środa, 18 maja 2016

O bezdomnej białej kotce znalezionej przez przypadek, mądrości Lisa i Małego Księcia, czyli rzecz o oswajaniu, odpowiedzialności i strachu przez zranieniem.

Jest malutka. Mniejsza i chudsza niż te, które znam na co dzień.
W chłodny dzień zjawiła się nie wiadomo skąd. Myślałam, że jest dzika, bo z takim przerażeniem uciekała, gdy kładłam na progu domu mojej matki łby odcięte od pstrągów, które miałyśmy zjeść na obiad. Dzika czy nie, niech się naje, pomyślałam.
W końcu ja zawsze wszystkich karmię. Tak samo jak moja matka. Myślę, że w ten sposób obie wyrażamy miłość, bo zawsze trudno nam o niej mówić.
Nieufnie, przyszła zjeść. Brudna, ze zmierzwioną sierścią, z wyrwanymi jej kępkami na grzbiecie. Zostawiłam ją samą sobie. Gdy wychodziłam na podwórko, okazało się, że jak przyszła na próg domu, tak została. Została i miauczała. Wcale nie była dzika. Wcale a wcale nie umiała radzić sobie sama.
Mała, biała kotka po trudnych przejściach potrzebowała nie tylko jedzenia. Potrzebowała też zwykłej życzliwości, zwykłej ludzkiej a może i kociej czułości. Znalazła na swojej drodze człowieka.
Mniejsza i chudsza niż moje własne koty, jeszcze bardziej łasząca się i miaucząca, niż jedna z moich kotek. Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Dałyśmy jej jeść. Ułożyłyśmy posłanie ze starych ubrań. Przemyłyśmy rany, które miała na brzuszku, prawdopodobnie zadane w jakichś ciężkich kocich walkach.
Mała biała kotka, z pręgowanymi plamkami mruczała z zadowoleniem. Miaucząc, domagała się jeszcze więcej. Ale tego już nie mogłam jej dać, mając własne koty. To mogła dać jej tylko moja matka, mająca dla niej miskę z jedzeniem, zielone podwórko i pomarszczone już coraz bardziej ręce, które głaszczą. Ale i nie ona sama o tym decydowała.

Na tym to przecież polega. Dwie istoty nawzajem muszą dawać sobie dom.

To moja matka musi przestać bać się kolejnej w życiu odpowiedzialności za drugą istotę.
To biała koteczka, która póki co nie ma imienia, sama decyduje, czy chce zostać, czy chce tą miskę i tą właśnie czułość. Na tym też polega życie kota, na wędrówce i licznych przystankach. Niektóre z nich stają się domem. Niektóre są tylko na chwilę.
Tak naprawdę, nasze życie niewiele różni się od tego kociego. W niektórych życiach zostajemy na zawsze. W innych jesteśmy tylko przystankiem. Zauważyłam to już dawno temu, żyjąc zarówno z licznymi ludźmi, jak i żyjąc z wieloma kotami.
Dla niektórych ludzi i kotów byłam całym światem, póki nie rozłączył nas los. Rozpędzony samochód czy chore serce. Dla innych byłam tylko chwilą, jedną pełną miską, jednym obiadem.

Niedawno myślałam o tym, jak bardzo potrzebujemy być potrzebnymi. Wczoraj i dziś, przez białą koteczkę znów przemknęło to przez moje serce. Ale tym razem przypomniałam sobie o cholernej odpowiedzialności, tej, której boi się moja matka. Odpowiedzialności połączonej z dawaniem wolności, rzeczach, których tak często my, jako ludzie nie umiemy połączyć.
Tego powinniśmy nauczyć się od kotów.

