sobota, 26 marca 2016

O tym, że chociaż w święta warto zastanowić się nad tym, czy poluje się na wielbłąda.

-Ale mamo, ona jest taka lekkomyślna. Wpuściłabyś obcego faceta pod dach, bo jest mu zimno, bo ci powie, że jest uchodźcą? Nie, żebym miał coś do jakiejś narodowości, religii, ja nie ufam nikomu. A ona jest taka naiwna,no pomyśl, wpuściłabyś?- rozmawiali o mnie tak, jakby mnie obok nie było. Mój Mąż i moja Matka. Rozmowa zeszła jak zawsze, na temat mojej naiwności wobec ludzi, na temat tego, jak mój Mąż, moje całkowite przeciwieństwo w tej kwestii, się o mnie martwi. Nieraz wychodzi to dobrze. On, skrajnie podejrzliwy, nie ufa prawie nikomu, zasadniczo nie lubi ludzi- i nie jest w tym rasistą. Nie ufa każdemu po równo.
Ja każdego przyjęłabym do domu, ogrzałabym, nakarmiła, kocham poznawać nowych ludzi, od razu opowiadam im całe swoje życie. Albo oni mi swoje.
Nieraz wychodzi to dobrze, bo nasze skrajne postawy, moja miłość do ludzi i jego niechęć się równoważą. Nieraz jednak wynikają z tego wielkie sporty teoretyczne, a nawet kłótnie.
Tym razem rozmawiali, jakby nie obok nie było. On i moja mama.
Mama Marylka, która matkuje wszystkim, nie tylko mi. Cóż, mam to po niej, to...i inne rzeczy.

-Ale ja to zrobiłam.
-Jak to?- zapytaliśmy oboje, nie tylko on, ale i ja. Znałam tą historię. Ale cały czas byłam przekonana, że to byli Romowie. Nie Rumunii, uciekający z Bałkanów na początku lat 90-tych, kiedy działy się tam straszne rzeczy i kiedy Rumuni bali się, że wojna dotrze i do nich.

Pamiętam to jak przez mgłę. Bo ile miałam? 4 lata? 5?
Był środek zimy. Z mamą byłyśmy same w domu, nie licząc starej i schorowanej już babci. Tak naprawdę, 3 bezbronne kobiety. Ta starsza, w sile wieku i całkowite dziecko. Pod drzwiami mojej mamy, która właśnie wróciła ze mną z zakupów stanęli oni. Dorosły, brodaty mężczyzna o ciemnych oczach i troje jego synów.
Chcieli tylko coś do jedzenia. Chcieli tylko się ogrzać. Widać było, że wędrowali już długo.
Ile byli w drodze? Skąd dokładnie pochodzili? Moja mama nie pytała, a ja nie dowiem się nigdy. Mogę tylko sobie wyobrażać ciemnookiego, potężnego mężczyznę z trójką synów, mężczyznę który jako- tako mówił łamanym polskim, którego nauczył się przez handel. Mężczyznę, który wyruszył na Zachód, bo bał się wojny. Wędrował ze swoimi synami przez sporą część kontynentu, z wizją lepszego świata. Dla siebie, dla swoich dzieci. Mogę sobie wyobrażać ich rozczarowanie i coraz większą frustrację. To, jak złamano ich dumę, aż zaczęli żebrać, bo mimo frustracji, nadal czaiło się w nich światełko zdeterminowania. Przede wszystkim w nim, bo robił to dla swoich dzieci.
-Więc mówisz mamo, że to byli uchodźcy ekonomiczni, nie Cyganie?- zapytałam, zdziwiona. Cały czas myślałam, że to Romowie. Zdziwiłam się. Pamiętałam najbardziej najmłodszego chłopca, który nie mówił chyba po polsku. Albo był zbyt nieśmiały, by coś mówić. Mimo to, dzieci znajdują zawsze wspólny język.
Zresztą, to nie było znaczenia, kim byli. Romami czy Rumunami. Dlatego pewnie moja mama wiele nie pytała. Ktoś powie, że była lekkomyślna. Ktoś powie, że naraziła własne dziecko. Bo kto za dobre odpłaca dobrem? Wszyscy znamy bajkę o uratowanym wężu.
Ale moja mama widziała czworo przemarzniętych ludzi. Otworzyła szeroko drzwi. Wpuściła ich do naszej dużej kuchni, zaparzyła herbatę. Dzieciom, a nawet ojcu dała drożdżówki, które kupiła przed chwilą dla mnie i dla mojej siostry.
Nie mogli zostać długo. Mój ojciec, człowiek całkiem innego charakteru, agresywny alkoholik, mógł zrobić straszną awanturę, gdyby wrócił i zastał tak przedziwną scenę w domu, mamę i Rumuńskiego mężczyznę rozmawiających nad kubkiem herbaty, mnie bawiącą się z najmłodszym chłopcem. Nie zostali długo. Nie wiem, czy moja matka wielce im pomogła.
Gdy wychodzili, mama w korytarzu spojrzała jeszcze na sweterek jednego z chłopców. Nie miał kurtki. W ostatnim odruchu serca zerwała z wieszaka nową zimową kurtkę i wsadziła na ramiona chłopca. Nie widziałam tego, ale tak to sobie wyobrażam, znając moją matkę. To, że bez słowa włożyła na niego moją kurtkę i wypuściła ich z bólem serca na mróz, nie mogąc więcej zrobić.
Bo czy zrobiła dla nich cokolwiek? Nie dała im lepszego życia. Nie dała im pracy, dachu nad głową. Dała im ciepłą herbatę, drożdżówki i ciepłą kurtkę dla jednego chłopca. Ja do wiosny chodziłam w starej.
Nie wiem jak potoczyły się dalej ich losy. Gdzie dotarli. Czy może zawrócili. Nie znam ich imion. To było tak dawno, tak dawno...
Moja matka nie uważa tego za lekkomyślność ani, tym bardziej, za bohaterstwo. Moja matka uważa to za ludzki odruch. Na te ludzkie odruchy patrzyłam od dziecka, biorąc je za tak naturalne. Ale to nic wielkiego. Nic przecież im nie dała.
Nie dała im wiele, bo wiele nie miała.
Ale może dała im o wiele więcej niż praca, dach nad głową? Może, w tym jednym momencie...dała im nadzieję i wiarę w ludzi? Dała im po prostu swój kawałek serca, w tej ciepłej herbacie?

