Dzielę swój
czas.
Dzielę swój
czas, aż momentami mam wrażenie, ze go nie mam. Momentami mam
wrażenie, że mnie w tym nie ma. Jestem tłem dla cudzych zmartwień,
jestem tłem dla cudzych planów. Chwilowe uczucia, które wynikają
z moich własnych błędów, moich własnych ciągot i pragnień, by
naprawić coś, co nie należy do mnie. Chwilowe uczucia które
wynikają z jak najlepszych, najczystszych intencji, a brukują
ciężką przez te chwile drogę.
Dzielę swój czas i mam urojenia, że nikt nie ma o dla mnie wtedy, kiedy go potrzebuję. Urojenia, bo sama głośno o tym nie mówię.
Dzielę swój czas
i póki jestem zmęczona, póki nie odpocznę sama dla siebie, te
chwile będą wracać. To straszne zmęczenie rzutuje na cały obraz
mojego świata, to jak chwilowe zaćmienie księżyca, które zmienia
mnie w wilka. Wilka, którego przecież noszę w sobie i który chce
wyć.
Przecież to
pełnia wilka, wilczy księżyc. Może dlatego nagle mi tego
zabrakło?
Dzielę swój czas
między tych, których kocham. To oni stanowią treść mojego życia,
są jego częścią, składową mojej drogi. Dzielę swój czas
między bliskich i dalekich, dzielę swoje serce.
Dzielę też swoje
serce na cudzy ból, starając się tak samo podzielić swoją
radość. Nie zawsze wychodzi.
Dzielę swój czas
między pracę, a odpoczynek, między radość a smutek. Głównie
cudzą, nie swoją. Moje uczucia znów się skrywają, ale nie mogę
nikogo o to winić. To moja dziwna natura. To moje stawianie cudzych
łez na pierwszy plan i moje wyuczone wyrzuty sumienia. To moja
hardość i zaradność, moje przekonanie o własnej sile i o
bezcelowości mówienia czegokolwiek.
Bo jak pisze Maria
Czubaszek, po co mam w ogóle mówić, narzekać? Usłyszę jedynie
że będzie dobrze. To doskonale wiem sama, właśnie to wiem sama,
będzie dobrze. Doskonale sama wiem, że wszystko się ułoży, tylko
przychodzą momenty zmęczenia. Może dlatego siada mi serce, może
dlatego znowu krwawię. Sierpień pod pewnymi względami był
przecież podobny. Słów nie umiałam wylać nawet tutaj.
Nie mam więc co
czynić wynurzeń nocami. Zresztą pewne słowa się blokują, o
niektórych rzeczach nie ma komu powiedzieć.
Są rzeczy, które
będę trzymać w sekrecie, bo się ich wstydzę, to palące piętno,
które zjawia się momentami, zjawia się łzami cisnącymi się do
oczu, które powstrzymuję słynnym „let it go”, to przeszłość,
idziemy dalej, sama o tym zdecydowałaś, przypominam sobie uparcie.
Są rzeczy które trzyma w sekrecie wstydu, choć to nie ja powinnam
się wstydzić, a co gorsza mieć wyrzutów sumienia, wyrzutów
sumienia w stosunku do samej siebie. Samej siebie, bo sama też
popełniłam błąd i dlatego też, że po nowym roku przestraszyłam
się, że sama na nowo go popełnię.
Są rzeczy, o
których nie opowiem najbliższym, bo ich tym skrzywdzę. Ich krzywdę
stawiam ponad swoją tęsknotą, bo boli mnie pewna tęsknota, to, że
sprawy ułożyły się tak, a nie inaczej. Nie opowiem o tym Mężowi,
bo nie mówi się temu, który kocha o bólu, jaki sprawia zranienie
kogoś nieodwzajemnionym uczuciem. Nie opowiem o tym drugiej
najbliższej mi obecnie osobie, bo ona może za nim tęskni, może go
nienawidzi, tego samego człowieka, a ja boję się o tym rozmawiać,
bo znów, jestem wielkim wyrzutem sumienia, wyrzutem sumienia które
spowodowało jego uczucie. Jego uczucie do mnie, nie moje d niego,
ale starczyło, by przesłonić pewne porywy serca.
