Zimą
niedźwiedzie powinny udać się na spoczynek. Zimą niedźwiedzie
śpią i śnią o wiośnie.
Niedźwiedzice
śpią spokojnie w gawrach, wydając na świat młode. Opowiadają im
swoje sny o tym, co było i co być może. O kwitnących na halach
krokusach. W spokoju, w ciszy śniegu opowiadają o swojej tęsknocie.
O zimnym potoku, który będzie muskał dziecinne łapy. O świeżej
krwi złowionej ryby i soczystej jagodzie pod sierpniowym niebem.
Mówią o marzeniach o krótkiej nocy. O zewie krwi, walce z krukiem
o padlinę jelenia, który nie miał szczęścia przeżyć zimy.
Nie
wszystkie niedźwiedzie jednak śpią. Nie wszystkie potrafią dospać
wiosny. Ich krew buzuje. Tęsknią za wędrówką, wychodzą z gawry
i zostawiają ślady na śniegu, ślady wielkich pazurów. Wcale nie
śpią. Przeczekują, a krew się gotuje.
Krew
wrze. Krew to nie woda ze stopionego lodu. Ona żyje, nawet, gdy
przychodzą długie zimowe noce.
Widziałam
takie niedźwiedzie w Bieszczadach. Widziałam ich zew krwi. Wiele z
nich nie śpi zimą.
Zima,
czas spokoju. Najdłuższe noce. Noce, podczas których można
opowieści snuć, ale i tęsknić za tym, gdy tworzy się nowe. Gdy
tęskni się za zapachem laski jałowca.
Ale
niedługo przebudza się słońce. Niedługo zwycięża walkę ogień
w ciemnościach. Bogini rodzi na nowo. Zbliża się Yule, przecież
już jutro przesilenie. Zbliża się moja pora. Czuję jej zapach.
Czuję obietnicę, na samym początku zimy. Bo kończy się
zamieranie. To już oczekiwanie na życie.
Moje
ukochane święto. A ja w swoim zimowym spokoju zaczynam tęsknić za
wędrówką. Tęsknię za „brzóz kropidłami”, tęsknię za
miejscami, którym „wszystko zapisałam”. Tęsknię za miejscem,
w którym wcale się nie urodziłam, ale za miejscem, w którym
odkryłam siebie.
Wyrywa
się moje serce, wyrywa się moja dusza. Moje niedźwiedzie pazury
nie chcą czekać w łonie matki ziemi. Chcą stąpać po niej
miarowo, krok za krokiem, krok za krokiem, pokonując własne
słabości.
Krok
za krokiem, ślad za śladem.
Nie
potrzebuję wcale trawy. Nie potrzebuję wcale kwitnących krokusów
na polanie, nie potrzebuję widoku pluszcza w topniejącym
strumieniu. Czuję zew. Potrzebuję wędrówki. W białej ciszy, w
zielnym echu tętniącej puszczy. W puszczy, która porasta trudne
do zdobycia stoki.
Nie
chcę namiastek. Chcę iść. Iść, iść, iść. Kilkadziesiąt
kilometrów, Kilkaset. Po stromych zboczach. Po stromych, śliskich
szczytach i grzbietach. Chcę chwytać łańcuchy i wspierać się na
lasce jałowca.
Przebudzam
się. Wiem już co znaczyły lustra, one mówiły o cudzych snach,
cudzym przebudzeniu. Teraz moja dusza potrzebuje oddechu. Naładowania
baterii po nadmiarze emocji.
Marzę
o wędrówce. Chcę być niedźwiedziem stąpającym po śniegu.
Chcę
wyjść z jaskini miasta. Bose stopy przyoblec w futro i pazury.
Roztapiać nimi lód, gdziekolwiek nie postanie moja noga.
Chcę
wyjść z jaskini miasta i usłyszeć ciszę. A raczej miliony
dźwięków, które giną w gwarze naszego świata. Chcę zobaczyć
światło gwiazd, nawet, jeśli są za chmurami.
