środa, 2 marca 2016

O pewnym śnie na początku marca, czyli list o tym, że nie ma powrotu do tego, co było, więc musimy żyć.


Marzec zaczął się śniegiem, jakby obietnica wiosny, zawarta w ostatnich dniach lutego przestała obowiązywać cały ten świat, jakby wszystko, co było, stało się nieważne. Wszystkie postanowienia i zaklęcia. Chęć odrodzenia.
Postanowiłam tego poranka, że śnieg i śmierć będą tylko ułudą.

Marzec zaczął się wspaniałym dniem spędzonym z moim Mężem, dniem pełnym wina, śpiewu i miłości. Spacerowanie razem po topniejącym śniegu, spacerowanie razem po drewnianej, świeżo umytej podłodze. Zasłonięte okna i nagość, nasza nagość, która na nowo utrwalamy w swoich sercach. Wymieszany pot i ślina, śmiech i kilka łez wzruszenia.
Tak bardzo potrzebowaliśmy tego dnia, zresztą, tobie właśnie przecież o tym mówiłam w snach, że taki dzień, tylko dla nas jest nam potrzebny.
Jednak nie byliśmy tylko samo, bo z tyłu głowy znów miałam zmartwienie.

Wiesz, zauważyłam pewną prawidłowość, zawsze, gdy nasza miłość ma rozkwitać, gdy planujemy pewne rzeczy, inne się walą. A ja z tyłu głowy mam zmartwienie, które choć wyciszone, gdzieś brzęczy, szumi, jak niewyłączony z prądu głośnik.
Ale to nic. Miały być dwa dni tylko dla nas, będzie jeden. On to rozumie. Zresztą wiesz, że mimo iż udaje, mój Mąż jest taki. Choć nieraz w przypływach żalu mówi mi, że poświęcam nie tylko siebie, poświęcam trochę nas. Ale nasza miłość jest na tyle silna, że wystarczy. Damy sobie z tym radę.
Może moja miłość jest na tyle silna, że sobie z tym poradzę.

Marzec zaczął się więc dobrze. Zaczął się śniegiem ale i kwitnieniem przebiśniegów. Zaczął się śmiechem i radością naszej miłości i pewnym bólem, że być może, niepotrzebnie, znów kogoś doprowadziło się do cierpienia.
Całkiem niepotrzebnie. Strach, że rozgrzebało się rany, które przecież i tak nie były czyste.
Wiem, powiesz mi, że tak by przecież przyszła pora...ale nie powinnam się mieszać. Może znów, nie powinnam się mieszać.
Czasem zastanawiam się, że nie powinnam splatać żyć. Tylko że tutaj jestem przede wszystkim jak żyjąca, tętniąca nić łącząca cudze z tą zmarłą. Bo w pewien sposób, z wielu osób, które mają dostęp do twojej realnej twarzy, namacalnej w pamięci, tylko ja zdecydowałam się dawać ją tym, którzy nie widzieli jej nigdy na własne oczy. Tylko ja. Ponoszę więc cenę, mieszam się, choć nawet niektórym to bardzo nie w smak.

Marzec zaczął się więc pięknem, spokojem i miłością.
Mimo, że zaczął się też snem o tobie.

I wiesz, to nic dziwnego, nic nowego, że mi się śniłeś. Przecież tyle razy rozmawiamy w snach, po prostu siedzimy w jednym z naszych miejsc i opowiadam ci, co u mnie, ty mówisz mi o kolejnych fantastycznych rzeczach, naprowadzasz mnie na nie w moim życiu.
Ale ten sen był inny. Ten obudził tęsknotę. Bo w tym śnie wiedziałam, jak w innych, że umarłeś- ale ożyłeś. Spotkałam cię przypadkiem, latem, nad jeziorem. Poznałam cię od razu.
Nie chciałeś, żeby tak się stało. Ale nie mogłeś nie przyjść do pewnych miejsc, bo przecież nawet martwe kości ciągnie tam, skąd pochodzą.