Mój Mąż znał wcześniej tą historię. Tak jak zna historię o bezdomnej, której mama nieraz pomaga, a w upały zanosi wodę do picia. Zna historię o pijaczku, którego mama zaprosiła na wigilię. Zna wszystkie historie o jej otwartym sercu. Otwartych drzwiach. O tym, że nie umie przejść obojętnie, nie umie odmówić.
Historie mówiące o tym, że dla wielu jest lekkomyślna.
-No tak, z kim ja gadam. Ona to ma po tobie. -westchnął mój Mąż, znów patrząc na mnie z tym swoim zmartwieniem w oczach. - Jaka matka, taka córka.

***

-Cześć- usłyszałam, przyciszone i niepewne w słuchawce. Wiem, kto dzwonił, choć przecież wcale jej nie znam.
Nie znamy się nawet z widzenia. Ona nawet nie wie, jak mam na imię. Jakoś imiona nie były nam potrzebne. Może, tak naprawdę, bez imion jest łatwiej. Czasem łatwiej jest bez imion, wieku, twarzy mówić o całym swoim lęku, bólu i poczuci niesprawiedliwości. Starczy, że ktoś słucha, ktoś, komu można zaufać, bo jest tak daleko. Starczy, że ktoś słucha, by samo mówienie pomogło.
Dziwna sytuacja. Dziwna pomyłka.
-I oczywiście tylko ty mogłaś z pomyłki zrobić sobie nową misję, co?- no tak, tylko ja mogłam. Bo kto by pomyślał?
W pierwszy dzień wiosny dostałam dziwnego smsa. Nie kojarzyłam imienia, nazwiska nadawcy, bo kobieta przedstawiła się na samym początku.
Kiedyś mogłam z tobą porozmawiać” w treści zbiło mnie z tropu. Bo w moim życiu było wielu ludzi. Czasem martwię się, że zbyt wielu. Zwłaszcza takich, dla których ja byłam jakoś ważna, a oni byli dla mnie jak wiosenna burza. Intensywne, acz krótkie relacje.
Zawsze boję się, że nie ocalę cudzego serca przed zapomnieniem.
Nawet tym swoim.
Okazało się, że ten rozpaczliwy sms nie był skierowany do mnie. Że to zwyczajna pomyłka załamanej chorobą kobiety.
Bo już z tej wiadomości dowiedziałam się, że kobieta walczy z rakiem. Zaawansowanym nowotworem. Usunięto guz, ale okazało się, że konieczna jest kolejna operacja, amputacja całej piersi i węzłów pachwinowych. Kobieta miała zabieg na następny dzień. Potem czeka ją chemioterapia, radioterapia...coś, co znam doskonale. Przecież tyle lat spędziłam na onkologii...
Pół dnia zastanawiałam się, co odpisać. A co, jeśli ją znam? Co, jeśli to ktoś, kogo znałam, a zawiodłam w takiej sytuacji?
W końcu odpisałam. Przepraszam, ale to chyba nie jest skierowane do mnie. Mimo to trzymam kciuki w tak trudnych chwilach, przesyłam mnóstwo pozytywnej energii. Mimo, że się nie znamy, jeśli chce, może do mnie napisać, zwłaszcza jakby chciała się dowiedzieć czegoś na temat leczenia, bo w tym przecież „siedziałam”..
I tak się zaczęło. Nie mogłam napisać po prostu, że to pomyłka. Nie byłabym sobą. Taką, przez którą mój Mąż przewraca oczami, przez którą się martwi. Cóż. Ja zbawiam i chronię świat, a on zbawia i chroni mnie, jak się śmiejemy.
Tak zaczęłyśmy wymieniać smsy. Nie wiem, kim jest, ale znam jej strach i ból. Jej cierpienie przeczucia śmierci, jej cierpienie okaleczenia.
Dlaczego ta pomyłka trafiła na mnie? Nie wiem, może nie ma w tym żadnego celu. Może po prostu, tak miało wyjść i dowiem się tego później. Nie ma to znaczenia. Jest jak jest.
W piątek wieczorem zadzwoniła do mnie. Już po operacji, ale nie tak obolała, dzień przed tym, jak mieli wypuścić ją do domu.
-Masz fajny głos. Od razu czuć taką bijącą z niego energię. Takie ciepło.
Nie znoszę swojego głosu. Ale dobrze, że kogoś nie drażni.

