niedziela, 3 stycznia 2016

O wierze w kwitnące przebiśniegi pomimo mrozu, czyli o pożegnaniach na początku roku, które dają nadzieję na nowe początki.

Wraz z nowym rokiem wreszcie przyszła zima. Ta prawdziwa, z odrobiną choć białego puchu. Z wyraźnie szczypiącym w oczy i uszy mrozem, tym, który pozwoli wreszcie ziemi wypocząć.
I może nie jest za późno, pomyślałam, może nie wszystkie pączkujące drzewa zostaną w części zabite, jak ludzie, którym pewne zdarzenia potrafią zmrozić serce. I może nie jest za późno, pomyślałam, myśląc o przebiśniegach w ogródku mojej matki. Może zakwitną w marcu, kwietniu, wtedy, kiedy jest ich prawdziwa pora, mimo że teraz, po jesieni, pomyliły preludium zimy z wiosną.
Nie jest za późno. Nigdy, nawet gdy wiesz, że pewne rzeczy potoczyły się nie tak, jak powinny. Nawet, gdy zdarzyła się miłość, ale tak uporczywa, że zamiast ogrzać, zadała rany. Nawet, gdy okazała się zimą, gdy ktoś myślał, że przyszła wiosna.
Nigdy nie jest za późno i nawet zmrożone pędy przetrwają, wiem to doskonale. Ludzkie serca są silniejsze, niż nieraz sądzimy. On jest silniejszy niż sądziłam i wszystko, wszystko co się dzieje być może prowadziło tylko do tego momentu.
Tego, w którym boleśnie się dorasta i tego, w którym oficjalnie się żegnamy.

W życiu zdarzają się różne spotkania. Niektórzy staną na naszej drodze prawie niezauważeni, zapominamy o ich twarzach po latach, a nawet po miesiącach. Inni stają się wręcz treścią naszego życia, szepczemy im do uszu hasła o miłości i przyjaźni, o tym, że budują nasze życie. Choć, to nie oni. Robimy to sami w oparciu o chęć czynienia ich życia lepszym. Myślę, że to już dużo.
Są też ludzie, z którymi spotykamy się w wielu ważnych momentach, wcale nie drugoplanowi ale i nie pierwszoplanowi aktorzy w naszym spektaklu. Ale wiesz, że zawsze, gdy pojawią się w życiu, coś się zdarzy. Łzy komedii albo szczęścia. I te i te są równie ważne.
Wszyscy z nich czegoś nas uczą, zadając nam przeogromne szczęście i często zarazem, zdając nam rany, które leczy tylko nasze nastawienie. Bo rany, ból, mają to do siebie że same w sobie nie są złe. Liczy się nasze nastawienie i może nieraz właśnie tego nastawienia musimy się nauczyć.

Myślę, że niezależnie od tego, czego dani ludzie w naszym życiu nas nauczyli, z niektórymi nasze drogi rozchodzą się po prostu i nie zwracamy na to zbytniej uwagi. Naturalnym jest, że odchodzą, tak samo jak naturalnym są w naszym życiu spotkania. To jak w metaforze mojego przyjaciela, niektórych kwiatów w naszym ogrodzie aż tak nie widać, nawet, jeśli kochają one w nim rosnąć.
Gorzej, gdy jesteś dla kogoś przebiśniegiem. Wtedy, gdy zjawiasz się jako pierwszy z kwiatów na gołej ziemi, nie sposób nie dostrzec odejścia. Gdy ludzie w jakiś sposób są dla siebie przebiśniegami mimo wszystko są bardziej odporni na mrozy, ich relacja jest odporna na wiele tragedii. Ale żyją między sobą w sposób, który mimo wszystko często prowadzi do tragedii. I dopiero przy nowej wiośnie mogą próbować życia na nowo. Razem, lub osobno.
Zniknięcie niektórych kwiatów w ogrodzie łatwo więc zauważyć. Ich brak rzutuje na nasze życia, kładzie się cieniem lub jego brakiem, słońce przez wycięte drzewo zaczyna wręcz palić glebę naszego ogrodu. To się zdarza.
Myślę, że ci ludzie nie mogą po prostu przeminąć. Ci ludzie wymagają pożegnania.