Zmartwychwstałeś. We śnie byłeś zmartwychwstały, jak kruk, przywrócony do życia. Przywrócony przez miłość, bo jak mówiłeś mi, wróciłeś dlatego, żeby móc ją poznać, żeby móc ją kochać. Tą, dla której było tyle miłości, ale tak mało życia przez twoje chore serce, tak mało życia, że nie starczyło wam na zwykły dotyk, spojrzenie w oczy, szept. To przywołało cię do życia, ta tęsknota za twoją drobną blondynką, której włosy chciałeś przeczesać palcami.
To przywróciło cię do życia, ale nikomu nie pokazałeś się na oczy. Nie chciałeś burzyć spokoju, który odzyskujemy powoli po twojej śmierci. Wędrowałeś więc przez świat, żyjąc to tu, to tam, skarżyłeś mi się tylko na to, jak ciężko żyje się bez papierów.
Zmartwychwstałeś, byłeś taki sam jak za życia, tylko twoja ciemna skóra była tak cholernie blada. Jakbyś za długo przebywał w miejscu, w którym nie ma słońca. Tylko to było niekompletne.
Wstałeś więc ze zmarłych, ale nie wróciłeś do swojego życia, bo jak sam powiedziałeś, do tego życia nie ma powrotu.
Rozumiałam to. Wielu może się dziwić, ale rozumiałam to. Obiecałam ci, że chociaż cię spotkałam, nie powiem o tobie nikomu. Nawet tej, której miłość cię przywołała do życia. Nawet tej, z którą najbardziej tęsknisz w tej dziwnej historii miłosnej bez żadnego spełnienia. Obiecałam, że nie powiem nikomu o twojej jasnej skórze i oczach, smutniejszych niż przed listopadem, ale mimo to skrzących się życiem. Czarnych ale mimo to pełnych światła.
Rozumiałam cię, Króliku. Nawet we śnie. Do tego, co było, nie ma powrotu.
Zmarłych nie wykopuje się spod ziemi. Nie rzuca się martwych kości, spiłowanych śmiercią na ziemię, pytając los, co dalej.
Siedzieliśmy więc tylko na pomoście nad jeziorem, słońce grzało nasze ciała. Ciepły wiatr owiewał uśmiechnięte jakoś smutno, melancholijnie twarze. Twoje włosy spadały na nasze twarze, bo urosły od ostatniego razu. Nawet te wygolone boki poodrastały.
Położyliśmy się na ciepłych deskach. Wreszcie, objęci zasnęliśmy. Z jakimś spokojem.

Obudziłam się ze smutkiem, który jednak szybko, gdy tylko ujrzałam śnieg, przybrał barwę ciepłej, dobrej mimo wszystko melancholii. Obudziłam się z tęsknotą za tobą, Króliku, ale jednocześnie znów zatęskniłam za życiem. Za początkiem. Za wiosną.

Zatęskniłam za ponownym narodzeniem wiosennych jagniąt. Rzuciłam się w wir miłości, wir życia. Byłbyś ze mnie dumny. Z nas. Z tego, jak pięknie posprzątaliśmy mieszkanie. Z tego, jak przycięłam korzenie umierającym roślinom, bo nadal o nie walczę. Byłbyś dumny z naszego życia, może trochę zazdroszcząc jak raz powiedziałeś.
Byłbyś dumny, że mimo tego wszystkiego, co na mnie spadło, żyję i jestem szczęśliwa. Mimo pewnych momentów tak trudnych, że moje serce zamiera, jestem tak cholernie szczęśliwa. Jestem zakochana, znów, na wiosnę zakochuję się jak nastolatka.
Być może, byłbyś dumny, że z chęcią wstaję do pracy, cieszę się prawie każdym dniem, choć w zeszłym roku, zimą, nieraz miałam wrażenie, że nie wstanę z łóżka.
Byłbyś ze mnie dumny, bo zaakceptowałam to, że nie ma powrotu do tego, co było.
Nie ma powrotu do tego, żebyś żył.
A sny o tobie już nie bolą tak bardzo. Nawet takie, jak ten marcowy, ten pierwszy.

Byłbyś ze mnie dumny, być może, bo żyję, kocham i śmieję się w głos. Dumny z tego, że twoja śmierć, mimo że mnie zmieniła, uczyniła mnie silniejszą.

Widzisz, Króliku- po prostu nie zmarnowałam tego, że umarłeś.
Mam szacunek do twojego życia, do twojej śmierci. Tego, co zostawiłeś.