Nie mam z kim
porozmawiać o jego słowach, które pisze w sieci jak ja, które mi
powierza, choć nie rozmawiamy ze sobą, jak sobie obiecaliśmy. On
czyta moje, zaczął pisać swoje, może w zamian, chociaż nigdy
niczego nie chciałam w zamian, w żadnej relacji, a on chyba za
często tak na to patrzył. Nie mam z kim porozmawiać bo ci, którzy
zrozumieją, którzy są najbliżej, byliby tym zranieni.
Dziwne zapętlenia,
im bardziej się znamy, tym więcej zostawiamy sobie ran. Miłość
wiąże się z raną, z krzywdą i na nią to się godzimy, kochając,
tak po prostu kochając, chcąc być dla drugiego człowieka. To
świadome decyzje, piękne decyzje. Ale, cytując tym razem
Włóczykija- „Nikt nie powiedział, ze dobre decyzje nie będą
cię ranić”. Przyjmuję więc to z pokorą, tylko znów jestem
zmęczona, to ta chwila gdy muszę wszystko wylać, a zaraz wszystko
wróci do równowagi. Bo umiem sobie powiedzieć, że będzie dobrze.
Dzielę więc swój
czas i dzielę serce nie swoim bólem, a cudzym. Cudzym bólem, na
który nie umiem nic poradzić.
Dzielę swój czas
i mam go tak mało dla siebie tak naprawdę.
Chcę spędzać go
jak najwięcej z Mężem, chcę posiedzieć tylko z nim, kochać się,
czasem chcę by było jak dawniej, gdy tyle wieczorów należało
tylko do nas. Ale jednocześnie chciałabym być nieraz całkiem
sama, zamknięta w pokoju, pisząc, czytając, medytując. Wędrując
samotnie.
W tych samych
chwilach myślę o tej, którą też kocham, a o którą szalenie się
martwię, o jej łzy, o jej ból, o którym mi nie opowie, bo wyrósł
mur. Myślę o tym, że chcę spędzać z nią jak najwięcej czasu,
żeby zawsze wiedziała, że jestem, że gdy może pewne tamy pękną..
Gdy jestem z nią
myślę o Mężu który siedzi w pracy albo gdy jesteśmy w trójkę,
myślę o tym, że może w tym momencie powinniśmy być sami. W tych
wszystkich momentach myślę o ludziach dalszych, o Cat która znów
ma pełno planów za które trzymam kciuki, o tym z którym nie
rozmawiam ale wiem, jak idzie mu życie w Nowym Mieście, o ludziach
dalszych, ludziach stąd, myślę o tym czy ktoś się z kimś
spotkał, myślę o łzach wylewanych przez nieporozumienia w pewnym
związku, myślę o pewnym rozwodzie, myślę o cudzej chorobie nawet
gdy z mojego nosa leje się krew..
Myślę o ludziach
z mojej pracy, gdy odpoczywam, w pracy myślę o tych, których
zostawiłam w domu.
Myślę za dużo.
Może myślę za
mało o sobie, a za dużo o innych, ale o sobie nie chcę myśleć,
bo nie mam problemów. Nie mam.
Tylko ciało nagle
zaczęło szaleć, jakby chciało zwrócić na siebie uwagę, jakby
chciało powiedzieć „tak, ty też tu jesteś i jesteś realna”.
Jestem realna,
chociaż czasem mam wrażenie, że jestem tłem i jestem nim z
własnego wyboru. I zazwyczaj jest mi z tym tak dobrze, kocham
przecież ludzi, kocham dzielić swój czas. Czasem tylko, od czasu
do czasu, bardzo rzadko przychodzi ta myśl że chciałabym zwinąć
się w kłębek w cudzych dłoniach i być głaskaną. Czasem i wilki
mają taką potrzebę. Czasem chcą czuć się kochane, a nie tylko
kochać.