Całe życie przygarniałam bezpańskie zwierzęta. Karmiłam bezpańskie dzikie koty, te, które nad wygody przedkładają uczucie wolności i niezależności. Te, które nieraz nawet nie potrafią miauczeć. Całe życie miałam dla nich otwarte drzwi, a jako dziecko marzyłam, żeby założyć dla nich schronisko, a może nawet bardziej dom, w którym mogłyby być szczęśliwe.
To niespełnione marzenie, śmiałam się nieraz, już prawie-jakby-dorosła na studiach, gdy na spacerach zawsze, ale to zawsze musiałam znaleźć sobie nawet „chwilowych kumpli” w postaci brudnych, zaniedbanych psów czy kotów plączących się pod nogami.
Nieraz zbierałam jako dziecko te pokrzywdzone, zranione, miałam wiecznie otwarty kredyt u weterynarza. Nigdy żaden pies mnie nie ugryzł. Tylko dziki kot mnie podrapał, ale przecież, koty słyną z tego, że drapią nawet tych, którzy je karmią, drapią nawet tych, których same kochają.
Zbierałam nawet ranne zwierzęta w lesie, których potem chciałam nauczyć dzikiego życia. Wiecznie ptaki z uprzednio przetrąconymi skrzydłami wracały na podwórko. Udając dzikie, ale jednak stęsknione.
Najpierw, jako dziecko pokochałam zwierzęta. Te swoje, dziobaną przez inne kury rudą nioskę, która straciła wszystkie pióra. Swoje psy, koty, świnie. Nadal mi było mało ( chciałam być potrzebna?) więc przygarniałam te bezpańskie, te, które nie miały domu. Gdy w moim nie było miejsca chociaż dawałam im jeść i drapałam je za uchem.
Najpierw pokochałam zwierzęta, a potem pokochałam ludzi, jak powiedział mi ktoś ważny na drodze mojego życia.
Przygarniasz psy do miski i ludzi na obiady. Przygarniasz do serca, jak powiedział nie jeden, a kilku. Wszyscy mieli rację, choć, gdy to mówili, zawsze przewracałam oczami.
I tak, tego też nauczyła mnie moja matka. Po latach coraz wyraźniej widzę, jak jesteśmy podobne.

Przez wiele lat robiłam to całkiem beztrosko. Psy i koty drapane za uchem. Ludzie karmienie obiadem i dobrym słowem. Przez wiele lat nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy, że przygarnianie, rozmowy i obiady, głaskanie i pocieszanie to wcale nie zabawa. Dopiero jakiś czas temu zrozumiałam, co znaczą słowa Lisa z Małego Księcia, który mówił o odpowiedzialności za to, co się oswoiło.
Oswajanie ludzi i tygrysów, wychudłych kotów ze śmietnika i bezzębnych psów nie jest zabawą. To odpowiedzialność za cudze serca. To wiedza, która wydaje się oczywista. To stan, rzecz, do której naprawdę trzeba dorosną. Do której trzeba dojrzeć.

Nie wiem, czy zraniłam wiele zwierząt, oswajając je w dzieciństwie. Czy te dzikie nieraz nie ufały potem za bardzo ludziom, którzy nie pochodzą z ich świata i którzy wcale nie zawsze mają serce na dłoni? Czy bezpańskie koty, które nie mieściły się w moim domu, gdy zaznały czułości i karmienia co jakiś czas nie tęskniły potem, gdy wyjeżdżałam na wakacje, czy nie złamałam im serca? Zwierzęta tego nie powiedzą. Obrazy z dawnych lat nie powiedzą mi, czy robiłam dobrze, czy źle. Nie powiedzą mi, czy odruchy mojego serca kogoś, choć jednej istoty w tym oceanie nie skrzywdziły. Tego nie wiem. Wolę sobie wyobrażać, że zrobiłam więcej dobrego niż złego, że uratowałam kilka istnień. Choć to, że uratujesz jedno istnienie w świecie przyrody może zabić inne to fakt...o tym wolałam nie myśleć...
Nie zmienię tego i wolę nie myśleć o tym, czy któryś łańcuchowy pies nie zerwał się przeze mnie i nie wpadł pod samochód, bo zamarzył o lepszym życiu. Wolę myśleć o Rudym, który znalazł u mnie dom i przeżył z moją rodziną 10 lat, o wszystkich kotach znoszonych do domu, tej z wyłamaną ze stawu łapą, tym kocurze ze szkolnego śmietnika, czarnym jak węgiel, tym, który kochał fotel mojej babci. Wolę myśleć o dobrych rzeczach.
Nie wiem, czy skrzywdziłam jakieś zwierzę, mimo to teraz i z nimi staram się postępować uczciwiej, ostrożniej, choć nie zawsze mi się to udaje. Staram się przemyśleć i z nimi odruchy serca.

