Słuchajcie
opowieści jak my wszyscy relacjonujemy
Naszą
drogę w ramiona zbawcy
Pozorujemy
wszystkie nasze próby i lęki
Lecz
nikt z nas jeszcze tam nie dotarł
Nikt
oprócz Ciebie.
I
tak oto po raz pierwszy od długiego czasu, słuchając tej piosenki,
przypomniałam sobie, że zapomniałam, że i mój Mąż skończył
10 000 dni. Skończył już w styczniu. Miesiącu, który był dla
mnie tak trudny, miesiącu, w którym odżywałam po tym, jak chyba
chciałam zniknąć z tego świata. Ja, która nawet do 10 000 dni
nie dobiła.
Zrobiło
mi się głupio, gdy wczoraj to sobie uświadomiliśmy. Zrobiło mi
się jakoś przykro.
A
potem pomyślałam, że zrobiłam to chyba specjalnie, wiesz?
Może
nie chciałam powtarzać tego scenariusza. Może to tylko z Tobą,
Króliku, mogłam uczcić 10 000 dni. Nam zostaje teraz tylko słuchać
pieśni, która w pewien stała się proroctwem.
Poczułam
wyrzuty sumienia. Pewnie powiesz mi, ty, w mojej głowie, ty, nadal,
wciąż martwy, albo już martwy, powiesz mi, że to tylko piosenka.
To był tylko przyjemny wybryk, tylko miły gest, cudowny prezent,
album ze zdjęciami, z którego tak się ucieszyłeś, chociaż
nienawidziłeś zdjęć.
A
ja wczoraj zrozumiałam to zupełnie inaczej i z oczu pociekły łzy.
Znów
poczułam tą ogromną pustkę pod sercem, ten cios, to nagłe
uświadomienie, że ciebie nie ma.
I
po raz pierwszy zrozumiałam całkiem inaczej tą piosenkę. Teraz
stanie się twoją. To już nie jest kawałek o Judith Marie, matce
Maynard,a która zmarła po 27 latach śpiączki.
Wiesz
dlaczego, do cholery, wiesz? To już żadna ironia ani tęsknota
Maynarda.
Przez
jeden mój głupi wybryk, mój żart, po którym wszystko się
zaczęło, przez mój pomysł świętowania twoich 27 lat z
kawałkiem, twoich 10 000 dni. Przez twoje zaskoczenie, że to już,
zaskoczenie, przed którym chwilę wcześniej odkryto, jak bardzo
twoje serce może odmawiać posłuszeństwa. W końcu przecież
odmówiło go całkowicie.
Wczoraj
znów dopuściłam do siebie tą myśl, że to jakiś cholerny
symbol.
Chciałam
dobrze, chciałam rozjaśnić twoje myśli, w tamtym lipcu, tymi 10
000 dni, chciałam ci pokazać że tyle przeżyłeś, możesz więcej
i więcej.
Nie
wyszło.
Wczoraj
więc znów pół pijana słuchałam i śpiewałam o tobie.
Bo
ty też spędziłeś 27 lat w ogniu. Zawsze płonąc. Być może,
twoje życie cię spaliło.
Czy
wróciłeś do domu?
Czy
dostałeś swoje skrzydła?
Dziesięć
tysięcy dni w ogniu to wystarczająco długo
Wracasz
do domu...
Pamiętam
jak sam to cytowałeś w swoim tekście.
Pamiętam
post na twoim blogu, jak cieszyłeś się z minionych 10 000 dni.
Zaskoczony, że tak długo żyjesz, jeśli sprowadzić to do liczby
dni. Pamiętam jak pisałeś o tym, że chcesz przeżyć kolejne 10
000 a może i więcej, może i więcej, tak zachłanny przecież na
życie, na kolejne przygody.
Ułożyło
się inaczej.
Więc
dzisiaj mija 10 000 dni od kiedy przyszedłem na świat, od kiedy
krzykiem i krwią naznaczyłem swoją obecność. Wiele dni minie,
zanim umrę, bo tak naprawdę nie mam zamiaru tego robić teraz, o
czym już pisałem, pomimo niektórych proroctw. Mam zamiar przeżyć
kolejne 10 000 dni. W ogniu, w wodzie, na ziemi, oddychając
wspaniałym powietrzem.