Pewne relacje potrzebują oficjalnego zakończenia pewnego etapu.
Czasem wiesz, po prostu wiesz, że nie ma co ratować, a być może, pewne rzeczy muszą zmienić kształt. Kwiat przekwitł, cebulka musi schować się głęboko do ziemi. Być może, jeszcze kiedyś wyjdzie z niej zielony kiełek, może jeszcze zdarzy się jakaś wiosna, ale na pewno nie można na to liczyć. W tym kształcie musimy pożegnać się oficjalnie.
Pożegnania, tak samo jak spotkania są drogą do rozwoju. Tylko pozornie zdają się nam być smutniejsze, bo to jak kolejna śmierć. Dosłowna śmierć jakiejś relacji. Wszyscy zapominamy, choć wielu z nas w to wierzy, że śmierć prowadzi po prostu do innego życia. I być może, czasem trzeba zrobić miejsce na inne więzi, zwłaszcza gdy nasze zakrawają nieraz wręcz o obsesję, są zbyt intensywne w zapachu z jednej choćby strony i nie pozwalają normalnie oddychać.
Te na pewno trzeba zakończyć, gdy wiesz, że już nie dadzą nic dobrego.
Nie w tym momencie.
Nie tej zimy, nie podczas tego nowego roku.

Spotkaliśmy się by się pożegnać, jak to z każdym w życiu, bo z każdym prędzej czy później się pożegnamy, czy dłużej to trwa czy krócej, czy rozdzielą nas nasze decyzje czy decyzja naszego losu o śmierci. Zawsze w końcu się żegnamy.
Spotkaliśmy się by się pożegnać tego zimowego dnia, gdy nie przyzwyczajona do takiego mrozu o poranku nie mogłam wręcz oddychać. Pożegnać na samym początku nowego roku. Jakby usilnie pożegnać w naszym przypadku, a przede wszystkim w jego przypadku znaczyło zacząć na nowo.

To dziwne, najlepiej zawsze rozmawia się nocami, ale naszym spotkaniom tak często towarzyszył blask dnia. Być może pewne rzeczy nocą byłby nie do zniesienia i to ja przede wszystkim zdawałam sobie z tego sprawę. Być może, pewne cienie jeszcze bardziej zasnułyby jego umysł.

Myślałeś o mnie nocami, widywałeś mnie w blasku dnia. Sądzę, że to nawet dość naturalne.

Czasem mam wrażenie, że to zimą światło jest najjaskrawsze. Ma mało czasu, więc jakby chciało nadrobić cały blask, zanim świat na nowo pogrąży się w mroku. W tym blasku zapamiętam jego srebrne oczy.
W niedzielę nowego roku, gdy mróz powoduje, że nam ludziom, aż zastygają kości, nie ma dużo ludzi w parku. Gdy słońce już dawno po wschodzie, ale niebo nadal pomarańczowe. Stanęłam w pustym parku przed nim. Nie było już dużo do powiedzenia. Pożegnania, te prawdziwe, mają to do siebie, że nie wymagają wielu słów. Z reguły tak wiele wyjaśnia się przedtem. Wyjaśnia się, gdy pewne zdarzenia prowadzą do pożegnania.

Doprowadziła nas tu jedna śmierć. Być może, doprowadziła i inna.
Doprowadziła nas tu zazdrość i gniew wynikający z niedopowiedzeń.
Doprowadziło nas do tego miejsca również cudze złamane serce.
Doprowadziło nas tu też złamane moje, choć on nie miał w tym udziału, tylko ja bezmyślnie wplątałam go w macki zdarzeń.
Czasem ma się wrażenie, odczuwa się ten moment, gdy z układanki puzzli naszego życia wyłania się całość obrazu. I właśnie to poczułam, patrząc w jego srebrne oczy, oczy jak przelewająca się rtęć. Chwytając zimną jak u trupa dłoń. Poczułam, że spotkaliśmy się, żeby dojść do tego momentu, żeby on mógł zacząć na nowo i żebym ja znów, tak wiele się nauczyła. Choć, być może przez nasze spotkanie nauczyli się inni. Boleśnie. Ale każde dorastanie jest bolesne i coś nam odbiera, zanim coś nam naprawdę da.
Zanim zrozumiemy.