Mam szacunek, wiem, że mógłbyś być ze mnie dumny. Ale, jednocześnie popełniam pewne błędy. Za te pewnie byłbyś zły.
Bo może niepotrzebnie zbyt martwię się o innych. Niepotrzebnie nieraz przywołuję twój obraz tym, którzy jeszcze nie zaakceptowali powrotu do tego, czego przecież już nie ma. Mówię pewne rzeczy, zwłaszcza, gdy jestem pijana tym, którzy nie są na to gotowi.
Bo to, że ja jestem, niewiele zmienia.
Wiesz, może niepotrzebnie dałam jej tą książkę, tą, w której znajdowałam ciebie nawet w momencie, gdy żyłeś, która stała się pewnym proroctwem tego wszystkiego, co się stało. Może niepotrzebnie to ja, jedną wycieczką, pewnym miejscem, wylewaniem pewnych słów i tą cholerną książką rozdrapałam ranę. Boję się, że może to nie był dobry pomysł, kolejny etap, już teraz.
Bo ja swoje przeszłam. Ja szybko się zbieram.
I wiem, wiem Króliku, zawsze mi powtarzałeś, że tak trudno wyłapać mi dobrą perspektywę, bo jestem cholernie silna i szybko kopię się w tyłek.

Nie pływam w nicości, nie wylewam łez godzinami, bo sama się na siebie denerwuję. Akceptuję pewne rzeczy, które innym przychodzą trudniej, wiem.
Popełniam więc grzechy wobec tych, których kocham, bo chcę dobrze. Czy możesz mi to Króliku wybaczyć? Czy oni, kiedy to zrozumieją, też będą potrafili?
Ale może to nie ma znaczenia.

Wraz z marcem przyszło pobudzenie przemieszane ze spokojem. Przyszła miłość, która rodzi się na nowo pomiędzy mną a Mężem mimo zeszłorocznych ran. Wraz z marcem przyszły sny o tobie i ta jedna, cholerna myśl, która mówi, tak jak w pewien sposób ty mówiłeś w kolejnym śnie- nie chcę, żeby moja śmierć poszła na marne.
Nikt by nie chciał, prawda, Króliku?

To jak w tej książce, którą dałam jej do czytania. Główna bohaterka przecież, mimo śmierci mężczyzny, którego pokochała, tak zmieniła swoje życie. Jeszcze, gdy żył, podjęła pewne decyzje. A po jego śmierci nie zmarnowała swojego życia- jakby jego śmierć i miłość miały być przez to zaprzepaszczone.
Bo czy właśnie ta nie jest, Króliczku?

Śmierć to część życia, nie jego przeciwieństwo. Sama jeszcze głębiej do tego doszłam, towarzysząc przy tak wielu odejściach. Sama to poczułam, obmywając ciepłe jeszcze ciała, mając do nich tak wiele szacunku.
Śmierć to tylko część życia, w którym dalej toczy się miłość. Ta nie umiera. I skoro ty nie możesz kochać, skoro nie ma powrotu do tego, jak kochałeś, nie można twojej śmierci, części naszego życia, oddać walkowerem, oddać na marne.
Byłbyś cholernie nieszczęśliwy, gdybyś wiedział o pewnych rzeczach. O ranach, jakie zadała twoja śmierć, o ranach, jakie ludzie zadają sobie przez nią nawet fizycznie. Byłbyś cholernie zdziwiony i smutny, wiedząc, że przez twoją śmierć niektórzy nie wstają z łóżka, zamiast działać, działać tak, jak napisałeś do nich w swoich listach. Wiem, jak bardzo by cię to zasmuciło, bo nie chciałeś, by ktokolwiek po tobie płakał. Chciałeś, byśmy cię pamiętali, ale dalej tworzyli swoją opowieść.