Chcę
znów oddychać.
Obudziła
się we mnie tęsknota, w tym spokojnym zimowym śnie. Karmię swoje
młode, jak na niedźwiedzicę zimą przystało. Zostaję nazywana
księżniczką, choć wcale nią nie jestem, nie udaję wcale, że
noszę tylko niedźwiedzią skórkę a moim bratem jest prawdziwy
jeleń a nie chłopiec, który został w niego przemieniony przez
magiczne źródło. Karmię swoje młode niedźwiedziątka, uczę ich
na nowo życia. Opowiadam im historie, delikatnie mówię o
najpiękniejszych snach i dosadnie mówiąc o przewinach losu wobec
naszego życia. Czytam książki na głos, przytulam tych, którzy
płaczą z niewiadomych powodów. Karmię swoje młode, karmie ludzi
swoim spokojem i życiem. Ale sama znów potrzebuję korzenia.
Zielonego piekła. Szarego piekła ciemnego szczytu. Jedynego nieba
na ziemi.
W
górach, z dala od ludzi, dawno temu anioły i demony górskich
grzbietów dotknęły mnie swoimi skrzydłami. Stałam się ich
siostrą. Zbratałam z nimi.
Muśnięcie
skrzydła na szczycie zakaziło mnie na zawsze. Anioły gór zaraziły
mnie przestrzenią. Zaraziły mnie chęcią sprawdzenia siebie.
Zaraziły piekielną i boską zielenią, która rozrasta się w
sercu, zmienia krwiobieg i każe ryzykować. Nawet tak wiele nieraz
ryzykować.
Bo
jeśli umrzeć to tylko w górach, jak mówi mój Mąż. Jeśli
rozpłynąć się w powietrzu jako proch marny, to tylko będąc
rozsypanym z ukochanego szczytu.
Jeśli
umrzeć to tyko na mokrym granicie i łupkach, gdy stąpa się po
anielskich śladach.
Choć
umierać nie mam zamiaru. Chcę żyć. Chcę poczuć i to życie, tą
dzikość z dala od ludzi wśród burz. A jeszcze tak wiele muszę
czekać. Tak długo.
Kumuluję
więc siły, jak niedźwiedzica w gawrze, tęskniąc i wspominając.
Myśląc o szlakach, których jeszcze nie znam. Myśląc o trasach, z
którymi muszę się zmierzyć, z ciężkim plecakiem na plecach,
podczas wielu godzin marszu, marszu tak wyczerpującego, że człowiek
osuwa się wręcz w przepaść, jak niegdyś mój Mąż. Wyszedł z
tego cało. Ale jeśli zginąć, to tylko w górach, w bojaźni przed
nimi, w szacunku, ale z pewnym szaleństwem, którym na zawsze
zaraziły skrzydła górskich duchów. Anioły czy demony? Nam jest
wszystko jedno. Mamy szaleństwo gór w duszy. Ich świętość i
piękno. Kto nie był w górach, nie zrozumie, powtarzam do
znudzenia.
Jesteście
szaleni, stwierdziła Redcar. Stwierdziła, że jesteśmy
nienormalni, chcąc się wspinać, ryzykować na szczycie gdzie stopa
może się ześlizgnąć. Mamy tam nie iść, we wrześniu, przez
góry, które sprawiają, że ludzie płaczą.
Płakałam
nieraz i ja przecież, już płakałam. Moje stopy krwawiły.
A
potem śmiałam się, a stopy opatrzyłam i szłam dalej, kolejnego
dnia.
Jestem
szalona? Kto nie był na szczycie, nie zrozumie. Jeśli ginąć, to
piękna śmierć. Jeśli to przeżyć, to przeżyć coś, czego nie
da się opowiedzieć.
Tęsknię
za tym, co niewysłowione, co czuję tylko w górach. Tęsknię i
śnię, jak niedźwiedzica w gawrze. Tęskni i mój Mąż. Nawet
bardziej niż ja. Jego serce jest zakażone tak bardzo, że nie można
go odratować, nie ma ratunku dla tego człowieka, którym zawładnęły
góry.