My oboje chyba już zrozumieliśmy. Dlatego mogliśmy pożegnać się wraz z początkiem roku.
Prawie żadnego śniegu, a skrzypiał pod stopami. Choć może to skrzypiały i jęczały serca w naszych głowach?
-Zimno mi.
-Gdzie chcesz iść?
Spojrzałam na przeszklony budynek.
-Tam.

Poszliśmy więc do palmiarni, jednego z moich ukochanych miejsc zimą. Śmieszne, nie byliśmy tam przedtem nigdy razem. Nie było okazji, mimo głaskania kóz w starym zoo.
Kocham to miejsce, pachnące wilgocią i ziemią. Tam zawsze jest lato. Tropik, gdy szklany dach pokryty jest warstwą śniegu i wszystko aż pęka, trzaska, jakby chciało się dostać do środka i zabić to oszukane życie. Oszukane, bo w naszym świecie nie może trwać wiecznie.
Palmiarnia to dla mnie trochę taka osobista bajka, szepcząca mi o wiecznej zieleni, wiecznej nadziei. Takiej, która nie podlega prawom naszego życia. Taka, w której przebiśniegi wcale nie umierają.

Dąb korkowy, cytryna, szalenie kwitnące storczyki. Wędrujemy między salami, wkładamy dłonie do sadzawki z rybkami. Ciepła woda ogrzewa nam palce, czarne molinezje i żółte mieczyki skubią nasze palce. Oboje drgniemy niezauważeni, gdy nasze dłonie dotykają się pod wodą. Gdy splatają się pod nią, oszukując trochę rzeczywistość, tak jakby to co pod wodą, zostanie pod nią. Wspomnienie dotyku, woda która pamięta.
I ja i ty jesteśmy taką wodą.

Żółte światło wlewające się przez szyby, konkuruje z żółtym światłem lamp. Kaktusy, żywe kamienie, wilczomlecze, z których mogłabym przygotować trujący napój, trujący jak niektóre emocje tego roku.

-Więc jutro masz samolot?
-Nie, nie samolot. Jadę pociągiem. Polubiłem pociągi.
-Do Berlina najpierw?
-Tak.

Śmieję się w duchu z dawnego strachu w ciemnych oczach, strachu, z którego on pewnie nie zdaje sobie sprawy. Ja los mógłby nieraz płatać figle. Ale nieraz i on nie bywa aż tak okrutny.

-Wszystko już załatwiłeś?
-Tak. Mieszkanie, praca...miałem mniej czasu, dałem go sobie mniej...
-Jakbyś uciekał?- wyrywa mi się. Przepraszam go wzrokiem, ale on uśmiecha się krzywo.
-Trochę uciekam. Ale nie uciekłem przed...przed tym..- robi niezgrabny ruch ręką.

Nie uciekł przede mną. Przed konfrontacją z końcem. Przed resztkami uczuć, które spętały nas w magicznym, ale niszczącym pakcie.
Dotykam placami liści mimozy, która kuli się, nie lubi dotyku. On też go nie lubił. On też się kuli, w swoich szafach...choć już teraz częściej stoi dumnie. Mimoza ma wrażliwe liście, ale i niesamowicie silne drewno.
Nie uciekł przede mną. Zaczyna nowe życie. W innym mieście, w innym kraju. Wcale nie w nowym. Bo dla niego to stary kraj. On wraca do domu, w końcu urodził się w porcie, który wcale nie widzi morza. W końcu tam przeżył największe tragedie swojego życia, zanim matka wyrwała go z objęć mew i kazała wracać do Polski.
Nie uciekł. Zaczyna na nowo. I to uczucie, to, które czuje do mnie, musi pogrzebać. Bo odżyło, gdy było najmniej pożądane. Bo odżyło, gdy kto inny chciał go pokochać, gdy łudził się, że to możliwe.

