Jest malutka. Mniejsza i chudsza niż
te, które znam na co dzień.
W chłodny dzień zjawiła się nie
wiadomo skąd. Myślałam, że jest dzika, bo z takim przerażeniem
uciekała, gdy kładłam na progu domu mojej matki łby odcięte od
pstrągów, które miałyśmy zjeść na obiad. Dzika czy nie, niech
się naje, pomyślałam.
W końcu ja zawsze wszystkich karmię.
Tak samo jak moja matka. Myślę, że w ten sposób obie wyrażamy
miłość, bo zawsze trudno nam o niej mówić.
Nieufnie, przyszła zjeść. Brudna, ze
zmierzwioną sierścią, z wyrwanymi jej kępkami na grzbiecie.
Zostawiłam ją samą sobie. Gdy wychodziłam na podwórko, okazało
się, że jak przyszła na próg domu, tak została. Została i
miauczała. Wcale nie była dzika. Wcale a wcale nie umiała radzić
sobie sama.
Mała, biała kotka po trudnych
przejściach potrzebowała nie tylko jedzenia. Potrzebowała też
zwykłej życzliwości, zwykłej ludzkiej a może i kociej czułości.
Znalazła na swojej drodze człowieka.
Mniejsza i chudsza niż moje własne
koty, jeszcze bardziej łasząca się i miaucząca, niż jedna z
moich kotek. Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Dałyśmy jej
jeść. Ułożyłyśmy posłanie ze starych ubrań. Przemyłyśmy
rany, które miała na brzuszku, prawdopodobnie zadane w jakichś
ciężkich kocich walkach.
Mała biała kotka, z pręgowanymi
plamkami mruczała z zadowoleniem. Miaucząc, domagała się jeszcze
więcej. Ale tego już nie mogłam jej dać, mając własne koty. To
mogła dać jej tylko moja matka, mająca dla niej miskę z
jedzeniem, zielone podwórko i pomarszczone już coraz bardziej ręce,
które głaszczą. Ale i nie ona sama o tym decydowała.
Na tym to przecież polega. Dwie istoty
nawzajem muszą dawać sobie dom.
To moja matka musi przestać bać się
kolejnej w życiu odpowiedzialności za drugą istotę.
To biała koteczka, która póki co nie
ma imienia, sama decyduje, czy chce zostać, czy chce tą miskę i tą
właśnie czułość. Na tym też polega życie kota, na wędrówce i
licznych przystankach. Niektóre z nich stają się domem. Niektóre
są tylko na chwilę.
Tak naprawdę, nasze życie niewiele
różni się od tego kociego. W niektórych życiach zostajemy na
zawsze. W innych jesteśmy tylko przystankiem. Zauważyłam to już
dawno temu, żyjąc zarówno z licznymi ludźmi, jak i żyjąc z
wieloma kotami.
Dla niektórych ludzi i kotów byłam
całym światem, póki nie rozłączył nas los. Rozpędzony samochód
czy chore serce. Dla innych byłam tylko chwilą, jedną pełną
miską, jednym obiadem.
Niedawno myślałam o tym, jak bardzo
potrzebujemy być potrzebnymi. Wczoraj i dziś, przez białą
koteczkę znów przemknęło to przez moje serce. Ale tym razem
przypomniałam sobie o cholernej odpowiedzialności, tej, której boi
się moja matka. Odpowiedzialności połączonej z dawaniem wolności,
rzeczach, których tak często my, jako ludzie nie umiemy połączyć.
Tego powinniśmy nauczyć się od
kotów.
Całe życie przygarniałam bezpańskie
zwierzęta. Karmiłam bezpańskie dzikie koty, te, które nad wygody
przedkładają uczucie wolności i niezależności. Te, które nieraz
nawet nie potrafią miauczeć. Całe życie miałam dla nich otwarte
drzwi, a jako dziecko marzyłam, żeby założyć dla nich
schronisko, a może nawet bardziej dom, w którym mogłyby być
szczęśliwe.
To niespełnione marzenie, śmiałam
się nieraz, już prawie-jakby-dorosła na studiach, gdy na spacerach
zawsze, ale to zawsze musiałam znaleźć sobie nawet „chwilowych
kumpli” w postaci brudnych, zaniedbanych psów czy kotów
plączących się pod nogami.
Nieraz zbierałam jako dziecko te
pokrzywdzone, zranione, miałam wiecznie otwarty kredyt u
weterynarza. Nigdy żaden pies mnie nie ugryzł. Tylko dziki kot mnie
podrapał, ale przecież, koty słyną z tego, że drapią nawet
tych, którzy je karmią, drapią nawet tych, których same kochają.
