piątek, 1 kwietnia 2016

O mniej niż kiedyś lubianych urodzinach i sercach, które własnym życiem ocala się przez zapomnieniem.

Zawsze uwielbiałam swoje urodziny, wiecie o tym doskonale, prawda? Choć, dobrze, może uwielbiałam to za mocne słowo.

Lubiłam. Zwłaszcza lubiłam ten dzień od dnia, w którym poznałam was, chłopaki, ludzi, którzy rodzili się może w innym roku, w innej godzinie, ale jedna w tym samym dniu co ja.
Lubiłam już, gdy wcześniej troszkę poznałam ciebie Vincent I być może nie rodziłeś się w tym samym dniu, w porządku, ale w tym samym miesiącu. Miałeś ten sam znak zodiaku, taka błahostka, bzdura, znak zodiaku. Ale to tworzyło jakąś wspólnotę.

Bo barany jak pijani się śmialiśmy mecząc na polach w moim domu, pod naszymi drzewami, barany pachną świeżą wiosną, pachną kiełkującą trawą, przemianą. Bo barany najpierw robią, potem myślą, są ekstrawertyzmem, radością, żywiołowością, trochę brutalnością. Takim wiecznie radośnie po dziecinnemu żywiołem ognia który nie spala, bo przecież przez ten żywioł ognia przenika woda która pochodzi z roztopionego śniegu.

Śmieszna sprawa, ta astrologia. Bo nikt w to niby nie wierzy, ale zawsze mówimy, że „coś w tym jest”, czyż nie? Zawsze sprawdzamy głupie horoskopy w Metro i innych darmowych gazetach. Pamiętacie, jak zawsze czytałam nam horoskopy? Zawsze się upierałam i czytałam nam jeden, wspólny, a pasowało to z przymrużeniem oka do każdego życia.
Teraz też czytamy horoskopy ale nie mogę czytać jednego. Więcej słów. Wiecie, że kiedy to z kimś na początku robiłam, zabolało mnie to, ukuło? Teraz nie ma sprawy. Śmieszna sprawa, horoskopy, co nie chłopaki? Niby nikt nie wierzy, ale każdy mówi „ja najlepiej to dogaduję się...”. Cóż. Najlepiej zawsze dogadywałam się z pannami, lwami, wodnikami i innymi baranami.
Z wami. Kurwa, jak my się świetnie dogadywaliśmy.
I mimo wielu ludzi w moim życiu wiem, że nic takiego się już nie powtórzy. Mimo, że nawet gdy straciłam ciebie Królik, gdy myślałam, że nikogo nie pokocham jak przyjaciela tak silnie, pokochałam, to nadal tam są mury, nie ma całkowitego zaufania, otwartości w płaczu, smutku, nawet w cholernym zadawaniu ran, bo przecież, do cholery, i rany musieliśmy sobie zadawać! Ale tu nie ma tego zrozumienia i porozumienia jak u kwietniowych dzieci. Nie, nie znaczy że jest gorzej. Wcale nie. Jest inaczej. Jest pięknie, jest wspaniale. To całkiem inna miłość.
Ale właśnie- inna.
A może ja już jestem też innym człowiekiem?

Bo przecież bycie kwietniowym baranem, także przez moje panieńskie nazwisko, tworzyło jakąś wspólnotę.
Bo ktoś mógł być baranem i rodzić się jeszcze w marcu, jak A. który miał urodziny w pierwszy dzień wiosny. Ale to nie to samo. Bo nie pachnie już kiełkiem trawy.
Bo ktoś może rodzić się w kwietniu, ale pod koniec, już jest bykiem. I tak jakby nie rozumie wtedy tej wody płynącej ze śniegu, bo za późno.
A jak ktoś rodzi się już w maju, to jakby już w ogóle nie rozumiał tej naszej srogiej zimy, tej, z której wszyscy wyrośliśmy, bo my przecież, właśnie my, rodziliśmy się na śniegu a stawialiśmy pierwsze kroki na trawie! My, właśnie my, wiedzieliśmy, że wiosna to wcale nie absolutna zieleń, a szarość, w której zieleń stawia pierwsze kroki.
Nasze życia były prawdziwą wiosną. Wybijaliśmy przecież zęby na kruchym, ale śliskim lodzie na początku życia, żeby wreszcie nam zapachniało obfitością. My właśnie rozumieliśmy cykl życia i śmierci.

