wtorek, 15 marca 2016

O pewnym człowieku, z którym nie mogę się dogadać, czyli post "niekoniecznie o mężczyźnie".

-Ale widzisz, Basia, ja nie jestem takim człowiekiem, który kogoś nie znosi za nic i jest mi z tym okropnie!
-Widzisz...wiem doskonale, co czujesz i o czym mówisz bo...też nie jestem taka. Ale tu nie mogę się przemóc. Nie mogę się powstrzymać żeby w swojej głowie się nie denerwować. Nie umiem w ogóle z nią rozmawiać.
-Skąd ona się wzięła, powiedz mi?
-Nie mam pojęcia.
-Czy ty wiesz, że ja naprawdę przez to czuję się złym człowiekiem?
-Wiem, bo też wcale nie czuję się „lepsza”.

Parę dni temu rozmawiałam o tym wszystkim z M. i jak się okazało, mamy cholernie podobne odczucia. Wszyscy w pracy mamy podobne odczucia co do jednej nowej osoby, od pierwszego dnia jej pojawienia się aż do teraz. Podobne, bo negatywne. Jedni czują się przy niej nieswojo i mają wręcz wyrzuty sumienia, bo potem jest nam jej żal, bo potem obwiniamy się o pewien ostracyzm. W innych po prostu powoduje niechęć aż po klasyczną, ostrą agresję.
Nie jest to odczucie jedynie współpracowników. Wielu mieszkańców Domu, tych logicznych, również jej nie znosi. Pani z niewyraźną mową nie chce, żeby Ona się do niej zbliżała. Pan bez nóg za każdym razem, gdy przychodzi do niego, klnie na czym świat stoi. A przecież jest takim „wioskowym gentelmanem”, który całuje nasze dłonie nawet wtedy, gdy mamy założone rękawiczki.

Dlaczego? Skąd to się wzięło? Nie wiem czy ktokolwiek potrafi mi na to odpowiedzieć.
Czy naprawdę są ludzie, którzy mają w sobie coś takiego, nie mimo pozoru, że wszystko jest z nimi dobrze, mimo pozoru, że są wspaniali, coś tu nie gra i każdy, doprawdy każdy ma ich dość?
Czy to może z nami jest coś nie tak, może jako zgrane stado nie umiemy przyjąć nowej osoby?

Ale sama niedawno byłam nowa i już po tygodniu z każdym umiałam choć trochę porozmawiać. Po miesiącu wręcz pokochano mnie w Domu, w którym pracuję.

A to trwa już półtora miesiąca i zamiast coraz lepiej....jest coraz gorzej.

Nowa opiekunka przyszła na nasz oddział na samym początku lutego. Dokładnie 2, pamiętam, miałam wtedy dyżur. W ten sam dzień zjawiła się też nowa pielęgniarka, był więc niezły chaos.
Pielęgniarka, choć trochę drażniąca i jeszcze nieporadna, znalazła już swoje miejsce w naszym stadzie.
Z nową opiekunką od pierwszego dnia był problem.
Na początku jak zawsze było nieręcznie. Sama pamiętam swoje pierwsze dni, jak ciężko było się zorientować, kto ma jak na imię, kto myśli logicznie a kto rozmawia tylko z duchami. Kto je chleb bez skórki, a komu absolutnie nie wolno pić mleka, bo potem ma straszną biegunkę.
Nasz oddział jest naprawdę duży, gdy ja zaczynałam pracę w październiku, mieszkało na nim jeszcze 67 osób. Teraz jest 54, więc o wiele mniej do zapamiętania, jeśli brać pod uwagę naszą pracę. W ogóle jest mniej pracy, śmierć, której się boimy, jest jednocześnie naszym sprzymierzeńcem.
Ale nie o śmierci miałam.

Sama pamiętam, że początki były trudne. Zaczęłam więc słuchać i obserwować. Pamiętam jak dziewczyny cierpliwie tłumaczyły mi kogo jak przewijamy, jak przygotowujemy wodę do mycia, jak wygląda cykl dnia. Zamieniałam się w oko i ucho. Bo tylko tak można było się czegoś nauczyć. Od dziewczyn, które pracują tam dłużej niż ja, znają tych ludzi, żyją wręcz z nimi. Od kobiet, z których niektóre mają 30 letnie doświadczenie pracy w Domu.
Nie było lekko, bo początki nigdy nie są łatwe. Gdy wchodzisz też w środowisko ludzi, którzy znają się od lat, którzy spędzają z sobą tak wiele czasu, że stają się pewną rodziną, nigdy nie jest łatwo. Ludzie w takiej pracy zmieniają się w pewnego rodzaju wilcze stado. Zwłaszcza, jeśli pracuje się głównie z kobietami.
Trzeba zaakceptować pewne reguły, nie bać się, gdy obwąchują się nieufnie. Ale w końcu cię akceptują, nawet jakoś kochają. Tak jak po wielu dniach dziewczyny- wilczyce, pracujące w Domu, zaakceptowały i mnie. Trochę jak swoje własne dziecko, bo dla wielu pracujących tam kobiet jestem właśnie taką rozbrykaną córką, będąc przecież w wieku ich prawdziwych dzieci, a nawet młodszą.
Nieraz jest między nami źle, drzemy koty, warczymy na siebie, kąsamy i gryziemy. Mamy naprawdę głupie konflikty, bo w grupie prawie 30 pracujących osób, ciężko pracujących pewne konflikty i ugryzienia są nie do uniknięcia. Nieraz się ścieramy, zachowujemy jak dzieci w piaskownicy, ale mimo to umiemy się ostatecznie ze sobą dogadać, pracować ze sobą i ogólnie, częściej jednak bywa dość wesoło.
Mimo zgrzytów stanowimy w pracy swojego rodzaju rodzinę i ufamy sobie. Bo wiem, że mogę zaufać M. czy moim imienniczkom, gdy je o coś poproszę, gdy przewijamy razem. Mogę im zaufać, że w naszej pracy nie zrobimy choćby krzywdy mieszkańcom Domu.
Zawsze się dogadamy, lubiąc się bardziej albo mniej. Dlatego też uwielbiam swoją pracę, przez to poczucie miejsca w jakiejś dziwnej kobiecej rodzinie, w wilczym stadzie.

