dzień jestem szczęśliwa, jestem uśmiechnięta. A potem znów wrzód nabrzmiewa, pęka niezaleczona rana, wycieka ropa i leczę ją w jednych ramionach, w jedynych których umiem. Mimo, że jesteśmy współzbrodniarzami. Mimo, że jest moim katem.
Jednak, jemy łatwiej wybaczać każdą ranę.
Z kim innym jest trudniej.

Nieodpowiednie pytania.
Ale on je chociaż zadaje. Nie muszę wyciągać ich od kogoś innego. Nie muszę sama ich stawiać. Może dlatego tak celne. Może dlatego tak bolą. Może dlatego są moim skalpelem, przez który do oczu napływają łzy, które leczą ranę.
Może powinnam była inaczej wybrać.
Może jeszcze mam na to czas?

Czasem myślę, że powinniśmy to wszystko zostawić. Coraz poważniej myślę nad tym, że powinniśmy wyjechać, a może po prostu się przeprowadzić. Zostawić te mury, bo pomimo tego, że tyle w nich dobrych chwil, o wszystkim przypominają.
Czasem myślę, że powinniśmy może zostawić wszystko inne. Zmienić nie tylko adres, ale numer telefonu, ksywę na fejsie. Zostawić wszystkich, mimo że ich kochamy. Nie rozmieniać tej miłości. Zostać tylko we dwoje, zacząć od nowa.
Może muszę poważniej z nim o tym porozmawiać. Zadać własne pytania.

Może muszę się ze wszystkim pogodzić. Z własną śmiercią. Z obrzydzeniem. Ze wstydem.

Nieodpowiednie pytania. A może wreszcie właśnie trafione. 
Żal i histeria, spazmy.
Rzucone okrutnie wam łatwiej żyć. Zaczynać na nowo, bo macie tylko wyrzuty sumienia. Ja mam wyrzuty sumienia i umarłam.
Ja tego nie przeżyłam, ja to umarłam.  Czasem brzydzę się, że udaję, że żyję dalej. Czasem brzydzę się tego, że i wy to robicie. Na co dzień. Śmiejecie się. Kochacie. 
Czasem coś tupie we mnie nogą jak małe dziecko. Chce zadać pytanie, jak macie prawo do szczęścia, skoro ja umarłam?
Jak?

A mimo to żyje się dalej.
Udaje albo naprawdę żyje. Znajduje się szczęście.
Wybacza się i wymazuje własne winy. Cudze winy. 
Jak?

Mawiają, że wybaczenie to nie kwestia uczuć, a kwestia decyzji.
Ja pewną decyzję podjęłam i muszę z nią żyć. Mówili też, że nikt nie powiedział, że dobre decyzje nie będą cię ranić. Może to prawda. Może dobre decyzje wcale nie sprawiają, że jest się szczęśliwym. Może to one mają tak naprawdę doprowadzić nas do śmierci.
Powoli. Dzień za dniem.
Rana za raną.
Wspomnienie za wspomnieniem.

Może to też i miłość ma mnie zabić.

Kilka nieodpowiednich pytań, które każe mi znowu spojrzeć prawdzie w oczy. Kilka nieodpowiednich pytań. Wymioty z obrzydzenia i nerwów, łzy przez całą noc.
Teraz być może kolejne.


Potrzebuję snu. Potrzebuję czasu. Potrzebuję wiary, że mogę jeszcze kochać naiwnie.
Nie, przepraszam. Ta ostatnia umarła na zawsze. Zamordowana z zimną krwią zwierzęcia.

                                                    ****
Proszę się do tekstu nie przywiązywać, proszę nie interpretować nadmiernie, przesadnie. Proszę się nie martwić, bo nic się nie dzieje. Mam dzisiaj po nieprzespanej nocy nadmierny ból istnienia. A może to i stres przed wyjazdem, stres paru innych spraw, które przypominają wcześniejsze. To myśli wylane z głowy, bo właśnie tu, w tym miejscu tego potrzebowałam. Po ciężkim dniu, wylać myśli z głowy, żeby wreszcie móc położyć się spać.  
Od tego jest blog, prawda?