Więc widzicie, lubiłam te swoje urodziny, zwłaszcza w przeciągu paru lat, kiedy byliśmy razem. Wy i ja. Potem tylko Królik i ja, sorry Vince, wyszło jak wyszło.
Lubiłam te swoje urodziny. Nie dlatego, że to był wyjątkowy dla mnie dzień. Dlatego, że tak naprawdę, urodziny kwietniowych dzieci, kwietniowych baranów tworzyły wspólnotę. Bo to pieczętowało jakieś tajne porozumienie między nami.
Wiem doskonale, tak samo rozumielibyśmy nasze dusze, gdybyście urodzili się w styczniu, a ja w sierpniu. To nie miało nic do rzeczy. Wymyślilibyśmy coś innego, jakąś inną tylko dla nas dostępną rzecz, historyjkę, która tłumaczy, dlaczego nasze serca jakoś razem biją. A jednak...kochało się to, właśnie to, nadaliśmy temu znaczenie. Rodzenie w kwietniu stało się symbolem. Czekało się na urodziny, nawet jeśli nie spędzaliśmy ich razem, nawet, jeśli nie świętowaliśmy ich specjalnie. Ot, dzień jak dzień.
Ale to było nasze. Nawet gdy nie mogliśmy sobie spojrzeć w oczy, bo byliśmy tak daleko od siebie.

Dzień jak dzień.
Już jutro.
Nadal go lubię, ale jednak, trochę się go boję. Wiem, że będzie udany. Wiem, że będzie dobry, w ten albo inny sposób spędzany. Ale teraz po prostu już nie ma samej radości. Wniknęła w nią nuta melancholii. To słodycz złamana w beczce miodu jedną łyżką dziegciu.
Nie mogło być inaczej. Wy nie żyjecie chłopaki. Moje serce nadal bije.

Widzicie, nigdy człowiek nie sądzi, że to powie, ale nie znoszę tego, że w ten dzień już jestem wyjątkowa. Bo urodziny mam sama. Bo nie ma już kwietniowych dzieci, nawet, jeśli tylu znajomych, ważnych dla mnie ludzi rodziło się w tym miesiącu.
Bo tego nie zrozumieją.
Mam przy sobie tak wielu, których przecież kocham, z którymi się doskonale bawię, ale nie ma kwietniowych dzieci.

W zeszłym roku było trudniej. Bo w zeszłym roku były pierwsze samotne. Sądziłam, że w tym ochłonę. Nadal trochę się boję a może po prostu..przypominam sobie, że nasze serca biły razem, na początku kwietnia, biły jakoś bardziej razem.
Bije tylko moje chłopaki.
Przed swoimi urodzinami więc przypominam sobie, że tęsknię.
Przypominam sobie, że wasze serca muszę ocalić od zapomnienia.

Wiem, Vince, nie przepadałeś za tym kawałkiem, w ogóle za Grechutą. Ty za to, Króliczku, zawsze go kochałeś. Mimo to, że jeden się krzywił, jeden pałał melancholijnym entuzjazmem, często ją śpiewaliśmy. Wzruszałam się wtedy, nie wiedząc, jak ważny będzie, w jakiś sposób...
Nie sądziłam, że będę płakać gdy usłyszę go przypadkiem w radiu czy telewizji.
Nie sądziłam, że będzie ważny w kwietniu. Myślałam koniec sierpnia, listopad...a jednak...

Bo tyle razem dróg przebytych, tyle ścieżek przedeptanych....pocałunków, listów, schodów, książek...

Teraz zostały mi serca, które muszę, też w kwietniu, ocalić od zapomnienia.

I wiecie, przez to też nie skazuję urodzin na porażkę. Wcale nie.

Zamierzam, jak zawsze dobrze się bawić. Zamierzam może uronić parę łez, ale żyć w zachwycie. Właśnie żyć, bo mi tylko z nas życie zostało. Tylko ja nadal widzę, jak zielenią się drzewa, nadal pod stopami czuję chłód topniejącego śniegu, przemierzając świat.
Bo wasze serca ocalę od zapomnienia tym, że ja żyję. Tym, że stuknie mi kolejny, już 26 rok życia. Tym, że będę. Odczuwać kolejne lata, kolejne wiosny. Odczuwać miłość.
Bo nadal, jak w piosence mam upór, żeby powstać, by iść i dojść do celu- nawet, jeśli nieraz czuję się samotna, bo was nie ma. Mam upór barana, który nie poddaje się, gdy rodzi się na śniegu.
Tak, wiecie to doskonale. Sami tacy byliście.
Czasem mam wrażenie, że to nas łączyło, właśnie to najbardziej. Upór. Twardy zakuty łeb, w który życie może walić obuchem, ale my nie padamy ostatecznie.