10
000 dni w ogniu emocji, odczuwania energii całego świata, którą
on symbolizuje.
10
000 dni pływania w oceanie doznań, które aż nieraz krzyczą,
doznań, które karmią hedonizm i sprawiają, że śpiewa się na
głos.
10
000 dni stąpania po ziemi z całego świata, dni wędrówki
dosłownej ale i tej w sobie, dni nauki
10
000 dni odczuwania.
To
twoje słowa. Bogowie, jak byłeś zachłanny na życie. Jak chciałeś
odczuwać. Żyć jeszcze więcej i więcej. Ale byłeś już wtedy
przygotowany na to...że może być inaczej, prawda? Byłeś
przygotowany na to, że możesz dostać już teraz skrzydła. Wrócić
do domu? Czy wiedziałeś, Króliku? Czy już coś czułeś, czy to
ja sprowadziłam na ciebie nieszczęście?
Gdy
przyjdzie mi odejść z kolei, po kolejnych dniach, kolejnych setkach
i tysiącach, których nikt chyba już nie będzie liczyć, podniosę
właśnie dumnie głowę i powiem, że tak, teraz mogę wrócić do
domu. Do własnego domu, jakkolwiek arogancko to nie brzmi, pomimo że
jest pokorą.
Ale
będę tym, który może się cieszyć wieloma dniami. Wszystkim, co
doznał.
Bo
będę tym, który pozwolił sobie na marnowanie jak najmniejszej
ilości chwil. Uderzeń serca, choć to biło za szybko i nigdy się
nie oszczędzało. Tym, który zrealizował siebie i może nieraz
zapominał, że ma skrzydła....ale nigdy ich nie oddał tak
naprawdę. Pomimo, że je łamano. Pomimo, że szarpano za ich pióra.
Pomimo tego, że w niektóre noce samemu się w nie nie wierzyło,
gdy wszystko na nowo bolało.
Czy
wiedziałeś, że niewiele dni może być ponad te 10 tysięcy?
Dlatego o tym wspomniałeś?
Nie
dowiem się nigdy. Ale ty przecież, tak samo jak i ja, o wiele
więcej zawsze wiedzieliśmy, niż mówiliśmy na głos. Robię to do
dzisiaj.
Pewne
rzeczy układają się w całość dopiero po czasie.
27
lat. Trochę więcej niż 10 000 dni, których nadejście
świętowaliśmy. Chciałeś więcej, a tylko tyle. Tylko tyle
dostałeś ty od losu. Tylko tyle mogliśmy dostać i my od ciebie.
Nawet
nie masz pojęcia, jak wiele bym oddała, by dać ci choć jeden
dzień więcej. Nie wiesz, jak bardzo nienawidzę siebie, że
policzyłam twoje dni i przyrównałam je do dni Judith Marie.
Wolałabym
żebyś nie nosił skrzydeł, a żebyś stąpał twardo po ziemi.
Dlatego do oczu cisną się łzy. Dlatego szarość wieczoru,
ciemność nocy jest podwójna.
Dlatego,
być może, gdzieś w środku nie chciałam świętować 10 000 dni
tego, którego kocham. Coś w środku mi nie pasowało, choć sama
sobie tego nie mówiłam.
27
lat, 10
000 days-
należą do ciebie. Jak samospełniająca się przepowiednia, którą
będę zawsze wspominając, słuchając, jak Maynard śpiewa dla
swojej matki.
10
000 dni. Tak krótko, tak krótko dla ciebie, który tak bardzo
pragnął pełnego życia.
Tak
mało dla nas, nas wszyscy, którzy zostali.
Och,
co oni poczną, kiedy światła zgasną
Bez
ciebie, która masz ich wszystkich doprowadzić do Syjonu?
Co
uczynią, gdy rzeki wystąpią z brzegów, prócz nieprzerwanego
drżenia?
Co
my bowiem bez ciebie poczęliśmy? Została tak cholerna pustka, mimo
chęci życia. Zostały łzy. Zagubienie i samotność.