Zbierałam nawet ranne zwierzęta w
lesie, których potem chciałam nauczyć dzikiego życia. Wiecznie
ptaki z uprzednio przetrąconymi skrzydłami wracały na podwórko.
Udając dzikie, ale jednak stęsknione.
Najpierw, jako dziecko pokochałam
zwierzęta. Te swoje, dziobaną przez inne kury rudą nioskę, która
straciła wszystkie pióra. Swoje psy, koty, świnie. Nadal mi było
mało ( chciałam być potrzebna?) więc przygarniałam te
bezpańskie, te, które nie miały domu. Gdy w moim nie było miejsca
chociaż dawałam im jeść i drapałam je za uchem.
Najpierw pokochałam zwierzęta, a
potem pokochałam ludzi, jak powiedział mi ktoś ważny na drodze
mojego życia.
Przygarniasz psy do miski i ludzi na
obiady. Przygarniasz do serca, jak powiedział nie jeden, a kilku.
Wszyscy mieli rację, choć, gdy to mówili, zawsze przewracałam
oczami.
I tak, tego też nauczyła mnie moja
matka. Po latach coraz wyraźniej widzę, jak jesteśmy podobne.
Przez wiele lat robiłam to całkiem
beztrosko. Psy i koty drapane za uchem. Ludzie karmienie obiadem i
dobrym słowem. Przez wiele lat nie zdawałam sobie tak naprawdę
sprawy, że przygarnianie, rozmowy i obiady, głaskanie i pocieszanie
to wcale nie zabawa. Dopiero jakiś czas temu zrozumiałam, co znaczą
słowa Lisa z Małego Księcia, który mówił o odpowiedzialności
za to, co się oswoiło.
Oswajanie ludzi i tygrysów, wychudłych
kotów ze śmietnika i bezzębnych psów nie jest zabawą. To
odpowiedzialność za cudze serca. To wiedza, która wydaje się
oczywista. To stan, rzecz, do której naprawdę trzeba dorosną. Do
której trzeba dojrzeć.
Nie wiem, czy zraniłam wiele zwierząt,
oswajając je w dzieciństwie. Czy te dzikie nieraz nie ufały potem
za bardzo ludziom, którzy nie pochodzą z ich świata i którzy
wcale nie zawsze mają serce na dłoni? Czy bezpańskie koty, które
nie mieściły się w moim domu, gdy zaznały czułości i karmienia
co jakiś czas nie tęskniły potem, gdy wyjeżdżałam na wakacje,
czy nie złamałam im serca? Zwierzęta tego nie powiedzą. Obrazy z
dawnych lat nie powiedzą mi, czy robiłam dobrze, czy źle. Nie
powiedzą mi, czy odruchy mojego serca kogoś, choć jednej istoty w
tym oceanie nie skrzywdziły. Tego nie wiem. Wolę sobie wyobrażać,
że zrobiłam więcej dobrego niż złego, że uratowałam kilka
istnień. Choć to, że uratujesz jedno istnienie w świecie przyrody
może zabić inne to fakt...o tym wolałam nie myśleć...
Nie zmienię tego i wolę nie myśleć
o tym, czy któryś łańcuchowy pies nie zerwał się przeze mnie i
nie wpadł pod samochód, bo zamarzył o lepszym życiu. Wolę myśleć
o Rudym, który znalazł u mnie dom i przeżył z moją rodziną 10
lat, o wszystkich kotach znoszonych do domu, tej z wyłamaną ze
stawu łapą, tym kocurze ze szkolnego śmietnika, czarnym jak
węgiel, tym, który kochał fotel mojej babci. Wolę myśleć o
dobrych rzeczach.
Nie wiem, czy skrzywdziłam jakieś
zwierzę, mimo to teraz i z nimi staram się postępować uczciwiej,
ostrożniej, choć nie zawsze mi się to udaje. Staram się
przemyśleć i z nimi odruchy serca.
Wiem natomiast, że skrzywdziłam wielu
ludzi, chcąc tak dobrze.