To nie tak, że
nie czuję się kochana na co dzień. Mam przede wszystkim swojego
Męża, który dba o mnie, głaszcze nocami po plecach i trzyma ręce
na moich biodrach. Czasem tylko jednak sama się przed tym zamykam i
nie umiem porozmawiać. Cieszę się, że choć z nim porozmawiałam
o jednym, które dręczy, boli, gdy pękłam przed poniedziałkowym
spacerem przed nocką. Zrozumiał. Więcej nie trzeba było.
Czuję się
kochana, czuję się rozumiana, daję i dostaję, nawet dając od
siebie przecież tyle dostaję. Ale zrobiłam się zmęczona,
poczułam się tłem, poczułam się nierealna i nienamacalna.
Poczułam, że być
może muszę zrobić coś dla siebie, gdy piłam alkohol którego nie
powinnam pić, gdy przepłaciłam to kolejnym krwotokiem w nocy, gdy
piłam chociaż nie powinnam, bo myślałam, że komuś alkohol
pomoże się otworzyć, a ktoś nie może pić sam.
Myliłam się,
łudziłam, stara prawda, alkohol nie jest lekarstwem na nic, chociaż
wydaje się być tak łatwym sposobem na każdy problem. Nie leczy,
nie otwiera tego, co zatrzaskuje się jak ostryga. Jest tylko
nadzieja, że być może, z czasu, z ziarnka piasku które uwiera i
zostało zamknięte powstanie perła, a moja krew nie pójdzie na
marne. Jak krew wsiąkająca w piach i łącząca się z podziemną
rzeką życia.
Dzielę więc swój
czas, za dużo myśląc, dzielę, chociaż nikt ode mnie tego nie
wymaga. Ale taka już jestem, taką mam naturę i jej nie zmienię.
Żyję stadnie,
jestem jak matka wilków w stadzie, ale czasem chcę być też i
wilczym dzieckiem, czasem samotnym wilkiem. Idzie pełnia i być może
wyczuwam kolejny zew. Spokój, który po pewnych tragicznych falach
uderzających we mnie wcześniej, spłynął na mnie w grudniu, teraz
zmienia się w zew. Może to nadchodząca wiosna a może to moje
ciało i dusza zmęczone pewnym szarpaniem.
Przychodzi jednak
pełnia i przychodzą sny, sny które obiecują rozwiązania,
rozwiązania we mnie samej. Może muszę pozwolić samej sobie siebie
dotknąć. Pozwolić zaśpiewać własną pieśń własną krwią, bo
jestem córką tego księżyca, jestem tym razem nie niedźwiedziem,
a wilczycą, która ma w sobie siłę i wie, że będzie dobrze. Bo
będzie.
Bo jak zawsze,
jest już zresztą dobrze, tylko w głowie musi się ułożyć, musi
wejść do odpowiednich przegródek.
Czasem boję się
tylko, że nie ten piękny, silny i dobry wilk we mnie przemówi. W
chwilach tego wielkiego zmęczenia boję się, że zacznę kąsać.
Czasem bronię się ostatkami sił, gdy pewne bariery mi puszczają,
nie mówię nic, gdy pytają się, o co mi chodzi, gdy nagle milknę
i kulę się w sobie. Nie mówię nic i uciekam, uciekam w sen,
uciekam jak dzisiaj w te słowa, gdy czuję się tłem, gdy siedzę
obok choć wiem, że ci ludzie, z którymi jestem tu i teraz, kochają
mnie i chcą mnie między sobą. Daję może wilkowi wytchnienie,
choć boję się, że kiedyś wybuchnę, kiedyś zacznę wracać do
przeszłości, której powinnam odpuścić.
Boję się
własnych wyrzutów sumienia, boję się że gdy sama będę siebie
nimi atakować, tymi niezasadnymi, tymi które nie mają podstaw,
zacznę atakować wszystko dookoła. Wszystkich, których kocham.
