Marzec zaczął się śniegiem, jakby
obietnica wiosny, zawarta w ostatnich dniach lutego przestała
obowiązywać cały ten świat, jakby wszystko, co było, stało się
nieważne. Wszystkie postanowienia i zaklęcia. Chęć odrodzenia.
Postanowiłam tego poranka, że śnieg
i śmierć będą tylko ułudą.
Marzec zaczął się wspaniałym dniem
spędzonym z moim Mężem, dniem pełnym wina, śpiewu i miłości.
Spacerowanie razem po topniejącym śniegu, spacerowanie razem po
drewnianej, świeżo umytej podłodze. Zasłonięte okna i nagość,
nasza nagość, która na nowo utrwalamy w swoich sercach. Wymieszany
pot i ślina, śmiech i kilka łez wzruszenia.
Tak bardzo potrzebowaliśmy tego dnia,
zresztą, tobie właśnie przecież o tym mówiłam w snach, że taki
dzień, tylko dla nas jest nam potrzebny.
Jednak nie byliśmy tylko samo, bo z
tyłu głowy znów miałam zmartwienie.
Wiesz, zauważyłam pewną
prawidłowość, zawsze, gdy nasza miłość ma rozkwitać, gdy
planujemy pewne rzeczy, inne się walą. A ja z tyłu głowy mam
zmartwienie, które choć wyciszone, gdzieś brzęczy, szumi, jak
niewyłączony z prądu głośnik.
Ale to nic. Miały być dwa dni tylko
dla nas, będzie jeden. On to rozumie. Zresztą wiesz, że mimo iż
udaje, mój Mąż jest taki. Choć nieraz w przypływach żalu mówi
mi, że poświęcam nie tylko siebie, poświęcam trochę nas. Ale
nasza miłość jest na tyle silna, że wystarczy. Damy sobie z tym
radę.
Może moja miłość jest na tyle
silna, że sobie z tym poradzę.
Marzec zaczął się więc dobrze.
Zaczął się śniegiem ale i kwitnieniem przebiśniegów. Zaczął
się śmiechem i radością naszej miłości i pewnym bólem, że być
może, niepotrzebnie, znów kogoś doprowadziło się do cierpienia.
Całkiem niepotrzebnie. Strach, że
rozgrzebało się rany, które przecież i tak nie były czyste.
Wiem, powiesz mi, że tak by przecież
przyszła pora...ale nie powinnam się mieszać. Może znów, nie
powinnam się mieszać.
Czasem zastanawiam się, że nie
powinnam splatać żyć. Tylko że tutaj jestem przede wszystkim jak
żyjąca, tętniąca nić łącząca cudze z tą zmarłą. Bo w
pewien sposób, z wielu osób, które mają dostęp do twojej realnej
twarzy, namacalnej w pamięci, tylko ja zdecydowałam się dawać ją
tym, którzy nie widzieli jej nigdy na własne oczy. Tylko ja.
Ponoszę więc cenę, mieszam się, choć nawet niektórym to bardzo
nie w smak.
Marzec zaczął się więc pięknem,
spokojem i miłością.
Mimo, że zaczął się też snem o
tobie.
I wiesz, to nic dziwnego, nic nowego,
że mi się śniłeś. Przecież tyle razy rozmawiamy w snach, po
prostu siedzimy w jednym z naszych miejsc i opowiadam ci, co u mnie,
ty mówisz mi o kolejnych fantastycznych rzeczach, naprowadzasz mnie
na nie w moim życiu.
Ale ten sen był inny. Ten obudził
tęsknotę. Bo w tym śnie wiedziałam, jak w innych, że umarłeś-
ale ożyłeś. Spotkałam cię przypadkiem, latem, nad jeziorem.
Poznałam cię od razu.
Nie chciałeś, żeby tak się stało.
Ale nie mogłeś nie przyjść do pewnych miejsc, bo przecież nawet
martwe kości ciągnie tam, skąd pochodzą.
Zmartwychwstałeś. We śnie byłeś
zmartwychwstały, jak kruk, przywrócony do życia. Przywrócony
przez miłość, bo jak mówiłeś mi, wróciłeś dlatego, żeby móc
ją poznać, żeby móc ją kochać. Tą, dla której było tyle
miłości, ale tak mało życia przez twoje chore serce, tak mało
życia, że nie starczyło wam na zwykły dotyk, spojrzenie w oczy,
szept. To przywołało cię do życia, ta tęsknota za twoją drobną
blondynką, której włosy chciałeś przeczesać palcami.