Skrzywdziłam kilku samotnych mężczyzn,
którzy sądzili, że przygarniam ich do swojego serca z innych
powodów, niż proste, ludzkie odruchy. Skrzywdziłam też i tego,
który mówił mi o swoim życiu bezpańskiego psa, który mówił mi
o tym, że przygarnęłam go do swojego życia w którym poczuł, że
może mieć dom. Skrzywdziłam wielu ludzi, oswajając ich, dając im
swoją czułość, dając im tym jakąś obietnicę...której tak
naprawdę nigdy nie chciałam składać. Skrzywdziłam wielu ludzi,
oswajając, dając miłość- więcej, niż mieli w swoim
dotychczasowym życiu...a mniej, niż naprawdę w swoim życiu
potrzebowali.
Skrzywdziłam wielu ludzi, oswajając
ich, jednak nie będąc w pełni odpowiedzialną. Choć nie wiem, ile
w tym prawdy, a ile w tym mojego poczucia winy.
Wielu ludzi sądziło, że są w moim
życiu tak ważni, jak ja stałam się przez to głaskanie, przez
oswajanie, ważna w ich życiu. Czasem nie było w tym równowagi.
Czasem nie ma jej do tej pory. Czasem doprowadza to do tragedii i do
złamanych serc.
Czy jestem w tym potworem?
Biję się nieraz w piersi chcąc
przepraszać każdego z osobna i cały świat. Liczne światy, które
zniszczyłam, skrzywdziłam, zraniłam.
Oswoiłam wiele istot, które potem
zostały skrzywdzone. Mam pojemne serce, wszystkie istoty się w nim
mieszczą. Ale nie zawsze zajmują ten pokój, który by chciały.
Może na tym polega błąd, nie tylko mój? Może na tym polega błąd
relacji, która może i zrani, ale zarazem będzie lekcją, lekcją
wobec oczekiwania w świecie?
Jest się odpowiedzialnym za to, co się
oswoiło.
Czy to ja nie byłam tak wiele razy
odpowiedzialna? Czy zaślepiały mnie moje porywy serca? Ileż razy,
ileż razy?
A czy może nieraz...to ktoś oczekiwał
więcej, niż ja kiedykolwiek chciałam dać, ktoś wyobrażał sobie
za dużo, stwarzał w głowie obietnice, których ja nigdy nie
dawałam?
Oswajanie i odpowiedzialność za to to
trudne zadanie. Cholernie trudne. Zarówno dla oswajanych jak i
oswajających, choć przecież, zawsze i tak oswajamy się wzajemnie.
Tworzymy dziwną nić, silną i kruchą zarazem jak pajęczyny
pokryte rosą o poranku. Tworzymy nić, za którą oboje jesteśmy
odpowiedzialni, choć zawsze wydaje nam się, że to pozornie
silniejszy musi trzymać w ramionach słabszego.
Ale kto jest silniejszy? Kto jest
słabszy? Nieraz trudno ocenić.
Odpowiedzialność za oswajanie to
niesamowicie trudna sprawa. Więzy to skomplikowana rzecz. Nie dziwię
się więc, że wielu z nas się jej boi. Nikt bowiem nie chce nikogo
ranić, nikt bowiem nie chce być przede wszystkim zranionym.
Nie dziwię się wcale, że biała
kotka bała się dużego człowieka.
Nie dziwię się nawet, że białej,
wychudłej kotki przestraszyła się moja matka. Przestraszyła się
odpowiedzialności, której zarazem potrzebuje i która potrafi
przytłoczyć.
Jeśli oswoimy, damy się oswoić i
ktoś nie udźwignie odpowiedzialności, ktoś będzie zraniony.
Logicznym, w naszym umyśle cholernie logicznym wydaje się, że
najlepiej nie wchodzić w żadne relacje. Nie oswajać, nie być
oswajanym. Zwłaszcza, gdy przedtem byliśmy zranieni. Zwłaszcza gdy
ktoś złamał nam życie, zwłaszcza, gdy my złamaliśmy czyjeś.
Rodzi się w nas naturalny opór przed
oswajaniem. Gdy przywykniemy dodatkowo do samotności, do
bezdomności, rodzi się w nas naturalny opór przed oswajaniem i
przed odpowiedzialnością. Choć, z tej drugiej nie każdy zdaje
sobie sprawę, do tej przecież trzeba dojrzeć.
Czasem mam wrażenie, że są ludzie,
którzy nigdy nie dorosną ale...to chyba całkiem inna sprawa.
Oswajanie i odpowiedzialność wiążą
się ze zranieniem. Z każdą jego formą. Z rozczarowaniem. Z
tęsknotą po czyimś odejściu. Z bólem kłamstw, które rodzą
się, gdy nie możemy tej odpowiedzialności w relacji udźwignąć.