Więc niedługo stuknie mi 26 lat, chłopaki. Staro trochę się czuję, już bliżej mi 30, niż 20.
Trochę staro, ale kocham to uczucie. Tego, że spełniam się w życiu. Tego, że kocham. Tego, że mam innych już przyjaciół i nie, nie boję się tego słowa. To po prostu inne przyjaźnie, zawarte w inny sposób.

Wiecie, na początku marca jeszcze, chciałam zrobić jakąś fajną imprezę. Taką, jak za starych czasów. Może też trochę po to, żeby odczarować tą datę, tego cholernego 2 kwietnia.
Ale im bliżej mi było, tym mój entuzjazm słabł. Nie poznalibyście mnie, serio. Bo kto by odpuścił okazję do imprezy? Poważnie, starzeję się. Przecież nawet prawie jakoś nie mam ochoty pić. Nie palę, nie zrobiłbyś, Króliku, z mojej czaszki popielniczki. Nawet ćwiczę.
Starość, a może dojrzałość. Nie mi oceniać, więc mniejsza o to.

W każdym razie, z każdym dniem bliższym moim urodzinom, stwierdzałam, że to felerny pomysł. Chciałam zrobić grilla, jakąś imprezę w plenerze. Pogoda nie sprzyjała, bo przecież jeszcze tak zimno, jeszcze tyle tego echa zimy...dobra wymówka.
Tak naprawdę, od razu zauważył to Mąż. Że się boję. Że chciałam rzucić się na głęboką wodę.
Że jest po prostu za wcześnie, bo do cholery, przecież dopiero co pozbierałam się po twojej śmierci Vince ( nie wiem czemu, w ogóle przypomniało mi się, że pod koniec kwietnia dowiedzieliśmy się, że umierasz, śmieszne, co?) a co dopiero po śmierci Królika....
Przecież nie muszę się śpieszyć. Przecież nic na siłę. Nie muszę nikomu nic udowadniać...ani tym bardziej sobie. Chyba i tak jestem silna, co nie, chłopaki? Chyba i tak mało patrzę w przeszłość, raczej chłonę życie, jak jakaś pierdolona gąbka.
Nie muszę uwielbiać swoich urodzin. Starczy, że będę je lubić, cieszyć się na życzenia, okazjonalne piwo, przestanę się bać. Też tak uważacie?
Starczy, że zrozumiem pewnego roku, że to może być mój wyjątkowy dzień, a pamięć o was wcale nie musi być okupiona pewną melancholię...bo swoją miłością już ocaliłam wasze serca od zapomnienia. Bo przecież przez to, że się spotkaliśmy i pokochaliśmy, wy już w moim życiu staliście się wieczni.

Spróbuję małymi kroczkami.
Dzisiejszy wieczór przed urodzinami spędzę z innym kwietniowym dzieckiem, które nie jest jednak baranem i z dawno nie widzianym bardem, który może właśnie dla mnie weźmie gitarę, mimo że trochę wstydzi się grać. To jakiś zaczątek imprezy, jakieś odczarowanie, wigilia dziwnego dnia, który kiedyś uwielbiałam, dziś muszę po prostu lubić. Może nawet dołączy jeszcze jedna osoba, może nawet wyprawimy się w kurs po barach? Kto wie?
2 kwietnia już będę leczyć kaca z Mężem, z nim wędrować po Poznaniu, głaskać kozy w zoo. Bo teraz on jest tym, który rozumie mnie najbardziej. Bo on jest tym, który mnie najbardziej kocha. Zawsze dotykał samego rdzenia mojej duszy i właśnie on zrozumie, dlaczego się nie uśmiecham momentami podczas tego tak szczęśliwego, wyjątkowego dla mnie dnia. On nie będzie pytał, on wszystko odczaruje.
Bo przecież on, przede wszystkim on, jest tym, który będzie być może kiedyś musiał ocalić moje serce od zapomnienia. Moje szare jak kwietniowe chmury oczy, które się kiedyś zamkną.