-Nie wiem jakie grzechy popełniłam, wiesz, myślę o tym, czy to kara, zwłaszcza przy Wielkim Piątku. To taka kara, krzyż do niesienia. - oho, chrześcijanka, pomyślałam.
-Myślę, że to nie kwestia grzechów. Ja osobiście nie wierzę w grzech, wiesz. Ale nawet jeśli, to jakiś tam „krzyż”, to sądzę, że każdy nosi tyle, ile może unieść.
-Tak, a czasem spotyka na drodze kogoś, kto mu pomaga nieść ten krzyż, nawet, jeśli nie ma w tym żadnego interesu. Dziękuję.
Popłakała się ona. Ja też się jakoś prawie popłakałam, bo tego dnia, może przez ogólną atmosferę, a może przez parę skojarzeń, sama byłam jakoś wrażliwsza i rykliwsza.
-Nie dziękuj.
Nie znoszę, gdy ludzie mi dziękują, gdy boją się, że się narzucają. Gdybym nie chciała, czy bym robiła pewne rzecz?
Ja to robię dla siebie. Tak jak moja matka.
Chcemy móc spojrzeć sobie w oczy w lustrze. Bez obrzydzenia.
Chcemy spojrzeć bez obrzydzenia w swoje oczy, tak samo jak bez wstydu w cudze. Czy w te, które są błękitne jak niebo nad nami, czy te, które są czarne, w których odbija się piasek pustyni.

***

Nie mam pięknego ciała, nie mam pięknego oblicza. Ale mimo to, mogę spojrzeć sobie bez wstydu w twarz.
Każdy rozumie to inaczej. Niektórzy potrafią mordować i nie mieć poczucia winy. Inni ukradną cukierek i zadręczają się do końca życia. Jak moja matka, bo ukradła cukierek jako dziecko. Do dzisiaj ma wyrzuty sumienia.
Nie jestem ideałem.
Patrzyłam w piątek na tłumy sunące do spowiedzi, szukające rozgrzeszenia. Patrzyłam na tłumy sunące do kościołów, szukające zbawienia. Szukające ciężaru krzyża, o którym zapominają co roku.
Dla wielu z nich jestem przeklęta. Jestem złym człowiekiem. Jestem skazana na potępienie i piekło, bo nie wierzę w grzech, bo nie wierzę w krzyż.

Ale patrzę sobie bez wstydu w oczy w lustrze.
Wiedząc, że nie jestem ideałem i nieraz krzywdzę ludzi. Wiedząc, że miewam złe myśli na temat paru osób, a potem mam wyrzuty sumienia. Krzycząc, tracąc cierpliwość, mówiąc, że pewnie zamordowałabym człowieka. Bo pewnie bym to zrobiła.
Nie, nie mam dobrego serca, mówię to nieraz. Mam w sobie agresję, gniew, mrok.
Gniew, mój najgorszy, najbardziej skrywany grzech główny.
Ale patrzę sobie bez obrzydzenia w oczy, na swoją twarz w lustrze, bo widzę zawsze w drugim człowieku człowieka, niezależnie, ile ma lat, jakiej jest płci, w którego z bogów wierzy. Bo sama staram się być człowiekiem.

Nie wierzę w grzech, nie noszę krzyża. Ale czasem pomagam komuś nieść jego własny. Dlaczego, po co? Trudno znaleźć odpowiedź. Przez swój egoizm. Przez to, czego nauczyła mnie matka.
A może mam po prostu taką, a nie inną budowę mózgu, która jest łasa na oksytocynę- bo tzw. „dobre społecznie stosunki” i nawiązywanie więzi w naszym mózgu nagradzane jest wytwarzaniem w jądrze półleżącym dawką oksytocyny. Może mam duże jądro półleżące. Może tkanka mojego mózgu podatna jest na nagrody neurohormonów.
Ale czy ma to znaczenie?

***

Wracam w sobotę do domu i widzę tych wszystkich ludzi, którzy tak bardzo się spieszą. Mają swoje święta.
Wiozę ze sobą sadzonki aloesu, całą siatkę, rośliny, w której lecznicze działanie święcie wierzę, bo sama się o nim przekonałam, lecząc wiele swoich ran. Cała wielka siatka, wystają zielone liście.
Obok mnie siedzi starszy pan, taki trochę hippis, a trochę leśny ludek. Bije od niego ciepło, jak od całego dnia. Bije dobra energia.
Ekscentryk z lornetką, wypatruje chyba w lasach, przez które przejeżdżamy, oznak życia, wpatruje się w nie, tak jak ja tego poranka wpatrywałam się w lisy baraszkujące na polach.
I całkiem naturalnie zaczynamy rozmawiać, w czasach, gdzie ludzie siedzą obok siebie, ale wcale do siebie nie mówią. Od słowa do słowa, dziadek interesuje się moimi sadzonkami. Tymi, z których wyrosną rośliny, którymi będę leczyć otarcia, oparzenia, wszelkie rany. Całkiem spontanicznie wyciągam jedną z największych i kładę przed nim.
Niech też ma. Niech mu służy, na zdrowie. Mogę się podzielić z nim i zielem, skoro i tak dzielimy się swoją energią. Energią tego dnia.
Wysiada wcześniej, całuje mnie w rękę i łaskocze brodą, uśmiecha się, jakby nie miał 70 lat, a miał 7.
Wszystko śmieje się we mnie.

