Wraz z nowym rokiem wreszcie przyszła
zima. Ta prawdziwa, z odrobiną choć białego puchu. Z wyraźnie
szczypiącym w oczy i uszy mrozem, tym, który pozwoli wreszcie ziemi
wypocząć.
I może nie jest za późno,
pomyślałam, może nie wszystkie pączkujące drzewa zostaną w
części zabite, jak ludzie, którym pewne zdarzenia potrafią
zmrozić serce. I może nie jest za późno, pomyślałam, myśląc o
przebiśniegach w ogródku mojej matki. Może zakwitną w marcu,
kwietniu, wtedy, kiedy jest ich prawdziwa pora, mimo że teraz, po
jesieni, pomyliły preludium zimy z wiosną.
Nie jest za późno. Nigdy, nawet gdy
wiesz, że pewne rzeczy potoczyły się nie tak, jak powinny. Nawet,
gdy zdarzyła się miłość, ale tak uporczywa, że zamiast ogrzać,
zadała rany. Nawet, gdy okazała się zimą, gdy ktoś myślał, że
przyszła wiosna.
Nigdy nie jest za późno i nawet
zmrożone pędy przetrwają, wiem to doskonale. Ludzkie serca są
silniejsze, niż nieraz sądzimy. On jest silniejszy niż sądziłam
i wszystko, wszystko co się dzieje być może prowadziło tylko do
tego momentu.
Tego, w którym boleśnie się dorasta
i tego, w którym oficjalnie się żegnamy.
W życiu zdarzają się różne
spotkania. Niektórzy staną na naszej drodze prawie niezauważeni,
zapominamy o ich twarzach po latach, a nawet po miesiącach. Inni
stają się wręcz treścią naszego życia, szepczemy im do uszu
hasła o miłości i przyjaźni, o tym, że budują nasze życie.
Choć, to nie oni. Robimy to sami w oparciu o chęć czynienia ich
życia lepszym. Myślę, że to już dużo.
Są też ludzie, z którymi spotykamy
się w wielu ważnych momentach, wcale nie drugoplanowi ale i nie
pierwszoplanowi aktorzy w naszym spektaklu. Ale wiesz, że zawsze,
gdy pojawią się w życiu, coś się zdarzy. Łzy komedii albo
szczęścia. I te i te są równie ważne.
Wszyscy z nich czegoś nas uczą,
zadając nam przeogromne szczęście i często zarazem, zdając nam
rany, które leczy tylko nasze nastawienie. Bo rany, ból, mają to
do siebie że same w sobie nie są złe. Liczy się nasze nastawienie
i może nieraz właśnie tego nastawienia musimy się nauczyć.
Myślę, że niezależnie od tego,
czego dani ludzie w naszym życiu nas nauczyli, z niektórymi nasze
drogi rozchodzą się po prostu i nie zwracamy na to zbytniej uwagi.
Naturalnym jest, że odchodzą, tak samo jak naturalnym są w naszym
życiu spotkania. To jak w metaforze mojego przyjaciela, niektórych
kwiatów w naszym ogrodzie aż tak nie widać, nawet, jeśli kochają
one w nim rosnąć.
Gorzej, gdy jesteś dla kogoś
przebiśniegiem. Wtedy, gdy zjawiasz się jako pierwszy z kwiatów na
gołej ziemi, nie sposób nie dostrzec odejścia. Gdy ludzie w jakiś
sposób są dla siebie przebiśniegami mimo wszystko są bardziej
odporni na mrozy, ich relacja jest odporna na wiele tragedii. Ale
żyją między sobą w sposób, który mimo wszystko często prowadzi
do tragedii. I dopiero przy nowej wiośnie mogą próbować życia na
nowo. Razem, lub osobno.
Zniknięcie niektórych kwiatów w
ogrodzie łatwo więc zauważyć. Ich brak rzutuje na nasze życia,
kładzie się cieniem lub jego brakiem, słońce przez wycięte
drzewo zaczyna wręcz palić glebę naszego ogrodu. To się zdarza.
Myślę, że ci ludzie nie mogą po
prostu przeminąć. Ci ludzie wymagają pożegnania.