Chciałbym oczu twoich chmurność ocalić od zapomnienia.

I wiecie, chłopaki, tak naprawdę...to cieszę się, że mija kolejny rok mojego życia. Tak oficjalnie, choć wiem, urodziny to przecież...no dzień jak dzień. Choć wiem, że czas jest iluzją, ale my potrzebujemy, tego odliczania, dat, wieku.
Cieszę się, że minął kolejny rok, bo był wspaniały, mimo że spędziłam go już bez was. Mimo, że w ciągu tego roku, 25 roku mojego życia, wiele razy musiałam zamykać wasze martwe już, pokryte bielmem oczy w mojej wyobraźni. Mimo, że musiałam was ożywiać w moim sercu, mimo że musiałam was chronić. Ocalać od zapomnienia.
Cieszę się, mimo że to był ciężki rok mojego życia, w którym tak boleśnie złamano mi serce, w sposób gorszy, niż mogła to zrobiła to wasza śmierć. Mimo, że przez to jeszcze bardziej mi was brakowało, a przez wasz brak, teraz to rozumiem, mogłam popełnić najgorszy błąd w swoim i cudzym życiu.
To był dobry rok, mimo że po tym wszystkim, w wieku 25 lat, mając przed sobą w teorii większość życia, myślałam tak wiele razy o tym, by to życie zakończyć, brawurowo je sobie odebrać. I nikomu nie przyznałam się do tych myśli. Zresztą, nikt by nie wziął ich na poważnie, bo przecież jestem taka radosna. Myślę, że w 26 roku życia powinnam się do nich przyznać. Zacząć mówić o nich głośno. W ogóle, będąc starszą i dojrzalszą powinnam nauczyć się mówić o wielu rzeczach.
To był dobry rok, pomimo rozstań, bo prowadzą one po prostu do innego etapu. Poza tym, to był przecież też rok spotkań, tylu spotkań, w których coraz częściej rozumiałam, jakim jestem człowiekiem- i jakim chcę być.

Bo przecież w tym 25 roku życia znalazłam swoje miejsce na ziemi, swoją ukochaną pracę, w której, mając jeszcze 25 lat, usłyszałam na ocenie pracowniczej, że jestem najlepszym opiekunem i jako jedyna jestem oceniana maksymalnie. Gdy miałam 25 lat, poznałam inną trochę przyjaźń, tą, która mieszka w tej samej kamienicy, bo gdy tyle lat miałam, właśnie tu zamieszkała. Poznałam Księcia mając 25 lat, wcale nie z bajki, a śpiącego Królewicza, zamkniętego w celi swojego ciała. Kochałam pomimo ran. Znów udowodniłam sobie, że przetrwałam, że mimo iż upadam, mam ten nasz cholerny upór rodzonych na śniegu a czujących pod nim trawę. Tyle razy się śmiałam. Mimo, że straciłam namiętność, na nowo ją w sobie zbudziłam. W tym 25 roku życia dojrzałam, stałam się czulsza, bardziej naiwna, bardziej otwarta. Nauczyłam się ufać mimo łamania serca. Odebrałam wiele cennych lekcji.

Mam wrażenie, że 26 rok będzie podobny. Będę witać się i żegnać. Odbiorę parę lekcji, zada mi ktoś kilka ran. Rozbiję głowę o czyjś mur. Będę kochać, cieszyć się życiem, oddychać pełną piersią. Będę zdobywać góry, z tym którego kocham, razem też z przyjaciółmi.
Znów zobaczę zachód słońca w Tatrach.
Moje oczy porazi zieleń w Bieszczadach.
Tak, to będą też piękne rzeczy.

Ćwierć wieku mi mija, chłopaki. Wiecie, że was gonię? Co więcej...mam zamiar przegonić. Mam zamiar żyć dłużej niż 27. Dłużej niż 31. Dłużej niż 32. Dłużej niż 45.
Znacie te cyfry, prawda?
Mam zamiar je pokonać.
Mam zamiar was przegonić i nawet się zestarzeć. To wy będziecie wiecznie młodzi.