Ja jadę dalej, do swojego domu, do swoich spraw, do pracy, znowu z dala od waszych świat. Tak, ja znowu święta, kulturowo obowiązkowe ponoć, spędzam w pracy, wśród swoich Ptaszyn, swoich staruszek, które są jeszcze bardziej sfrustrowane przez swoją samotność. Znów będę je rozśmieszać i wkurzać się na Nową, bo tak, w święta mam z nią dyżur.

Będę jej złorzeczyć w myślach, a potem znów będzie mi jej żal. I znów będę starać się być dla niej miła, bo widzę w niej człowieka, który po prostu jest w swojej głowie, albo raczej przez swoją głowę bardzo nieszczęśliwy.
-Tępa dzida, nie rozumiem, jak może ci być jej żal.
A jedna jest. Ja nie rozumiem, jak komuś może jej nie być żal. Jak ktoś może tak prosto ocenić.
Bo to nadal człowiek.
Ale nie myślę o jutrze. Spieszę się do domu, widząc tych wszystkich ludzi, szykujących święta, biegających z koszyczkami. Ilu z nich nienawidzi uchodźców, ilu z nich pobiło by ciemnoskórego na ulicy? Ilu z nich zrobiłoby sobie żarty z zdesperowanej kobiety w szpitalu, bo nie widzieliby w tym nic złego? Ilu z nich dręczy kolegów w szkole albo współpracowników? Ilu z nich naśmiewa się z mojej niemodnej kurtki z urwaną kieszenią, bo lubi sobie pooceniać wygląd ludzki i pośmiać się z psiapsiółkami?
Nie dowiem się, nie dowiem się, ile serc naprawdę rozumie drugie serce, a ile przeszywa jad.
Ile mózgów kocha oksytocynę? I to nie tylko tą, która pochodzi z orgazmu?

Wracam do swojego domu, swojego świata. Do kochającego Męża, który nie ufa wszystkim po równo, ale mnie kocha, martwi się o mnie i mimo wszystko jest wspaniałym, dobrym człowiekiem w moich oczach. Takim, który może sobie spojrzeć w oczy, mimo pewnej przeszłości.
To nic. Przeszłość była, teraz jest teraz.
Teraz ma gorejące serce. Ludzkie serce.

Wchodzę do łazienki, patrzę sobie w oczy.
Mogę w nie patrzeć, w swoje odbicie. Nie czuję obrzydzenia.
Męża jeszcze nie ma, odpalam komputer. Na komunikatorze kilka wiadomości.

-I co, znalazłaś w domu coś Tołstoja albo Pasternaka?;)
-Nie, ale poszukam w bibliotece.
-Wiesz że nie musisz, tylko tak sobie pomyślałem, że skoro przekonałaś się do Lema, to możesz i do nich :> Tylko uważaj, bo rusofoby cię zaatakują, tak jak atakują mnie, bo kocham swoją Rosję, a tam Putin XD
-I tak spróbuję, zaryzykuję XD

Rozmawiamy przez chwilę, doskakuję do komputera, krzątając się, rozpakowując plecak, wsadzając rośliny do wody, pisząc już te słowa. Schodzi na pewne jego problemy, chorobę jego matki, obawy, lęki.
-Chwila, czy tobie w ogóle chce się tego słuchać?:)
-Głupio pytasz. Mówiłam, że jak chcesz, to wal śmiało.
-Powinnaś mieć na imię jak moja ciotka XD
-To znaczy?
-Ale nie będziesz się śmiać?
-Nie.
-Aniela.
-Czemu Aniela?
-Bosz. Aniela. Anioł. Czaisz?
-Weź się pierdol, Tołstoj! XD

Cóż. Nie jestem aniołem. Moja matka nie jest nim również. Nie jest nim wielu, którzy naprawdę ratują ludzkie życia. Aniołami nie są nawet ci prawdziwi bohaterowie codzienności, nie tylko ci, którzy od czasu do czasu dadzą komuś gorącą herbatę, albo odbiorą telefon kogoś, kto chce się wygadać. Tylko ci, którzy czasem mają pewne odruchy.

Nie wierzę w anioły, nie wierzę w noszenie krzyża, nie wierzę w odpuszczenie grzechów a nawet same grzechy, nie wierzę w zbawienie.
Wierzę w miłość i serce drugiego człowieka. Wierzę w ludzi, mimo że wielu nazwie mnie naiwną. Pojebaną. Mimo, że nieraz za to obrywam wręcz w kłótniach.
Nie da się mnie zmienić.

Nie wierzę w piekło, niebo, czyściec. Wierzę jednak w nasz świat,w to, że nieraz może być lepszym miejscem, gdy podamy komuś głodnemu kanapkę, gdy uściśniemy zmarznięte ręce, gdy pozwolimy komuś zrzucić balast, który nosi w sercu za pomocą potoku słów.