Pewne relacje potrzebują oficjalnego
zakończenia pewnego etapu.
Czasem wiesz, po prostu wiesz, że nie
ma co ratować, a być może, pewne rzeczy muszą zmienić kształt.
Kwiat przekwitł, cebulka musi schować się głęboko do ziemi. Być
może, jeszcze kiedyś wyjdzie z niej zielony kiełek, może jeszcze
zdarzy się jakaś wiosna, ale na pewno nie można na to liczyć. W
tym kształcie musimy pożegnać się oficjalnie.
Pożegnania, tak samo jak spotkania są
drogą do rozwoju. Tylko pozornie zdają się nam być smutniejsze,
bo to jak kolejna śmierć. Dosłowna śmierć jakiejś relacji.
Wszyscy zapominamy, choć wielu z nas w to wierzy, że śmierć
prowadzi po prostu do innego życia. I być może, czasem trzeba
zrobić miejsce na inne więzi, zwłaszcza gdy nasze zakrawają
nieraz wręcz o obsesję, są zbyt intensywne w zapachu z jednej
choćby strony i nie pozwalają normalnie oddychać.
Te na pewno trzeba zakończyć, gdy
wiesz, że już nie dadzą nic dobrego.
Nie w tym momencie.
Nie tej zimy, nie podczas tego nowego
roku.
Spotkaliśmy się by się pożegnać,
jak to z każdym w życiu, bo z każdym prędzej czy później się
pożegnamy, czy dłużej to trwa czy krócej, czy rozdzielą nas
nasze decyzje czy decyzja naszego losu o śmierci. Zawsze w końcu
się żegnamy.
Spotkaliśmy się by się pożegnać
tego zimowego dnia, gdy nie przyzwyczajona do takiego mrozu o poranku
nie mogłam wręcz oddychać. Pożegnać na samym początku nowego
roku. Jakby usilnie pożegnać w naszym przypadku, a przede wszystkim
w jego przypadku znaczyło zacząć na nowo.
To dziwne, najlepiej zawsze rozmawia
się nocami, ale naszym spotkaniom tak często towarzyszył blask
dnia. Być może pewne rzeczy nocą byłby nie do zniesienia i to ja
przede wszystkim zdawałam sobie z tego sprawę. Być może, pewne
cienie jeszcze bardziej zasnułyby jego umysł.
Myślałeś o mnie nocami, widywałeś
mnie w blasku dnia. Sądzę, że to nawet dość naturalne.
Czasem mam wrażenie, że to zimą
światło jest najjaskrawsze. Ma mało czasu, więc jakby chciało
nadrobić cały blask, zanim świat na nowo pogrąży się w mroku. W
tym blasku zapamiętam jego srebrne oczy.
W niedzielę nowego roku, gdy mróz
powoduje, że nam ludziom, aż zastygają kości, nie ma dużo ludzi
w parku. Gdy słońce już dawno po wschodzie, ale niebo nadal
pomarańczowe. Stanęłam w pustym parku przed nim. Nie było już
dużo do powiedzenia. Pożegnania, te prawdziwe, mają to do siebie,
że nie wymagają wielu słów. Z reguły tak wiele wyjaśnia się
przedtem. Wyjaśnia się, gdy pewne zdarzenia prowadzą do
pożegnania.
Doprowadziła nas tu jedna śmierć.
Być może, doprowadziła i inna.
Doprowadziła nas tu zazdrość i gniew
wynikający z niedopowiedzeń.
Doprowadziło nas do tego miejsca
również cudze złamane serce.
Doprowadziło nas tu też złamane
moje, choć on nie miał w tym udziału, tylko ja bezmyślnie
wplątałam go w macki zdarzeń.
Czasem ma się wrażenie, odczuwa się
ten moment, gdy z układanki puzzli naszego życia wyłania się
całość obrazu. I właśnie to poczułam, patrząc w jego srebrne
oczy, oczy jak przelewająca się rtęć. Chwytając zimną jak u
trupa dłoń. Poczułam, że spotkaliśmy się, żeby dojść do tego
momentu, żeby on mógł zacząć na nowo i żebym ja znów, tak
wiele się nauczyła. Choć, być może przez nasze spotkanie
nauczyli się inni. Boleśnie. Ale każde dorastanie jest bolesne i
coś nam odbiera, zanim coś nam naprawdę da.
