niedziela, 20 grudnia 2015

O niedźwiedziach które zimą marzą o kolejnej wędrówce zamiast spać, pewnej zarazie której nie można pozbyć się z serca i o dzikiej kobiecie i dzikim mężczyźnie słów kilka.

Zimą niedźwiedzie powinny udać się na spoczynek. Zimą niedźwiedzie śpią i śnią o wiośnie.

Niedźwiedzice śpią spokojnie w gawrach, wydając na świat młode. Opowiadają im swoje sny o tym, co było i co być może. O kwitnących na halach krokusach. W spokoju, w ciszy śniegu opowiadają o swojej tęsknocie. O zimnym potoku, który będzie muskał dziecinne łapy. O świeżej krwi złowionej ryby i soczystej jagodzie pod sierpniowym niebem. Mówią o marzeniach o krótkiej nocy. O zewie krwi, walce z krukiem o padlinę jelenia, który nie miał szczęścia przeżyć zimy.

Nie wszystkie niedźwiedzie jednak śpią. Nie wszystkie potrafią dospać wiosny. Ich krew buzuje. Tęsknią za wędrówką, wychodzą z gawry i zostawiają ślady na śniegu, ślady wielkich pazurów. Wcale nie śpią. Przeczekują, a krew się gotuje.
Krew wrze. Krew to nie woda ze stopionego lodu. Ona żyje, nawet, gdy przychodzą długie zimowe noce.
Widziałam takie niedźwiedzie w Bieszczadach. Widziałam ich zew krwi. Wiele z nich nie śpi zimą.

Zima, czas spokoju. Najdłuższe noce. Noce, podczas których można opowieści snuć, ale i tęsknić za tym, gdy tworzy się nowe. Gdy tęskni się za zapachem laski jałowca.
Ale niedługo przebudza się słońce. Niedługo zwycięża walkę ogień w ciemnościach. Bogini rodzi na nowo. Zbliża się Yule, przecież już jutro przesilenie. Zbliża się moja pora. Czuję jej zapach. Czuję obietnicę, na samym początku zimy. Bo kończy się zamieranie. To już oczekiwanie na życie.

Moje ukochane święto. A ja w swoim zimowym spokoju zaczynam tęsknić za wędrówką. Tęsknię za „brzóz kropidłami”, tęsknię za miejscami, którym „wszystko zapisałam”. Tęsknię za miejscem, w którym wcale się nie urodziłam, ale za miejscem, w którym odkryłam siebie.
Wyrywa się moje serce, wyrywa się moja dusza. Moje niedźwiedzie pazury nie chcą czekać w łonie matki ziemi. Chcą stąpać po niej miarowo, krok za krokiem, krok za krokiem, pokonując własne słabości.

Krok za krokiem, ślad za śladem.
Nie potrzebuję wcale trawy. Nie potrzebuję wcale kwitnących krokusów na polanie, nie potrzebuję widoku pluszcza w topniejącym strumieniu. Czuję zew. Potrzebuję wędrówki. W białej ciszy, w zielnym echu tętniącej puszczy. W puszczy, która porasta trudne do zdobycia stoki.
Nie chcę namiastek. Chcę iść. Iść, iść, iść. Kilkadziesiąt kilometrów, Kilkaset. Po stromych zboczach. Po stromych, śliskich szczytach i grzbietach. Chcę chwytać łańcuchy i wspierać się na lasce jałowca.
Przebudzam się. Wiem już co znaczyły lustra, one mówiły o cudzych snach, cudzym przebudzeniu. Teraz moja dusza potrzebuje oddechu. Naładowania baterii po nadmiarze emocji.
Marzę o wędrówce. Chcę być niedźwiedziem stąpającym po śniegu.

Chcę wyjść z jaskini miasta. Bose stopy przyoblec w futro i pazury. Roztapiać nimi lód, gdziekolwiek nie postanie moja noga.
Chcę wyjść z jaskini miasta i usłyszeć ciszę. A raczej miliony dźwięków, które giną w gwarze naszego świata. Chcę zobaczyć światło gwiazd, nawet, jeśli są za chmurami.
Chcę znów oddychać.

Obudziła się we mnie tęsknota, w tym spokojnym zimowym śnie. Karmię swoje młode, jak na niedźwiedzicę zimą przystało. Zostaję nazywana księżniczką, choć wcale nią nie jestem, nie udaję wcale, że noszę tylko niedźwiedzią skórkę a moim bratem jest prawdziwy jeleń a nie chłopiec, który został w niego przemieniony przez magiczne źródło. Karmię swoje młode niedźwiedziątka, uczę ich na nowo życia. Opowiadam im historie, delikatnie mówię o najpiękniejszych snach i dosadnie mówiąc o przewinach losu wobec naszego życia. Czytam książki na głos, przytulam tych, którzy płaczą z niewiadomych powodów. Karmię swoje młode, karmie ludzi swoim spokojem i życiem. Ale sama znów potrzebuję korzenia. Zielonego piekła. Szarego piekła ciemnego szczytu. Jedynego nieba na ziemi.