Tak jak mam zamiar pokonać znów 2 kwietnia i cieszyć się z tego dnia. Z moich, już tylko moich, 26 tym razem urodzin.
To będą dobre dwa dni. I mimo że trochę się boję, już nie mogę się doczekać. Mimo, że was już nie ma, że nie mogę świętować z wami. To smutne, ale wasze odejście to część życia.
Tak jak częścią mojego życia, każdego roku mojego życia, zawsze będzie tęsknota za wami. Wspomnienia o każdym naszym wspólnym trudzie, wspomnienia o ciężkich wieczorach w miastach, wspomnienia o wymienianych książkach, wspomnienia o radościach, żartach, pitych razem winach.
Tak jak częścią mojego życia, chłopaki, będzie zawsze moja wiecznie żywa miłość do was.

Ale w życiu zawsze jest przede wszystkim życie, nawet jeśli przesłania je zima śmierci. Zawsze przychodzi wiosna. I mam zamiar żyć, znów, tak po prostu.
Tak, to piękne życie które ocalę przed własnym zapomnieniem, bo nie zatracę się w przeszłości, nie zatracę się w tęsknotach. To piękne życie, w którym jest wiele listów, pocałunków,schodów, książek i trudów, radości przeżywanych z innymi ludźmi. Z moim Mężem. Z Red. Z ludźmi, których widzę nieraz nawet i raz do roku, ale nigdy o sobie nie zapominamy.
Nadal z kimś rozkrawam chleb.
Nadal kocham, ich kocham i was kocham chłopaki, żadna miłość się nie wyklucza.
To piękne życie. Więc jutro będę je świętować, jego dalszy ciąg, jego upływ. I wypiję koniecznie wasze zdrowie.



Ile razem dróg przebytych?
Ile ścieżek przedeptanych?
Ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami?
Ile listów, ile rozstań?
Ciężkich godzin w miastach wielu?
I znów upór, żeby powstać
I znów iść i dojść do celu

Ile w trudzie nieustannym
Wspólnych marzeń, wspólnych dążeń?
Ile chlebów rozkrajanych?
Pocałunków, schodów, książek?
Oczy twe jak piękne świece
A w sercu źródło promienia

Więc ja chciałbym twoje serce ocalić od zapomnienia. 

18 komentarzy:

  1. Hmm, ja w sumie do astrologii nie przywiązywałam nigdy szczególnej wagi, gdyż nie widzę szczególnego związku pomiędzy datą urodzenia, a charakterem czy życiem człowieka. Aczkolwiek tego typu metafory równocześnie bardzo lubię :) I nadawanie znaczenia pewnym rzeczom jak najbardziej rozumiem.
    Ostatnio lubię czytać chiński horoskop i sprawdzać, kto w jakim roku się urodził. Ty jesteś chyba z roku konia o ile się nie mylę :D

    I cóż, jak najwięcej radości dziś i w dniu urodzin i kolejnego pięknego roku życia :)
    I też myślę dobrze, że dojrzewasz do tego, by pewne myśli wypowiedzieć na głos.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to taka kolejna zabawa, jak numerologia czy z nadawaniem błogosławieństwa przez imię. Takie "coś w tym jest", ale nikt tak naprawdę za bardzo w to nie wierzy. I właśnie dla nas to była taka metafora:)
      Chyba tak. Chociaż gdzie indziej czytałam, że węża:D
      I dziękuję:)
      Ba, w końcu człowiek musi dorosnąć :D

      Usuń
  2. Bardzo poruszający tekst. Ale mimo wszystko jestem zdania, że pokrewieństwo dusz nie zależy od daty urodzenia. Znam to uczucie starzenia się, zwłaszcza, że w tym roku przestanę być nastolatką i coraz gorzej się czuję z tą świadomością. Masz rację, że urodziny to niby data symboliczna, dzień jak co dzień, a jednak czujesz się inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A pewno, że ie. Ale to był dla nas taki jakiś symbol, metafora. Jeśli urodzilibyśmy się inaczej,w innych miesiącach, jak pisałam, znaleźlibyśmy po prostu coś innego. Chcieliśmy taki symbol mieć.
      Myślałam, że jesteś starsza :D Ja jak widzisz, będę miała oficjalnie bliżej 30-stki. Ale, to wcale nie jest złe. W sumie dobrze jest dojrzewać i wiekowo:)
      Bo jednak..to urodziny. Kolejny symbol.