Zanim zrozumiemy.
My oboje chyba już zrozumieliśmy.
Dlatego mogliśmy pożegnać się wraz z początkiem roku.
Prawie żadnego śniegu, a skrzypiał
pod stopami. Choć może to skrzypiały i jęczały serca w naszych
głowach?
-Zimno mi.
-Gdzie chcesz iść?
Spojrzałam na przeszklony budynek.
-Tam.
Poszliśmy więc do palmiarni, jednego
z moich ukochanych miejsc zimą. Śmieszne, nie byliśmy tam
przedtem nigdy razem. Nie było okazji, mimo głaskania kóz w starym
zoo.
Kocham to miejsce, pachnące wilgocią
i ziemią. Tam zawsze jest lato. Tropik, gdy szklany dach pokryty
jest warstwą śniegu i wszystko aż pęka, trzaska, jakby chciało
się dostać do środka i zabić to oszukane życie. Oszukane, bo w
naszym świecie nie może trwać wiecznie.
Palmiarnia to dla mnie trochę taka
osobista bajka, szepcząca mi o wiecznej zieleni, wiecznej nadziei.
Takiej, która nie podlega prawom naszego życia. Taka, w której
przebiśniegi wcale nie umierają.
Dąb korkowy, cytryna, szalenie
kwitnące storczyki. Wędrujemy między salami, wkładamy dłonie do
sadzawki z rybkami. Ciepła woda ogrzewa nam palce, czarne molinezje
i żółte mieczyki skubią nasze palce. Oboje drgniemy niezauważeni,
gdy nasze dłonie dotykają się pod wodą. Gdy splatają się pod
nią, oszukując trochę rzeczywistość, tak jakby to co pod wodą,
zostanie pod nią. Wspomnienie dotyku, woda która pamięta.
I ja i ty jesteśmy taką wodą.
Żółte światło wlewające się
przez szyby, konkuruje z żółtym światłem lamp. Kaktusy, żywe
kamienie, wilczomlecze, z których mogłabym przygotować trujący
napój, trujący jak niektóre emocje tego roku.
-Więc jutro masz samolot?
-Nie, nie samolot. Jadę pociągiem.
Polubiłem pociągi.
-Do Berlina najpierw?
-Tak.
Śmieję się w duchu z dawnego strachu
w ciemnych oczach, strachu, z którego on pewnie nie zdaje sobie
sprawy. Ja los mógłby nieraz płatać figle. Ale nieraz i on nie
bywa aż tak okrutny.
-Wszystko już załatwiłeś?
-Tak. Mieszkanie, praca...miałem
mniej czasu, dałem go sobie mniej...
-Jakbyś uciekał?- wyrywa mi
się. Przepraszam go wzrokiem, ale on uśmiecha się krzywo.
-Trochę uciekam. Ale nie uciekłem
przed...przed tym..- robi niezgrabny ruch ręką.
Nie uciekł przede mną. Przed
konfrontacją z końcem. Przed resztkami uczuć, które spętały nas
w magicznym, ale niszczącym pakcie.
Dotykam placami liści mimozy, która
kuli się, nie lubi dotyku. On też go nie lubił. On też się kuli,
w swoich szafach...choć już teraz częściej stoi dumnie. Mimoza ma
wrażliwe liście, ale i niesamowicie silne drewno.
Nie uciekł przede mną. Zaczyna nowe
życie. W innym mieście, w innym kraju. Wcale nie w nowym. Bo dla
niego to stary kraj. On wraca do domu, w końcu urodził się w
porcie, który wcale nie widzi morza. W końcu tam przeżył
największe tragedie swojego życia, zanim matka wyrwała go z objęć
mew i kazała wracać do Polski.
Nie uciekł. Zaczyna na nowo. I to
uczucie, to, które czuje do mnie, musi pogrzebać. Bo odżyło, gdy
było najmniej pożądane. Bo odżyło, gdy kto inny chciał go
pokochać, gdy łudził się, że to możliwe.