Ale na początku lutego zjawiła się ona i przestało być tak kolorowo.
Początki są trudne, ale trzeba się uczyć, obserwować i po kolei rozmawiać z każdym, ucząc się zaufania. Trzeba się dostosować do pewnych reguł stada, które powoli cię zaakceptuje a nawet pokocha, tak jak to było ze mną i z każdą dziewczyną, która przyszła przede mną.
Ona jakby tego nie rozumiała.
Już pierwszego dnia miała awanturę z panią E., pielęgniarką, która ma dość trudny charakter, ale tak naprawdę, pod szorstką warstwą ma wielkie serce, jak dowiedziałam się po jakimś czasie pracy.
Pani E. Zwróciła nowej uwagę o głupotę, trochę jakby chcąc pokazać, że ona tu rządzi, bo tak naprawdę jest wilczycą terytorialną, trochę taką naszą nieformalną przewodniczką stada. Przedtem dziewczyny ją ostrzegały, że ma takie a nie inne wejścia, ciężki charakter i po prostu trzeba robić swoje, a z czasem się przywyknie.
Najlepiej w takim momencie trzeba by było przytaknąć i dalej robić swoje. Bo w tym momencie szykowałyśmy kolację. Ale ona wdała się w awanturę, nie zwykłą wymianę zdań, a prawdziwą awanturę, w której padło znamienne zdanie „nie lubię krytyki”.
Oho, będzie problem, pomyślałam sobie, gdy z rozwartą szczęką patrzyłam, jak i inne dziewczyny, zszokowane, na całą scenę.
Awanturę ciągnęła dalej w pokoju socjalnym, gdy już wszyscy zapomnieli o co poszło. E.nie wytrzymała i poszła na papierosa.

To był pierwszy dzień. Potem było coraz gorzej. Drugiego dnia pani E., znając już moja cierpliwość do ludzi wyznaczyła mnie, żebym szła z nią w parze i uczyła ją tego, co robimy na oddziale. To był mój jedyny dyżur jak do tej pory, gdy byłam razem z nią jako para i....najgorszy. Pamiętam, wtedy była też z nami właśnie M., do której biegałam co chwila mówiąc, że zaraz nie wytrzymam, szlag mnie trafi i w ogóle, jest mi źle. Myślałam, że może naprawdę nie umiem uczyć, bo dla mnie pewne rzeczy są za oczywiste, nic więc Nowej nie mówiłam, tylko M. wysłuchiwała mojego cichego lamentu, gdy Nowej nie było w pobliżu.
Dopiero się uczy a ja po prostu nie mam cierpliwości, myślałam.

Bo pozornie dziewczyna jest wspaniała. Miła, z miłym uśmiechem, wygląda na o wiele młodszą, niż jest w rzeczywistości, bo ma ponad 40 lat. Miła, ale może aż za miła, pomyślałam. Do każdego mówi od razu na ty, mówiąc zdrobnieniami. Głaszcze po rękach, chwyta za ramię, mimo że widzi cię pierwszy raz w życiu. Ok, z moją szorstką naturą nigdy nie znosiłam takiego „lepienia”, bycia aż za słodkim, ale przecież, obiektywnie, to powinno być drobne, prawda?

Pozornie z nową dziewczyną powinno mi się świetnie rozmawiać. Bo jest buddystką, ćwiczy jogę, jest taką trochę aktywistką, walczy o równość każdego człowieka. Młyn na moją wodę! Ale nie potrafiłam zamienić z nią normalnie jednego zdania. Potem odkryłam dlaczego. Ona zamiast rozmawiać, robi wykłady, długie monologi, w których czuć, że jej zdanie jest „jedyne słuszne” a gdy ktoś się nie zgadza, chodzi za nim i agituje, przekonuje, że ma rację. Wpada chyba w pewien szał, mimo że to szał z uśmiechem na ustach.
Bo przecież jest taka miła.