W górach, z dala od ludzi, dawno temu anioły i demony górskich grzbietów dotknęły mnie swoimi skrzydłami. Stałam się ich siostrą. Zbratałam z nimi.
Muśnięcie skrzydła na szczycie zakaziło mnie na zawsze. Anioły gór zaraziły mnie przestrzenią. Zaraziły mnie chęcią sprawdzenia siebie. Zaraziły piekielną i boską zielenią, która rozrasta się w sercu, zmienia krwiobieg i każe ryzykować. Nawet tak wiele nieraz ryzykować.
Bo jeśli umrzeć to tylko w górach, jak mówi mój Mąż. Jeśli rozpłynąć się w powietrzu jako proch marny, to tylko będąc rozsypanym z ukochanego szczytu.

Jeśli umrzeć to tyko na mokrym granicie i łupkach, gdy stąpa się po anielskich śladach.

Choć umierać nie mam zamiaru. Chcę żyć. Chcę poczuć i to życie, tą dzikość z dala od ludzi wśród burz. A jeszcze tak wiele muszę czekać. Tak długo.
Kumuluję więc siły, jak niedźwiedzica w gawrze, tęskniąc i wspominając. Myśląc o szlakach, których jeszcze nie znam. Myśląc o trasach, z którymi muszę się zmierzyć, z ciężkim plecakiem na plecach, podczas wielu godzin marszu, marszu tak wyczerpującego, że człowiek osuwa się wręcz w przepaść, jak niegdyś mój Mąż. Wyszedł z tego cało. Ale jeśli zginąć, to tylko w górach, w bojaźni przed nimi, w szacunku, ale z pewnym szaleństwem, którym na zawsze zaraziły skrzydła górskich duchów. Anioły czy demony? Nam jest wszystko jedno. Mamy szaleństwo gór w duszy. Ich świętość i piękno. Kto nie był w górach, nie zrozumie, powtarzam do znudzenia.

Jesteście szaleni, stwierdziła Redcar. Stwierdziła, że jesteśmy nienormalni, chcąc się wspinać, ryzykować na szczycie gdzie stopa może się ześlizgnąć. Mamy tam nie iść, we wrześniu, przez góry, które sprawiają, że ludzie płaczą.
Płakałam nieraz i ja przecież, już płakałam. Moje stopy krwawiły.
A potem śmiałam się, a stopy opatrzyłam i szłam dalej, kolejnego dnia.
Jestem szalona? Kto nie był na szczycie, nie zrozumie. Jeśli ginąć, to piękna śmierć. Jeśli to przeżyć, to przeżyć coś, czego nie da się opowiedzieć.

Tęsknię za tym, co niewysłowione, co czuję tylko w górach. Tęsknię i śnię, jak niedźwiedzica w gawrze. Tęskni i mój Mąż. Nawet bardziej niż ja. Jego serce jest zakażone tak bardzo, że nie można go odratować, nie ma ratunku dla tego człowieka, którym zawładnęły góry.
Planuje już nasze trasy. Planuje co musimy kupić. Które buty, które kurtki. Kolejne noclegi.
Jeden tydzień w Bieszczadach. Jeden tydzień w Tatrach, na najwyższych i najtrudniejszych trasach. Orla Perć. Rohacze. Kto był, ten rozumie. Kto nie był i tak nie poczuje zewu. A ja mówię sobie po prostu, że podołam.

Podołam i z tą myślą tęsknię. Przewracam się sennie w swojej gawrze, czekam na roztopy, choć jeszcze nie zaczęła się zima. Czekam, by się wyrwać. Myślę o tygodniach wolnych od pracy. Myślę wtedy chociaż o tych bliskich górach, niskich, w których pohukują sowy. Nie jadę. Nie sama.
Czekam. Czekam, a krew wrze, wrze a nieraz tężeje. W codzienności zbiera siły. Z tęsknoty i prawie-śmierci niegdyś podczas deszczu w górach czerpie inspiracje. Mówi, że przetrwa do czerwca, kiedy to zielonymi skrzydłami dotkną nas skrzydła aniołów Bieszczadzkich.