Byłam na niego tak zła, zła
straszliwie, że swoim niezdecydowaniem krzywdzi też i innych,
których kocham. Po chwili dotarło do mnie, że to ja ich
skrzywdziłam. On sam jest niewinnym, sam jest raną. Ale, jak
mówiłam wiele razy przyjacielowi, który stworzył myśl o
ogrodach...nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć echa naszej
miłości. Nie wiemy, czy dając coś dobrego nie stworzymy czegoś
złego. Albo co gorsza, jednocześnie pięknego i zatrutego, jak w
tym wypadku.
Nie wiemy, takie po prostu bywa życie.
Ale nigdy nie jest za późno, by podać lekarstwo. By truciznę
wysączyć z żył. Przynajmniej, ja jako czarownica w to wierzę.
Gorzkie zioła, wetrę w twoje skronie i zapomnisz, zapomnisz.
Choć może lepiej i pamiętać. Być
może, echo dawnej miłości wcale tak nie krzywdzi?
Nie mi to oceniać. Nie mi to wiedzieć.
Życie, już osobne, samo przyniesie odpowiedzi.
Chodziliśmy po palmiarni, wiecznych
ogrodach. Prawie jak wiszące ogrody Semiramidy, zaśmiałam się.
-Coś w tym jest, jesteś jednak
księżniczką, ten twój Książę ma rację-zaśmiał się, gdy
przypomniała mi się Semiramida. Widział od razu oburzenie na mojej
twarzy.- Dobrze, już dobrze. Wiem że nie księżniczka. Kapłanka
brzmi o wiele lepiej. Ale też masz swoje królestwa.
Spacerowaliśmy więc po jednym z moich
królestw, którego nie byłam i nigdy nie będę właścicielką.
Ale nie o własność tu chodzi. Nic nie ma się na własność. Nie
można mieć przede wszystkim ludzi.
Wszyscy jesteśmy wolno rosnącymi
drzewami. Czasem wędrujemy między lasami, strzegą nas leszy i
enty. Najcudowniejsze postacie z legend. Sami bywamy pasterzami
drzew. Czasem nawet zasiewamy żołędzie i kasztany. Ale nigdy,
nigdy nie mamy drzew na własność.
Tak naprawdę nic w życiu nie
posiadamy. Nic nie zamkniemy w klatce.
Spacerowaliśmy i nie mówiliśmy za
dużo. Nie było już nic do powiedzenia. Pewne wyznania padły już
o wiele wcześniej. Wyznania o miłości, która obudziła się na
nowo, tak jak się tego obawiałam. Wszystkie rozmowy o cudzym
złamanym sercu, o żalu, o wyrzutach sumienia, bo sumienie jest
jedynym wartownikiem tego świata, jak pisze Harper Lee. Wszystkie
rozmowy o nowym początku, o tym, jak zakłada nowe życie. Wszystkie
ustalenia, że jeszcze raz, ten ostatni raz, musimy się spotkać.
Spojrzeć w oczy. Zakończyć raz a dobrze, a nie tak jak wtedy,
przed laty, uderzeniem w twarz, oburzeniem, pospiesznym wyjściem.
Oboje już jesteśmy kimś innym, niż
przed laty. Ja stałam się kobietą, on dorósł na tyle, że nie
nazywam go chłopcem. Nazywam go mężczyzną. Dumnym przesadnie,
dorosłym mężczyznom. Taki, który nie ucieka przed pożegnaniem,
bo miłość, taka miłość, wymaga zakończeń i on doskonale o tym
wie.
Wiele rzeczy w naszym życiu nie ma
zakończenia. Ale te najważniejsze uczucia muszą mieć dopisane
rozdziały, by można było zacząć na nowo. On chciał dopisać
ten.
On pokochał mnie jak mężczyzna kocha
kobietę. Ja jego jak brata. W tym życiu, w tym świecie...
-Ilu mężczyznom musiałaś to
mówić, że nie w tym świecie? Że nie w tym życiu?
-Mam być szczera?
-Wiesz że tak.
-Jesteś drugi.