Wiem natomiast, że skrzywdziłam wielu ludzi, chcąc tak dobrze.
Skrzywdziłam kilku samotnych mężczyzn, którzy sądzili, że przygarniam ich do swojego serca z innych powodów, niż proste, ludzkie odruchy. Skrzywdziłam też i tego, który mówił mi o swoim życiu bezpańskiego psa, który mówił mi o tym, że przygarnęłam go do swojego życia w którym poczuł, że może mieć dom. Skrzywdziłam wielu ludzi, oswajając ich, dając im swoją czułość, dając im tym jakąś obietnicę...której tak naprawdę nigdy nie chciałam składać. Skrzywdziłam wielu ludzi, oswajając, dając miłość- więcej, niż mieli w swoim dotychczasowym życiu...a mniej, niż naprawdę w swoim życiu potrzebowali.
Skrzywdziłam wielu ludzi, oswajając ich, jednak nie będąc w pełni odpowiedzialną. Choć nie wiem, ile w tym prawdy, a ile w tym mojego poczucia winy.
Wielu ludzi sądziło, że są w moim życiu tak ważni, jak ja stałam się przez to głaskanie, przez oswajanie, ważna w ich życiu. Czasem nie było w tym równowagi. Czasem nie ma jej do tej pory. Czasem doprowadza to do tragedii i do złamanych serc.
Czy jestem w tym potworem?
Biję się nieraz w piersi chcąc przepraszać każdego z osobna i cały świat. Liczne światy, które zniszczyłam, skrzywdziłam, zraniłam.

Oswoiłam wiele istot, które potem zostały skrzywdzone. Mam pojemne serce, wszystkie istoty się w nim mieszczą. Ale nie zawsze zajmują ten pokój, który by chciały. Może na tym polega błąd, nie tylko mój? Może na tym polega błąd relacji, która może i zrani, ale zarazem będzie lekcją, lekcją wobec oczekiwania w świecie?

Jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoiło.
Czy to ja nie byłam tak wiele razy odpowiedzialna? Czy zaślepiały mnie moje porywy serca? Ileż razy, ileż razy?
A czy może nieraz...to ktoś oczekiwał więcej, niż ja kiedykolwiek chciałam dać, ktoś wyobrażał sobie za dużo, stwarzał w głowie obietnice, których ja nigdy nie dawałam?

Oswajanie i odpowiedzialność za to to trudne zadanie. Cholernie trudne. Zarówno dla oswajanych jak i oswajających, choć przecież, zawsze i tak oswajamy się wzajemnie. Tworzymy dziwną nić, silną i kruchą zarazem jak pajęczyny pokryte rosą o poranku. Tworzymy nić, za którą oboje jesteśmy odpowiedzialni, choć zawsze wydaje nam się, że to pozornie silniejszy musi trzymać w ramionach słabszego.
Ale kto jest silniejszy? Kto jest słabszy? Nieraz trudno ocenić.

Odpowiedzialność za oswajanie to niesamowicie trudna sprawa. Więzy to skomplikowana rzecz. Nie dziwię się więc, że wielu z nas się jej boi. Nikt bowiem nie chce nikogo ranić, nikt bowiem nie chce być przede wszystkim zranionym.
Nie dziwię się wcale, że biała kotka bała się dużego człowieka.
Nie dziwię się nawet, że białej, wychudłej kotki przestraszyła się moja matka. Przestraszyła się odpowiedzialności, której zarazem potrzebuje i która potrafi przytłoczyć.

Jeśli oswoimy, damy się oswoić i ktoś nie udźwignie odpowiedzialności, ktoś będzie zraniony. Logicznym, w naszym umyśle cholernie logicznym wydaje się, że najlepiej nie wchodzić w żadne relacje. Nie oswajać, nie być oswajanym. Zwłaszcza, gdy przedtem byliśmy zranieni. Zwłaszcza gdy ktoś złamał nam życie, zwłaszcza, gdy my złamaliśmy czyjeś.
Rodzi się w nas naturalny opór przed oswajaniem. Gdy przywykniemy dodatkowo do samotności, do bezdomności, rodzi się w nas naturalny opór przed oswajaniem i przed odpowiedzialnością. Choć, z tej drugiej nie każdy zdaje sobie sprawę, do tej przecież trzeba dojrzeć.
Czasem mam wrażenie, że są ludzie, którzy nigdy nie dorosną ale...to chyba całkiem inna sprawa.