Planuje
już nasze trasy. Planuje co musimy kupić. Które buty, które
kurtki. Kolejne noclegi.
Jeden
tydzień w Bieszczadach. Jeden tydzień w Tatrach, na najwyższych i
najtrudniejszych trasach. Orla Perć. Rohacze. Kto był, ten rozumie.
Kto nie był i tak nie poczuje zewu. A ja mówię sobie po prostu, że
podołam.
Podołam
i z tą myślą tęsknię. Przewracam się sennie w swojej gawrze,
czekam na roztopy, choć jeszcze nie zaczęła się zima. Czekam, by
się wyrwać. Myślę o tygodniach wolnych od pracy. Myślę wtedy
chociaż o tych bliskich górach, niskich, w których pohukują sowy.
Nie jadę. Nie sama.
Czekam.
Czekam, a krew wrze, wrze a nieraz tężeje. W codzienności zbiera
siły. Z tęsknoty i prawie-śmierci niegdyś podczas deszczu w
górach czerpie inspiracje. Mówi, że przetrwa do czerwca, kiedy to
zielonymi skrzydłami dotkną nas skrzydła aniołów Bieszczadzkich.
„Anioły
są takie ciche
Zwłaszcza
te w Bieszczadach
Gdy
spotkasz takiego w górach
Wiele
z nim nie pogadasz”
Nucę
pod nosem. Nucę i zastanawiam się, czy tak naprawdę anioły
Bieszczad zarażą i tą, która ma z nimi jechać. Czy mimo
zmęczenia doceni te niskie szczyty, ich dzikość. Śpiew wilka,
któy nieraz słychać w nocy. Czy doceni krainę rysia i
niedźwiedzia. Narodziny młodych jeleni, które jesienią będą tam
śpiewać. Czy doceni nie tylko blask słońca, ale i najrzadziej
spotykanego chrząszcza. Nucę pod nosem i tęsknię za aniołami.
Czy nie tylko ja je widzę?
Czasem
w naszym świecie myślę, że naprawdę jestem szalona. Szalona w
ten pradawny sposób. Szalona jak wszystkie nierozumiane wiedźmy,
„te co wiedzą”, które płonęły na stosach.
Czasem
myślę, że moje tęsknoty i zew natury są nadmierne. Nie przystają
do naszych czasów. Dawniej wręcz się tego wstydziłam. Czasem
czułam się naprawdę skażona.
W
mieście bardzo dobrze wtapiam się w tłum. W mieście nie biegam z
naręczem ziół, tylko czasem gdy w sierpniu poczuję ich gorzki
zapach, zaczynam prawie płakać z tęsknoty za nimi. Mam ochotę
uderzyć w twarz za lekceważenie ich gorzkiej mocy.
W
mieście dobrze się kryję. Nie zabieram do domu rannych ptaków,
nie wołam wszystkich bezpańskich psów, bo napomniana jak małe
dziecko słyszę, że nie wolno. Nie biegam boso po piasku, po
szyszkach. Ścieram twardą podeszwę stopy. Nawet nie muszę tego
robić. Moje stopy w mieście same tracą twardość. Moje stopy
miękną, jak miękną mi nieraz ze zmęczenia kolana wśród asfaltu
i betonu.
Mój
Mąż twierdzi, że kto mnie nie widział w prawdziwym lesie, nie
widział magii. To ładne słowa. Czy prawdziwe? Cóż, on też jest
szalony, choć jego szaleństwo płonie trochę inaczej. To ja je
podsyciłam, gdy łapałam przy nim zaskrońce i kochałam ropuchy,
przytulając do policzków. To ja je w nim trochę obudziłam, gdy
kochałam się z nim oparta o pradawny dąb, gdy składałam swoje
ciało na ołtarzu namiętności, jak przystoi naturze. Naturze
człowieka. Przyrody.