-Sądzę, że to dobry wynik. Cóż,
przegrałem z tym, który jest dla tego świata
-Nie przegrałeś, po prostu tak
wyszło, jego kocham i z nim..
-Wiem. W miłości się nie
przegrywa. Ile razy to mówiłaś? Po prostu życie. Nie musimy tego
wałkować po raz kolejny.
-Nigdy nie chciałam cię zranić
-Zraniłaś, jakoś zraniłaś
chociaż sam się w to wpakowałem, wiesz. Ale przedtem mnie
uratowałaś. Uratowałaś mi życie. Myślę, że to ważniejsze.
Trzeba czasem pogrzebać pewne uczucia.
Odciąć się od nich, mimo tęsknoty. Chcę wierzyć, że to
możliwe. Znów, chcę wierzyć w przebiśniegi, które przetrwają
zimę, mimo że były przedwczesne, mimo że mróz przyszedł na ich
zielone kiełki.
To będzie trudne, ale zakwitną.
Wierzę, że zakwitnie jego życie. W
innym mieście. W tym, w którym dla niego wszystko się zaczęło.
Wierzę, że to wszystko tylko epizod,
jestem tylko lekcją. Ważną lekcją. Konieczną. Ale tą, która w
tym życiu prowadzi do rzeczy ważniejszych. Nie jestem, nigdy nie
byłam treścią jego życia, nawet, jeśli on tego chciał. Nie
mogłam być. Nie mogłam być jedyną wodą. Starczy, że napoiłam
w jednym z momentów...ale teraz czas na inne życie.
Czas na nowy początek. Dla niego
przede wszystkim. Może i trochę dla mnie.
Nowy rok, dla wielu symboliczny. Nie
dla mnie, bo postrzegam całość, nie do końca uznaję daty
graniczne. Wolę widzieć całość.
I wiecie...w tej całości pojawiają
się piękne obrazy. W tym życiu, w którym spotykamy się ale i
żegnamy. W tym a nie innym.
Nie znam innego. Choć wierzę, że są
inne scenariusze. Skaczemy po strunach, bywamy
wielowymiarowi...Wiara. Ta jest najważniejsza, znów.
Nie mówiliśmy wiele. Wszystko
najważniejsze już padło między nami.
Teraz trzeba się pożegnać. Zrównać
kroki i oddechy, przytulić na koniec, pomachać ręką.
-Mam coś dla ciebie.
-To zabawne, bo ja też.
Najcenniejszy skarb. Pamiątka na
zawsze. Dusza wyrażona w słowach na papierze. Dusza wyrażona w
rysunku. Księga tego, który odchodzi, by zacząć wszystko na nowo.
I na tych stronach ten jeden, jedyny
rysunek, w którym rozpoznałam siebie. Siebie jego oczami. Siebie,
jakiej nikomu więcej nie pokażę.
Starczy, że ja wiem.
Starczy, że ja widzę.
Nowy rok, dla wielu nowy początek. Dla
nas zaczęty pożegnaniem.
Pamięcią, że pożegnania zawsze są
początkami bardziej, niż symboliczne daty. Pamięcią, że straty w
życiu są tylko pozorne, tak samo jak rany. Wszystko jest lekcją,
która nam coś daje.
Rok zaczęty pożegnaniem z tą rośliną
w moim ogrodzie. Z niepozornym przebiśniegiem, który wytrwał
więcej mrozów, niż sądziłam, że to możliwe.
Mróz zmroził ręce, ale nie serca.
To serce bije głośno i wyraźnie. Mam
wrażenie, że będzie biło jeszcze mocniej, gdy już rozeszły się
nasze ścieżki. Mówi mi to przeczucie. W końcu jestem czarownicą,
a nie księżniczką. Wiedźmą, tą co wie, nie niewiastą z jasną
głową. Będzie dobrze.
Pożegnanie bez żalu i gniewu. Z
czułością. Z wybaczeniem. Wielkim poczuciem spokoju, że tak
właśnie ma być. Czy nie takie są właśnie prawdziwe pożegnania?
Czy nie są pogodzone z rzeczywistością? Czy nie dają właśnie
ulgi?