Byłam na niego tak zła, zła straszliwie, że swoim niezdecydowaniem krzywdzi też i innych, których kocham. Po chwili dotarło do mnie, że to ja ich skrzywdziłam. On sam jest niewinnym, sam jest raną. Ale, jak mówiłam wiele razy przyjacielowi, który stworzył myśl o ogrodach...nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć echa naszej miłości. Nie wiemy, czy dając coś dobrego nie stworzymy czegoś złego. Albo co gorsza, jednocześnie pięknego i zatrutego, jak w tym wypadku.
Nie wiemy, takie po prostu bywa życie. Ale nigdy nie jest za późno, by podać lekarstwo. By truciznę wysączyć z żył. Przynajmniej, ja jako czarownica w to wierzę. Gorzkie zioła, wetrę w twoje skronie i zapomnisz, zapomnisz.

Choć może lepiej i pamiętać. Być może, echo dawnej miłości wcale tak nie krzywdzi?
Nie mi to oceniać. Nie mi to wiedzieć. Życie, już osobne, samo przyniesie odpowiedzi.

Chodziliśmy po palmiarni, wiecznych ogrodach. Prawie jak wiszące ogrody Semiramidy, zaśmiałam się.
-Coś w tym jest, jesteś jednak księżniczką, ten twój Książę ma rację-zaśmiał się, gdy przypomniała mi się Semiramida. Widział od razu oburzenie na mojej twarzy.- Dobrze, już dobrze. Wiem że nie księżniczka. Kapłanka brzmi o wiele lepiej. Ale też masz swoje królestwa.

Spacerowaliśmy więc po jednym z moich królestw, którego nie byłam i nigdy nie będę właścicielką. Ale nie o własność tu chodzi. Nic nie ma się na własność. Nie można mieć przede wszystkim ludzi.
Wszyscy jesteśmy wolno rosnącymi drzewami. Czasem wędrujemy między lasami, strzegą nas leszy i enty. Najcudowniejsze postacie z legend. Sami bywamy pasterzami drzew. Czasem nawet zasiewamy żołędzie i kasztany. Ale nigdy, nigdy nie mamy drzew na własność.
Tak naprawdę nic w życiu nie posiadamy. Nic nie zamkniemy w klatce.

Spacerowaliśmy i nie mówiliśmy za dużo. Nie było już nic do powiedzenia. Pewne wyznania padły już o wiele wcześniej. Wyznania o miłości, która obudziła się na nowo, tak jak się tego obawiałam. Wszystkie rozmowy o cudzym złamanym sercu, o żalu, o wyrzutach sumienia, bo sumienie jest jedynym wartownikiem tego świata, jak pisze Harper Lee. Wszystkie rozmowy o nowym początku, o tym, jak zakłada nowe życie. Wszystkie ustalenia, że jeszcze raz, ten ostatni raz, musimy się spotkać. Spojrzeć w oczy. Zakończyć raz a dobrze, a nie tak jak wtedy, przed laty, uderzeniem w twarz, oburzeniem, pospiesznym wyjściem.

Oboje już jesteśmy kimś innym, niż przed laty. Ja stałam się kobietą, on dorósł na tyle, że nie nazywam go chłopcem. Nazywam go mężczyzną. Dumnym przesadnie, dorosłym mężczyznom. Taki, który nie ucieka przed pożegnaniem, bo miłość, taka miłość, wymaga zakończeń i on doskonale o tym wie.
Wiele rzeczy w naszym życiu nie ma zakończenia. Ale te najważniejsze uczucia muszą mieć dopisane rozdziały, by można było zacząć na nowo. On chciał dopisać ten.

On pokochał mnie jak mężczyzna kocha kobietę. Ja jego jak brata. W tym życiu, w tym świecie...