Oboje
jesteśmy trochę szaleni i nieraz trochę się z tym kryjemy. W
górach widać całe nasze szaleństwo, które nie przystoi do tych
czasów betonu i krzemu. W górach widać, że cierpimy na dawną,
dawną chorobę. Cierpimy na miłość i zieleń. I oboje, nigdy,
przenigdy byśmy się tego nie pozbyli.
Nie
mogłabym być z kimś, kogo nie dotknęło podobne szaleństwo.
Szaleństwo pasji natury. Nie mogłabym być tak blisko z kimś, kto
na owady mówi robaki. Ostatnio mnie olśniło, gdy rozmawiałam o
podobnych sprawach z Redcar.
Mój
Mąż jest szalony, ma zielonego anioła, demona w duszy. Nosi w
sobie duchy gór, dawnych bogów, nosi w sobie dzikość. A ja mogę
być przy nim dziką kobietą. Wiedźmą.
Tylko
ten, kto jest szalony, zrozumie tą, co wie. Można przeczytać setki
książek. Można posiąść wielką mądrość. Znać miliony słów.
To nigdy nie będzie tyle warte, co zielone serce. Nigdy nie zastąpi
tego porozumienia.
To
równo bijące zielenią serca są najważniejsze. To, że znasz
imiona drzew i możesz z nimi naprawdę rozmawiać, mówiąc
językiem, który nie wymaga słów. To sprawia, że można tak
rozmawiać ze sobą.
Nie
wiem, czy można to opisać w ludzkim języku. To kolejna rzecz którą
trzeba czuć. Trzeba czuć jak rozkosz dwóch splecionych ciał. Być
może, pasują one do siebie tak dobrze, bo tak pięknie pasują ze
sobą zielone serca.
Dzika
kobieta i dziki mężczyzna, którzy kryją się w mieście. Marzą o
domku z drewna na odludziu i wilku, który grzeje stopy.
Niedźwiedzica
która śpi w gawrze, wiecznie sprytny lis, który prawie nikomu nie
ufa. We dwoje mogą zapolować. Zapolować na swoje życie. Na swój
los.
Wychowała
się w dzikości. Wychowała się lecząc ranne dzięcioły ze
złamanymi skrzydłami, zbierając nieprzebudzone nietoperze.
Podglądając gody jeleni i rozmawiając z ropuchami. Pijąc mleko
tylko prosto od krowy. Zabijając młode króliki na wiosnę.
Zbierając gorzkie zioła w sierpniu.
On
wychował się w mieście, ale zawsze czuł zew. Już jako dziecko
poczuł go w górach. Po latach, po tylu latach odkrył, czego mu
brakowało. Odkrył w ciele dzikiej kobiety. Odkrył w ponownej
wędrówce. Prawie umierając na szczycie.
Nie
mogli się nie pokochać.
Nasze
serca są zielone. Nasze serca razem tęsknią. Nasze serca biją
równo i mogą czekać na kolejne wędrówki. Nasze dusze chcą się
splatać, jak nasze palce, choć często tego tak nie widać. Choć
to wszystko nie jest wcale oczywiste. Choć niektórzy mówią
„bardziej pasowałabyś do innego, tego wrażliwego mężczyzny
który jak ty pochłania książki”. „Mógłbyś być z kimś
rozsądniejszym i ładniejszym”. Mógłbyś. Mogłabyś.
Ale
my mamy swoje serca, nieraz pozornie tak różne. A tak spójne.
Pełne namiętności, pełne czułości. Te, które pozwalają nam
być takimi, jakimi jesteśmy. W środku, gdzieś za oczami, gdzieś
pod skórą- dzikimi.
To
coś co się czuje. Coś, czego nie opisuje się słowami. To coś,
co jak szaleństwo, w mieście, jest ukryte przed ludzkimi oczami.
To
coś, co chowamy przed wieloma. Przed prawie wszystkimi. Nasze
skarby.