To przywróciło cię do życia, ale
nikomu nie pokazałeś się na oczy. Nie chciałeś burzyć spokoju,
który odzyskujemy powoli po twojej śmierci. Wędrowałeś więc
przez świat, żyjąc to tu, to tam, skarżyłeś mi się tylko na
to, jak ciężko żyje się bez papierów.
Zmartwychwstałeś, byłeś taki sam
jak za życia, tylko twoja ciemna skóra była tak cholernie blada.
Jakbyś za długo przebywał w miejscu, w którym nie ma słońca.
Tylko to było niekompletne.
Wstałeś więc ze zmarłych, ale nie
wróciłeś do swojego życia, bo jak sam powiedziałeś, do tego
życia nie ma powrotu.
Rozumiałam to. Wielu może się
dziwić, ale rozumiałam to. Obiecałam ci, że chociaż cię
spotkałam, nie powiem o tobie nikomu. Nawet tej, której miłość
cię przywołała do życia. Nawet tej, z którą najbardziej
tęsknisz w tej dziwnej historii miłosnej bez żadnego spełnienia.
Obiecałam, że nie powiem nikomu o twojej jasnej skórze i oczach,
smutniejszych niż przed listopadem, ale mimo to skrzących się
życiem. Czarnych ale mimo to pełnych światła.
Rozumiałam cię, Króliku. Nawet we
śnie. Do tego, co było, nie ma powrotu.
Zmarłych nie wykopuje się spod ziemi.
Nie rzuca się martwych kości, spiłowanych śmiercią na ziemię,
pytając los, co dalej.
Siedzieliśmy więc tylko na pomoście
nad jeziorem, słońce grzało nasze ciała. Ciepły wiatr owiewał
uśmiechnięte jakoś smutno, melancholijnie twarze. Twoje włosy
spadały na nasze twarze, bo urosły od ostatniego razu. Nawet te
wygolone boki poodrastały.
Położyliśmy się na ciepłych
deskach. Wreszcie, objęci zasnęliśmy. Z jakimś spokojem.
Obudziłam się ze smutkiem, który
jednak szybko, gdy tylko ujrzałam śnieg, przybrał barwę ciepłej,
dobrej mimo wszystko melancholii. Obudziłam się z tęsknotą za
tobą, Króliku, ale jednocześnie znów zatęskniłam za życiem. Za
początkiem. Za wiosną.
Zatęskniłam za ponownym narodzeniem
wiosennych jagniąt. Rzuciłam się w wir miłości, wir życia.
Byłbyś ze mnie dumny. Z nas. Z tego, jak pięknie posprzątaliśmy
mieszkanie. Z tego, jak przycięłam korzenie umierającym roślinom,
bo nadal o nie walczę. Byłbyś dumny z naszego życia, może trochę
zazdroszcząc jak raz powiedziałeś.
Byłbyś dumny, że mimo tego
wszystkiego, co na mnie spadło, żyję i jestem szczęśliwa. Mimo
pewnych momentów tak trudnych, że moje serce zamiera, jestem tak
cholernie szczęśliwa. Jestem zakochana, znów, na wiosnę zakochuję
się jak nastolatka.
Być może, byłbyś dumny, że z
chęcią wstaję do pracy, cieszę się prawie każdym dniem, choć w
zeszłym roku, zimą, nieraz miałam wrażenie, że nie wstanę z
łóżka.
Byłbyś ze mnie dumny, bo
zaakceptowałam to, że nie ma powrotu do tego, co było.
Nie ma powrotu do tego, żebyś żył.
A sny o tobie już nie bolą tak
bardzo. Nawet takie, jak ten marcowy, ten pierwszy.
Byłbyś ze mnie dumny, być może, bo
żyję, kocham i śmieję się w głos. Dumny z tego, że twoja
śmierć, mimo że mnie zmieniła, uczyniła mnie silniejszą.
Widzisz, Króliku- po prostu nie
zmarnowałam tego, że umarłeś.
Mam szacunek do twojego życia, do
twojej śmierci. Tego, co zostawiłeś.