To rana.
To ból.
Nic dziwnego, że nieraz tak bardzo się
boimy. Nic dziwnego, że nieraz tłumimy nie tylko szalone porywy
serca, jak moje, ale też i te najmniejsze, najskromniejsze, w
których serce ledwo kwili.
To logiczne, unikać zranienia.
Ale czy zranienie, czy ból, nie są po
prostu nieodłączną częścią życia, tak po prostu? Bo z niego
nie da się wykluczyć wszystkich relacji. Z niego nie da się
wykluczyć odpowiedzialności. A co więcej...gdy próbujemy to
robić, to umieramy już za życia.
Boimy się oswojenia, boimy się
odpowiedzialności. Boimy się własnych porywów serca, które
przedtem było tyle razy zranione i nie nauczyło się wcale a wcale
na błędach. Budujemy mury, fortece...i gnijemy za nich. Rozkładamy
się jak trupy za życia.
Żeby żyć, trzeba być też ranionym.
Żeby żyć, trzeba też czuć ból.
Przede wszystkim, żeby żyć, trzeba
po prostu kochać.
Drugiego człowieka. Małego białego
kota. Trzeba oswajać i być oswajanym.
Kim bez tego jesteśmy? Pustą skorupą?
Oswajałam w życiu wiele razy. Bo
chciałam być potrzebna, o czym mówiłam jakiś czas temu. Bo
chciałam wejść w relacje. Bo chciałam coś dawać, bo chciałam
coś dostawać. Naturalna kolej rzeczy.
Oswajałam, nie zdając sobie sprawy z
odpowiedzialności i raniłam. Sama byłam raniona w ten sam sposób.
Oswajałam, gdy do niej już dorosłam,
bardziej ostrożnie i...raniłam znowu. Sama byłam raniona.
Czułam ból i go zadawałam.
Zrozumiałam, że jest nieodłączną częścią relacji, nieodłączną
częścią miłości. Nieodłączną częścią życia.
I z biegiem lat stwierdzam, że
przesadna ostrożność...nie ma sensu.
Nie mówię tu wcale, żeby zaniechać
odpowiedzialności. Tego zawsze trzeba próbować. Trzeba być
odpowiedzialnym za cudze serca, które mój zmarły przyjaciel
przyrównywał do kwiatów w swoim ogrodzie. Trzeba brać cudze serca
czule w dłonie i ogrzewać, dbać o nie, starać się. Szanować.
Nie obiecywać więcej, nigdy nie obiecywać więcej, niż się chce
dać. Na tym też polega odpowiedzialność.
Czasem jednak, gdy najbardziej się
staramy, na naszej więzi, relacji bezdomnego z nowym domem pojawia
się rysa. Czasem, nawet gdy bywamy najbardziej odpowiedzialni tego
nie unikniemy. Może to decyzja losu, który kieruje naszymi
ścieżkami tak a nie inaczej, który kieruje zdarzeniami i emocjami,
może po to, żebyśmy coraz bardziej dojrzewali. Może po to,
żebyśmy dostawali jak najwięcej lekcji i wyciągali z nich
wnioski.
Trzeba mieć otwarte serce i być
odpowiedzialnym. I być może, nieraz trzeba samego siebie
rozgrzeszyć, gdy kogoś zranimy, nie mając sobie nic do zarzucenia,
bo chcieliśmy dobrze, bo staraliśmy się być odpowiedzialni, tylko
los zdecydował o ranie na relacji, ranie na cudzym życiu. Nieraz,
być może, musimy też wybaczyć innym. Bo może się starali, ale
popełnili błędy, jak każdy z nas. Bo może byli odpowiedzialni,
ale my chcieliśmy zamieszkać w innym pokoju serca.
Trzeba w życiu wchodzić w relacje.
Mało kto z nas potrafi być pustelnikiem i nie zabić tym swojego
serca.
Trzeba oswajać i pozwalać na to,
by ktoś nas oswoił. Bo czym ryzykujemy? Raną? Złamanym nawet
sercem? To naturalna część życia. A bojąc się jej możemy
stracić o wiele więcej. Może delikatne, wdzięczne mruczenie
białego kota. A może równo, wraz z naszym równo bijące serce.
W życiu trzeba oswajać i być
odpowiedzialnym.
Ale jednocześnie nie wolno się
wiecznie obwiniać, gdy coś pójdzie nie tak. Nie wolno wiecznie
obwiniać kogoś, gdy się starał.