I
ten mężczyzna, do bólu nieraz rozsądny, który chce ochronić
przed światem, przed którym nie uchroni, rozumie najlepiej. Rozumie
najlepiej, choć ta wiedza sprawia mu nieraz ból. Choć ta miłość,
jak każda, nieraz rani. I ten mężczyzna wie najlepiej, że nie
jestem księżniczką. Jestem wiedźmą. Jestem pradawną
uzdrowicielką i tak wiele mam ze staruchy. Jestem dziką kobietą.
Nie
przyoblekam tylko jak zaklęta niedźwiedziej skóry. Ja jestem
niedźwiedzicą.
Niejeden
mówił mi o tym, ile mam w sobie życia. Niejeden widział tą,
która go uratowała albo uratuje, chciał widzieć we mnie Matkę.
Niejeden pożądał mojego ciała, chciał widzieć we mnie
Ladacznicę. Niejeden mówił o cieple, wrażliwości i o sile.
Niejeden mężczyzna, a nawet niejedna kobieta.
Niejeden
a nawet niejedna. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Liczą się tylko
słowa i czułość tego, który tak skrzętnie nieraz stara się ją
ukryć. Tego serca, które jest zielone i bije równo z moim. Bije
tak samo mocno i tak samo nieraz, w podobnej tęsknocie zamiera.
Czekamy
więc oboje tej zimy. Tej zimy tęsknimy i śnimy nasze sny o
wiośnie. O kolejnych krokach i ciężkim plecaku. Śnimy i
planujemy, gdzie postawimy swoje stopy, gdzie zajdziemy, czego
doznamy. Może planujemy, a może bardziej marzymy, bo przecież do
planów nie wolno się przywiązywać. Wiemy o tym doskonale, choćby
po poprzednim roku, gdy zieleń Bieszczad okazała się dla nas
niedostępna, po roku, w którym tak trudno nieraz było uwierzyć w
niebo. Wiemy doskonale, że liczy się moment, więc jesteśmy
szczęśliwi tu i teraz, tu i teraz, gdy mogę się wtulić nocą w
jego ciepłe ciało gdy przychodzi do mnie do łóżka.
Jesteśmy
szczęśliwi i wierzymy w swoją bajkę i dążymy do tego, żeby
znowu spokojnie oddychać. Nawet, jeśli dla niektórych to staje się
nudne, nawet, jeśli zew naszych kroków na górskich grzbietach
wydaje się być szalony albo męczący. Opowiadamy sobie wzajemnie
te baśnie, leżąc nad ranem i marząc, będąc szczęśliwi
momentem, ale podążając za wołaniem duszy. Tym jednym, jedynym,
które zrozumie tylko ten, kogo duch gór musnął swoim skrzydłem.
Już
jutro oficjalny początek zimy, niedźwiedzie powinny spać i śnić.
Śniły więc i mi się dzisiaj góry. Śniły wspomnieniem i
przyszłą obietnicą zarazem. Śniły, bo moje serce jest dzikie i
czuje, że dzikim może w tym świecie być jeszcze w górach, z dala
od ludzi, albo z ludźmi, którzy rozumieją.
Jutro
pierwszy dzień zimy, zimy, w której trzeba pięknie żyć, bo
wyjątkowo ładna ta zima w moim sercu, mimo że nie ma śniegu, ani
trochę, ani płatka w ostatnich dniach. To nic, przywitam ją w
lesie, na nizinie, w swoim domu. I będę śnić o wiośnie i górach.
Razem z pewnym dzikim mężczyzną, dotrzemy do wiosny i kolejnej
wędrówki.
Mam
wrażenie, że tak naprawdę, razem, w ten sposób, przejdziemy całe
życie. I to jest bardzo piękna myśl.