Cały czas myślałam, czy to ze mną coś nie tak? Zwłaszcza w dniu, w którym próbowałam się do niej przekonać. Rozmawiałam z nią, siedząc w pokoju socjalnym. Wszystko było dobrze, a później znowu dziwny problem. Bo gdy my pracujemy, przewijamy, odwalamy dosłownie „gównianą robotę”, którą trzeba zrobić przy 50 ponad osobach, ona siada sobie z którymś mieszkańcem na pokoju, zaczyna go głaskać po ręce i czule przemawiać.
Czułość? Wspaniale. Sama czytałam na nockach Księciu, sama stale mówię do niektórych skarbie i kochanie. Ale najpierw praca. Najpierw każdy musi mieć umyty tyłek. Tak wygląda rzeczywistość. Od czułości często jest psycholog, my możemy sobie na nie pozwalać wtedy, gdy mamy czas wolny. Ja ja, chodząc do Elektryka i rozwiązując z nim krzyżówki albo idąc w wolnej chwili do Kochanki Księdza i rozmawiając z nią o jej wnukach. Są na to momenty, ale praca musi być zrobiona. Bo inaczej jedna osoba będzie się świetnie bawiła, ale kosztem innego mieszkańca, który będzie miał odleżyny.
Wszyscy są równi.

Takie to były problemy z naszą Nową, gdy odchodziłam pod koniec lutego na urlop.
Nie słuchała, chciała narzucać swoje zdanie, nie wiedziała, co naprawdę należy do jej obowiązków.
Wdroży się, pomyślałam. Zastanowiłam się też nad sobą, że powinnam dać jej szansę, jest nowa, jest jej ciężko, powinnam ją wspomóc jakoś, a nie na sam jej widok reagować jakoś alergicznie. Nie jestem przecież TAKIM człowiekiem, prawda?
Nie jestem. Zawsze każdemu dawałam szansę, zawsze w każdy szukałam jakiegoś dobra, jakiegoś światła. Kto mnie zna bliżej, wie o tym doskonale. A w tej kobiecie przecież powinno być dużo światła. Może jest za jaskrawe i jestem o nią zazdrosna, pomyślałam?
W każdym razie, wtedy jeszcze chora, poszłam na swój urlop. Odpoczęłam od pracy i od Stada, za którym zaczynałam już trochę tęsknić.
Myślałam, wszystko rozejdzie się po kościach, myślałam wdroży się przez ten miesiąc, bo to już mijał miesiąc przecież.

Wróciłam na początku marca. Okazało się, że jest jeszcze gorzej niż było.
Dzień przed moim powrotem rozpętała się istna afera. Kochana nasza M. z Nową przewijały panie na jednym pokoju. Panią E. zza drzwi dobiegło jakieś zamieszanie, podniesione głosy. Weszła więc, by sprawdzić, co się dzieje.
-Pani E., chciałam zgłosić, że M. szarpie mieszkańców!- zaczęła Nowa, wprawiając M. w osłupienie. Musicie wiedzieć, że pielęgniarka na naszym dyżurze jest dla nas jak przełożona. Szefowa, gdy nie ma oddziałowej. M., która jest bardzo wrażliwa od razu zaczęła się tłumaczyć, że nie szarpie, tylko normalnie, przewraca jedną z mniej logicznych mieszkanek na bok, żeby umyć jej tyłek.
Bo to może wyglądać brutalnie. Fakt. To, jak kogoś zesztywniałego, albo nieprzytomnego przewracasz sobie na bok jak worek kartofli. Ale to tylko tak wygląda. Bo są specjalne chwyty, trochę jak przekładanie w pozycję boczną ustaloną, dzięki którym przełożysz nawet ważącego 200 kg ( i takich mamy u siebie) człowieka na bok, jednocześnie nie robiąc mu krzywdy i nie niszcząc sobie kręgosłupa aż tak bardzo. Fakt, miło to nie wygląda. Ale jak tak pracujesz, wiesz, że to konieczne i nikomu nic złego się nie dzieje.
Nowa po miesiącu pracy chyba tego nie wiedziała.
Poza tym, nikt, kto pracuje z M., powiedziałby, że akurat ona zrobiłaby komukolwiek krzywdę. Kobieta z sercem na dłoni, ciepła, kochana. Nikt jak ona nie myje i nie naciera balsamami skóry naszych staruszków, aż do przesady, żeby byli zadbani i ładnie pachnieli. Na szczęście pani E. wie to doskonale u puściła uwagi Nowej mimo uszu.
No i rozpętała się nowa afera.