Wiem, że wolałbyś być dla wielu iskrą, która sprawia, że życie wywraca się do góry nogami. Sprawić, że twoja śmierć pobudza do działania, tworzenia wierszy ale i podróży, działania, dorastania. Wiem, że wolałbyś być iskrą, która nie tylko wzbudzi chwilowy pożar, sprawi, że ktoś nagle zapisze się na jogę albo przeprowadzi się w inne miejsce, a potem wróci do dawnych nawyków. Wiem, że nie o to by ci chodziło.
Wolałbyś rozpalić spokojny, ciepły płomień pewnych zmian.
Czy to jest możliwe. Króliczku? Czy ludzie naprawdę się zmieniają, czy potrafią przez cierpienie i tęsknotę za tobą wyjść ze swoich jaskiń, czy tak naprawdę zagrzebują się w nich coraz bardziej?
Zaczynam się bać, Króliku, że pewne rzeczy są chwilowe, a to, co się nieraz zmienia, nie jest tym, co od razu widzimy.
W zwierciadle niejasno. Może muszę poczekać naprawdę, na wiosenne słońce i rozwiać swoje lęki o obawy o niektórych. Bo o siebie się nie boję. Wiesz to zresztą najlepiej, że sobie radzę. Mimo chwilowych załamań, upadków na kolana.
Przecież upadam często, ale nawet złamana kość goi się u mnie jak u psa, czy nie tak, czy nie tak mówiliśmy wręcz żartobliwie?

Może powinnam skupić się na sobie. Na tym, że nie marnuję twojej śmierci, a zmiany, które mi przyniosła, choć trudne, nie przerażają mnie ani trochę. Twoja miłość i jej utrata, tak wcześnie, sprawiły bowiem, że się zmieniłam. Nie tylko stałam się silniejsza, ale i mam więcej czułości, co wykorzystuję w pracy, co wykorzystuję w życiu. Czułości, której się nie wstydzę. Może, dzięki tobie, choć troszeczkę zmienię świat?
Rozpaliłeś we mnie płomień Króliku, ten ciepły, wspaniały płomień, tak samo wspaniały, jak letnie słońce, w którym grzaliśmy się we śnie. Rozpaliłeś we mnie płonień, a twoja śmierć go nie zgasiła, wręcz przeciwnie. Sprawia, że tym nieniszczącym ogniem zajęły się nowe obszary mnie. I wiesz, jest mi z tym dobrze.
Po raz kolejny powiem, że cholernie się cieszę, że spotkaliśmy się w takim a nie innym momencie życia. Żałuję, że straciłam cię tak wcześnie, ale do tego, co było, nie ma przecież powrotu. Niemożliwe żebyś mógł wrócić do naszych żyć cały i zdrowy, choć z jaśniejszą skórą. Takie rzeczy dzieją się tylko w snach i bajkach.
A może, nawet gdy byliśmy we śnie, miałeś rację. Tak czy tak, nie mógłbyś wrócić. Nie powinniśmy nawet tego chcieć. Bo nie ma powrotu do tamtego życia, tamtej miłości.
Nie ma powrotu do dawnego siebie.

To wszystko nas dotknęło, każdego inaczej, każdego po swojemu. Każdy ma swoją pustkę, ale ma i swoją zmianę i swoje życie.
Na co więc nieraz czekać?
Na to aż ożyjesz? Aż ból sam przejdzie? Na to, aż nagle znikąd pojawi się chęć wyjścia i oddychania do samych szczytów i wierzchołków płuc?
Na co niby czekać?

Nie wolno czekać, tylko trzeba żyć.

Nie dawać się zgnieść śmierci za życia, bo póki co tylko ta nas dotyczy.
Mimo bólu, który jest przecież częścią życia, mimo twojej śmierci trzeba odważnie wstawać codziennie z łóżka, nie zwijać się w kłębek płacząc.
Wiem to doskonale. Wiem, że byłbyś ze mnie dumny.

Tak, tęsknię za tobą. Ale nie ma powrotu do tamtego życia.
Nie czekam więc, tylko żyję.
Oddycham głęboko nowym marcem, każdym nowym dniem, każdym nowym obliczem miłości, które odsłania się w każdym nowym spojrzeniu.
Nie marnuję tęsknoty za tobą Króliku, nie marnuję twojej śmierci i tego, co mi przyniosła.
Nie marnuję tego- myślę, że to najpiękniejsze, co mogę ci dać.
Myślę, że tylko tak mogę wyrazić, jak bardzo cię kocham.