Pocałunek w czoło na koniec.
Śmiesznie łaskocząca broda, elegancki zapach, który zapamiętam
na długo. Pocałunek w czoło na pożegnanie, pomachanie ręką,
trochę śmieszny, chyboczący mimo wszystko chód oddalającej się
sylwetki.
W tym życiu musieliśmy się pożegnać
po wszystkim, co się stało. Po złamanych sercach i skrzydłach. Po
uczuciu, którego nie mogłam odwzajemnić, bo w tym życiu zawsze
kochałam i będę kochać innego mężczyznę.
Będzie dobrze. W jego życiu, w moim.
Czasem zatęsknimy. Być może, zatęsknimy za sobą w tym życiu. A
może za życiem, które tu i teraz było niemożliwe przez inne
wybory.
Tęsknoty są śmieszne, gdy żyje się
tu i teraz. Gdy można zacząć na nowo. Gdy idzie się wytrwale po
prostu do przodu. Tęsknoty są śmieszne, ale są też ludzkie.
A na nic nie chciałoby się zmieniać
ludzkiego serca.
To bije najpiękniej.
A wam w nowym roku, jeśli wierzycie
w jego magię życzę właśnie pięknie bijącego serca i jego
niezgłębionej wiary. Wielu dobrych spotkań, ale i mądrych
pożegnań, jeśli są konieczne. Znów, myślę, że tyle starczy. A
może to aż nadto.
Stacja oddala się od pociągu
A błękit oddala się od nieba
Szept dwóch złamanych skrzydeł
Może należą do ciebie, a może do
mnie
To moje najmniej ulubione życie
To, w którym odeszłam od zmysłów
To, w którym jesteś poza moim
zasięgiem
To, w którym ja zostaję, a ty
odlatujesz.
Wędruję w cieniu
I w szeleście opadających liści
Ptak na krawędzi ostrza
Stracony na zawsze, kochany w
słodkich wspomnieniach.
Czasem po prostu trzeba dorosnąć do tego, że pewne relacje trzeba po prostu zakończyć ... Ja też zakończyłam kilka.
OdpowiedzUsuńDlatego uwielbiam palmiarnię, bo jest ciepło, tętniące życie - uwielbiam to. I w takich chwilach zawsze sobie przypominam sobie mój ulubiony cytat: "niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie".
Dokładnie. I wiesz, że to ten moment, gdy możesz je zakończyć...spokojnie.
OdpowiedzUsuńBo nic nie trwa wiecznie. Chyba że pewna równowaga, ta jest wieczna ale...rzeczy w niej już zdarzają się w różnych proporcjach.
Kiedyś wierzyłam, że wszystko jest wieczne, ale myślę, że do zmiany myślenia też trzeba dorosnąć, spojrzeć na wszystko szerzej, z innej perspektywy. Czasem po prostu trochę żal, że coś się kończy ale po prostu tak już jest.
UsuńJa uważam, że są rzeczy trwające wiecznie i wcale nie uważam się przez to mnie dorosła czy dojrzała. Tak samo jak nie uważam za niedojrzałych osób, które uważają jak ja, a którzy wiele już przeżyli i wiele lat mają za sobą. Choć zgodzę się, że na wiele z tego co się kończy a co zostaje, nie mamy zbyt wielkiego wpływu. I to czasami boli do najgłębszej części naszej duszy, ale należy się z tym jak mówicie w końcu ze spokojem pogodzić. Ale każdy oczywiście ma prawo uważać inaczej.
UsuńTo jak zawsze kwestia pewnej perspektywy:) Ja dużo w mówieniu o nie-wiecznych rzeczach opieram na...swojej wierze:) Pewnie dlatego tak mówię, choć wierzę w wieczny "bilans zero":)
UsuńI znów nasunęło mi się, że te wszystkie powitania i pożegnania są jak całe nasze życie. Jak balans na cienkiej linie. We wszystkim trzeba wypośrodkować, znaleźć pewną mądrość, którą mimo przykrych wydarzeń znaleźliście oboje.