Dla
tak wielu ludzi byłeś ważny, byłeś tym, który wskazał drogę,
dla tych, którzy cię znali, tak blisko jak ja. Dla wielu byłeś
towarzyszem, którzy drogę życia chcieli z tobą przejść.
Byłeś
tym ze wspaniałym, otwartym sercem. Tym, który kocha i którego
kochają. Tak naprawdę, miałeś wspaniałe życie. Życie pełne
płomienia. Może to cię zgubiło?
Nigdy
nie tkwiłeś w śnie jak Judith Marie. Zawsze tu i teraz, biegnący
ku nieznanemu.
Teraz
masz skrzydła.
Zawsze
płonąłeś, 10
000 days in the fire,
a teraz...? Czy zostawiłeś nam choć trochę światła?
Czy
stałeś się gwiazdą, która świeci z daleka, symbolem miłości,
tego, jak cię kochaliśmy, jak ty kochałeś nas? Tych, którzy
razem z tobą świętowali twoje 10 000 dni, tych, którzy chcieli
twojej obecności również w każdym innym dniu?
Czy
przyszedłeś też po to, żeby kogoś nauczyć dostrzegania światła
w mroku? Czy dlatego już cię nie ma Kordianie Króliku?
I
to małe światełko, ten dar, który mi przekazałaś
Pozwolę
mu świecić, by wiodło mnie bezpiecznie po twojej drodze
Drodze
do domu.
Czy
zostawiłeś mi trochę światła, a nie sam ból, tęsknotę i mrok,
który nieraz wlewa się w moje serce?
Zostaje
po nas miłość, mówiliśmy nieraz uparcie. Zostanie nauka
wyciągnięta z blizny. Zostanie nam siła po rozpaczy. Zostanie
wszystko to, co staje się światłem, który rozświetla mrok.
A
światło zawsze prowadzi nas do domu. W oknach bowiem zapalają je
ci, którzy na nas czekają.
Czekasz
tam gdzieś na mnie Króliku? Otrzesz mi kiedyś, w końcu, moje łzy
tęsknoty, gdy przeminie i moje 10 000 dni?
Czy
dla mnie będzie ich więcej?
Czy
kiedyś dostanę swoje skrzydła, a może, co więcej, zapracuję na
nie, tak samo jak ty, nie wierzący w Ojca, Syna ani Ducha. Wierzący
w los we własnych rękach. Czy tego właśnie mnie nauczyłeś,
Króliku, ty, który żyłeś niewiele ponad 10 000 dni?
To
była ciężka noc, cholernie ciężka noc. Zasnęłam z oczami
opuchniętymi od płaczu, ze łzami też się budziłam i nikt, nawet
On, mój kochanek, mój najlepszy przyjaciel nie mógł mi pomóc.
To
noc, w której widziałam ciebie w ogniu. To noc, w czasie której i
ja płonęłam.
Aż
w końcu nastał dzień, który kazał wyjść z łóżka. Zaczęłam
swój dzień. Może nie 10 tysięczny, może do tego trochę mi
brakuje. Cały czas słyszałam krzyk mówiący o tym, że należą
ci się skrzydła. Cały czas słyszałam szum deszczu w melodii,
mimo że za oknem świeciło słońce.
Ale
znów postanowiłam żyć. Kolejnego dnia.
Czy
nie taki spadek mi zostawiłeś? Nie tylko pustkę, ale i moje własne
dni?
Nie.
To
nie tak.
To
żaden spadek. To moje własne życie. Dążenie do moich własnych
10 000 dni i być może, wielu więcej. Praca na moje własne
skrzydła. Praca na moje własne światło. Praca na swój własny
dom, do którego być może, kiedyś wrócę.
Ty
miałeś swoje życie, miałeś własną śmierć. Nasze życia
splotły się, nasze drogi, nasze skrzydła otarły się o siebie.
Ile z tych 10 000 dni spędziliśmy razem, śmiejąc się razem,
płacząc? Ile dni spędziliśmy po prostu się kochając, tak jak
można kochać drugiego człowieka?