Nikt nie
powiedział, że miłość jest łatwa. Ponoć najczęściej prowadzi
do nienawiści. A ja nie chcę zacząć nienawidzić.
Najprostszą drogą
do miłości i samej miłości jest też miłość, którą odkrywamy
w sobie, miłość, którą obdarzamy siebie. Najprościej dawać,
jeśli potrafimy dawać i sobie. Jeśli nieraz nie boimy się może
prosić i innych. O zmiłowanie, o to, żeby zobaczyli pewne rzeczy w
naszej duszy. O to, żeby i oni dzielili czas i ich serce było
dzielone naszym bólem.
Cały czas muszę
się tego uczyć, cały czas muszę to sobie na nowo uświadamiać.
Cały czas to sama sobie mówię najczęściej jest dobrze, będzie
dobrze, mówiąc to i najbliższym. Ale mówię to sobie sama, bo
siebie kocham i sobie ufam teraz najbardziej. Sobie samej, choć też
sama siebie ranię.
Ranię siebie, bo
siebie kocham, ranię siebie, bo kocham innych. Stara prawda. W życiu
nigdy nie unikniemy też zranienia, czy kochamy, czy nie. Więc wolę
kochać i być raniona, niż być tylko prawdziwie samotną wyspą,
jałową skałą wystającą ponad morze, która smagana jest
wichrami, która pękła. Wszyscy ostatecznie pękamy.
Wszyscy też
kochamy lub tego pragniemy, nawet jeśli chcemy wmówić sobie, że
jest inaczej.
Dzielę swój
czas, dzielę swoje serce.
Nie dzielę go
tylko na cudzy ból, zamiatając swój pod dywan.
Moje serce zawsze
było podzielone. To w nim, w mojej duszy zawsze żyły różne
kobiety.
W moim sercu są
różne pokoje. Mieszka tam starucha, która kocha wiedzę i mądrość.
Mieszka tam prawdziwa kochanka, pożądliwa i popędliwa. Mieszka tam
ciepła mata, która ma dla każdego czułość. Mieszka tam
pustelnica, pragnąca dzikości. Mieszka tam siostra. Mieszka ich
wiele.
Mieszka w moim
sercu wiele rodzajów miłości.
Mieszka miłość
do wielu ludzi, kochają ich wszystkie kobiety mające swoje pokoje.
Ostatnio dużo we
mnie tej kobiety matczynej, tej ciepłej, tej która szepcze
uspokajające zaklęcia, która karmi, daje ciepło. Mam wrażenie,
że to rozdawane ciepło było potrzebne przede wszystkim mi. Jest
nadal.
Ale nadchodzi
pełnia.
Nadchodzi pełnia
i znów coś się zmienia. Naturalny cykl. Inna chce przez chwilę
rządzić, przez chwilę wyrwać się na wolność. Przypominam sobie
o niej. Ostatnio dużo szeptała do ucha, ostatnio przypominała
sobie swoje szaleństwa. Swoją dzikość.
Ta kobieta już
jej zasmakowała i to jak klątwa, posmakować raz, zasmakować
skraju, to klątwa, której nie odmieni żadne zaklęcie, żadne
gusła. Zresztą, czy ktokolwiek by tego chciał?
Dzielę swoje
serce. Czuję się tłem, gdy matka się zmęczyła, zmęczyła tego
wieczoru, bez powodu, gdy są przy niej ci, których kocha. Zmęczyła
się nieprzerwaną, nieurywaną pieśnią odmowy i prób.
Może zmęczyła
się po ciężkim nowiu, kiedy to cudze pieśni liczyły się
bardziej, znów liczyły się bardziej, te biegnące z oddali?
Moje serce wali.
Moje ciało krwawi, może to właśnie zew.
Zapach krwi,
zapach własnej krwi każe się bronić przed sobą samą. Każe wyć.
Każe słuchać dawnej klątwy.
„Mój umysł
zmienił się
Moje ciało
klatką- ale Boże, uwielbiam to!