Nowa zaczęła chodzić do naszej kochanej pani oddziałowej ( do której nawet ja parę razy mówiła per „mama oddziałowa, bo jest świetną kobietą) na skargę. A to że szarpiemy mieszkańców, jak M.. A to źle ścielimy łóżka. A to mamy zły stosunek do pacjentów.
Na mnie też skarżyła. Na mnie, dziewczynę, na którą mówią „śmieszka”, na mnie, bo robię trochę za błazna i prowadzę swoją własną „śmiechoterapię” z tymi, z którymi mogę sobie na to pozwolić. Może nie mam wyczucia. Może nie jestem poważna tak jak powinnam.
A może po prostu traktuję człowieka jak człowieka, a nie jak relikwię, do przesady? Owszem, zaklnę przy jednej pani, bo wiem, że przy niej mogę, bo już ją poznałam. A ją moje „kurwy” będą bawić. Owszem, inna koleżanka powie do jednego sparaliżowanego pana „aleś się zesrał”, ale dlatego, że znają się ponad 5 lat i wiedzą, że to żarty. Jak pociskanie się dobrych znajomych.
Nowa nie umie tego zrozumieć. Wobec naszych mieszkańców zachowuje się jak Matka Teresa, chociaż nie jesteśmy w Kalkucie. A nam zarzuca, że nie mamy podejścia do pacjenta. Obrażamy ich. Nie szanujemy.
A my po prostu znamy już tych ludzi i żyjemy...trochę jak rodzina. Mimo, że to praca.

Nowa zaczęła więc skarżyć na nasze zachowanie, przez co jedna koleżanka straciła premię. Sama się boję, że swoją stracę. Bo mimo że Mama Oddziałowa jest rozważna i wie, jak to wszystko wygląda, to osoby z administracji, spoza oddziału już takie nie są. A przynajmniej nie wszystkie.

Największym przebojem było ponoć starcie ze starszym Rehabilitantem, kiedy to dowiedział się, że Nowa sadzała jedną sztywną panią, z zesztywniałymi stawami na łóżku i...masowała ją. Bo, jak stwierdziła, ona zna się na starszych ludziach i widziała, uwaga, filmy instruktażowe na youtube i wie, jak to się robi.
Inna heca? Chciała wypuścić z łóżka pewną panią, która ma demencję, stale kłóci się z duchem swojego nieżyjącego już męża i chce, żeby ją wypuścić. Nie opuszczamy jej barierek w łóżku. Ta pani jest już stara i po prostu, nie chodzi. Gdyby próbowała wstać, wyjść z łóżka, upadłaby i połamała sobie nogi, ręce, sami bogowie wiedzą co jeszcze. Starość. Jedna z moich imienniczek w ostatniej chwili nakrzyczała już wręcz na Nową, widzą, że chce wypuścić tą panią z łóżka. Ta później przez cały dzień mówiła, że zna się na starszych ludziach i na co niby ta pani choruje, że ją tak więzimy? Dlaczego ją dręczymy zamykając w łóżku, jak według niej jest logiczna?
Nie dało się jej tego wytłumaczyć. Po prostu nie dało.
Innym razem otwartą ranę smarowała tłustą maścią, zamiast odkazić. Ciekawe, czy słyszała o bakteriach beztlenowych. Ale ona wie lepiej.
Ja to stwierdziła jedna z najdłużej pracujących w Domu opiekunek, teraz mamy do pilnowania nie tylko swoich staruszków z Alzheimerem, demencją, sparaliżowanych, ale i nową koleżankę. Bo w końcu kogoś zabije.
Aż często chcę zapytać tak jak Błazen, gdy słyszę kolejne opowieści z dyżurów- czy ona w ogóle wie, gdzie ona pracuje? Wszyscy się nad tym zastanawiamy.
Ale ona wie lepiej. Nawet do M. rzuciła- „na co ci była ta szkoła, skoro nic nie umiesz?”. Sama skończyła studia, jakąś pedagogikę. Ale o sprawach medycznych nie wie nic. A biedna, wrażliwa M. jak zwykle wzięła wszystko do siebie.

Zaczęliśmy mieć paranoję, że Nowa, która wszędzie chodzi z tabletem nas nagrywa. Zaczęliśmy mieć paranoję i gdy ona jest na dyżurze, nie zachowujemy się tak swobodnie. To znaczy inni. Ja od połowy lutego dyżuru z nią nie miałam. Jutro mam z nią pierwszy dyżur od miesiąca, tak tylko mijałam się z nią gdy schodziłam z nocek albo gdy ona przychodziła na swoje. Tylko słuchałam coraz gorszych historii.
Wiecie, że po raz pierwszy stresuję się przed pójściem do swojej pracy, pracy którą uwielbiam? W którą wkładam całe serce?
Boję się awantury. Boję się, że nie wytrzymam i pęknę, że powiem jej coś niemiłego. Że ona przeze mnie się popłacze, bo tak, jest istną drama queen i już płakała w pokoju socjalnym pani oddziałowej, skarżąc się, jak ją traktujemy, że nią pomiatamy, że to jakiś ostracyzm. Boję się iść do pracy, wiedząc, że będę z nią w parze, bo inne dziewczyny, z którymi jestem jutro, już swoje oberwały.