Oswajanie i odpowiedzialność wiążą się ze zranieniem. Z każdą jego formą. Z rozczarowaniem. Z tęsknotą po czyimś odejściu. Z bólem kłamstw, które rodzą się, gdy nie możemy tej odpowiedzialności w relacji udźwignąć.
To rana.
To ból.
Nic dziwnego, że nieraz tak bardzo się boimy. Nic dziwnego, że nieraz tłumimy nie tylko szalone porywy serca, jak moje, ale też i te najmniejsze, najskromniejsze, w których serce ledwo kwili.
To logiczne, unikać zranienia.

Ale czy zranienie, czy ból, nie są po prostu nieodłączną częścią życia, tak po prostu? Bo z niego nie da się wykluczyć wszystkich relacji. Z niego nie da się wykluczyć odpowiedzialności. A co więcej...gdy próbujemy to robić, to umieramy już za życia.
Boimy się oswojenia, boimy się odpowiedzialności. Boimy się własnych porywów serca, które przedtem było tyle razy zranione i nie nauczyło się wcale a wcale na błędach. Budujemy mury, fortece...i gnijemy za nich. Rozkładamy się jak trupy za życia.
Żeby żyć, trzeba być też ranionym. Żeby żyć, trzeba też czuć ból.
Przede wszystkim, żeby żyć, trzeba po prostu kochać.
Drugiego człowieka. Małego białego kota. Trzeba oswajać i być oswajanym.
Kim bez tego jesteśmy? Pustą skorupą?

Oswajałam w życiu wiele razy. Bo chciałam być potrzebna, o czym mówiłam jakiś czas temu. Bo chciałam wejść w relacje. Bo chciałam coś dawać, bo chciałam coś dostawać. Naturalna kolej rzeczy.
Oswajałam, nie zdając sobie sprawy z odpowiedzialności i raniłam. Sama byłam raniona w ten sam sposób.
Oswajałam, gdy do niej już dorosłam, bardziej ostrożnie i...raniłam znowu. Sama byłam raniona.
Czułam ból i go zadawałam. Zrozumiałam, że jest nieodłączną częścią relacji, nieodłączną częścią miłości. Nieodłączną częścią życia.

I z biegiem lat stwierdzam, że przesadna ostrożność...nie ma sensu.
Nie mówię tu wcale, żeby zaniechać odpowiedzialności. Tego zawsze trzeba próbować. Trzeba być odpowiedzialnym za cudze serca, które mój zmarły przyjaciel przyrównywał do kwiatów w swoim ogrodzie. Trzeba brać cudze serca czule w dłonie i ogrzewać, dbać o nie, starać się. Szanować. Nie obiecywać więcej, nigdy nie obiecywać więcej, niż się chce dać. Na tym też polega odpowiedzialność.
Czasem jednak, gdy najbardziej się staramy, na naszej więzi, relacji bezdomnego z nowym domem pojawia się rysa. Czasem, nawet gdy bywamy najbardziej odpowiedzialni tego nie unikniemy. Może to decyzja losu, który kieruje naszymi ścieżkami tak a nie inaczej, który kieruje zdarzeniami i emocjami, może po to, żebyśmy coraz bardziej dojrzewali. Może po to, żebyśmy dostawali jak najwięcej lekcji i wyciągali z nich wnioski.
Trzeba mieć otwarte serce i być odpowiedzialnym. I być może, nieraz trzeba samego siebie rozgrzeszyć, gdy kogoś zranimy, nie mając sobie nic do zarzucenia, bo chcieliśmy dobrze, bo staraliśmy się być odpowiedzialni, tylko los zdecydował o ranie na relacji, ranie na cudzym życiu. Nieraz, być może, musimy też wybaczyć innym. Bo może się starali, ale popełnili błędy, jak każdy z nas. Bo może byli odpowiedzialni, ale my chcieliśmy zamieszkać w innym pokoju serca.

Trzeba w życiu wchodzić w relacje. Mało kto z nas potrafi być pustelnikiem i nie zabić tym swojego serca.
Trzeba oswajać i pozwalać na to, by ktoś nas oswoił. Bo czym ryzykujemy? Raną? Złamanym nawet sercem? To naturalna część życia. A bojąc się jej możemy stracić o wiele więcej. Może delikatne, wdzięczne mruczenie białego kota. A może równo, wraz z naszym równo bijące serce.
W życiu trzeba oswajać i być odpowiedzialnym.
Ale jednocześnie nie wolno się wiecznie obwiniać, gdy coś pójdzie nie tak. Nie wolno wiecznie obwiniać kogoś, gdy się starał.
W życiu trzeba otwierać serce i być odważnym. Nie bać się zranienia. Nie bać się samego życia.