Mam szacunek, wiem, że mógłbyś być
ze mnie dumny. Ale, jednocześnie popełniam pewne błędy. Za te
pewnie byłbyś zły.
Bo może niepotrzebnie zbyt martwię
się o innych. Niepotrzebnie nieraz przywołuję twój obraz tym,
którzy jeszcze nie zaakceptowali powrotu do tego, czego przecież
już nie ma. Mówię pewne rzeczy, zwłaszcza, gdy jestem pijana tym,
którzy nie są na to gotowi.
Bo to, że ja jestem, niewiele zmienia.
Wiesz, może niepotrzebnie dałam jej
tą książkę, tą, w której znajdowałam ciebie nawet w momencie,
gdy żyłeś, która stała się pewnym proroctwem tego wszystkiego,
co się stało. Może niepotrzebnie to ja, jedną wycieczką, pewnym
miejscem, wylewaniem pewnych słów i tą cholerną książką
rozdrapałam ranę. Boję się, że może to nie był dobry pomysł,
kolejny etap, już teraz.
Bo ja swoje przeszłam. Ja szybko się
zbieram.
I wiem, wiem Króliku, zawsze mi
powtarzałeś, że tak trudno wyłapać mi dobrą perspektywę, bo
jestem cholernie silna i szybko kopię się w tyłek.
Nie pływam w nicości, nie wylewam łez
godzinami, bo sama się na siebie denerwuję. Akceptuję pewne
rzeczy, które innym przychodzą trudniej, wiem.
Popełniam więc grzechy wobec tych,
których kocham, bo chcę dobrze. Czy możesz mi to Króliku
wybaczyć? Czy oni, kiedy to zrozumieją, też będą potrafili?
Ale może to nie ma znaczenia.
Wraz z marcem przyszło pobudzenie
przemieszane ze spokojem. Przyszła miłość, która rodzi się na
nowo pomiędzy mną a Mężem mimo zeszłorocznych ran. Wraz z marcem
przyszły sny o tobie i ta jedna, cholerna myśl, która mówi, tak
jak w pewien sposób ty mówiłeś w kolejnym śnie- nie chcę, żeby
moja śmierć poszła na marne.
Nikt by nie chciał, prawda, Króliku?
To jak w tej książce, którą dałam
jej do czytania. Główna bohaterka przecież, mimo śmierci
mężczyzny, którego pokochała, tak zmieniła swoje życie.
Jeszcze, gdy żył, podjęła pewne decyzje. A po jego śmierci nie
zmarnowała swojego życia- jakby jego śmierć i miłość miały
być przez to zaprzepaszczone.
Bo czy właśnie ta nie jest,
Króliczku?
Śmierć to część życia, nie jego
przeciwieństwo. Sama jeszcze głębiej do tego doszłam, towarzysząc
przy tak wielu odejściach. Sama to poczułam, obmywając ciepłe
jeszcze ciała, mając do nich tak wiele szacunku.
Śmierć to tylko część życia, w
którym dalej toczy się miłość. Ta nie umiera. I skoro ty nie
możesz kochać, skoro nie ma powrotu do tego, jak kochałeś, nie
można twojej śmierci, części naszego życia, oddać walkowerem,
oddać na marne.
Byłbyś cholernie nieszczęśliwy,
gdybyś wiedział o pewnych rzeczach. O ranach, jakie zadała twoja
śmierć, o ranach, jakie ludzie zadają sobie przez nią nawet
fizycznie. Byłbyś cholernie zdziwiony i smutny, wiedząc, że przez
twoją śmierć niektórzy nie wstają z łóżka, zamiast działać,
działać tak, jak napisałeś do nich w swoich listach. Wiem, jak
bardzo by cię to zasmuciło, bo nie chciałeś, by ktokolwiek po
tobie płakał. Chciałeś, byśmy cię pamiętali, ale dalej
tworzyli swoją opowieść.
Wiem, że wolałbyś być dla wielu
iskrą, która sprawia, że życie wywraca się do góry nogami.
Sprawić, że twoja śmierć pobudza do działania, tworzenia wierszy
ale i podróży, działania, dorastania. Wiem, że wolałbyś być
iskrą, która nie tylko wzbudzi chwilowy pożar, sprawi, że ktoś
nagle zapisze się na jogę albo przeprowadzi się w inne miejsce, a
potem wróci do dawnych nawyków. Wiem, że nie o to by ci chodziło.