Wspominasz swoje czyny
Jakby to były czyjeś okropne opowieści
Teraz stoisz przede mną odrodzony
Jak dobrze widzieć cię zdrowego
I nie zamierzasz zdjąć swojej aureoli
Oplatającej szyję i ściągającą się w dół

Lecz ja jestem tylko ciekaw
Jak zamierzasz naprawić swe występki
Wobec tych, którzy już nie żyją
Wobec tych, którzy już nie żyją

7 komentarzy:

  1. No cóż...Masz rację. Blog jest od takich rzeczy. Bo czasem chce się po prostu otworzyć bo nie ma przed kim lub po prostu nie wie się jak to ubrać w słowa.
    Nie jestem dobrą ciocią dobrą radą i sama nie wiem za bardzo co Ci powiedzieć. Zazwyczaj takie stany mijają...Ludzie którzy są skrzywdzeni często czują się gorzej od innych (przynajmniej wywnioskowałam tak z Twojego tekstu. Przepraszam jeśli to zły wniosek.) I jest to niestety bardzo krzywdzące. Jednak myślę że jedynym sposobem na uratowanie się lub po prostu na chwilowe odrętwienie czy też ucieczkę w pustkę jest słuchanie muzyki czytanie czy nawet bezmyślne gapienie się na jakiś film. To trochę zawsze pomaga.
    Trzymaj się ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, cieszę się, że wyrzuciłaś z siebie to wszystko. Tym razem bez maski. Pierwszy raz chyba tak otwarcie, ale to dobrze. Ileż można udawać, prawda?
    A blog to oczywiście bardzo dobre miejsce na wylanie wszelkich myśli, także... korzystaj kiedy potrzebujesz :)

    Naiwnie jest myśleć, że jedyna śmierć, która spotyka nas w życiu to tak kończąca je całkowicie, prawda? I tak naprawdę... co możemy z tym zrobić? Czy cokolwiek poza akceptacją jesteśmy w stanie? Ale tak też mi się nasunęło- może nie wszystko, co w tobie to grobowce? Może część to głębokie, ropiejące rany, które da się w jakiś sposób zaleczyć, ukoić? I może na miejsce tego co umarło wyrośnie coś nowego? Nie ma co się łudzić co do pewnych rzeczy, coś pewnie odeszło bezpowrotnie, ale może właśnie jeszcze coś może się w tobie narodzić? Na pewno innego, ale może ożywczego w jakiś sposób? Tak sobie pomyślałam.

    Widzę, że dostrzegasz pewne możliwości, intuicja chyba podpowiada ci, co mogłoby cię, hmm, uratować, ukoić, czy pomóc w inny sposób. Może czas nad tym poważniej pomyśleć, poważniej porozmawiać? I może nie od razu rzucanie wszystkiego (choć może i tak trzeba, można), ale jakoś odnoszę wrażenie, że coraz bardziej potrzebujesz wyrwać się z miasta, że natura na wyciągnięcie ręki pomogłaby ci w jakiś sposób odrodzić się na nowo.

    A tak w ogóle, to wiesz, że też wybieram się niedługo w Bieszczady? :D

    Śpij spokojnie :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Mocne. Dobre. I o ważnych sprawach. Oswajanie własnego przemijania jest bolesne i trudne, tak jak i zmian zachodzących w nas.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze, że znalazłaś ujście emocji i bólu w środku, choćby tutaj. Dobrego tygodnia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobrze,że masz to miejsce i dzielisz się swoimi obawami, lękami, wszystkimi nastrojami. Mam nadzieję,że ten burzowy szybko minie:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Wydaje mi się, że masz bardzo skomplikowany umysł (w takim pozytywnym sensie oczywiście) - i to tyle z jakichkolwiek moich interpretacji tego postu. :)

    Chyba można powiedzieć, że blog jest dla każdego czymś innym. Jeśli akurat dla Ciebie jest miejscem na oczyszczanie umysłu, to tak go traktuj. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. a ja wciąż czekam na burzę... na błyskawice malujące się na nocnym niebie, oczyszczający deszcz, zapach lasu po burzy...
    czasem to potrzebne...

    OdpowiedzUsuń