W życiu trzeba otwierać serce i być
odważnym. Nie bać się zranienia. Nie bać się samego życia.
Biała kotka przespała spokojnie noc w
przedsionku domu. Być może również w przedsionku serca mojej
matki. I choć ta nad ranem znów zaczęła panikować, że boi się
odpowiedzialności za wychudłą kocicę, że boi się przeżywania
kolejnego rozstania ze zwierzęciem kiedy się przywiąże...była
też szczęśliwa, że została.
Być może, obie zyskają więcej, niż
mogą stracić jakimkolwiek zranieniem?
Wróciłam do domu, zadowolona z obrotu
spraw. W pewnym sensie zadowolona z tego, że moja matka znów,
choćby przez jakiś czas, ma możliwość bycia za kogoś
odpowiedzialnym. Nawet jeśli to kiedyś ją zrani. Czasem zranienie
uczy przecież najwięcej. Czasem zranienie daje nową siłę i nowe
możliwości w życiu.
Biała młoda koteczka i moja stara
matka, w jednym domu. Już nie są same. Jedna ma drugą.
A ja wróciłam do swojego domu, do
swoich koteczek pręgowanych, do kogoś, kto na mnie czekał, kto
mnie oswoił przed laty i kogo ja oswoiłam.
Wróciłam, gdy jeszcze go nie było,
koty łasiły się do nóg. Włączyłam komputer, rozpakowałam
plecak.
Wiadomość. Od tego, którego zraniłam
nadmiernym oswojeniem. Od tego, któremu, jak bałam się, miłość
złamała życie. Moja miłość, miłość do mnie, w relacji, w
której być może, nawet w pewnym momencie nie szło być
odpowiedzialnym.
Wielka czułość, tęsknota i zarazem
wielki wyrzut sumienia...
...chciałem się z tobą tym
podzielić, powinnaś wiedzieć, chyba się ucieszysz. Wiesz, tak
jakoś wyszło, że mieliśmy być ze sobą na przeczekanie, na
odchorowanie i pewnych spraw u mnie i u niej ale oficjalnie
zamieszkaliśmy razem. I układa nam się jak cholera. I jest nam ze
sobą dobrze. Kto wie, może się jednak kiedyś ożenię?XD
Euforia biła z tych słów.
Uśmiechnęłam się szeroko. Cieszę
się, pewnie, że się cieszę, choć nie sądziłam że już, teraz,
z nią...nawet jeśli? To cholerne szczęście. I kto wie, może
poprzednia rana, przez nadmierne oswojenie była lekcją? Może rana
musi nieraz nas nawet otworzyć na resztę życia i na szczęście?
Może poprzednie złamane serce uczy
nas prawdziwego oswojenia i odpowiedzialności?
Oby tak właśnie było.
Bo wszyscy byliśmy zranieni. Wszyscy
zraniliśmy. Wszyscy się boimy.
Ale wszyscy możemy być szczęśliwi.
Jutro możemy być szczęśliwi. Czasem tylko musimy też do tego dorosnąć.
Ludzie i koty są do siebie podobni bardziej niż by się wydawało. ;)
OdpowiedzUsuńOswojenie kogoś jest trudne i związane z wielką odpowiedzialnością tak samo jak pozwolenie żeby ktoś nas oswoił, ale... kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Chyba warto. :)
Wiem,wiem, tylko nieraz niepotrzebnie szukamy jakichś różnic a..od kotów moglibyśmy się tak naprawdę też wiele nauczyć:)
UsuńJest trudne, jak po prostu życie bywa trudne...ale i proste. I może właśnie trzeba być odważnym, bo inaczej nie żyje się w ogóle?:)
Warto dać się oswoić. Zaryzykować, może nawet ponieść porażki, ale kiedyś się uda :)
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Otóż to. Jak się nie ryzykuje, stoi się przecież w miejscu.
UsuńOtóż to. Jak się nie ryzykuje, stoi się przecież w miejscu.