Wolałbyś rozpalić spokojny, ciepły
płomień pewnych zmian.
Czy to jest możliwe. Króliczku? Czy
ludzie naprawdę się zmieniają, czy potrafią przez cierpienie i
tęsknotę za tobą wyjść ze swoich jaskiń, czy tak naprawdę
zagrzebują się w nich coraz bardziej?
Zaczynam się bać, Króliku, że pewne
rzeczy są chwilowe, a to, co się nieraz zmienia, nie jest tym, co
od razu widzimy.
W zwierciadle niejasno. Może muszę
poczekać naprawdę, na wiosenne słońce i rozwiać swoje lęki o
obawy o niektórych. Bo o siebie się nie boję. Wiesz to zresztą
najlepiej, że sobie radzę. Mimo chwilowych załamań, upadków na
kolana.
Przecież upadam często, ale nawet
złamana kość goi się u mnie jak u psa, czy nie tak, czy nie tak
mówiliśmy wręcz żartobliwie?
Może powinnam skupić się na sobie.
Na tym, że nie marnuję twojej śmierci, a zmiany, które mi
przyniosła, choć trudne, nie przerażają mnie ani trochę. Twoja
miłość i jej utrata, tak wcześnie, sprawiły bowiem, że się
zmieniłam. Nie tylko stałam się silniejsza, ale i mam więcej
czułości, co wykorzystuję w pracy, co wykorzystuję w życiu.
Czułości, której się nie wstydzę. Może, dzięki tobie, choć
troszeczkę zmienię świat?
Rozpaliłeś we mnie płomień Króliku,
ten ciepły, wspaniały płomień, tak samo wspaniały, jak letnie
słońce, w którym grzaliśmy się we śnie. Rozpaliłeś we mnie
płonień, a twoja śmierć go nie zgasiła, wręcz przeciwnie.
Sprawia, że tym nieniszczącym ogniem zajęły się nowe obszary
mnie. I wiesz, jest mi z tym dobrze.
Po raz kolejny powiem, że cholernie
się cieszę, że spotkaliśmy się w takim a nie innym momencie
życia. Żałuję, że straciłam cię tak wcześnie, ale do tego, co
było, nie ma przecież powrotu. Niemożliwe żebyś mógł wrócić
do naszych żyć cały i zdrowy, choć z jaśniejszą skórą. Takie
rzeczy dzieją się tylko w snach i bajkach.
A może, nawet gdy byliśmy we śnie,
miałeś rację. Tak czy tak, nie mógłbyś wrócić. Nie powinniśmy
nawet tego chcieć. Bo nie ma powrotu do tamtego życia, tamtej
miłości.
Nie ma powrotu do dawnego siebie.
To wszystko nas dotknęło, każdego
inaczej, każdego po swojemu. Każdy ma swoją pustkę, ale ma i
swoją zmianę i swoje życie.
Na co więc nieraz czekać?
Na to aż ożyjesz? Aż ból sam
przejdzie? Na to, aż nagle znikąd pojawi się chęć wyjścia i
oddychania do samych szczytów i wierzchołków płuc?
Na co niby czekać?
Nie wolno czekać, tylko trzeba żyć.
Nie dawać się zgnieść śmierci za
życia, bo póki co tylko ta nas dotyczy.
Mimo bólu, który jest przecież
częścią życia, mimo twojej śmierci trzeba odważnie wstawać
codziennie z łóżka, nie zwijać się w kłębek płacząc.
Wiem to doskonale. Wiem, że byłbyś
ze mnie dumny.
Tak, tęsknię za tobą. Ale nie ma
powrotu do tamtego życia.
Nie czekam więc, tylko żyję.
Oddycham głęboko nowym marcem, każdym nowym dniem, każdym nowym obliczem miłości, które odsłania się w każdym nowym spojrzeniu.
Oddycham głęboko nowym marcem, każdym nowym dniem, każdym nowym obliczem miłości, które odsłania się w każdym nowym spojrzeniu.
Nie marnuję tęsknoty za tobą
Króliku, nie marnuję twojej śmierci i tego, co mi przyniosła.