Nikt nie chce z nią pracować. Stale, gdy sądzimy, że już jest dobrze, wychodzą inne kwiatki. Wiele tych historii, naprawdę. W ciągu miesiąca uzbierało się ich tyle, że gdybym miała opisać wszystkie, zajęłoby mi to chyba z kilkadziesiąt stron.
A może to nasza wina?
Czy naprawdę, to my jesteśmy takie potworne, jako to wilcze stado, które nie może przyjąć kogoś nowego, czy ona nie potrafi żyć z ludźmi?
Ale tłumaczyłyśmy tyle razy pewne zasady. Nawet plan dnia.
Zawsze obiad podawany jest o 13, a ona ostatnio, po miesiącu pracy zapytała, czy obiad będzie jak zwykle o 15. Trochę nie mieści mi się to w głowie.

Zaczęłam się naprawdę zastanawiać, czy i ze mną jest wszystko w porządku.
Ostatnio rozmawialiśmy z Rehabilitantem i on ma rację, w pewien sposób jest mu jej żal, tak samo jak mi ale...nie potrafi z nią rozmawiać. Z nią pracować. Bo wszystko, co się powie, jest jak grochem o ścianę. I do tego niczego nie załatwiamy między sobą, Nowa od razu leci dręczyć naszymi wewnętrznymi problemami Mamę Oddziałową.

A może naprawdę, w naszym świecie, są tacy ludzie, z którymi nikt nie może się dogadać? Jacyś dziwni odszczepieńcy, z którymi praca i przebywanie to mordęga?
Bo tak naprawdę, przezywam coś takiego drugi raz w życiu. Miałam na pierwszym roku studiów kolegę, Mateusza. Co najśmieszniejsze...miał takie samo nazwisko jak Nowa. Przypadek? Nie mam pojęcia.
Ale ów Mateusz również mnie i 24 inne osoby na roku doprowadzał do szału. Nikt nie chciał z nim pracować. Przebojem było to, jak udawał na praktykach lekarza.
I z nim w teorii powinnam się dogadać. Przystojny facet, kochający fizykę, kochający taką samą muzykę jak ja. Miły. A jednak...coś poszło nie tak. Tak samo jak z Nową.

Coś idzie nie tak. A ja nie jestem w stanie dociec, co jest problemem. A raczej wiem, że są nim pewne zachowania ale...nawet na neutralne tematy nie umiem z nią rozmawiać. Patrzeć w oczy. Zaczyna się we mnie gotować, zaczyna targać mną cicha furia, zanim jeszcze cokolwiek się zdarzy.
A może po prostu przedwcześnie wyczuwam kolejną katastrofę? Może wszyscy ją jakoś, w zetknięciu z takim człowiekiem przeczuwamy?

Czasem aż trudno mi uwierzyć, że istnieją tacy ludzie. Tacy, którzy budzą we mnie prostą agresję, niechęć, choć wszystko powinno być z nimi dobrze. Czasem mam wrażenie, jak pod powłoką uśmiechu, wręcz promieniejącego dobra, intelektu, mają w środku coś obrzydliwe oślizgłego, a ja trafiam za powłokę, maskę palcami i dotykam tego w ich wnętrzu. Nie umiem tego zrozumieć, zaakceptować.
I przez tych ludzi często zaczynam brzydzić się i sama siebie. Brzydzę się swoich myśli, złorzeczenia. Boję się siebie.
Nie potrafię mieć wyrozumiałości, jaką mam przecież na co dzień dla innych.
Czasem przez przebywanie z takimi ludźmi czuję, że nie mam w sobie samej miłości- ale mam i mroczną, nieuzasadnioną nienawiść.
Boję się siebie. Ale nie przełamię tego.

Mogę tylko szeptać sobie uspokajające słowa, a potem w domu albo tutaj wylewać tą frustrację. Jak wtedy, na pierwszym roku studiów, gdy z Mateuszem miałam robić jakiś projekt. Mój Mąż do dzisiaj pamięta, jak siedziałam przed komputerem, pisząc prezentację i darłam się wręcz do piosenki Hey „Niekoniecznie o mężczyźnie”. Wyładowywałam swój gniew, niechęć? Nie mam pojęcia co jeszcze.
Może to strach?
Może coś zgniłego w niej budzi coś zgniłego we mnie i w całym moim stadzie?
Nie mam pojęcia. Nie mam pojęcia, co jest nie tak, jak to ułożyć, jak do niej dotrzeć, jak zmniejszyć nasz opór wyczuwany od pierwszego dnia.
Może ona przesadziła na początku, my się za bardzo zniechęciliśmy?

Jutro mam z nią pierwszy dyżur od miesiąca. I nie mam zamiaru być niemiła. Chcę nauczyć się ją akceptować. Może porozmawiać.
Ale druga część mnie nastawia się bojowo i śpiewa, znów, niekoniecznie o mężczyźnie. Tym razem o kobiecie.

Nie lubię jej. Drugi raz w życiu powiem, prosto, po ludzku, że kogoś nie lubię.
Ale muszę z nią póki co żyć.
Jak to się rozwinie? Pożyjemy, zobaczymy. Tylko żebym nie zwariowała.

A tymczasem, idę pośpiewać. Z myślą o Nowej. Może mój strach przed jutrem trochę minie.