***

Mówili nam jako dzieciom w szkołach na religii, mówili nam w innych miejscach, gdy uczono nas zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Mówili nam- nagich przyodziać, głodnych nakarmić, strapionych pocieszyć.
Piękne idee, w które wierzymy, dopóki nie dotyczą nas osobiście. Dopóki to my nie mamy podzielić się swoją drożdżówką albo herbatą. Dopóki my nie mamy oddać kilku złotych na cudze ubranie. Dopóki my nie mamy poświęcić komuś odrobiny czasu, by go wysłuchać, ukoić jego lęk.
Piękny gest obmywania stóp, dopóki ty nie musisz obmyć ich komuś. Komuś, kto ma stopy zmęczone po podróży.
Strapionych pocieszyć, głodnych nakarmić, spragnionych napoić, byś mógł sobie potem spokojnie spojrzeć w oczy. Głodnych nakarmić, wysłuchać utrudzonych, tak nieraz różnych od nas. W różnych miejsc świata, wyznających inną wiarę, mających inny kolor skóry. Przeskoczyć siebie, przeskoczyć swój strach.
Czy potrafisz to, żeby po prostu być człowiekiem?
Czy polujesz na duże zwierzę, które nie pasuje do twojego krajobrazu?
Czy skupiasz się tylko na tym, że niesiesz swój krzyż, bo sam chcesz potem zmartwychwstać, dostąpić zbawienia? Tylko swój ciężar widzisz?
A może, on stałby się mniejszy, gdybyś wziął trochę i tego cudzego? Może, w tym momencie, łatwiej zmartwychwstawać?

***

Nie wiem, jak przeżywacie te święta, czy modlicie się za swój dobrobyt, czy za pokój na świecie. Nie wiem, w co wierzycie, czy biegaliście z koszyczkiem do święcenia jajek, czy wiedzieliście, że tak naprawdę są one pogańskim symbolem bogini Ostary.
Nie wiem, czy marnujecie wodę w tzw. śmingusa-dyngusa, podczas gdy w Somalii bylibyście uznani za wariatów, bo marnujecie wodę pitną. Swoją drogą, może powinniśmy się bardziej nauczyć szanować wodę- ale nie o tym tym razem.
Znów, to nie są moje święta, nie wierzę w tego, który zmartwychwstał, mimo że wierzę w zwykłe ludzkie odrodzenie. To nie moje święta, ale być może, dla was są ważne. Więc to kolejna okazja do afirmacji. I ja, swoim zwyczajem, życzę wam wcale nie smacznych jajek, ani mokrego dyngusa tym bardziej. Życzę wam jak zawsze otwartego serca, choć może te święta o tym nie mówią i nie stawiacie dodatkowego nakrycia na stole.

Życzę wam chwili zastanowienia nad tym, jakim człowiekiem się jest. Czy jest się człowiekiem, który poddaje się strachom wobec innego, przez co staje się agresywny? Czy jest się człowiekiem, który zamyka drzwi przed cudzym nosem, czy może takim, który czyni wręcz przeciwnie?
Czy jest się człowiekiem, który upadnie przed drugim i obmyje mu stopy, jak wasz Bóg?
Czy jest się człowiekiem, który pomimo cierpienia życia, dostrzega dary miłości i to, czym ona powinna być w świecie?

Życzę wam spokoju i radości, ciepła, które możecie rozdawać dalej.
Siły do niesienia krzyża nie tylko swojego, ale też trochę cudzego. Nawet, jeśli ten ktoś, tak jak i ja, nie wierzy w krzyż. 
Jak zwykle, życzę wam świata, w który jednak, mimo wiedzy o tym, jaka jest ludzka natura, jakoś naiwnie wierzę. Myślę, że to może się przydać.
Wesołych:)



W moim domu mieszka ktoś
Niepotrzebny nikomu
Gdzieś z daleka, nie wiem skąd
Inność rodzi złość
W moim mieszka ktoś
Kogo każdy chce dotknąć
Tak niewielu rozumie gdy on
Ucieka tam
Gdzie nikt nie pyta
O to skąd jesteś, jak się nazywasz
Gdzie każdy z nas
Może poczuć się taki sam.
(...)
Ucieka tam, gdzie to nieważne
Jakiego koloru są nasze twarze
Gdzie możesz kochać kogo zechcesz
Jak mocno chcesz



P.S. To moja ukochana piosenka Myslovitz, choć, może nikt się tego nie spodziewał. Tworzona do filmu „Duże zwierzę, który polecam wszystkim. Bo jest wspaniałą metaforą, idealnym obrazem braku otwartości, strachu i tragedii, do jakiej to prowadzi. Może świąteczny seans z rodziną?  