To
już nie ma znaczenia. Jesteś znów światłem, które przeszło
przez ciężką klątwę. Jesteś trzepotem skrzydła w moim sercu.
Ale
ja mam swoje dni.
Wstał
więc dzień.
Czas
był wyruszyć, oczyścić zapłakane oczy zimną wodą.
Gdy
już wracałyśmy do domu, w samo południe, w podziemnym przejściu
usłyszałam skrzypce. Łzy nabiegły mi do oczu, przez chwilę nie
słuchałam swojej towarzyszki. Łzy, które łatwo ukrywam pod jakąś
obojętnością, roztargnieniem.
I
wiesz, przypomniały mi się też te wszystkie dni, kiedy grałeś na
ulicach, kiedy czasem ktoś podrzucał ci kanapki. Te wszystkie noce,
w których po prostu kochałeś świat swoją muzyką. To kolejne
piękne, wzruszające wspomnienie.
Rzuciłam
skrzypkowi piątka. W głowie usłyszałam trzepot skrzydeł.
Wiele
dni spędziliśmy ze sobą. To ja policzyłam ci twoje 10 000, być
może przeczuwając jakieś fatum. Wiem, nie mogę się obwiniać.
Nikt nie może. Wyszło jak wyszło, zostawiłeś nam swoim brakiem
wielką dziurę w sercu. Ale to nie szkodzi.
Bo
ty przeżyłeś niewiele ponad 10 000 dni, wróciłeś do domu. My
nadal swoje przeżywamy. Nadal idziemy do przodu.
Jeszcze
raz przeczytałam twoje słowa, na twoim wymarłym blogu, w twoim
internetowym grobowcu. Wspomnienie dnia, tak szczęśliwego,
wspomnienie twojego wzruszenia, wspomnienie wspólnej radości.
Twoje
dni się skończyły. Ja nadal muszę żyć swoimi. To właśnie to,
co robię, gdy zgasło twoje światło w tym świecie. Ja nadal żyję.
Ja nadal żyję i unoszę wysoko głowę. To moja własna modlitwa
wobec twoich 10 000 dni po których wróciłeś do domu. Moje życie,
w którym próbuję zabić twój brak i pamiętam o twoim świetle
będzie moją modlitwą. Nadal. Nieprzerwanie.
Wysoko
nasza droga, a mimo to kierujemy wzrok ku ziemi
Jesteś
dla mnie światłem i drogą, o której oni tylko przeczytają
Ja
się modlę- niebiosa wiedzą, kiedy wynieść cię ku łasce
Dziesięć
tysięcy dni w ogniu to wystarczająco długo
Wracasz
do domu...
Muszę
uparcie pamiętać, by modlić się swoim życiem. Każdy z nas musi.
Ci, którzy z tobą żyli. Ci, którzy tylko o tobie przeczytali.
Chciałabym
policzyć, ile dni nasze życia splatały się w całość. Ale może
to nie ma znaczenia.
Może
w ogóle nie powinnam nikomu liczyć dni. Nie popełniać więcej
nigdy tego błędu, wobec siebie, wobec innych. Nie liczyć, a po
prostu żyć.
Widzieć
światło, nieraz czuć ciemność pustki po tobie i płakać. I
wierzyć, cholernie mocno wierzyć, że może dotrzemy do jednego
domu, gdzie znów nasze dni splotą się w wieczności, w której
czas nie ma żadnego znaczenia.
I
już zawsze ta piosenka nie będzie o Judith Marie. Ta piosenka,
przez moją własną klątwę, będzie o tobie. Będzie dla ciebie. I
pozwolę sobie przy niej na łzy, żeby na nowo doceniać każdy,
każdy dzień. Żeby żyć. Żeby się modlić się własnym życiem
i zapracować na własne skrzydła.
Żebym
i ja mogła powiedzieć, jak Judith Marie w tekście Maynarda, żebym
i ja mogła powiedzieć, stając przed progiem ostatniego domu (czy
tam się spotkamy?), jak mogłeś pewnie powiedzieć i ty po swojej
śmierci:
Nigdy
nie żyłam w kłamstwie
Nigdy
nie odebrałam życia
Ale
z pewnością jedno uratowałam
Alleluja!