Nie marnuję tego- myślę, że to
najpiękniejsze, co mogę ci dać.
Myślę, że tylko tak mogę wyrazić,
jak bardzo cię kocham.
Wiem, że to nie jest łatwe
Być zdanym na samego siebie
Dlaczego mnie zostawiłeś?
W sumie tak naprawdę nie wiem.
I po co czekać na kolejny dzień
kiedy on nic nie zmieni?
Mamo, nie będę czekać,
Jakoś się przecież trzymam.
Aż nie wiadomo co napisać.
OdpowiedzUsuńNie chciałabym by ta śmierć poszła na marne, tak jak napisałaś i chyba nie poszła. W tym bólu poznaliśmy siebie nawzajem, odnaleźliśmy nowe duszyczki, które okazały się być tak bliskie. Więc może chociaż taki plus tego wszystkiego. Dziękuję Króliku, za ludzi, których dzięki Twojej osobie poznałam.
Bo tak naprawdę...natura nie znosi próżni i nic nigdy na marne nie idzie. Ale kwestia nieraz, co chcemy dostrzegać i na którą stronę przeciągnąć samego siebie, nawet, jeśli działy się pozornie złe rzeczy. Pozornie...bo mimo wszystko nam coś dały. Jak właśnie choćby, nowych ludzi na naszej drodze:)
UsuńJa właśnie staram się zawsze i w każdej sytuacji dostrzegać to co dobre. Bo wierzę, że każde zdarzenie niesie za sobą coś dobrego.
UsuńOn na pewno jest szczęśliwy, że sobie radzisz i nie pogrążasz się w czarnej chmurze smutku. Że odganiasz od siebie złe myśli, bierzesz się w garść i jesteś silna, tak, jak był kiedyś on. I że dajesz siłę innym, również tym, którym on ją dawał.
OdpowiedzUsuńA tak teraz pół żartem to przez połowę postu myślałam, że jednak o swoim mężu piszesz :D
Nie wiem czy daję, wiem, że mogę się cieszyć, że mimo wszystko ogarniam, a nawet więcej, aż za często śmieje mi się morda:)
UsuńWiesz, ja piszę nieraz tak zawile, w dużej mierze dla siebie więc...bardzo mnie to nie zdziwiło XD
Ale pięknie napisane... Żadna nie śmierć nie powinna iść na marne, a nauczyć czegoś tych co zostali....
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Dziękuję:) W życiu w ogóle nic nie powinno iść na marne, ale kwestia, co chcemy nieraz zobaczyć:)
UsuńCo to za książka?
OdpowiedzUsuńTęsknota ma wiele twarzy i niekoniecznie polega na beznadziejnym pragnieniu do powrotu. Czasem tęsknota łączy, buduje... ostatecznie liczy się jednak miłość i zmiany, które wywołuje:) bo najczęściej miłość zmienia nas w ten sposób, że kochamy bardziej, jak sama zauważasz... i wtedy nie ma nic zmarnowanego. To naprawdę bardzo pocieszające :)
40 zasad miłości Elif Safak. Ale zasadniczo, tym tekstem, zrobiłam największego spoilera treści, jakiego mogłam zrobić.
UsuńOtóż to, bo w życiu nawet tęsknota jest nieuchronna i trzeba się z nią pogodzić i jak z każdej rzeczy chyba, wyciągnąć z niej jak najwięcej dobrych rzeczy. I nic w przyrodzie nie ginie, no nie?:)
Ładnie musieliście wyglądać w tym śnie. Na tym pomoście, w słońcu ^^
OdpowiedzUsuńDobrze sobie radzisz i cieszę się, że jesteś szczęśliwa, po prostu :)
Może i ładnie, nie wiem. Dla mnie sam sen był w gruncie rzeczy dobry:)
UsuńCieszę się zatem:)I dziękuję:)
Po prostu to sobie zwizualizowałam. W mojej wyobraźni ładnie XD
UsuńHm... A ja nigdy bym nie zakładała, że miłość jest tak silna, że mogę ją poświęcać. Szczególnie jeśli potrzeba bycia ze sobą przez te dwa dni jest duża. Bo o związek trzeba dbać, co z pewnością wiesz. Jak mało jest takich dni to on nie jest taki piękny jak mógłby być. Dla mnie małżeństwo to coś co trzeba głównie pielęgnować, bo wtedy właśnie poboczne problemy można łatwiej rozwiązywać, znosić.