Anioły są takie ciche
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Gdy spotkasz takiego w górach
Wiele z nim nie pogadasz”

Nucę pod nosem. Nucę i zastanawiam się, czy tak naprawdę anioły Bieszczad zarażą i tą, która ma z nimi jechać. Czy mimo zmęczenia doceni te niskie szczyty, ich dzikość. Śpiew wilka, któy nieraz słychać w nocy. Czy doceni krainę rysia i niedźwiedzia. Narodziny młodych jeleni, które jesienią będą tam śpiewać. Czy doceni nie tylko blask słońca, ale i najrzadziej spotykanego chrząszcza. Nucę pod nosem i tęsknię za aniołami. Czy nie tylko ja je widzę?

Czasem w naszym świecie myślę, że naprawdę jestem szalona. Szalona w ten pradawny sposób. Szalona jak wszystkie nierozumiane wiedźmy, „te co wiedzą”, które płonęły na stosach.
Czasem myślę, że moje tęsknoty i zew natury są nadmierne. Nie przystają do naszych czasów. Dawniej wręcz się tego wstydziłam. Czasem czułam się naprawdę skażona.

W mieście bardzo dobrze wtapiam się w tłum. W mieście nie biegam z naręczem ziół, tylko czasem gdy w sierpniu poczuję ich gorzki zapach, zaczynam prawie płakać z tęsknoty za nimi. Mam ochotę uderzyć w twarz za lekceważenie ich gorzkiej mocy.
W mieście dobrze się kryję. Nie zabieram do domu rannych ptaków, nie wołam wszystkich bezpańskich psów, bo napomniana jak małe dziecko słyszę, że nie wolno. Nie biegam boso po piasku, po szyszkach. Ścieram twardą podeszwę stopy. Nawet nie muszę tego robić. Moje stopy w mieście same tracą twardość. Moje stopy miękną, jak miękną mi nieraz ze zmęczenia kolana wśród asfaltu i betonu.

Mój Mąż twierdzi, że kto mnie nie widział w prawdziwym lesie, nie widział magii. To ładne słowa. Czy prawdziwe? Cóż, on też jest szalony, choć jego szaleństwo płonie trochę inaczej. To ja je podsyciłam, gdy łapałam przy nim zaskrońce i kochałam ropuchy, przytulając do policzków. To ja je w nim trochę obudziłam, gdy kochałam się z nim oparta o pradawny dąb, gdy składałam swoje ciało na ołtarzu namiętności, jak przystoi naturze. Naturze człowieka. Przyrody.
Oboje jesteśmy trochę szaleni i nieraz trochę się z tym kryjemy. W górach widać całe nasze szaleństwo, które nie przystoi do tych czasów betonu i krzemu. W górach widać, że cierpimy na dawną, dawną chorobę. Cierpimy na miłość i zieleń. I oboje, nigdy, przenigdy byśmy się tego nie pozbyli.
Nie mogłabym być z kimś, kogo nie dotknęło podobne szaleństwo. Szaleństwo pasji natury. Nie mogłabym być tak blisko z kimś, kto na owady mówi robaki. Ostatnio mnie olśniło, gdy rozmawiałam o podobnych sprawach z Redcar.
Mój Mąż jest szalony, ma zielonego anioła, demona w duszy. Nosi w sobie duchy gór, dawnych bogów, nosi w sobie dzikość. A ja mogę być przy nim dziką kobietą. Wiedźmą.
Tylko ten, kto jest szalony, zrozumie tą, co wie. Można przeczytać setki książek. Można posiąść wielką mądrość. Znać miliony słów. To nigdy nie będzie tyle warte, co zielone serce. Nigdy nie zastąpi tego porozumienia.
To równo bijące zielenią serca są najważniejsze. To, że znasz imiona drzew i możesz z nimi naprawdę rozmawiać, mówiąc językiem, który nie wymaga słów. To sprawia, że można tak rozmawiać ze sobą.
Nie wiem, czy można to opisać w ludzkim języku. To kolejna rzecz którą trzeba czuć. Trzeba czuć jak rozkosz dwóch splecionych ciał. Być może, pasują one do siebie tak dobrze, bo tak pięknie pasują ze sobą zielone serca.

Dzika kobieta i dziki mężczyzna, którzy kryją się w mieście. Marzą o domku z drewna na odludziu i wilku, który grzeje stopy.
Niedźwiedzica która śpi w gawrze, wiecznie sprytny lis, który prawie nikomu nie ufa. We dwoje mogą zapolować. Zapolować na swoje życie. Na swój los.