40 komentarzy:

  1. Myślę, że Twój mąż i Mama patrzą może nieco przez pryzmat tego, co mogliby zrobić inni ludzie w kraju. Ale trzeba oddzielić zwykłą pomoc od tego jacy mogą być ludzie i co robią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inni ludzie w kraju, w jakim sensie?
      Och, oczywiste, ludzie mogą cię zranić, skrzywdzić, nawet zabić. Ale cóż, mimo to, wolę zakładać, że mają w sobie też i piękno dobra:)

      Usuń
  2. Brakuje takich ludzi jak Ty i Twoja mama. Takich pełnych empatii osób, które widzą w innych po prostu ludzi, bez względu na narodowość i te sprawy. Wiadomo, że czasem można się sparzyć, ale uważam, że to i tak lepiej niż być całkowicie nieczułym.
    Wesołych! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy z nas ma w sobie empatię, dobro, jakieś....człowieczeństwo. Tylko trzeba czasem pokonać swoje lęki czy nawet lenistwo i pozwolić im działać:) I pewnie, że można się sparzyć ale...wolę nieraz się sparzyć, niż całe życie tkwić w podejrzliwości. Zresztą, mówi się, że świat widzimy takim, jakimi jesteśmy sami :>

      Usuń
  3. Każdy się boi, tak naprawdę ludzie by chcieli pomóc ale obawiają się tego, co mogą dostać w zamian od tych ludzi z obcego kraju... ;/ póki co media pokazują ich ze złej strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy kij ma dwa końce. Ale doprawdy, ktokolwiek jeszcze wierzy, że media mówią prawdę?:P Jak już, to tylko jakąś jej wersję :P

      Usuń
    2. w sumie fakt racja.. ale znam takich co wierzą we wszystko co mówią media ;/

      Usuń
    3. I pewnie często wyłączają własne myślenie, co? Bo tak naprawdę, społeczeństwo nie uczy nas myśleć niestety.

      Usuń
  4. Wesołych i spokojnych świąt :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja bym chyba nie zaryzykowała. Skoro nawet bliskie osoby mogą nas skrzywdzić i oszukać, to co dopiero obce osoby? Jestem za tym aby pomagać innym ale najpierw swoim (tzn. sieroty, samotne matki, bezdomni). Uchodźcy to dla mnie oszuści. A pomagać można w bezpieczny sposób :)

    Wesołych Świąt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc skoro każdy może skrzywdzić, nawet ktoś, kogo znamy latami, to jaki jest sens w jakiejkolwiek ostrożności?:>
      I widzisz, ja nie dzielę ludzi na "swoich" i "obcych", widzę po prostu ludzi. Człowieka. Nie wiem, jak jeden może być bardziej wart pomocy, drugi mniej, jeśli cierpi. Właśnie w tym rzecz. Nie widzę podziałów. Widzę ludzi.
      I w jaki sposób są oszustami? To rozumiem, Polacy emigrujący przez 2 wojnę światową m.in. o Iranu też byli oszustami? Albo Żydzi zmierzający z Niemiec do USA po przejęciu władzy przez Hitlera, bo np.mieli swoje majątki, które jedna nie uchroniłby ich przed śmiercią? Jak oni oszukują? Udają, że mają wojnę z fanatykami z ISIS?

      Usuń
  6. Ja czasem mam bardzo dużą ochotę komuś pomóc. Pewnie też chciałabym ogrzać w domu i nakarmić biednych, ale gdyby stanęli w moim progu spanikowałabym i zamknęła drzwi. Później pewnie płakałabym dwa tygodnie że im nie pomogłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czasem warto po prostu przełamać ten strach choć...to nie jest łatwe, zwłaszcza, gdy pewne rzeczy przeżyliśmy albo gdy odczuwamy tą wielką presję społecznej paranoi.

      Usuń
    2. Ja chyba jednak wolę zachować ostrożność. Znając mojego pecha to tym potrzebującym odmówię, ale jak pomogę to komuś komu nie powinnam :/ Ja, w przeciwieństwie do Ciebie, mam pecha do ludzi :)

      Usuń
  7. Ja uważam,że każdy zasługuje na pomoc i szacunek. A to co on zrobi z tą pomocą to już jego "zmartwienie". Nieraz widziałam jak komuś dałam bułkę, a on ją wyrzucił. Albo wysupłałam jako nastolatka parę groszy i dostałam burę,bo za mało, a skoro ktoś jest bezdomny to mu się należy. Ale mnie to nie zraża. Źle bym się czuła gdybym komuś nie pomogła. Choć uczę się dopiero tego, że nie pomogę całemu światu. Jakoś mi z tym źle...
    Cenię ludzi, którzy są otwarci na pomoc innym, tak bezinteresownie.
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony to prawda, chociaż i my ponoć powinniśmy pomagać z głową, bo jakoś jesteśmy odpowiedzialni za dalsze efekty tego, co stało się z naszą pomocą ale...nie jesteśmy Kasandrami, żeby znać przyszłość. Fakt faktem, cenne są po prostu naturalne ludzkie odruchy, które nami kierują. I tak wydaje mi się, że świat choć przez chwilę, dla kogoś może być lepszy.
      I ja również:)

      Usuń
  8. Opowiem Ci historię dosłownie sprzed godziny. Stałam z koleżanką na rynku, podszedł do nas facet, marnie wyglądający, prosząc o pieniądze na jedzenie. Pieniędzy nie miałyśmy, ale dałam mu pół bułki, choć widać było, że średnio o jedzenie chodzi. Wziął. Z bułką w ręku podszedł do kolejnej osoby prosząc o drobne na jedzenie. I do kolejnej. Gdy zauważył, że mu ta bułka utrudnia wyłudzanie ciężko zarobionych grosików, wyrzucił.
    Nie, nie zniechęciło mnie to. Nadal będę dawać stare ubrania domom dziecka i mopsom, nadal będę zanosić koce do schronisk, nadal będę pożyczać na egzaminach długopisy kumplom z akademika. Ale cholera jasna, szanujmy to pieprzone jedzenie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieraz takie sytuacje się zdarzają, ile to ludzi, którzy mówią, że zbierają na jedzenie, a potem je wyrzucają, bo mają inny cel. Ale czasem trafimy na kogoś, kto jest naprawdę głodny i wtedy ten ludzki gest naprawdę przez chwilę pomaga w tym świecie, takie mam wrażenie.
      Inna sprawa, to też umieć jakoś pomagać z głową, ale tu granice są bardzo cienkie.
      I cóż, jak człowiek nie szanuje samego siebie...to gdzie szukać szacunku do jedzenia?