Czas,
byś zabrał mnie do domu.
Jakoś... Przeczytałam kawałek i... Jakoś tak dołująco się poczułam a do tego nie wiem co powiedzieć i o co dokładnie chodzi.
OdpowiedzUsuńKrólik, do którego w dużej mierze skierowane są te słowa ( często piszę na blogu "listy" do niego i mojego drugiego zmarłego przyjaciela, Vincenta) był moim bliskim przyjacielem, który zmarł przez chore serce w 2014 roku. Był, podobnie jak ja, fanem Toola, zespołu, który nagrał kawałek 10 000 days, wydał zresztą taką płytę. Krótko po jego 27 urodzinach zrobiłam mu niespodziankę, dokładnie w dniu, kiedy skończył 10 000 lat życia. Niedługo potem zmarł. Po prostu, wczoraj przypomniałam sobie pewne rzeczy, skojarzyłam i ...musiałam gdzieś wylać emocje:)
UsuńRozumiem, po to jest blog by je wylewać :)
UsuńTeż tak uważam:) Dla mnie blog to też swoista terapia z interakcją nieraz, dlatego no..nie wszystkie posty są tak od razu zrozumiałe, dotyczące czegoś ogólnego.
UsuńSama założyłam bloga by uwolnić emocje ;) więc rozumiem.
UsuńWięc właśnie, wielu z nas tak robi:)
UsuńPewnie tak :) i bardziej w sumie lubie takie blogi niż te modowe czy jakieś kosmetyczne.
UsuńNa te to w ogóle nie wchodzę bo zupełnie, zupełnie mnie nie interesują takie rzeczy:D
UsuńMnie też w sumie :p
UsuńDla mnie blog jest miejscem do wylania z siebie wszystkiego i dla ciebie chyba tez tak jest, zycze powodzenia w odnajdywaniu sie w tym chorym swiecie :)
OdpowiedzUsuńDziękuję:) Cóż, gdzieś trzeba właśnie się "wywnętrznić" jak ja to mówię:)
UsuńJa też płaczę. Chociaż go nie znałam to siedzę i ryczę... Nawet nie wiem co chcę napisać i nie wiem też co mogę, bo ja (i jestem za to przeogromnie wdzięczna) jeszcze nie przeżyłam takiej straty i nawet nie mogę sobie wyobrazić co się czuje w takim momencie. Ale chodzi mi w tym temacie po głowie inna piosenka ..."gdzieś na szczycie góry wszyscy razem spotkamy się...". Trzymaj się! <3
OdpowiedzUsuńPrzepraszam w takim razie za te łzy. Sama jednak właśnie musiała wylać swoje emocje, bo to pomaga, jakby nie patrzeć.
UsuńW życiu każdy z nas doznaje straty, jedna jest po prostu bardziej oczywista, inna mniej. Ale...po każdej da się żyć i chyba to jest najważniejsze:)
Nie ma za co. Ja mam po prostu bardzo mocne współodczuwanie i jestem dosyć wrażliwa. :)
UsuńEmocje na bieżąco trzeba wyrzucać, lubię gdy je wyrzucasz-nawet te trudne. Zmuszasz mnie do wielu przemyśleń. I nawet jak chwilowo przejmuję Twoje emocje, to potem się cieszę,że pozwalasz innym uczestniczyć w Twoim życiu, tak prywatnym...
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Wiem, wiem, jest ze mnie nieraz ekshibicjonistka emocjonalna, ale cóż...potrzebuję tego. Ale cieszę się, że ci to nie przeszkadza jakoś:)
UsuńPrzeczytałam tylko fragment Twojego postu. Zresztą nie wiem, co mogłabym napisać... czuję się zbyt bezradna w obliczu jakiejkolwiek straty, mam pustkę w głowie, bo sama nigdy nie przeżyłam żadnej tak dotkliwej.