      Usuń
    2. Zawsze znajdzie się jakąś "nić porozumienia", wspolny mianownik z ludzmi, z ktorymi jest się blisko :)

      Usuń
  3. Ja sobie mówię, że urodziny jak każdy inny dzień :) A my z roku na rok się zmieniamy, ta nuta melancholii wcale nie jest zła, pokazują inną Ciebie, jak się zmieniasz, dojrzewasz. Życzę Ci na teń dzień i całe życie dużo serca i słońca w środku, żeby rozjaśniało gorsze dni.
    A ten utwór Grechuty uwielbiam, bardzo mocno mnie wzrusza.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przyznać się muszę, że jestem nieci zdziwiona. Zdziwiona, że jestem starsza od Ciebie. No zawsze mi się wydawałaś i wydajesz cholernie dojrzała, niesamowicie mądra, taką życiową mądrością, która nabywa się z wiekiem. A tu zaskoczenie, że jesteś taka młodziutka i tak wyjątkowo mądra, tym życiowym doświadczeniem. Kłaniam się w pas. I życzę Ci by tej mądrości, wrażliwości i uważności na świat z każdym rokiem było jeszcze więcej.
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja jestem Lwem xD
    I miałam kiedyś właśnie takie trio nas było na początku liceum - wszystkie byłyśmy lwami :) Ale dziś każda poszła w swoją stronę jedna drugą obgadując i źle życząc.
    Więc nawet nie wiesz jak bardzo Ci zazdroszczę, że przeżyłaś tak piękną przyjaźń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tej przyjaźni, byś jednak jeszcze taką znalazła Ci życzę w te urodziny :)

      Usuń
  6. Pięknie napisany tekst. A co do horoskopów to czasem je czytam gdy przypadkiem gdzieś się natknę, taka ciekawość jednak nie wierzę w to.
    Z roku na rok coraz mniej lubię swoje urodziny, to moje ostatnie ''naście'' i jestem wręcz przerażona kolejnymi urodzinami.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytając ten post zastanawiałam się co mam Ci życzyć. Ja zodiakalna Panna czego może życzyć zodiakalnemu barankowi. Jeszcze więcej zdrowia i miłości, spełnienia marzeń, prawdziwych przyjaciół. Życzę Ci jeszcze, żebyś nigdy się nie zmieniała i była w każdej sytuacji sobą, ja to do tej pory! ;-) 100 lat bez remontu obowiązkowo i 100 lat pisania tutaj!

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem kwietniowym Baranem. Nigdy jednak do astrologii nie przywiązywałam większej wagi, no chyba, że w formie rozrywki, z wielkim dystansem

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak przypuszczałam, że wspomnisz o tym, że reszty kwietniowych dzieci już nie ma. I to nie ten sam smak ma już. Wiem, wiem. Ale jednak, jeden dzieciak został z mocnym serduchem :)

    P.S. Podeślę Ci P. To też kwietniowe dziecko, skubanemu BARANOWI się udało, bo z 19. kwietnia jest. I o fizyce sobie porozmawiacie :D Tylko pamiętaj - on ma zawsze rację :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Chyba każdy lubi swoje urodziny i mimo, że jesteśmy o rok starsi, cieszymy się z pamięci o nas zachowanej w sercach najbliższych :) horoskopy można czytac, czemu nie... Wszystko jest dla ludzi, a podobno czasami się spełniają :D osobiście ich nie praktykuję, wolę być zaskoczona przez los :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Wszystkiego dobrego Frido. :)
    Wiesz, najbardziej chwyciło mnie za serce zdanie, że masz zamiar mieć więcej niż 27, 31, 32 czy 45 lat... Och tak - to piękne, bo jest w nim postanowienie życia i cieszenia się życiem. Życia i brania z niego pełnymi garściami.

    OdpowiedzUsuń
  12. Chyba... Ci dziękuję, wiesz? Jako kwietniowe dziecko, jako ktoś, kto lata temu przestał ten dzień postrzegać jako własny i kto go nie lubi, najzwyczajniej, trochę przerażająco, trochę momentami boleśnie. Dziękuję.
    I życzę Ci, choć to spóźnione życzenia, więcej nocy w pięknych miejscach, z pięknymi sercem ludźmi, z uśmiechem, choć wciąż, a być może już zawsze, trochę stęsknionym, ale jednak szczerym i ciepłym. Wszystkiego najlepszego, Frida.

    OdpowiedzUsuń
  13. Wszystkiego najlepszego Frida :) I pamiętaj, że najpiękniejsze lata jeszcze przed Tobą :)

    OdpowiedzUsuń