-Ilu mężczyznom musiałaś to mówić, że nie w tym świecie? Że nie w tym życiu?
-Mam być szczera?
-Wiesz że tak.
-Jesteś drugi.
-Sądzę, że to dobry wynik. Cóż, przegrałem z tym, który jest dla tego świata
-Nie przegrałeś, po prostu tak wyszło, jego kocham i z nim..
-Wiem. W miłości się nie przegrywa. Ile razy to mówiłaś? Po prostu życie. Nie musimy tego wałkować po raz kolejny.
-Nigdy nie chciałam cię zranić
-Zraniłaś, jakoś zraniłaś chociaż sam się w to wpakowałem, wiesz. Ale przedtem mnie uratowałaś. Uratowałaś mi życie. Myślę, że to ważniejsze.

Trzeba czasem pogrzebać pewne uczucia. Odciąć się od nich, mimo tęsknoty. Chcę wierzyć, że to możliwe. Znów, chcę wierzyć w przebiśniegi, które przetrwają zimę, mimo że były przedwczesne, mimo że mróz przyszedł na ich zielone kiełki.
To będzie trudne, ale zakwitną.
Wierzę, że zakwitnie jego życie. W innym mieście. W tym, w którym dla niego wszystko się zaczęło.
Wierzę, że to wszystko tylko epizod, jestem tylko lekcją. Ważną lekcją. Konieczną. Ale tą, która w tym życiu prowadzi do rzeczy ważniejszych. Nie jestem, nigdy nie byłam treścią jego życia, nawet, jeśli on tego chciał. Nie mogłam być. Nie mogłam być jedyną wodą. Starczy, że napoiłam w jednym z momentów...ale teraz czas na inne życie.
Czas na nowy początek. Dla niego przede wszystkim. Może i trochę dla mnie.
Nowy rok, dla wielu symboliczny. Nie dla mnie, bo postrzegam całość, nie do końca uznaję daty graniczne. Wolę widzieć całość.
I wiecie...w tej całości pojawiają się piękne obrazy. W tym życiu, w którym spotykamy się ale i żegnamy. W tym a nie innym.
Nie znam innego. Choć wierzę, że są inne scenariusze. Skaczemy po strunach, bywamy wielowymiarowi...Wiara. Ta jest najważniejsza, znów.

Nie mówiliśmy wiele. Wszystko najważniejsze już padło między nami.
Teraz trzeba się pożegnać. Zrównać kroki i oddechy, przytulić na koniec, pomachać ręką.

-Mam coś dla ciebie.
-To zabawne, bo ja też.

Najcenniejszy skarb. Pamiątka na zawsze. Dusza wyrażona w słowach na papierze. Dusza wyrażona w rysunku. Księga tego, który odchodzi, by zacząć wszystko na nowo.
I na tych stronach ten jeden, jedyny rysunek, w którym rozpoznałam siebie. Siebie jego oczami. Siebie, jakiej nikomu więcej nie pokażę.
Starczy, że ja wiem.
Starczy, że ja widzę.

Nowy rok, dla wielu nowy początek. Dla nas zaczęty pożegnaniem.
Pamięcią, że pożegnania zawsze są początkami bardziej, niż symboliczne daty. Pamięcią, że straty w życiu są tylko pozorne, tak samo jak rany. Wszystko jest lekcją, która nam coś daje.
Rok zaczęty pożegnaniem z tą rośliną w moim ogrodzie. Z niepozornym przebiśniegiem, który wytrwał więcej mrozów, niż sądziłam, że to możliwe.
Mróz zmroził ręce, ale nie serca.
To serce bije głośno i wyraźnie. Mam wrażenie, że będzie biło jeszcze mocniej, gdy już rozeszły się nasze ścieżki. Mówi mi to przeczucie. W końcu jestem czarownicą, a nie księżniczką. Wiedźmą, tą co wie, nie niewiastą z jasną głową. Będzie dobrze.

Pożegnanie bez żalu i gniewu. Z czułością. Z wybaczeniem. Wielkim poczuciem spokoju, że tak właśnie ma być. Czy nie takie są właśnie prawdziwe pożegnania? Czy nie są pogodzone z rzeczywistością? Czy nie dają właśnie ulgi?