      Usuń
  9. dysonans kulturowy wymaga ogromnych chęci asymilowania sie którego podobno brakuje komuś kto uważa że ma monopol na racje a za punkt ambicji wybiera sobie zmianę świata wg własnej wizji.... wiem że prawda leży gdzieś po środku ale ryzyko ogromne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiele osób ma tą chęć. Także...nie można mierzyć wszystkich jedną miarą, co to to nie.

      Usuń
  10. Głupio to zabrzmi zapewne, ale już dawno naszła mnie myśl, że im dłużej Cię czytam tym bardziej... mam ochotę zaprosić Cię na kawę, pogadać o życiu. Jednak nie po to, by mówić, ale po to, by słychać. Nie zdarzyło mi się jeszcze mówić czegoś podobnego.
    Rzecz w tym, że ja sobie myślę, że takich ludzi jak Ty jest niewielu. Tak otwartych, oddanych. Sprawie, życiu, ludziom. Takich pełnych wiary. W dobro, w świat, całościowo. A tacy ludzie są nam potrzebni, bo żyjemy w bardzo smutnym i nieczułym społeczeństwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo miłe i...może kiedyś się uda?:) Z tym, że często wyobrażenie o człowieku rozbija się bardzo o rzeczywistość i mogłoby to być pewne rozczarowanie. Aczkolwiek, piszę właśnie o tym, w co wierzę. Więc może, może...:)

      Usuń
  11. Cudowna notka, tak wiele prawdy w niej zawarłaś, że aż nie wiem od czego zacząć komentowanie. Ty chyba nie jesteś lekkomyślna tylko super odważna :) A do tego masz niesamowity dar obserwowania świata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też pewna lekkomyślność, ale chyba to nie szkodzi:) I cóż, dziękuję za miłe słowa:)

      Usuń
  12. Lżej mi jakoś na duszy,jak to czytam, choć śpieszę się, bo zaraz lecę pomóc mamie zrobić obiad ^^
    Mogłabym się tu rozpisywać na temat tego, co czuję, widząc wszystkich ludzi stojących pod kościołem w święta, mogłabym rozpisywać się o tym, że zastanawiam się coraz częściej co ja tam robię, że coraz mocniej uświadamiam sobie, że wierzę jednak inaczej. Ale będę o tym pewnie pisać u siebie na dniach, bo parę rzeczy nie daje mi spokoju. Poszukiwania nie dają mi spać po nocach, mimo zmęczenia.
    Ale właśnie najpiękniejsze jest to, że mimo pewnych wątpliwości i Ty i ja możemy spojrzeć w lustra w swoich domach. I nie czuć obrzydzenia, nie czuć strachu, nie czuć złości. A to chyba oznacza, że nie ma w nas aż tyle zła, że mogłoby ono przerazić. Bo ślepe przecież też nie jesteśmy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No patrz:) To dobrze:)
      Czyli po prostu....coraz bardziej jakby razi cię pewna hipokryzja?
      I czekam w takim razie na więcej tych myśli:)
      Otóż to. Najlepsze jest to, że można właśnie...być człowiekiem bez wstydu:)

      Usuń
  13. wydaje mi się, że tak naprawdę nie wiele osób, które są przeciw przyjmowaniu uchodźców potrafiłoby bez wyrzutów sumienia przegnać takie osoby z progu własnego domu, gdyby taka sytuacja realnie się wydarzyła, przynajmniej chce w to wierzyć
    inna sprawa, że trzeba umieć pomagać, nie zawsze dobre serce jest najlepszą pomocą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem...tamci uchodźcy zdązyli przejść całe małe miasteczko.
      Jasne, trzeba też pomagać rozsądnie. To musi iść w parze z pewnymi odruchami serca.

      Usuń
  14. W te święta zmarł ksiądz Kaczkowski, genialny człowiek... mówił, ze bycie tylko przyzwoitym to za mało. Odbebnianie obowiązków to nic szlachetnego. I mówił, ze niewierzący czasem sa lepsi od katolików pod tym względem, bo nie ma w nich tej obłudy. Przecież też widziałam te kolejki nawet nie przed, a w kościele. Tydzień temu na mszy było może 20 osób. W katedrze 220-tysięcznego miasta. I wiesz, ja strasznie nie chcę być taka obludna.
    Mam wrażenie, ze kiedy prawie skończyłam swoje leczenie, czas, bym zajęła się innymi. Robiłam to wcześniej, ale z przerwami na własne problemy, ale i tak w szpitalu robiłam za niańkę i pielęgniarkę, bo przecież bycie bierną pacjentka to za mało. Teraz widzę, ze może czasem jestem oschla, ale muszę taka być, żeby trzymać w ryzach innych. Żeby nie zwariować, gdy inni wariują.
    Staram się nieść pomoc, ale nie lubię zmuszać do niej ludzi potrzebujących jej. Bo może tylko mi się wydaje? Nie znam ich historii przecież tak naprawdę. Nie daje drobnych ani bulek - daje adres do stołówki mojego wolontariatu. Nie zaprowadze za rączkę, skorzysta kto naprawdę chce.
    W każdym razie... chyba chodzi o to, by nawet nie nie być biernym. To za mało czasem - trzeba być aktywnym. Bez nobilitowania się i jarania jakim to się jest superczlowiekiem. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i kurczaki - to jest naprawdę pyszna uczta.