OdpowiedzUsuńO to właśnie mi chodziło. To nieodzowna część samego życia, a i każda relacja jest jak osobne życie, z czasem umiera, kończy się, czasem trwa niebotycznie długo. I nie ma tu reguły.
UsuńBo tej mądrości uczymy się, zwłaszcza od siebie nawzajem.
Piękny dar od życia, kiedy jesteśmy sami dla siebie nauką :)
UsuńZasadniczo, nie mogłoby być inaczej, choćby samo powiedzenie "spotykasz mnie, więc jestem" jako dobrze pojęta metafora o tym mówi:) Kwestia, kto na tyle nieraz mądry, żeby to zobaczyć:D
UsuńCzasem trzeba coś skończyć, żeby móc zacząć coś nowego i lepszego.
OdpowiedzUsuńCzasem jest to bardzo trudne, ale jednak potrzebne.
Oby nowy rok był czasem dobrych decyzji ;)
Dokładnie. I cała nadzieja na naszą mądrość, że potrafimy zauważyć, kiedy właśnie powinien być koniec. I mam nadzieję, że my zobaczyliśmy to w dobrym momencie choć...nieraz mam wrażenie, że i tak za późno.
UsuńOby, niech to się spełni w szczególności:)
Ludzie pojawiają się w naszych życiach po coś, to jest przeznaczenie. Nie zawsze zostają na zawsze ale są i to jest najważniejsze - że się pojawili :)
OdpowiedzUsuńWszystkiego dobrego w Nowym Roku :*
Otóż to, to na końcu musimy docenić:)
UsuńZ tymi pożegnaniami tak ciężko jest. Czasami trudno podjąć decyzje o pożegnaniu bo kierujemy się sentymentem, uczuciami itp.
OdpowiedzUsuńSzczęśliwego Nowego Roku :)
Dokładnie. Ale mimo wszystko, w głębi serca, z reguły wiemy chyba, co robić.
UsuńI dziękuję:)
Pożegnania bywają trudne, ale są koniecznie. W zasadzie zamiast rozpaczać,że kogoś trzeba pożegnać,warto się cieszyć,że można było kogoś poznać. Bo każde spotkanie wielu rzeczy nas uczy...
OdpowiedzUsuńSpełnienia marzeń w Nowym Roku:)
https://sweetcruel.wordpress.com/
Dokładnie, to trudne ale...co innego zostaje?:)
UsuńPiękne porównanie relacji/ludzi do kwiatów..
OdpowiedzUsuńNie lubię pożegnań, ale wiem, że są w życiu nieuniknione..
No ale powinniśmy chyba cieszyć się z tego, że czegoś mogliśmy doświadczyć, spędzić z kimś wspaniale czas, poznać kogoś, a nie smucić się z powodu rozstania.
Pozdrawiam.
Nie do końca moje:)
UsuńDokładnie, dlatego trzeba się z nimi pogodzić, tak po prostu.
I to prawda:)
Ale mi się podoba ta metafora o entach i pasterzach lasu! Aż sobie zapiszę :D
OdpowiedzUsuńA co do tych relacji, to cóż, jakiś czas temu zaakceptowałam to, że niektóre są tylko na pewien etap, bo i takie są potrzebne. Ale stwierdziłam też, że nie są ani gorsze, ani mniej ważne, jeśli tylko osoba gdzieś tam zawsze pozostaje w naszym sercu. Bo o pewnych ludziach jednak się nie zapomina, nawet jeżeli kontakt gdzieś tam się urwie... choć często taka sytuacja też jest trudna.
A i pożegnania są na swój sposób piękne.
A zapisz :D
UsuńBo tak właśnie jest, całe życie nie można mieć tych samych więzi bo...to by przeczyło też rozwojowi, prawda?
I jest trudna, ale kto powiedział, że ma być nam w życiu lekko?:D
Ciężko nie czytać tego i nie odebrać bardzo osobiście choć był początek upalne lata i minęło już tyle czasu
OdpowiedzUsuńCzas mija i zniekształca wspomnienia, prawda?