Pocałunek w czoło na koniec. Śmiesznie łaskocząca broda, elegancki zapach, który zapamiętam na długo. Pocałunek w czoło na pożegnanie, pomachanie ręką, trochę śmieszny, chyboczący mimo wszystko chód oddalającej się sylwetki.
W tym życiu musieliśmy się pożegnać po wszystkim, co się stało. Po złamanych sercach i skrzydłach. Po uczuciu, którego nie mogłam odwzajemnić, bo w tym życiu zawsze kochałam i będę kochać innego mężczyznę.

Będzie dobrze. W jego życiu, w moim. Czasem zatęsknimy. Być może, zatęsknimy za sobą w tym życiu. A może za życiem, które tu i teraz było niemożliwe przez inne wybory.
Tęsknoty są śmieszne, gdy żyje się tu i teraz. Gdy można zacząć na nowo. Gdy idzie się wytrwale po prostu do przodu. Tęsknoty są śmieszne, ale są też ludzkie.
A na nic nie chciałoby się zmieniać ludzkiego serca.
To bije najpiękniej.

A wam w nowym roku, jeśli wierzycie w jego magię życzę właśnie pięknie bijącego serca i jego niezgłębionej wiary. Wielu dobrych spotkań, ale i mądrych pożegnań, jeśli są konieczne. Znów, myślę, że tyle starczy. A może to aż nadto.



Stacja oddala się od pociągu
A błękit oddala się od nieba
Szept dwóch złamanych skrzydeł
Może należą do ciebie, a może do mnie

To moje najmniej ulubione życie
To, w którym odeszłam od zmysłów
To, w którym jesteś poza moim zasięgiem
To, w którym ja zostaję, a ty odlatujesz.

Wędruję w cieniu
I w szeleście opadających liści
Ptak na krawędzi ostrza

Stracony na zawsze, kochany w słodkich wspomnieniach. 

33 komentarze:

  1. Czasem po prostu trzeba dorosnąć do tego, że pewne relacje trzeba po prostu zakończyć ... Ja też zakończyłam kilka.
    Dlatego uwielbiam palmiarnię, bo jest ciepło, tętniące życie - uwielbiam to. I w takich chwilach zawsze sobie przypominam sobie mój ulubiony cytat: "niebezpiecznie jest wierzyć w to, że coś trwa wiecznie".

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie. I wiesz, że to ten moment, gdy możesz je zakończyć...spokojnie.
    Bo nic nie trwa wiecznie. Chyba że pewna równowaga, ta jest wieczna ale...rzeczy w niej już zdarzają się w różnych proporcjach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś wierzyłam, że wszystko jest wieczne, ale myślę, że do zmiany myślenia też trzeba dorosnąć, spojrzeć na wszystko szerzej, z innej perspektywy. Czasem po prostu trochę żal, że coś się kończy ale po prostu tak już jest.

      Usuń
    2. Ja uważam, że są rzeczy trwające wiecznie i wcale nie uważam się przez to mnie dorosła czy dojrzała. Tak samo jak nie uważam za niedojrzałych osób, które uważają jak ja, a którzy wiele już przeżyli i wiele lat mają za sobą. Choć zgodzę się, że na wiele z tego co się kończy a co zostaje, nie mamy zbyt wielkiego wpływu. I to czasami boli do najgłębszej części naszej duszy, ale należy się z tym jak mówicie w końcu ze spokojem pogodzić. Ale każdy oczywiście ma prawo uważać inaczej.

      Usuń
    3. To jak zawsze kwestia pewnej perspektywy:) Ja dużo w mówieniu o nie-wiecznych rzeczach opieram na...swojej wierze:) Pewnie dlatego tak mówię, choć wierzę w wieczny "bilans zero":)

      Usuń
  3. I znów nasunęło mi się, że te wszystkie powitania i pożegnania są jak całe nasze życie. Jak balans na cienkiej linie. We wszystkim trzeba wypośrodkować, znaleźć pewną mądrość, którą mimo przykrych wydarzeń znaleźliście oboje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to właśnie mi chodziło. To nieodzowna część samego życia, a i każda relacja jest jak osobne życie, z czasem umiera, kończy się, czasem trwa niebotycznie długo. I nie ma tu reguły.
      Bo tej mądrości uczymy się, zwłaszcza od siebie nawzajem.