    Żeby nie było tak poważnie, to powiem ze aloes jest fajny i polecam wszystkim :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I też mi nie o odbębnianie chodzi. Tylko choćby o takie proste...bycie człowiekiem. Nawet nie dobrym, bo jak dla mnie nie ma dobrych ludzi. Każdy z nas ma różne aspekty swojej natury i w ogóle nazwanie siebie, przekonanie, że jest się dobrym człowiekiem bywa cholernie niebezpieczne, bo człowiek przestaje być jakoś...czujny.
      I cóż, wiara a WIARA to po prostu wielka różnica. Ale w moim mniemaniu też żadna religia nie jest potrzebna do bycia po prostu człowiekiem, zresztą fajnie na dniach o tym mówił sam papież Franicszek:)
      I właśnie, to też nasz egoizm. Mało kto przyzna, że pomagając innym...pomagamy przede wszystkim sobie. Karmimy swoje ego albo zapominamy o swoich problemach.
      A pewnie, że pyszna:)

      Chcesz sadzonkę?:D

      Usuń
  15. Ostatnio gdzieś mignął mi cytat obecnego papieża Franciszka, który powiedział, że "nie trzeba być wierzącym, żeby być dobrym człowiekiem". Bo prawdą jest, że w imię religii na świecie również wyrządzono i wyrządza się wciąż wiele zła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widziałam, go, widziałam:)
      Bo to prawda, religia tak naprawdę niewiele wyznacza:)

      Usuń
  16. Myślę, że dziś ten film zobaczę. Dziękuję za polecenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co. Mam nadzieję, że film przemówił jakoś:)

      Usuń
  17. Dobra z Ciebie dziewczyna, Friedo.
    Być może sama nie wiesz jeszcze, jak bardzo.
    Twoje teksty, są pełne ciepła, tej wszechobecnej miłości, prawdziwej, nie tej udawanej. :)
    Chyba ośmielę sie napisać, że wracam do żywych, po ciemnych dniach, pełnych strachu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy dobra, bo jednoznacznie dobrych ludzi to nie ma. A jak człowiek zacznie się za dobrego uważać, to przestanie w ogóle być ostrożny jakoś.
      Ale cieszę się, że ze słów bije jakaś dobra energia:)
      I cieszę się:)

      Usuń
  18. Sama nie wiem, czy mogłabym siebie nazwać dobrym człowiekiem... i chyba się na to nie odważę, wydaje mi się, że jestem zbyt egocentryczna...
    Ale jedno mamy podobne na pewno, też uczciwie mogę sobie przyznać, że zawsze najpierw widzę człowieka w człowieku. I podobnie jak ty, nawet jak się na kogoś powkurwiam, to ostatecznie najczęściej robi mi się go szkoda.

    Też nie wierzę w krzyż, zmartwychwstanie i zbawienie. Ale od świąt się zupełnie nie odcinam, poniekąd są moje, hmm, kulturowo. Także nawiązując do tradycji pogańskich :) Dla mnie to właśnie moment zwolnienia, jedna z okazji, by pobyć na dłużej z rodziną, odkąd studiuję zwłaszcza, święto wiosny, czczenie życia w lesie, jakieś odrodzenie. Tak, w odrodzenie wierzę :) Ono zresztą dokonuje się w nas myślę kilkukrotnie w czasie naszego życia, przynajmniej u tych, którzy są jakoś otwarci na to. Zresztą sama wiosna jest odrodzeniem, przebudzeniem.

    I przyznam się, że na dyngusa trochę pochlapałam domowników xD Tak odrobinę, z kubeczka, ale do dzisiaj bawi mnie jak dziecko ten moment, kiedy ktoś się zorientuje, że mam zamiar go oblać :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, nie ma jednoznacznie dobrych ludzi i wszyscy jesteśmy egocentryczni. Rzecz w tym, że mamy w sobie pewne "ludzkie odruchy" i pytanie, czy się ich boimy...czy dobrą energię z nich płynącą posyłamy w świat:)
      I to już jest sporo jak dla mnie:)
      Więc mam nadzieję, że święta ci się udały, o:)
      Po prostu, została ci dziecięca radość?:D

      Usuń
    2. A to się zgodzę :) Niee, w sumie to nie powiedziałabym, że boję się tych odruchów. Właśnie dość często się nimi kieruję.

      Ano były udane. Bardzo przyjemne, beztroskie.. :)
      Taak :D Właśnie przez te święta bardzo uaktywniła mi się ta dziecięca radość, kiedy biegałam po lesie na przykład. No po prostu dziecko szczęścia xD

      Usuń