Wychowała się w dzikości. Wychowała się lecząc ranne dzięcioły ze złamanymi skrzydłami, zbierając nieprzebudzone nietoperze. Podglądając gody jeleni i rozmawiając z ropuchami. Pijąc mleko tylko prosto od krowy. Zabijając młode króliki na wiosnę. Zbierając gorzkie zioła w sierpniu.
On wychował się w mieście, ale zawsze czuł zew. Już jako dziecko poczuł go w górach. Po latach, po tylu latach odkrył, czego mu brakowało. Odkrył w ciele dzikiej kobiety. Odkrył w ponownej wędrówce. Prawie umierając na szczycie.
Nie mogli się nie pokochać.

Nasze serca są zielone. Nasze serca razem tęsknią. Nasze serca biją równo i mogą czekać na kolejne wędrówki. Nasze dusze chcą się splatać, jak nasze palce, choć często tego tak nie widać. Choć to wszystko nie jest wcale oczywiste. Choć niektórzy mówią „bardziej pasowałabyś do innego, tego wrażliwego mężczyzny który jak ty pochłania książki”. „Mógłbyś być z kimś rozsądniejszym i ładniejszym”. Mógłbyś. Mogłabyś.
Ale my mamy swoje serca, nieraz pozornie tak różne. A tak spójne. Pełne namiętności, pełne czułości. Te, które pozwalają nam być takimi, jakimi jesteśmy. W środku, gdzieś za oczami, gdzieś pod skórą- dzikimi.
To coś co się czuje. Coś, czego nie opisuje się słowami. To coś, co jak szaleństwo, w mieście, jest ukryte przed ludzkimi oczami.
To coś, co chowamy przed wieloma. Przed prawie wszystkimi. Nasze skarby.

I ten mężczyzna, do bólu nieraz rozsądny, który chce ochronić przed światem, przed którym nie uchroni, rozumie najlepiej. Rozumie najlepiej, choć ta wiedza sprawia mu nieraz ból. Choć ta miłość, jak każda, nieraz rani. I ten mężczyzna wie najlepiej, że nie jestem księżniczką. Jestem wiedźmą. Jestem pradawną uzdrowicielką i tak wiele mam ze staruchy. Jestem dziką kobietą.
Nie przyoblekam tylko jak zaklęta niedźwiedziej skóry. Ja jestem niedźwiedzicą.

Niejeden mówił mi o tym, ile mam w sobie życia. Niejeden widział tą, która go uratowała albo uratuje, chciał widzieć we mnie Matkę. Niejeden pożądał mojego ciała, chciał widzieć we mnie Ladacznicę. Niejeden mówił o cieple, wrażliwości i o sile. Niejeden mężczyzna, a nawet niejedna kobieta.
Niejeden a nawet niejedna. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Liczą się tylko słowa i czułość tego, który tak skrzętnie nieraz stara się ją ukryć. Tego serca, które jest zielone i bije równo z moim. Bije tak samo mocno i tak samo nieraz, w podobnej tęsknocie zamiera.

Czekamy więc oboje tej zimy. Tej zimy tęsknimy i śnimy nasze sny o wiośnie. O kolejnych krokach i ciężkim plecaku. Śnimy i planujemy, gdzie postawimy swoje stopy, gdzie zajdziemy, czego doznamy. Może planujemy, a może bardziej marzymy, bo przecież do planów nie wolno się przywiązywać. Wiemy o tym doskonale, choćby po poprzednim roku, gdy zieleń Bieszczad okazała się dla nas niedostępna, po roku, w którym tak trudno nieraz było uwierzyć w niebo. Wiemy doskonale, że liczy się moment, więc jesteśmy szczęśliwi tu i teraz, tu i teraz, gdy mogę się wtulić nocą w jego ciepłe ciało gdy przychodzi do mnie do łóżka.
Jesteśmy szczęśliwi i wierzymy w swoją bajkę i dążymy do tego, żeby znowu spokojnie oddychać. Nawet, jeśli dla niektórych to staje się nudne, nawet, jeśli zew naszych kroków na górskich grzbietach wydaje się być szalony albo męczący. Opowiadamy sobie wzajemnie te baśnie, leżąc nad ranem i marząc, będąc szczęśliwi momentem, ale podążając za wołaniem duszy. Tym jednym, jedynym, które zrozumie tylko ten, kogo duch gór musnął swoim skrzydłem.

Już jutro oficjalny początek zimy, niedźwiedzie powinny spać i śnić. Śniły więc i mi się dzisiaj góry. Śniły wspomnieniem i przyszłą obietnicą zarazem. Śniły, bo moje serce jest dzikie i czuje, że dzikim może w tym świecie być jeszcze w górach, z dala od ludzi, albo z ludźmi, którzy rozumieją.