OdpowiedzUsuńA weszłam tu właściwie po to, żeby odpowiedzieć na komentarz, który zostawiłaś u mnie:
Szczerze mówiąc, zastanawiam się nad tym. Nad utworzeniem nowego konta, nowego maila i nowego, zamkniętego bloga, do którego zaprosiłabym kilka osób, z którymi jestem związana, które są mi bliskie w blogosferze. Ale nie wiem. A dziennik papierowy mam tak czy siak. Tylko często jednak pisanie na blogu daje większą ulgę niż w dzienniku.
A dlaczego boję się otworzyć? Może dlatego, że zostałam tak wychowana. Może dlatego, że uważam to za pewną słabość (użalanie się nad sobą, zwalanie innym na głowę itd., poza tym jak mówię o problemach, to więcej o nich myślę, rozdrapuję). Może dlatego, że gdy milczę mogę udawać, że problemu wcale nie ma, mogę zepchnąć go do podświadomości. Boję się też otworzenia, niezrozumienia, zranienia, tego że ktoś mnie wyśmieje, odrzuci. Albo że nie wytrzyma w końcu ze mną. Zresztą to wszystko już się parę razy stało - i za każdym kolejnym coraz trudniej mi się otworzyć ponownie, z każdym takim ciosem zamykam się bardziej. I tak dalej - powodów pewnie jest więcej, wymieniłam tylko te, które przyszły mi do głowy od razu.
A dlaczego inni się nie otwierają - to nie wiem. Każdy ma swoje powody, choć nie zawsze sobie zdają z nich sprawę.
Jakby nie patrzeć, to taki hm....tekst osobisty, w sensie nie znając historii można się pogubić, więc wcale się nie dziwię:)I każdy i tak swoje jakieś małe apokalipsy przeżywa w końcu inaczej.
UsuńJeny, pamiętam jak podjarany napisał mi smsa o tej Waszej niespodziance, a ja nie wiedziałam o co chodzi dokładnie ale napisałam tylko ze zazdroszczę mu przyjaciół: ) co zresztą mówiłam często xD ale nawet jak za bardzo nie wiedziałam o co chodzi to i mnie to jakoś wtedy wyruszyłam, po to po prostu piękny gest. I niech nim zostanie. Po prostu.
OdpowiedzUsuńA dzisiaj,skrzypce zadzialaly na mnie podobnie i choć paplalam dalej, to wyczulam ze w tym momencie jesteś gdzie indziej. A później padal deszcz. Stałam w drzwiach i chlonelam to cudowne powietrze, i widok zmoczonego miasta, który wydał mi sie niesamowicie piękny. Przypomnialam sobie, że Krolik uwielbial deszcz, a w głowie pojawiła sie piosenka, której nie słuchałam z milion lat: "wiec nie bój sie deszczu, bo ja jestem deszczem, co pada na twoje włosy i na twoje ręce". I tak stałam i usmiechalam sie do siebie, do deszczu, do niego.
Bo jak się nie było w "toolowym" temacie, to trudno raczej ogarnąć, bo jednak 10 000 dni ma chyba tylko jeden odnośnik tak naprawdę.
UsuńTeraz trochę gest ma inną symbolikę i tu jest pies pogrzebany jednak.
W ogóle, teraz jest pięknie z deszczem. Najładniej pachnie noc. I może warto na tym się jakoś skupić.
10 000 dni - ciekawe - pierwszy raz sie spotykam z takim określeniem urodzin:)
OdpowiedzUsuńRaczej urodzin z kawałkiem:)
UsuńAleż ja mam tego świadomość. Wiele już z tych rzeczy rozwaliłam. Dwa lata temu nie uzewnętrzniałam się wcale, teraz jestem znacznie bardziej otwarta. Po prostu nic się nie dzieje od razu, nie będę latać do każdego albo wypisywać się z moich emocji publicznie, bo... po prostu też nie mam na to ochoty. Wolę sama się ogarnąć, dojść do jakichś wniosków, generalnie jeśli mogę - radzę sobie sama. Mówienie o swoich problemach jest często potrzebne, jednak też trzeba uważać, do kogo się mówi. A jeśli piszę o tym, to też nie zawsze chcę, żeby ktoś to czytał, bo ciężko zrozumieć kogokolwiek, gdy się go nie zna, a ja w momencie gdy nie jestem zrozumiana - czuję się atakowana. I jest gorzej, niż jakbym nic nie napisała lub napisała, ale jedynie w miejscu do którego tylko ja mam dostęp.