      Usuń
    2. Piękny dar od życia, kiedy jesteśmy sami dla siebie nauką :)

      Usuń
    3. Zasadniczo, nie mogłoby być inaczej, choćby samo powiedzenie "spotykasz mnie, więc jestem" jako dobrze pojęta metafora o tym mówi:) Kwestia, kto na tyle nieraz mądry, żeby to zobaczyć:D

      Usuń
  4. Czasem trzeba coś skończyć, żeby móc zacząć coś nowego i lepszego.
    Czasem jest to bardzo trudne, ale jednak potrzebne.
    Oby nowy rok był czasem dobrych decyzji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. I cała nadzieja na naszą mądrość, że potrafimy zauważyć, kiedy właśnie powinien być koniec. I mam nadzieję, że my zobaczyliśmy to w dobrym momencie choć...nieraz mam wrażenie, że i tak za późno.
      Oby, niech to się spełni w szczególności:)

      Usuń
  5. Ludzie pojawiają się w naszych życiach po coś, to jest przeznaczenie. Nie zawsze zostają na zawsze ale są i to jest najważniejsze - że się pojawili :)
    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, to na końcu musimy docenić:)

      Usuń
  6. Z tymi pożegnaniami tak ciężko jest. Czasami trudno podjąć decyzje o pożegnaniu bo kierujemy się sentymentem, uczuciami itp.
    Szczęśliwego Nowego Roku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Ale mimo wszystko, w głębi serca, z reguły wiemy chyba, co robić.
      I dziękuję:)

      Usuń
  7. Pożegnania bywają trudne, ale są koniecznie. W zasadzie zamiast rozpaczać,że kogoś trzeba pożegnać,warto się cieszyć,że można było kogoś poznać. Bo każde spotkanie wielu rzeczy nas uczy...
    Spełnienia marzeń w Nowym Roku:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to trudne ale...co innego zostaje?:)

      Usuń
  8. Piękne porównanie relacji/ludzi do kwiatów..
    Nie lubię pożegnań, ale wiem, że są w życiu nieuniknione..
    No ale powinniśmy chyba cieszyć się z tego, że czegoś mogliśmy doświadczyć, spędzić z kimś wspaniale czas, poznać kogoś, a nie smucić się z powodu rozstania.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca moje:)
      Dokładnie, dlatego trzeba się z nimi pogodzić, tak po prostu.
      I to prawda:)

      Usuń
  9. Ale mi się podoba ta metafora o entach i pasterzach lasu! Aż sobie zapiszę :D
    A co do tych relacji, to cóż, jakiś czas temu zaakceptowałam to, że niektóre są tylko na pewien etap, bo i takie są potrzebne. Ale stwierdziłam też, że nie są ani gorsze, ani mniej ważne, jeśli tylko osoba gdzieś tam zawsze pozostaje w naszym sercu. Bo o pewnych ludziach jednak się nie zapomina, nawet jeżeli kontakt gdzieś tam się urwie... choć często taka sytuacja też jest trudna.
    A i pożegnania są na swój sposób piękne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zapisz :D
      Bo tak właśnie jest, całe życie nie można mieć tych samych więzi bo...to by przeczyło też rozwojowi, prawda?
      I jest trudna, ale kto powiedział, że ma być nam w życiu lekko?:D

      Usuń
  10. Ciężko nie czytać tego i nie odebrać bardzo osobiście choć był początek upalne lata i minęło już tyle czasu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czas mija i zniekształca wspomnienia, prawda?