Moje serce
płonie,
Moje ciało
naprężone, ale Boże, uwielbiam to!”
Moje ciało chce
biec, ale serce nie pozwala. Moje serce musi się pozbyć zbędnego
balastu. Nie tych, których kocha. Moje serce musi po prostu znów
nauczyć się, że nie ono wszystko naprawia. Moje serce musi znaleźć
też czas dla samego siebie.
Mój umysł musi
się uspokoić. Nie myśleć tyle. Musi być sam dla siebie, słuchać
swojego skowytu.
Moje serce nie
może się tyle zamartwiać. Musi skupić się na swoim rytmie,
jednego wieczoru, dwóch, trzech.
Ja, realna tu i
teraz, muszę być choć jeden wieczór sama dla siebie. Wsłuchana w
swoją klątwę, w swoją krew. Inaczej cała wypłynie znów z żył.
Tak było już w
sierpniu.
W końcu musiałam
wtedy wylać myśli. Wylałam je i teraz. Tutaj. Tego wieczoru, gdy
pomimo radości i pomimo może oczekiwania we wzroku, musiałam wylać
słowa, skrystalizować je. Usiąść obok i pisać, pisać. Pisać,
aż serce załopotało. Pisać, aż oddech stał się głęboki bez
uczucia duszenia.
Wilk we mnie nie
chce się dusić. Chce się uwolnić podczas tej pełni, która
zaczyna się jutro. Chce krwawić tylko z własnego powodu. Chce
ułożyć myśli, chcę pokonać zmęczenie, bo zaczynam łapać się
na myślach, które są jak brzytwa, której chciałby chwycić się
tonący.
Przychodzi więc
pełnia, a ja chcę obudzić wilka. Chcę jutro pokonać siebie i
poczuć mróz szczypiący twarz, mimo walącego serca iść i iść,
nie dając za wygraną. Wśród innych, ale sama ze sobą. Chcę nad
ranem medytować, wiedząc, że i księżyc wchodzi w pełnię wilka
i chcę w duszy wyć razem z nim. Chcę mieć znów energię, siłę.
Chcę mieć dzikość.
Nie chcę być
tłem.
Chcę znów czuć,
że dzielę swoje serce i swój czas, bo mam na to siłę, bo tego
chcę. Chcę pozbyć się wyrzutów sumienia tam, gdzie nie powinnam
ich mieć.
Chcę przestać w
duchu, patrząc w oczy stale mówić przepraszam, choć nie potrafię
tego powiedzieć na głos.
Przychodzi wilcza
pełnia.
Nie wiem co ze
mną, nie wiem co po niej. Wiem czego chcę. I choć nie wszystko
zależy ode mnie, tyle zależy od jednych i drugich ciemnych oczu,
wiem, że będzie dobrze. Idzie pełnia i może coś we mnie umarło,
kiedy księżyc w styczniu znikał, może już coś we mnie nie żyje,
ale to nie znaczy, że reszta nie przeżyje.
Wiecie, wilki mają
wielką wolę przetrwania. A ja mam klątwę tej właśnie siły.
Być może coś
już we mnie umarło i jestem potwornie zmęczona. Być może noszę
w sobie żałoby, które czekają na swój czas, czekają, żeby je
pokazać. Może oświetli je to światło, światło zawarte w
wilczym skowycie. Może będę musiał poczekać na kolejne.
Coś we mnie
umarło, moje ciało znów poczuło ból, poczuło, jak to jest
odchodzić gdy nie można złapać powietrza. Ale to nic. To nic, bo
reszta przetrwała a coś umiera, by coś innego mogło się
narodzić. I wiem, wierzę, trzymam się tej wiary kurczowo jak
wiedzy, że narodzi się miłość. W dalszym ciągu miłość a nie
nienawiść. Na tą nie ma miejsca w moim sercu. Nawet wtedy gdy
pokazuję kły jako wilk.
Nadchodzi wilcza
pełnia. Sama być może stanę się wilkiem, gdy straciłam swój
spokój w samym środku zimy. Gdy obudziłam się ze skowytem. Gdy
odkryłam rany, które zadałam sobie i swoimi zębami.