Nie mogę uciec od niego nie!
Bo ramionami zszyli nas
Kilka narządów wspólnych jest
Nawet nie mogę mu życzyć źle
Dlatego by nie widzieć go wczoraj wykułam oczy swe
I by jego oddech nie drażnił mnie
w nosie noszę watę.

Nie lubię go!
Nie lubię nanananana

Nie lubię go!

33 komentarze:

  1. "...to prawdziwy aniol miłosierdzia (...). Bezinteresowna jak wiatr (...) pełni dla dobra ogółu swoje niewdzięczne obowiązki. To wymaga poświęcenia, przyjacielu, prawdziwego poświęcenia. (...) jest tak upojona słodkimi mlekiem miłosierdzia, którym własny czyn wypełnił jej obfite piersi, że nie potrafi powsciagnac swojej szczodrości."
    Widzisz, to tylko miłosierdzie tak działa xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, że ja w swojej ludzkiej naturze po prostu nie umiem ogromu i wspaniałości tego miłosierdzia pojąć i zaś się wkurwiam, jak to człowiek :D I po prostu zazdroszczę czy coś.
      I Kesey, dobrze wyczułam?:D

      Usuń
    2. Ta szczodrość i miłosierdzie Cię przerasta i właśnie, na pewno masz ból dupy ze taka nie jesteś i nie umiesz obchodzić się z pacjentami xD
      Oczywiście :D

      Usuń
    3. No dokładnie. Nie jestem taka wspaniała że całuję osrane ręce. Chociaż serio, ja myślałam już o jakiejś formie zazdrości, że my jesteśmy złe że ona jest taka łagodna i w ogóle ale...przesadzam, prawda?
      Kochana Ratched XD

      Usuń
    4. Tak, przesadzasz :) ale to dlatego, że nawet z Powiedzmi nie umialas się długo śmiać, bo było Ci go żal. A tu ktoś nie robi nic takiego bezpośredniego co mogłoby Cię wyprowadzić z równowagi, a jednak wyprowadza. I Ci z tym źle. Ale cóż, widocznie nie wszystko musi mieć jakiś powód.
      Uważaj, bo jeszcze z niej wyjdzie Ratched :D

      Usuń
    5. Bo to nie jego wina, że jest po prostu głupi. Bycie głupim to nie zbrodnia, to nie znaczy, że jest złym człowiekiem. Tylko trochę...ułomnym, co widać w sumie.
      Ale ja wolałabym żeby powód miało i żebym ja go znała XD
      Na razie wychodzi...w stosunku do nas XD

      Usuń
    6. No jasne, ale przez takie smianie się tez nikt nie twierdzi, że jest zly.
      Dlatego się meczysz :D
      No tak, do Was tak. Ale właśnie to jeszcze pól biedy. Chociaż kto ją tam wie, co robi z dziadkami jak nikt nie widzi :p

      Usuń
    7. Znaczy jasne, wiem, że on się o tym nie dowie też, ale jakoś ta aura śmiania się mi się przestaje szybo podobać. Wiesz zresztą XD
      Nie wiem, zamyka drzwi. My i tak mamy wrażenie, że namawia ich do jakiegoś buntu przeciw nam :P

      Usuń
    8. Wiem :)
      Bo pewnie tak robi xD

      Usuń
  2. Ta kobieta wygląda na bardzo niepewną siebie. Żądna pochwał, pokazuje wszystkim, że wszystko umie lepiej - nie robi tego w złej wierze. Chce udowodnić, przed Wami, ale i sama przed sobą, swoją wartość, umiejętności, wiedzę. Smutne, ale kiedy taka osoba staje się utrapieniem, to nie ma co się nad nikim litować. Oczywiście odradzam kroki radykalne i grupowe napaści, ale pokojowe rozwiązanie powinno się znaleźć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I właśnie takie rozwiązanie próbujemy znaleźć. Cały czas. Tylko właśnie w pewnym momencie człowiek szału dostaje, jak musi pracować za dwie osoby na dyżurze ( a praca naprawdę nie jest lekka) tylko za dwie, jak musi forsować rzeczy, które są dla dobra drugiego człowieka. Jak stale trzeba pilnować, czy wręcz nie zrobi komuś krzywdy.
      Naprawdę, rzadko kiedy jestem niechętna, agresywna wobec drugiej osoby i tutaj też staram się tłumić swoje zapędy, tak jak reszta dziewczyn tylko...w pewnym momencie to już nieraz wybucha. Jak tu biegasz, myjesz, nie wiesz w co ręce włożyć i...dodatkowo ten ktoś zamiast pomagać "wie lepiej" i masz przez to dwa razy więcej roboty.
      Już nieraz mówiliśmy że to jest właśnie albo niepewny siebie człowiek, albo wręcz...jakoś chory, jak rzuciła jedna z dziewczyn. Zresztą, kobieta nie ma łatwego życia jak o nim opowiadała ale...kumplować się można poza pracą, pewne rzeczy puszczać płazem...ale tu...zaczynają się problemy. I jasne, z jednej strony jest nam jej żal, stale próbujemy jakoś z nią się dogadać, ale każdy dyżur z nią z godziny na godzinę staje się coraz większym koszmarem. Mam nadzieję, że to wszystko się ułoży, jutro choćby, że może z dyżuru na dyżur będzie coraz łatwiej ale...pożyjemy, zobaczymy. Najbardziej boimy się że przez swoją niepewność czy jak to nazwać kogoś skrzywdzi. To po prostu przeraża najbardziej.