Wiem, że to nie jest łatwe
Być zdanym na samego siebie
Dlaczego mnie zostawiłeś?
W sumie tak naprawdę nie wiem.
I po co czekać na kolejny dzień
kiedy on nic nie zmieni?

Mamo, nie będę czekać,
Jakoś się przecież trzymam.


23 komentarze:

  1. Aż nie wiadomo co napisać.
    Nie chciałabym by ta śmierć poszła na marne, tak jak napisałaś i chyba nie poszła. W tym bólu poznaliśmy siebie nawzajem, odnaleźliśmy nowe duszyczki, które okazały się być tak bliskie. Więc może chociaż taki plus tego wszystkiego. Dziękuję Króliku, za ludzi, których dzięki Twojej osobie poznałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tak naprawdę...natura nie znosi próżni i nic nigdy na marne nie idzie. Ale kwestia nieraz, co chcemy dostrzegać i na którą stronę przeciągnąć samego siebie, nawet, jeśli działy się pozornie złe rzeczy. Pozornie...bo mimo wszystko nam coś dały. Jak właśnie choćby, nowych ludzi na naszej drodze:)

      Usuń
    2. Ja właśnie staram się zawsze i w każdej sytuacji dostrzegać to co dobre. Bo wierzę, że każde zdarzenie niesie za sobą coś dobrego.

      Usuń
  2. On na pewno jest szczęśliwy, że sobie radzisz i nie pogrążasz się w czarnej chmurze smutku. Że odganiasz od siebie złe myśli, bierzesz się w garść i jesteś silna, tak, jak był kiedyś on. I że dajesz siłę innym, również tym, którym on ją dawał.
    A tak teraz pół żartem to przez połowę postu myślałam, że jednak o swoim mężu piszesz :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy daję, wiem, że mogę się cieszyć, że mimo wszystko ogarniam, a nawet więcej, aż za często śmieje mi się morda:)
      Wiesz, ja piszę nieraz tak zawile, w dużej mierze dla siebie więc...bardzo mnie to nie zdziwiło XD

      Usuń
  3. Ale pięknie napisane... Żadna nie śmierć nie powinna iść na marne, a nauczyć czegoś tych co zostali....
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) W życiu w ogóle nic nie powinno iść na marne, ale kwestia, co chcemy nieraz zobaczyć:)

      Usuń
  4. Co to za książka?
    Tęsknota ma wiele twarzy i niekoniecznie polega na beznadziejnym pragnieniu do powrotu. Czasem tęsknota łączy, buduje... ostatecznie liczy się jednak miłość i zmiany, które wywołuje:) bo najczęściej miłość zmienia nas w ten sposób, że kochamy bardziej, jak sama zauważasz... i wtedy nie ma nic zmarnowanego. To naprawdę bardzo pocieszające :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 40 zasad miłości Elif Safak. Ale zasadniczo, tym tekstem, zrobiłam największego spoilera treści, jakiego mogłam zrobić.
      Otóż to, bo w życiu nawet tęsknota jest nieuchronna i trzeba się z nią pogodzić i jak z każdej rzeczy chyba, wyciągnąć z niej jak najwięcej dobrych rzeczy. I nic w przyrodzie nie ginie, no nie?:)

      Usuń
  5. Ładnie musieliście wyglądać w tym śnie. Na tym pomoście, w słońcu ^^
    Dobrze sobie radzisz i cieszę się, że jesteś szczęśliwa, po prostu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i ładnie, nie wiem. Dla mnie sam sen był w gruncie rzeczy dobry:)
      Cieszę się zatem:)I dziękuję:)

      Usuń
    2. Po prostu to sobie zwizualizowałam. W mojej wyobraźni ładnie XD

      Usuń
  6. Hm... A ja nigdy bym nie zakładała, że miłość jest tak silna, że mogę ją poświęcać. Szczególnie jeśli potrzeba bycia ze sobą przez te dwa dni jest duża. Bo o związek trzeba dbać, co z pewnością wiesz. Jak mało jest takich dni to on nie jest taki piękny jak mógłby być. Dla mnie małżeństwo to coś co trzeba głównie pielęgnować, bo wtedy właśnie poboczne problemy można łatwiej rozwiązywać, znosić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poświęcać widzisz, może złe słowo. Mój mąż po prostu pokochał mnie taką jaką jestem, przejmującą się cudzymi problemami, nieraz aż przesadnie. Tą, która przygarniała wszystkie bezdomne psy. Wie po prostu, że nieraz muszę coś wpleść w nasze życie i...nie przeszkadza mu to. Czasem tylko trochę. Bo wie, jaka jestem. Innej by mnie nie kochał. A ja już przez lata nauczyłam się balansować pomiędzy pewnymi swoimi działaniami i jakoś, nasz związek tyle lat się trzyma i ma się jak najlepiej XD