Biała kotka przespała spokojnie noc w przedsionku domu. Być może również w przedsionku serca mojej matki. I choć ta nad ranem znów zaczęła panikować, że boi się odpowiedzialności za wychudłą kocicę, że boi się przeżywania kolejnego rozstania ze zwierzęciem kiedy się przywiąże...była też szczęśliwa, że została.
Być może, obie zyskają więcej, niż mogą stracić jakimkolwiek zranieniem?

Wróciłam do domu, zadowolona z obrotu spraw. W pewnym sensie zadowolona z tego, że moja matka znów, choćby przez jakiś czas, ma możliwość bycia za kogoś odpowiedzialnym. Nawet jeśli to kiedyś ją zrani. Czasem zranienie uczy przecież najwięcej. Czasem zranienie daje nową siłę i nowe możliwości w życiu.
Biała młoda koteczka i moja stara matka, w jednym domu. Już nie są same. Jedna ma drugą.

A ja wróciłam do swojego domu, do swoich koteczek pręgowanych, do kogoś, kto na mnie czekał, kto mnie oswoił przed laty i kogo ja oswoiłam.
Wróciłam, gdy jeszcze go nie było, koty łasiły się do nóg. Włączyłam komputer, rozpakowałam plecak.
Wiadomość. Od tego, którego zraniłam nadmiernym oswojeniem. Od tego, któremu, jak bałam się, miłość złamała życie. Moja miłość, miłość do mnie, w relacji, w której być może, nawet w pewnym momencie nie szło być odpowiedzialnym.
Wielka czułość, tęsknota i zarazem wielki wyrzut sumienia...

...chciałem się z tobą tym podzielić, powinnaś wiedzieć, chyba się ucieszysz. Wiesz, tak jakoś wyszło, że mieliśmy być ze sobą na przeczekanie, na odchorowanie i pewnych spraw u mnie i u niej ale oficjalnie zamieszkaliśmy razem. I układa nam się jak cholera. I jest nam ze sobą dobrze. Kto wie, może się jednak kiedyś ożenię?XD

Euforia biła z tych słów.
Uśmiechnęłam się szeroko. Cieszę się, pewnie, że się cieszę, choć nie sądziłam że już, teraz, z nią...nawet jeśli? To cholerne szczęście. I kto wie, może poprzednia rana, przez nadmierne oswojenie była lekcją? Może rana musi nieraz nas nawet otworzyć na resztę życia i na szczęście?
Może poprzednie złamane serce uczy nas prawdziwego oswojenia i odpowiedzialności?
Oby tak właśnie było.
Bo wszyscy byliśmy zranieni. Wszyscy zraniliśmy. Wszyscy się boimy.
Ale wszyscy możemy być szczęśliwi.

Jutro możemy być szczęśliwi.  Czasem tylko musimy też do tego dorosnąć. 


11 komentarzy:

  1. Ludzie i koty są do siebie podobni bardziej niż by się wydawało. ;)
    Oswojenie kogoś jest trudne i związane z wielką odpowiedzialnością tak samo jak pozwolenie żeby ktoś nas oswoił, ale... kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Chyba warto. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem,wiem, tylko nieraz niepotrzebnie szukamy jakichś różnic a..od kotów moglibyśmy się tak naprawdę też wiele nauczyć:)
      Jest trudne, jak po prostu życie bywa trudne...ale i proste. I może właśnie trzeba być odważnym, bo inaczej nie żyje się w ogóle?:)

      Usuń
  2. Warto dać się oswoić. Zaryzykować, może nawet ponieść porażki, ale kiedyś się uda :)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Jak się nie ryzykuje, stoi się przecież w miejscu.

      Usuń
    2. Otóż to. Jak się nie ryzykuje, stoi się przecież w miejscu.