UsuńCiężko nie czytać tego i nie odebrać bardzo osobiście choć był początek upalne lata i minęło już tyle czasu
OdpowiedzUsuńPożegnania to chyba jedne z najgorszych rzeczy. Często ich ostatnio doświadczam, ale na szczęście są to tylko pożegnania na jakiś czas. Mija kolejny miesiąc, później radosne chwile, a następnie znów płaczliwe pożegnanie.
OdpowiedzUsuńCzasem jednak pożegnania są zakończeniem jednego rozdziału, ale i rozpoczęciem nowego. Wiem to z własnego doświadczenia. Najgorzej jest właśnie pożegnać się mrocznym zakończeniem. Człowiek później zamartwia się i gryzie go sumienie. Wam akurat udało się odbyć pożegnanie w piękny sposób.
A ja stwierdzam że mimo, iż przykre, mają w sobie pewne piękno...jak wszystko w życiu.
UsuńZawsze. Tylko nie zawsze ten nowy rozdział widzi się od razu:)
I to prawda.
Tak dobrze to rozumiem... Wierząc w karmę, spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy kiedyś byli nam bliscy. W innym życiu. Których jeszcze kiedyś spotkamy. Nie w tym życiu. To daje nadzieję, ale i niewyobrażalną tęsknotę. Niekończące się cykle, przemiany. Poznawanie, zamieranie, pożegnania. Mam problem z pożegnaniami. Tak jak Ty pisałaś... Wasze było pożegnaniem z klasą. Ja mam tendencję do niedopowiedzeń, do zostawiania komuś złudnej nadziei, często morderczej, beznadziejnej nadziei (czy to nie paradoks..). Mam problem z jasnym stawianiem granic. Boję się dopuszczać do pewnych spotkań, z pewnymi ludźmi. Boję się, że zbyt często daję się ponieść chwili, emocjom. A to rani. Na ten rok nie miałam postanowień, ale teraz... teraz dotarło do mnie, że chciałabym popracować nad swoim stawianiem granic, by być pewną w swoich decyzjach, stanowczą. To ogranicza ból. To sprawia, że mniej boli... Innych, ale przecież mnie też.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Po prostu, w oparciu o fizykę nawet wierzę w inne światy gdzie żyjemy w inny sposób. z innymi ludźmi...tak, że każdy jest w sumie szczęśliwy. Zaspokojony, można rzec. Dziwne, ale jednak.
UsuńWiesz, ja mam wrażenie, że oswoiłam pożegnania przez te ostateczne. W ciągu 3 lat straciłam w tym świecie nieodwołalnie dwóch najbliższych mi przyjaciół. Vincenta i Królika. Ludzi, którzy byli dla mnie całym światem. Umarli, pożegnali się ostatecznie a ja...nauczyłam się żyć na nowo. Wiem więc, że pożegnania ostateczne da się przeżyć i...mniej męczą niż niedokończone sprawy. Tych wprost nienawidzę.
I rani nieraz ale rety...czy w życiu unikniesz zranienia? Emocji? Zranienie to część życia, uciekając przed nim, uciekamyprzed życiem. Zranienie to ważna część życia, uczy nas, dzięki niej dojrzewamy. I właśnie to ten paradoks, zranisz się, ale w ostatecznym rozrachunku, życie boli mniej.
Twój morał budzi we mnie wątpliwości czy na pewno da się kochać tylko jedną osobę. Nie da się, prawda?
OdpowiedzUsuńKocha się różne osoby na różne sposoby:)
UsuńCzuję tu realistyczny optymizm, który bardzo mi się podoba i po który będę wpadała tu częściej z kawą lub herbatą u boku. Będę się nim otulała gdy będzie mi zimno lub osaczy mnie szarość. Jak dobrze, że są jeszcze na tej Ziemi "głębokie"osoby nie noszące smutnego wzroku jak np. ja ;-) Choć oczywiście uczę się żyć bez niego jak najczęściej. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńPonoć jestem optymistką z urodzenia choć...wydaje mi się bardziej, że jednak z doświadczenia:) Zatem..jeśli ci on odpowiada naprawdę, to zapraszam jak najczęściej:) Ale..i smutne oczy są w życiu, świecie potrzebne. Wszystko musi być w równowadze, prawda?
UsuńJak najbardziej! ;-)
Usuń