      Usuń
    2. Pokochał, naturalne. Widocznie źle zrozumiałam, że nie ma się najlepiej skoro potrzebujecie dnia dla siebie i jakoś budowania tego. Skojarzyłam to z masą pracy, problemów, gdzie dbałość o siebie jest mała. Bo można się przejmować itp. jak piszesz nie zapominając o związku. Ale chyba nie rozumiem Twoich postów, źle je interpretuje ;p

      Usuń
  7. Tak, właśnie - ludzie nie potrafią po prostu żyć. I to jedna z kilku trudnych sztuk.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak mi napisałaś o tym śnie, to coś mnie ścisnęło w środku. Mimo, że nie odpisywałam prędko, bo byłam zalatana, to moje myśli były wtedy cały czas przy Tobie. Ale czułam, że było w nim wiele dobra. Nie mogło być inaczej. I wiesz, nawet przez moment Ci pozazdrościłam trochę, bo mi nie śnił się już baaardzo długo, a lubiłam te tak bardzo dosłowne czasem i realistyczne sny. Tym bardziej, że w rzeczywistości nie zdążyłam Go przytulić. A w snach bardzo często.
    I wiesz... ja byłam pewna, nadal jestem, że Ty byś tej tęsknoty, tej nauki z tej śmierci i tego rozrywającego serce czasem smutku nie zmarnowała. Kto, jak kto, ale nie Ty. Bo masz serce pełne Jego miłości, miłości, która po prostu nie umrze. I dobrze, że o tym piszesz. Dobrze, że mówisz o tym głośno, bo uświadamiasz w ten sposób wiele rzeczy innym. Także mi. Aż mnie naszła ochota na napisanie takiego listu. Może pomógłby uporządkować parę szarpiących się myśli.

    OdpowiedzUsuń
  9. Silna z Ciebie kobietka Frido, ale to już Ci nie raz pisałam :).
    Wiesz, jak już raz przeczytałam sam tytuł, za chwilę drugi raz i jak już go tak sobie przeczytałam to jakoś tak pomógł trochę. Kolejna mała rzecz, która 'otwiera oczy'.
    I wezmę z Ciebie przykład, i ja zacznę głęboko oddychać marcem.

    OdpowiedzUsuń
  10. A czy to nie jest najpiękniejsze? Że coś się zaczęło dziać, akcja-reakcja a po wypaleniu się jednego płomyka, ogień dalej płonie? :)

    OdpowiedzUsuń
  11. A mi śniło się ostatnio, że zabrakło dla mnie biletów na Pyrkon. I Hitler z czarno-białego zdjęcia.
    Więc żyjmy. Chociaż życie to w większości czekanie na coś.

    OdpowiedzUsuń
  12. Po odejściu Królika... chyba każdy z nas wyniósł lekcję, że trzeba żyć z całych sił i ile się da, bo nie wiadomo ile czasu tak naprawdę nam zostało.

    OdpowiedzUsuń
  13. Każdy koniec jest przecież... jakimś początkiem...
    Przepraszam Cię, ale ja po prostu nie wiem co mam tutaj napisać. Posiedzę tu w ciszy i popłaczę jeszcze chwilę.

    OdpowiedzUsuń
  14. "Trzeba żyć - jest później, niż się wydaje", tak mi się skojarzyło. Frido, dla mnie wraz z Asikiem jesteście dwiema iskrami w blogosferze. Obie rozpalacie dobre myśli, jesteście zawsze pełne wiary i obie odznaczacie się takimi cechami, które sprawiają, że nie da się Was nie lubić ;).

    OdpowiedzUsuń