OdpowiedzUsuńPoświęcać widzisz, może złe słowo. Mój mąż po prostu pokochał mnie taką jaką jestem, przejmującą się cudzymi problemami, nieraz aż przesadnie. Tą, która przygarniała wszystkie bezdomne psy. Wie po prostu, że nieraz muszę coś wpleść w nasze życie i...nie przeszkadza mu to. Czasem tylko trochę. Bo wie, jaka jestem. Innej by mnie nie kochał. A ja już przez lata nauczyłam się balansować pomiędzy pewnymi swoimi działaniami i jakoś, nasz związek tyle lat się trzyma i ma się jak najlepiej XD
UsuńPokochał, naturalne. Widocznie źle zrozumiałam, że nie ma się najlepiej skoro potrzebujecie dnia dla siebie i jakoś budowania tego. Skojarzyłam to z masą pracy, problemów, gdzie dbałość o siebie jest mała. Bo można się przejmować itp. jak piszesz nie zapominając o związku. Ale chyba nie rozumiem Twoich postów, źle je interpretuje ;p
UsuńTak, właśnie - ludzie nie potrafią po prostu żyć. I to jedna z kilku trudnych sztuk.
OdpowiedzUsuńJak mi napisałaś o tym śnie, to coś mnie ścisnęło w środku. Mimo, że nie odpisywałam prędko, bo byłam zalatana, to moje myśli były wtedy cały czas przy Tobie. Ale czułam, że było w nim wiele dobra. Nie mogło być inaczej. I wiesz, nawet przez moment Ci pozazdrościłam trochę, bo mi nie śnił się już baaardzo długo, a lubiłam te tak bardzo dosłowne czasem i realistyczne sny. Tym bardziej, że w rzeczywistości nie zdążyłam Go przytulić. A w snach bardzo często.
OdpowiedzUsuńI wiesz... ja byłam pewna, nadal jestem, że Ty byś tej tęsknoty, tej nauki z tej śmierci i tego rozrywającego serce czasem smutku nie zmarnowała. Kto, jak kto, ale nie Ty. Bo masz serce pełne Jego miłości, miłości, która po prostu nie umrze. I dobrze, że o tym piszesz. Dobrze, że mówisz o tym głośno, bo uświadamiasz w ten sposób wiele rzeczy innym. Także mi. Aż mnie naszła ochota na napisanie takiego listu. Może pomógłby uporządkować parę szarpiących się myśli.
Silna z Ciebie kobietka Frido, ale to już Ci nie raz pisałam :).
OdpowiedzUsuńWiesz, jak już raz przeczytałam sam tytuł, za chwilę drugi raz i jak już go tak sobie przeczytałam to jakoś tak pomógł trochę. Kolejna mała rzecz, która 'otwiera oczy'.
I wezmę z Ciebie przykład, i ja zacznę głęboko oddychać marcem.
A czy to nie jest najpiękniejsze? Że coś się zaczęło dziać, akcja-reakcja a po wypaleniu się jednego płomyka, ogień dalej płonie? :)
OdpowiedzUsuńA mi śniło się ostatnio, że zabrakło dla mnie biletów na Pyrkon. I Hitler z czarno-białego zdjęcia.
OdpowiedzUsuńWięc żyjmy. Chociaż życie to w większości czekanie na coś.
Po odejściu Królika... chyba każdy z nas wyniósł lekcję, że trzeba żyć z całych sił i ile się da, bo nie wiadomo ile czasu tak naprawdę nam zostało.
OdpowiedzUsuńKażdy koniec jest przecież... jakimś początkiem...
OdpowiedzUsuńPrzepraszam Cię, ale ja po prostu nie wiem co mam tutaj napisać. Posiedzę tu w ciszy i popłaczę jeszcze chwilę.
"Trzeba żyć - jest później, niż się wydaje", tak mi się skojarzyło. Frido, dla mnie wraz z Asikiem jesteście dwiema iskrami w blogosferze. Obie rozpalacie dobre myśli, jesteście zawsze pełne wiary i obie odznaczacie się takimi cechami, które sprawiają, że nie da się Was nie lubić ;).
OdpowiedzUsuń