      Usuń
  11. Ciężko nie czytać tego i nie odebrać bardzo osobiście choć był początek upalne lata i minęło już tyle czasu

    OdpowiedzUsuń
  12. Pożegnania to chyba jedne z najgorszych rzeczy. Często ich ostatnio doświadczam, ale na szczęście są to tylko pożegnania na jakiś czas. Mija kolejny miesiąc, później radosne chwile, a następnie znów płaczliwe pożegnanie.
    Czasem jednak pożegnania są zakończeniem jednego rozdziału, ale i rozpoczęciem nowego. Wiem to z własnego doświadczenia. Najgorzej jest właśnie pożegnać się mrocznym zakończeniem. Człowiek później zamartwia się i gryzie go sumienie. Wam akurat udało się odbyć pożegnanie w piękny sposób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja stwierdzam że mimo, iż przykre, mają w sobie pewne piękno...jak wszystko w życiu.
      Zawsze. Tylko nie zawsze ten nowy rozdział widzi się od razu:)
      I to prawda.

      Usuń
  13. Tak dobrze to rozumiem... Wierząc w karmę, spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy kiedyś byli nam bliscy. W innym życiu. Których jeszcze kiedyś spotkamy. Nie w tym życiu. To daje nadzieję, ale i niewyobrażalną tęsknotę. Niekończące się cykle, przemiany. Poznawanie, zamieranie, pożegnania. Mam problem z pożegnaniami. Tak jak Ty pisałaś... Wasze było pożegnaniem z klasą. Ja mam tendencję do niedopowiedzeń, do zostawiania komuś złudnej nadziei, często morderczej, beznadziejnej nadziei (czy to nie paradoks..). Mam problem z jasnym stawianiem granic. Boję się dopuszczać do pewnych spotkań, z pewnymi ludźmi. Boję się, że zbyt często daję się ponieść chwili, emocjom. A to rani. Na ten rok nie miałam postanowień, ale teraz... teraz dotarło do mnie, że chciałabym popracować nad swoim stawianiem granic, by być pewną w swoich decyzjach, stanowczą. To ogranicza ból. To sprawia, że mniej boli... Innych, ale przecież mnie też.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu, w oparciu o fizykę nawet wierzę w inne światy gdzie żyjemy w inny sposób. z innymi ludźmi...tak, że każdy jest w sumie szczęśliwy. Zaspokojony, można rzec. Dziwne, ale jednak.
      Wiesz, ja mam wrażenie, że oswoiłam pożegnania przez te ostateczne. W ciągu 3 lat straciłam w tym świecie nieodwołalnie dwóch najbliższych mi przyjaciół. Vincenta i Królika. Ludzi, którzy byli dla mnie całym światem. Umarli, pożegnali się ostatecznie a ja...nauczyłam się żyć na nowo. Wiem więc, że pożegnania ostateczne da się przeżyć i...mniej męczą niż niedokończone sprawy. Tych wprost nienawidzę.
      I rani nieraz ale rety...czy w życiu unikniesz zranienia? Emocji? Zranienie to część życia, uciekając przed nim, uciekamyprzed życiem. Zranienie to ważna część życia, uczy nas, dzięki niej dojrzewamy. I właśnie to ten paradoks, zranisz się, ale w ostatecznym rozrachunku, życie boli mniej.

      Usuń
  14. Twój morał budzi we mnie wątpliwości czy na pewno da się kochać tylko jedną osobę. Nie da się, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocha się różne osoby na różne sposoby:)

      Usuń
  15. Czuję tu realistyczny optymizm, który bardzo mi się podoba i po który będę wpadała tu częściej z kawą lub herbatą u boku. Będę się nim otulała gdy będzie mi zimno lub osaczy mnie szarość. Jak dobrze, że są jeszcze na tej Ziemi "głębokie"osoby nie noszące smutnego wzroku jak np. ja ;-) Choć oczywiście uczę się żyć bez niego jak najczęściej. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponoć jestem optymistką z urodzenia choć...wydaje mi się bardziej, że jednak z doświadczenia:) Zatem..jeśli ci on odpowiada naprawdę, to zapraszam jak najczęściej:) Ale..i smutne oczy są w życiu, świecie potrzebne. Wszystko musi być w równowadze, prawda?

      Usuń