OdpowiedzUsuńNie wiem czy rozumiesz, czuję że bardzo się od siebie różnimy i mamy zupełnie różny światopogląd, więc pewnie nie do końca, ale przynajmniej nie rzucasz słowami na lewo i prawo bez myślenia, także dziękuję.
Szopie Praczu, czytam Twojego bloga już od dawna. Ostatnio jakoś tak... w chwilach, gdy jest mi ciężko. Nie umiem tego wyjaśnić, ale dostaję dzięki Twoim słowom bardzo dużo siły i pozytywnej energii. Nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętasz w ogóle - zostawiałam u Ciebie kiedyś aparat na czas trwania koncertów w arenie :) Czytając bloga Królika, a teraz Twojego mam takie wrażenie, że jego 10 000 dni może minęło tutaj, materialnie, ale te dni pędzą dalej - bo mam wrażenie, że jesteś jego przedłużeniem w tych słowach, w samym tym fakcie, że bloga w ogóle prowadzisz. I wierzę, że Królik dalej ciągnie te swoje dni właśnie dzięki ludziom, którzy o nim pamiętają. Którzy dzięki niemu właśnie być może odnaleźli to światło w życiu i je pielęgnują.
OdpowiedzUsuńOczywiście, że cię pamiętam, ba, jak mogłabym zapomnieć? I tamtego kaca tego dnia również?:D Żałowałam wtedy, że nie udało ci się spotkać z Królikiem, zresztą, jemu też było przykro ale...wyszło jak wyszło. I wiesz, jakoś nigdy nie chciałam być "jego kontynuacją" ale rozumiem, o co ci chodzi i ...to wcale nie jest przykre. Jeśli dobrze ci się tu wchodzi, dobrze czyta i jakimś cudem ( nie wiem jak:D) działa to dobrze na twojego ducha to...cieszę się:)
UsuńBardzo przejmujący i emocjonalny post. Dla czytelnika także.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
A to dobrze?:)
UsuńPost Królika dodany w moje urodziny. :) Czy też powinnam doszukiwać się symboliki? ;)
OdpowiedzUsuńGdy tylko zaczęłam czytać, przypomniałam sobie ten Jego wpis i ten album. Zawsze mi się marzyło, by ktoś i mnie taki prezent podarował. :)
Spójrz, te 10000 dni było dla Ciebie tak pełne radości, a teraz... teraz sprawia Ci ból. Bo zaczęłaś się obwiniać, a moim zdaniem nie powinnaś. Powinnaś nadal czerpać radość. Tak jak na początku. Nadal uważam, że świętowanie 10000 dni jest genialnym i niepowtarzalnym pomysłem, bo nikt nie zdaje sobie sprawy, ile tak na prawdę dni chodzi po tym świecie. Ale liczba lat jest niemiarodajna. Bo ile może znaczyć liczba 25 lat, 37 lat. Dużo i nie dużo. Gdyby jednak podać je w dniach - wówczas człowiek docenia, ile dane mu było już przeżyć. :)
Tool i skrzypce - nieodłączne symbole Kordiana, które chyba już zawsze będą mi się tylko z nim kojarzyć.
To już jak chcesz, każdy właśnie ma swoją prywatną symbolikę....a przez nią i pewne fobie, jak ja obecnie. I muszę się nauczyć je pokonywać, ale to przychodzi z czasem, jak zwykle, jak każde godzenie się z pewnymi rzeczami w sobie:) I fakt, bardziej docenia się wielkie rzeczy w małej skali, prawda? I kruki, też zawsze i te będą.
UsuńPiękne.
OdpowiedzUsuńDziękuję:)
UsuńPamiętam jak o tym pisał. I znowu liczę kiedy będą moje 10000 dni...
OdpowiedzUsuńJa boję się liczyć ale...może i warto by było?:)
Usuń