      Usuń
    2. * za siebie na dyżurze

      Usuń
    3. Może spróbujcie po prostu pochwalić ją, gdy coś zrobi dobrze, a gdy zrobi źle, zasugerować jak inaczej mogłaby to robić, i oczywiście zaznaczyć, że świetnie jej idzie kiedy się uda? Jak odrobinę "połechtacie" jej ego to powinna się uspokoić, jeśli to nie podziała... to ja rozkładam ręce.

      Usuń
    4. Chwaliliśmy. Próbowałam i w ten sposób, już w czasie jednego z pierwszych dni, gdy miała rozebrać jednego pana do snu i przebrać mu pieluchę, sama. Jak zaczęłam tłumaczyć właśnie w ten sposób, to już warknęła że wie co ma robić. A potem pan chodził...ubrany. I sama musiałam go rozebrać. Naprawdę, to nie jest tak, że ją musztrujemy jakoś wielce, wiele razy już było mówione w podobny sposób...i nie działa. Wie lepiej i koniec. I już te najłagodniejsze osoby się przez nią popłakały właśnie w podobnych sytuacjach. Nie mam pojęcia, co można zrobić.
      W ogóle najśmieszniejsze jest, że mamy wrażenie dodatkowo że...ona nastawia przeciwko nas mieszkańców. Już jedną panią nastawiała tak... że wczoraj na dyżurze wariowała nam, że chcemy ją otruć, bo ma schizofrenię. Bo mówiła coś, że nalewaliśmy jej wody z kranu do butelki którą mają pacjenci przy łóżku a ona dobra, nalała z czajnika. Przynajmniej tyle wiemy od tej pani. I co z tym? Po prostu, sił brakuje.

      Usuń
    5. To mnie już drugi raz w życiu moim krótkim ręce opadły ;-; nie mam pojęcia, co jeszcze możecie z nią zrobić.

      Usuń
    6. Ja też nie. Może dzisiaj na dyżurze na coś wpadnę...oświeci mnie XD Albo kogoś zabiję XD

      Usuń
  3. Myślę,że ta osoba ma masę kompleksów i takim zachowaniem podnosi sobie samopoczucie. Bardzo przykre, że musisz z nią pracować. Dużo sił, bo nie mam pomysłów jak zatrzymać jej zachowanie...
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam takie wrażenie ale...to, że jest jej żal bo ma kompleksy nie może wpływać po prostu na naszą pracę. I też nie wiem jak to zrobić, żeby było lepiej ale cóż...dzień przed nami:)

      Usuń
  4. No bo to jest hipokryzja. Chyba dobre słowo. Fałszywość. No bo proszę cię, tak się nie traktuje ludzi i nie załatwia spraw: zamiast porozmawiać od razu biec na skargę. Gorzej niż dzieci w podstawówce :P I żadne miłosierdzie to nie jest. Wydaje się, że jest taka miłosierna i cudowna i jest tym przeświadczeniem zaślepiona, ale... to nie na tym polega. A może w taki pokraczny sposób leczy niską samoocenę, całkiem możliwe.
    W każdym razie ja tam cenię, jak ktoś jest po prostu... ludzki. Takie lukrowe osobniki są podejrzane, bo doskonałość przecież nie istnieje. I za taką maską często kryją się okropne rzeczy, jak Redcar podała przykład siostry Ratched, no przeca idealny :D
    Nie znam jej, więc tak tylko moje wrażenie przedstawiam.
    W każdym razie- powodzenia jutro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może tak a może....to jest zaburzenie. My się bardziej skłaniamy ku temu drugiemu niestety. Bo mamy wrażenie, jak wiele rzeczy opowiada, że to taka trochę fantastka i ona NAPRAWDĘ chce dobrze i NAPRAWDĘ wierzy, że robi dobrze, a my jej robimy krzywdę nieraz, biedna jest osaczona i skarży, bo nie widzi innego rozwiązania. Po prostu jakby była trochę mitomanką, która widzi swoją oobę jako dobrą, reszta jest zła i nie umie wyjść poza ten obraz. Takie wrażenie mam najbardziej, że to się też wzięło z jakoś ciężkiego życia i kompleksów...
      I też właśnie taki lukier od razu buzi u mnie podejrzenia. I właśnie, nawet książki to pokazują, a ufamy przecież książkom XD
      I dzięki, zobaczymy, jak dzień się potoczy:)

      Usuń
  5. Wiesz, ja czasem, a ostatnio często mam wrażenie, że jestem taka sama jak u Was ta nowa. Że mnie też dużo osób nie lubi, zwłaszcza ci, co dopiero mnie poznają. Ja też mam w sobie coś odpychającego. Może to jest to samo co u niej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wątpię, żebyś ją przebiła, jak tak czytam to, co piszesz. Wiesz, wiele jest osób z którymi ciężko się zgrać ale...ona przebija wszystko. Naprawdę.