Po przebudzeniu, w
tym zmęczeniu znów coś się zmieni.
Staję się
wilkiem. Może dostrzegą to w moich oczach. Może zrozumieją- lecz
to nie ma znaczenia.
Teraz
najważniejsze jest, żebym zrozumiała ja sama i w zrozumieniu
siebie dalej mogła kochać innych. Stała się realna.
I kto wie, może
moje podzielone serce stanie się jednym tej jednej nocy. Dla mnie
samej.
Światło księżyca
pokaże, światło księżyca przemówi wraz z pocałunkiem pełnym
dzikości.
Mam klątwę,
której nie możemy złamać
Prześwituje
kiedy słońce się zmienia
Istnieje
lekarstwo, przychodzi z pocałunkiem
Ugryzienie
wiąże się z daniem daru
I teraz, kiedy
odeszliśmy na dobre
Wijąc się pod
twoim kapturem
Powiedz swojej
babci i mamie
Że to prawda
Wyjemy na
zawsze.
Cześć Kochana, czasami patrząc na innych zdajemy sobie sprawę że nie mamy problemów... to wielkie szczęście odnaleść miłość i być szczęśliwym razem we dwoje juz tyle lat...
OdpowiedzUsuńKochaniutka no właśnie... pomyślałam o Tobie bo otóż jest organizowane spotkanie blogerek:
http://arletu.blogspot.com/2016/01/spotkanie-blogerek.html
pomyślałam o Tobie jako że sama sie tam zgłosiłam i pomyślałam że mogła by być to okazja by sie osobiście poznać:)
buziaki
Dokładnie, czasem po prostu pod problemami innych ukrywamy wręcz swoje własne. I nie jestem blogerką kosmetyczną, nie wiem, czy się nadaję?:D
Usuńautorka organizatorka pisze że jest to spotkanie kosmetyczne blogerek, a nie blogerek kosmetycznych:) po za tym zgłosić sie Kochana zawsze możesz póki jest nabór:)
UsuńCzasem po prostu trzeba wszystkie emocje wyrzucić z siebie, żeby się lepiej poczuć.
OdpowiedzUsuńOtóż to. Dlatego tu piszę, bo to jedno z najlepszych rozwiązań jakie znam:)
UsuńTo masz tak samo jak ja.
UsuńAle to prawda, dużo ludzi dzieli swój czas dla swoich bliskich. Nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że oni też poświęcają nam swój czas. To musi działać w obie strony bo inaczej nie ma sensu.
Zdecydowanie potrzebujesz odpoczynku. Nie tyle od pracy, co od ludzi... i myślenia.
OdpowiedzUsuńMyślenie mi się podwoiło ale...to chyba lepiej, bo pewne rzeczy się oczyściły. I teraz dopiero mogę odpocząć:)
UsuńHm, najważniejsze, że zadziałało. :D
UsuńDokładnie:)
UsuńA jak tak sobie myśle, że najtrudniej pokochać samego siebie. Moje serce i tak już jest podzielone ale nie wiem ile zostało w nim dla mnie samej...
OdpowiedzUsuńTo prawda. Tak samo pewne rzeczy najtrudniej dla siebie samego zrobić.
UsuńPodzielone, twoje w jakim sensie?
Na kilka osób, o które bardzo się boję codziennie i kocham.
UsuńTo tak jak ja.
UsuńNie będę pisać, co powinnaś, czego Ci potrzeba, sypać radami. Nie lubię tego, a Twoje słowa są tak intymne, że najlepiej będzie, kiedy wsłuchasz się w siebie dogłębnie i znajdziesz ukojenie.
OdpowiedzUsuńMogę tylko życzyć powodzenia.
Bo właśnie sama najczęściej wiem, co muszę zrobić, czego wręcz mi trzeba, tylko myśli muszę wylać gdzieś, jak to ja:)
UsuńI jakoś...poszło nie tak, jak planowałam, ale poszło:)
"A we mnie samym wilki dwa..."