      Usuń
  3. Jak trafie porównałaś kocie jestestwo do ludzkiego życia. To fakt. Dwie istoty dające sobie dom to skarb, ale od tych istot zależy, czy chcą ten skarb dawać i przyjąć. Dla niektórych faktycznie jesteśmy tylko przechodnimi, na jeden obiad i tyle. Dla innych jesteśmy całym światem, sensem życia i w ten sposób dajemy się oswoić. Dajemy komuś dom i oczekujemy tego samego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, po prostu to kwestia relacji, a nie jednej chęci. I różnie to w życiu wychodzi ale...warto po prostu próbować:)

      Usuń
  4. tu działają isntynkty...biologia, koty i ludzie, pewne standardy zachowań są podobne. też często chcemy być przygarnięci, pragniemy, by ktoś się nami zaopiekował, oswoił nas ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo przecież my sami jesteśmy po prostu biologią:D

      Usuń
  5. Wiesz skąd u mnie ta powściągliwość w relacjach? Bo właśnie boję się, że za dużo sobie wyobrażam, za dużo oczekuję- mam tendencję do nadawania przesadnej wagi czemuś, co dla kogoś jest... zwyczajną znajomością? Chlebem powszednim? Ja baardzo emocjonalnie (tylko w środku oczywiście) reaguję na wszelkie przejawy jakiejś troski, czułości, okazywania mi zainteresowania czy wrażenie, że doskonale z kimś się rozumiem- a tak naprawdę one nic nie znaczą. Choć może znaczą, cholera, nie wiem, tak ciężko mi to wyczuć czasem. Czuję się taka słaba na polu relacyjnym, jestem w tym beznadziejna, wiem, że przesadnie emocjonalnie reaguję, spragniona bliskości i równocześnie, zdając sobie z tego sprawę jestem bardzo ostrożna, niepewna. Żeby nie wyobrazić sobie zbyt wiele, żeby nie wymyślić sobie obietnicy, której nie było, żeby nie oczekiwać od drugiej osoby więcej, niż ona chciała by dać.
    Jakiś czas temu pojawił się w moim życiu ktoś, do kogo się zbliżyłam, dla nas dwojga myślę jest to ważna w jakiś sposób relacja, choć mam wrażenie, że ja nadaję temu nie wiadomo jaką wagę, podczas gdy dla niego to "zwykła" znajomość. No właśnie, kurwa, tu jest problem: kiedy ja na przykład zwierzam się komuś z pewnych rzeczy oznacza to, że jest dla mnie kimś ważnym, kimś szczególnym, podczas gdy on może na przykład mieć jakąś potrzebę zwierzeń i opowiadać o swoim życiu każdej miłej znajomej. Relacje międzyludzkie to chyba najbardziej krucha przestrzeń jeśli chodzi o zderzenia różnych punktów widzenia, różnych filtrów, przez które postrzegamy rzeczywistość.
    I cóż, w pewnym momencie byliśmy naprawdę blisko, teraz nie utrzymujemy aż tak intensywnego kontaktu, bo w jego życiu też trochę się pozmieniało i wgl. I tu jest właśnie ta sytuacja, o której piszesz... więcej bliskości niż miałam kiedykolwiek, mniej niż naprawdę potrzebuję. I kiedy się na chwilę posmakowało, a potem straciło, to jest cios, jest rana. Ciężko się później na nowo przyzwyczaić do pustki.
    Dobra, koniec tego pierdolenia XD
    Wiadomo, trzeba ryzykować, nie uniknie się zranienia- zatem błądzenia po mym najsłabszym polu ciąg dalszy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja jakoś cholera właśnie...mam w drugą stronę. Nigdy sobie nie wyobrażam, nie zakładam, w którą stronę ta relacja pójdzie. Nie oczekuję, przez co w ogóle chyba nie jestem ostrożna.
      Ale rozumiem o co chodzi, bo też emocjonalnie reaguje się na takie przejawy chyba...gdy ma się wielki głód emocjonalny. I wtedy właśnie człowiek zaczyna kombinować dokąd relacja prowadzi...zamiast ją po prostu przeżywać. Ja mam wrażenie, że w ogóle my za dużo kombinujemy, zamiast po prostu cieszyć się więziami, tworzeniem ich, właśnie nie zakładając żadnego scenariusza, jak bardzi jesteśmy ważni. Za dużo myślimy, to nasze przekleństwo.
      I jasna sprawa, że to krucha przestrzeń ale...czy przez to właśnie nie jest najpiękniejsza? Oczywistości nas tak naprawdę nie bawią.
      Blądzenia, a może po prostu poszukiwania i uczenia się?:)

      Usuń