      Usuń
    2. Wierzę :P Ale wierzę też, że z czasem się jakoś z Wami dotrze :) Znajdziecie na nią jakiś sposób :) Moja kierowniczka też miała problemy z aklimatyzacją ;p

      Usuń
    3. Może właśnie czasem ktoś naprawdę potrzebuje więcej czasu...zobaczymy. Wczoraj nie było aż tak źle, o dziwo:)

      Usuń
    4. No widzisz, może teraz będzie już coraz lepiej :)

      Usuń
  6. Niektórzy tacy już są. Odpychają wyglądem czy postawą, mimo że są naprawdę świetnymi ludźmi. Ale chyba tylko dla nielicznych. Jakby po prostu bali się wszystkich wokół, a potrafili zaufać (tak nawet tylko troszeczkę) jedynie kilku osobom na świecie. Nie wiem, nie rozumiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo coś po prostu nie gra, potem wychodzą dziwne zachowania i...katastrofa gotowa. Może to pole magnetyczne albo aura, nie wiem XD W każdym razie, lekko nie jest. Ale może wszystko się jakoś uspokoi, poukłada.

      Usuń
  7. Jejku, skoro ona robi takie nieodpowiedzialne rzeczy i stanowi zagrożenie dla pacjentów, to dlaczego u Was pracuje??? W ogóle na niczym się nie zna, więc nie powinna przebywać w takim miejscu i wykonywać tak odpowiedzialnej pracy!
    Ja widzę, że ona stara się być bardzo "ludzka" dla tych podopiecznych, jednak dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane... Też mi jej szkoda, ale gdyby tylko zechciała Was posłuchać i wyciągnąć jakieś wnioski, to myślę, że jakoś by się ta współpraca ułożyła. Ale niestety... Moim zdaniem wina leży po jej stronie, bo to ona nie chce się nauczyć i dostosować. A to chyba oczywiste, że gdy wkraczamy do nowego stada, to my się dostosowujemy, a nie ustalamy nowe porządki i układamy wszystko pod siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, na początku każdy miesza i trzeba go pilnować, ale to pierwsza osoba, której musimy chyba pilnować aż tak bardzo...chociaż wczoraj na dyżurze nie było z nią aż tak źle, jak sądziłam. Ale boimy się kolejnych kwiatków i ...pożyjemy, zobaczymy.
      I właśnie ona chyba chce być aż za dobra. A tak się po prostu nie da.

      Usuń
  8. W byłej pracy miałam ogólnie bardzo zgrany zespół, wszyscy się lubili, zdarzały się jakieś spięcia, ale wszystko było wyjaśniane na bieżąco. I przyszła pani P. Do nowo poznanych ludzi nic nie mam zwykle, bo ich nie znam, więc skoro nie znam, to nie oceniam. I byłam pewna, że zyskaliśmy kolejną świetną osobę. Niestety P., chociaż dopiero się wdrażała, chciała wszystkim dyrygować, bo ona ma magistra, wymigiwała się od pracy i w ogóle średnio chciała z kimkolwiek współpracować.
    Co zrobić, trzeba próbować takie osoby jakoś sprowadzać do pionu i po prostu nie dać sobie w kaszę dmuchać.
    Twoje ostatnie słowa notki są, wypisz, wymaluj, moimi myślami przed tym, gdy miałam z P. coś robić pierwszy raz...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli...w sumie wpadłaś w bardzo podobną sytuację :D I cóż, mi się za szybko robi żal takich ludzi chyba ale..jak się wkurwię, to zaszaleję pewnie XD Chociaż wczoraj poszło dobrze i mnie Nowa nie wkurwiła. A u ciebie jak się z P. skończyło wtedy? Czy jak z pracy odchodziłaś to rozwiązania nie było jako takiego?

      Usuń
  9. Jedyne, co potrafię powiedzieć to "jebana", oczywiście tyczy się to Waszej "Nowej". Znając mnie, pewnie już bym wybuchnęła przy niej i zwróciła jej uwagę, że pracuje krócej i musi się nauczyć zajmować swoimi obowiązkami. Albo nazwałabym ją po ludzku idiotką XD Ale może jestem po prostu dzieckiem, które nie dorosło do relacji międzyludzkich.
    Frido, ja również poznałam parę osób o podobnych zainteresowaniach, z którymi czysto teoretycznie, powinnam się dogadać, a jest inaczej. Więc to chyba nie o to chodzi, by mieć z kimś wiele wspólnego, a po prostu po ludzku się lubić, nawet pomimo różnic, a może właśnie dzięki nim.
    Powodzenia na zmianie z nią, a tego tableta to niech sobie w dupę wsadzi!

    OdpowiedzUsuń