OdpowiedzUsuńDla wielu ludzi jesteśmy tylko tłem. Statystą jednorazowym czasem. Ale dla niektórych zawsze będziemy grać główne role i to się nie zmieni. Mimo zmęczenia, wątpliwości i czasem pomylonego tekstu. Przecież będzie dobrze.
Ściskam mocno!
Tak tak, stara indiańska legenda, strasznie popularna się zrobiła, co?:D
UsuńDokładnie, gorzej, jak nieraz przez swoje własne dzikie pomysły w głowie masz wrażenie, że jesteś tłem dla tych najważniejszych. Ale...to często tylko wrażenie, na szczęście:)
fajny obraz na Twojej stronie, ciemnowłosa, smukła dziewczyna, tak sobie Ciebie wyobrażam, nie wiem co mógłbym powiedzieć o Twoich rozterkach, ja takich nie mam, pewnie dla tego, że inną jestem osobą, swoje rozterki i tak sama musisz rozwiązać
OdpowiedzUsuńCóż, jestem wysoka,ale nie jestem smukła,ciemne włosy mam, ale krótkie:D I jasna sprawa. Już je chyba jakoś rozwiązałam:)
UsuńCzasem myśli mamy zdecydowanie za dużo. Dobrze wtedy je wyrzucić z siebie, i poczuć się lżej na duszy.
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Dokładnie, a blog to idealne miejsce na wylanie chyba właśnie takich słów i uczuć:)
UsuńTwoje słowa wprowadzają mnie w stan jakiegoś uspokojenia, ukojenia. Czytam i chłonę jak gąbka ze stoickim spokojem, chociaż nie wiem co działoby się przed chwilą. <3
OdpowiedzUsuńMasz ogromne serducho i pisałam Ci o tym nieraz, ale faktycznie może powinnaś zamienić się czasem z innymi rolami i teraz Ty powinnaś powiedzieć co Cię boli, czego się boisz. Myślę, że wówczas zmęczenie, które odczuwasz mogłoby minąć lub chociaż się zmniejszyć. Jesteś cudowną osobą, która pomaga wszystkim - czy to dobrym i mądrym słowem, czy uczynkami i myślę, że nie byłoby w tym nic złego, gdybyś chociaż raz na jakiś czas oczekiwała od świata tego samego w zamian. :)
Cieszę się, chociaż, myślałam że jednak większy chaos wychodzi tu z mojej głowy akurat:D
UsuńA jednak nie umiem, jednak gram, a potem pękam. Na szczęście, cholernie szybko się też na nowo ogarniam jakby nie patrzeć:) I może właśnie pewne rzeczy biorą się...z braku oczekiwań nieraz?:)
Żyjemy dla innych, dlatego uważam, że to normalne im poświęcamy im dużo czasu :) Niemniej jednak, bywa i tak, że staramy się komuś pomóc i wtedy czyjeś problemy, stają się naszymi problemami. Dajemy rady, pomagamy, wspieramy, ale zapominamy o sobie... Mamy w życiu osoby, które kochamy ponad wszystko. Oddajemy się im w całości, ich życie to nasze życie, ale czasem nie warto mówić wszystkiego. Czasem ludzie nieświadomi są szczęśliwsi, nie zaprzątają sobie głowy niepotrzebnymi sprawami, myślami, odczuciami :)
OdpowiedzUsuńDokładnie, po prostu nieraz przeginamy, bo dla siebie przestajemy żyć w ogóle i...zaczynają się problemy. I to prawda, czasem lepiej byłoby nie myśleć:D
UsuńDoszłam do wniosku, że generalnie jesteśmy po to, by się sobą dzielić. Być samemu dla siebie jest niemożliwe. Jesteśmy po to by dzielić swój czas, swoje myśli, swoje serce.
OdpowiedzUsuńDokładnie, tylko nieraz...człowiek dzieleniem bywa zmęczony, czasem musi skupić się na sobie.
Usuń