Anioł
są wiecznie ulotne
Zwłaszcza
te w Bieszczadach
Nas
też czasami nosi po ich anielskich śladach
One
nam przyzwalają i skrzydłem wskazują drogę
I
wtedy w nas się zapala wieczny Bieszczadzki ogień.
to cudowne, że odnaleźliście siebie - każde z osobna i potem nawzajem... sama czuję, że miasto mnie dusi, dlatego uciekam od niego jak najdalej, gdy tylko nadarzy się okazja. czuję się, jak zwierzę zamknięte w klatce, którego męczy hałas, zapach bloków, które po prostu chciałoby się wyzwolić. poczuć bosymi stopami ziemię, trawę wygrzaną w słońcu. spotkać mężczyznę, który pokocha tę dzikość, który sam ją w sobie znajdzie... to wielki skarb. chciałabym sama kiedyś mieć w sobie tę wiarę, że czeka nas jeszcze tyle dobrego, dzikiego, beztroskiego, naturalnego... ja wciąż jeszcze szukam. samej siebie.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam Cię. jesiennie. choć to już ostatni dzień.
Też się z tego cieszę. Co prawda szukamy jeszcze pewnych elementów układanki, w sobie, w naszych życiach, osobnych czy razem ale...właśnie na szukaniu też polega życie, prawda?:)
UsuńWiesz dokładnie o co mi chodzi, wiedziałam, że kto jak kto, ale ty na pewno rozumiesz:) I myślę, że pewną wiarę, jak wewnętrzne światełko, ma każdy z nas:)
A ja już witam zimowo:)
Kontakt z naturą i dla mnie jest ważny, no i naturalny, bo na wsi mieszkam od urodzenia.
OdpowiedzUsuńOboje z mężem dobraliście się idealnie :)
Ja mieszkałam, potem wchłonęło mnie miasto. I dlatego zapewne, tęsknię:)
UsuńTeż często mam takie wrażenie:)
Niech Cię te piękne myśli i sny nie opuszczają. Dobrego czasu życzę z całego serduszka.
OdpowiedzUsuńDziękuję, również z całego serca:)
UsuńUświadomiłaś mi, że też tęsknię za moim lasem. A od jakiejś półtorej miesiąca jestem praktycznie cały czas w mieście. Jedynie to w jakim było odmianą, bo oprócz Krakowa spędziłam jeszcze weekend w Pradze i jeden na Śląsku, ale właśnie w górach w lesie to też już dawno nie byłam. I tęsknię. Ale jeszcze tylko dwa dni ;)
OdpowiedzUsuńI chyba rozumiem ten zew, choć w zimowych górskich wędrówkach nie mam doświadczenia.
I to miasto męczy nieraz jak cholera, prawda? Niby człowiek, zwłaszcza młody, się do niego wyrywa, a jak przychodzi co do czego...to ma się dość i się tęskni, serce się wyrywa.
UsuńJa też nie :D W zimowe dopiero się zapędzamy:D Mamy doświadczenie w letnich i jesiennych:)
jeny, jeny, martwię o Was po prostu i wielkie halo xD
OdpowiedzUsuńi kurde, już to ostatnio właśnie mówiłam, ale nie wyobrażam sobie żebyś mogła być z kimkolwiek innym, tak do siebie pasujecie. Przyrodnicze nerdy moje! :D
Nie ma co się martwić, najwyżej nie wrócimy i będziesz mogła się cieszyć, że dane ci było nas poznać :D
UsuńA widzisz, ja słyszałam już inne opinie ale...mam wrażenie, że niektóre, zwłaszcza jedna, była kierowana przez zazdrość. No ale, co zrobić. Nam tak dobrze, mamy swoją bajeczkę i jakoś to się kula do przodu cały czas :D
No kurwa, najwyżej nie wrocimy i będziemy milczec przez brak zasięgu, wiec sobie siedz i sie zastanawiaj czy wrócimy czy nie :p a cieszyć sie mogę już teraz i to razem z wami, zywymi :D
UsuńMyślę, ze trzeba tez bardziej Wojtka poznać i spędzić więcej czasu z Wami żeby to bylo oczywiste :D chociaż dla mnie bylo od początku xD i to najważniejsze :)
Wiesz przecież że się śmieję :D No i prawda, to się ciesz, nie zwieszaj dupy :D
UsuńTo może i też prawda, przejść przez jego skorupę cynika, gruba i zobaczyć jak płacze na filmie :D Bo dużo słyszałaś przedtem :D Nie tylko ode mnie, jak się dobrze orientuję :P
Wiem, ale to nie jest zabawne, o :p no i sie cieszę :p
UsuńNo wlasnie, albo posłuchać jak planuje kolejne trasy :D no racja, chociaż tak nie tylko od Ciebie to jakoś dużo nie słyszałam: ) to już więcej o Tobie :D
Jest, dla nas jest :D I będzie, póki coś się nie stanie. Wiesz, czarny humor :D
UsuńNo to też, jak się wkręca i w ogóle góry, góry, góry :D Albo jak się gapi na akwarium:D Kurwa, znowu jakieś złe spaczone historie :D
No właśnie. Wiem, dla mnie tez by pewnie było xD
UsuńDokładnie :D wcale nieprawda, żadnych takich :D
Pamiętam, że kiedy poszłam na spontaniczny spacer do dzikiego lasu, a to było jeszcze przed latem... To czułam się naprawdę dobrze.