UsuńJak trafie porównałaś kocie jestestwo do ludzkiego życia. To fakt. Dwie istoty dające sobie dom to skarb, ale od tych istot zależy, czy chcą ten skarb dawać i przyjąć. Dla niektórych faktycznie jesteśmy tylko przechodnimi, na jeden obiad i tyle. Dla innych jesteśmy całym światem, sensem życia i w ten sposób dajemy się oswoić. Dajemy komuś dom i oczekujemy tego samego :)
OdpowiedzUsuńOtóż to, po prostu to kwestia relacji, a nie jednej chęci. I różnie to w życiu wychodzi ale...warto po prostu próbować:)
Usuńtu działają isntynkty...biologia, koty i ludzie, pewne standardy zachowań są podobne. też często chcemy być przygarnięci, pragniemy, by ktoś się nami zaopiekował, oswoił nas ;)
OdpowiedzUsuńBo przecież my sami jesteśmy po prostu biologią:D
UsuńWiesz skąd u mnie ta powściągliwość w relacjach? Bo właśnie boję się, że za dużo sobie wyobrażam, za dużo oczekuję- mam tendencję do nadawania przesadnej wagi czemuś, co dla kogoś jest... zwyczajną znajomością? Chlebem powszednim? Ja baardzo emocjonalnie (tylko w środku oczywiście) reaguję na wszelkie przejawy jakiejś troski, czułości, okazywania mi zainteresowania czy wrażenie, że doskonale z kimś się rozumiem- a tak naprawdę one nic nie znaczą. Choć może znaczą, cholera, nie wiem, tak ciężko mi to wyczuć czasem. Czuję się taka słaba na polu relacyjnym, jestem w tym beznadziejna, wiem, że przesadnie emocjonalnie reaguję, spragniona bliskości i równocześnie, zdając sobie z tego sprawę jestem bardzo ostrożna, niepewna. Żeby nie wyobrazić sobie zbyt wiele, żeby nie wymyślić sobie obietnicy, której nie było, żeby nie oczekiwać od drugiej osoby więcej, niż ona chciała by dać.
OdpowiedzUsuńJakiś czas temu pojawił się w moim życiu ktoś, do kogo się zbliżyłam, dla nas dwojga myślę jest to ważna w jakiś sposób relacja, choć mam wrażenie, że ja nadaję temu nie wiadomo jaką wagę, podczas gdy dla niego to "zwykła" znajomość. No właśnie, kurwa, tu jest problem: kiedy ja na przykład zwierzam się komuś z pewnych rzeczy oznacza to, że jest dla mnie kimś ważnym, kimś szczególnym, podczas gdy on może na przykład mieć jakąś potrzebę zwierzeń i opowiadać o swoim życiu każdej miłej znajomej. Relacje międzyludzkie to chyba najbardziej krucha przestrzeń jeśli chodzi o zderzenia różnych punktów widzenia, różnych filtrów, przez które postrzegamy rzeczywistość.
I cóż, w pewnym momencie byliśmy naprawdę blisko, teraz nie utrzymujemy aż tak intensywnego kontaktu, bo w jego życiu też trochę się pozmieniało i wgl. I tu jest właśnie ta sytuacja, o której piszesz... więcej bliskości niż miałam kiedykolwiek, mniej niż naprawdę potrzebuję. I kiedy się na chwilę posmakowało, a potem straciło, to jest cios, jest rana. Ciężko się później na nowo przyzwyczaić do pustki.
Dobra, koniec tego pierdolenia XD
Wiadomo, trzeba ryzykować, nie uniknie się zranienia- zatem błądzenia po mym najsłabszym polu ciąg dalszy :P
To ja jakoś cholera właśnie...mam w drugą stronę. Nigdy sobie nie wyobrażam, nie zakładam, w którą stronę ta relacja pójdzie. Nie oczekuję, przez co w ogóle chyba nie jestem ostrożna.
UsuńAle rozumiem o co chodzi, bo też emocjonalnie reaguje się na takie przejawy chyba...gdy ma się wielki głód emocjonalny. I wtedy właśnie człowiek zaczyna kombinować dokąd relacja prowadzi...zamiast ją po prostu przeżywać. Ja mam wrażenie, że w ogóle my za dużo kombinujemy, zamiast po prostu cieszyć się więziami, tworzeniem ich, właśnie nie zakładając żadnego scenariusza, jak bardzi jesteśmy ważni. Za dużo myślimy, to nasze przekleństwo.
I jasna sprawa, że to krucha przestrzeń ale...czy przez to właśnie nie jest najpiękniejsza? Oczywistości nas tak naprawdę nie bawią.
Blądzenia, a może po prostu poszukiwania i uczenia się?:)
39 yr old Librarian Janaye McGeever, hailing from Quesnel enjoys watching movies like Defendor and Foraging. Took a trip to Town Hall and Roland on the Marketplace of Bremen and drives a Mercedes-Benz 540K Special Roadster. przekieruj do tych gosci
OdpowiedzUsuń