OdpowiedzUsuńFajnie, że masz takieog faceta przy sobie :))
Bo pochodzimy z natury i mam wrażenie, wszyscy, choć od czasu do czasu, musimy wracać...do domu.
UsuńNo też się cieszę :D
uciec od miasta, od ludzi... sama nie mieszkam w mieście, ale nadchodząca przyszłość to zmieni i nie potrafię sobie tego wyobrazić... wiecznego pędu, bo autobus, bo praca, zakupy. ludzi na ulicach, którzy gadają o niczym, obgadują, wyśmiewają. wieś jest prostsza, trzy minuty i las, pola, łąki... stąd nie chce się uciekać, cisza jest tuż za rogiem.
OdpowiedzUsuńa zima... znów jak nie zima, zamiast śniegu bazie...
Właśnie ja ze wsi i lasu pochodzę, dlatego to miasto, w którym mieszkam, mnie tak męczy...ale człowiek, dokonując innych wyborów, na miasto nieraz zostaje skazany.
UsuńMoże jeszcze zaśnieży:)
To szaleństwo jest intrygujące i bardzo pozytywne w swoim odczuciu. ^^ I każdy kto znalazł swoją drugą połówkę, zgodzi się chyba, że żeby być razem trzeba po troszku chociaż podzielać te szaleństwa. Bo mimo, iż ja i B. nie biegamy po lasach i nie czujemy tego zewu natury, to czasem zachowujemy się jak wariaci, wygłupiając się niczym małe dzieci. Moja teoria - każdy ma w sobie nieco szaleńca, tylko na różnych płaszczyznach. :P
OdpowiedzUsuńTo dobrze, ale też mi się wydaje, że każde szaleństwo, które daje szczęście, a nie tylko sieje chaos,jest pozytywne:)
UsuńI to prawda, to pewien aż wymóg, żeby być troszkę postrzelonym w tym samym kierunku, chociaż to często wcale nie jest ta oczywiste:)
I tego Wam życzę z całego serca - żebyście razem przeszli przez życie :)
OdpowiedzUsuńDziękujemy:)
UsuńTeż zawsze zazdrościłam niedźwiedziom i żałowałam, że nim nie jestem :P Ale z tego powodu właśnie, że one mogą przespać całą zimę :P Czyli jednak ja byłabym tym śpiącym niedźwiedziem :D
OdpowiedzUsuńNo możliwe:D To i tak bardziej letarg, głębiej śpią nietoperze i jeże, one naprawdę się "wyłączają" wręcz:)
UsuńJakie piękne nowe barwy :) A ta obecna zima to taka mało zimowa :)
OdpowiedzUsuńDziękuję:) Może się zima jeszcze naprawi:)
UsuńNiedawno niedźwiadka w Tatrach spotkałam.
OdpowiedzUsuń