Jutro pierwszy dzień zimy, zimy, w której trzeba pięknie żyć, bo wyjątkowo ładna ta zima w moim sercu, mimo że nie ma śniegu, ani trochę, ani płatka w ostatnich dniach. To nic, przywitam ją w lesie, na nizinie, w swoim domu. I będę śnić o wiośnie i górach. Razem z pewnym dzikim mężczyzną, dotrzemy do wiosny i kolejnej wędrówki.
Mam wrażenie, że tak naprawdę, razem, w ten sposób, przejdziemy całe życie. I to jest bardzo piękna myśl.



Anioł są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi po ich anielskich śladach
One nam przyzwalają i skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nas się zapala wieczny Bieszczadzki ogień.


27 komentarzy:

  1. to cudowne, że odnaleźliście siebie - każde z osobna i potem nawzajem... sama czuję, że miasto mnie dusi, dlatego uciekam od niego jak najdalej, gdy tylko nadarzy się okazja. czuję się, jak zwierzę zamknięte w klatce, którego męczy hałas, zapach bloków, które po prostu chciałoby się wyzwolić. poczuć bosymi stopami ziemię, trawę wygrzaną w słońcu. spotkać mężczyznę, który pokocha tę dzikość, który sam ją w sobie znajdzie... to wielki skarb. chciałabym sama kiedyś mieć w sobie tę wiarę, że czeka nas jeszcze tyle dobrego, dzikiego, beztroskiego, naturalnego... ja wciąż jeszcze szukam. samej siebie.
    pozdrawiam Cię. jesiennie. choć to już ostatni dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się z tego cieszę. Co prawda szukamy jeszcze pewnych elementów układanki, w sobie, w naszych życiach, osobnych czy razem ale...właśnie na szukaniu też polega życie, prawda?:)
      Wiesz dokładnie o co mi chodzi, wiedziałam, że kto jak kto, ale ty na pewno rozumiesz:) I myślę, że pewną wiarę, jak wewnętrzne światełko, ma każdy z nas:)
      A ja już witam zimowo:)

      Usuń
  2. Kontakt z naturą i dla mnie jest ważny, no i naturalny, bo na wsi mieszkam od urodzenia.

    Oboje z mężem dobraliście się idealnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mieszkałam, potem wchłonęło mnie miasto. I dlatego zapewne, tęsknię:)
      Też często mam takie wrażenie:)

      Usuń
  3. Niech Cię te piękne myśli i sny nie opuszczają. Dobrego czasu życzę z całego serduszka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, również z całego serca:)

      Usuń
  4. Uświadomiłaś mi, że też tęsknię za moim lasem. A od jakiejś półtorej miesiąca jestem praktycznie cały czas w mieście. Jedynie to w jakim było odmianą, bo oprócz Krakowa spędziłam jeszcze weekend w Pradze i jeden na Śląsku, ale właśnie w górach w lesie to też już dawno nie byłam. I tęsknię. Ale jeszcze tylko dwa dni ;)
    I chyba rozumiem ten zew, choć w zimowych górskich wędrówkach nie mam doświadczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to miasto męczy nieraz jak cholera, prawda? Niby człowiek, zwłaszcza młody, się do niego wyrywa, a jak przychodzi co do czego...to ma się dość i się tęskni, serce się wyrywa.
      Ja też nie :D W zimowe dopiero się zapędzamy:D Mamy doświadczenie w letnich i jesiennych:)

      Usuń
  5. jeny, jeny, martwię o Was po prostu i wielkie halo xD
    i kurde, już to ostatnio właśnie mówiłam, ale nie wyobrażam sobie żebyś mogła być z kimkolwiek innym, tak do siebie pasujecie. Przyrodnicze nerdy moje! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co się martwić, najwyżej nie wrócimy i będziesz mogła się cieszyć, że dane ci było nas poznać :D
      A widzisz, ja słyszałam już inne opinie ale...mam wrażenie, że niektóre, zwłaszcza jedna, była kierowana przez zazdrość. No ale, co zrobić. Nam tak dobrze, mamy swoją bajeczkę i jakoś to się kula do przodu cały czas :D

      Usuń
    2. No kurwa, najwyżej nie wrocimy i będziemy milczec przez brak zasięgu, wiec sobie siedz i sie zastanawiaj czy wrócimy czy nie :p a cieszyć sie mogę już teraz i to razem z wami, zywymi :D
      Myślę, ze trzeba tez bardziej Wojtka poznać i spędzić więcej czasu z Wami żeby to bylo oczywiste :D chociaż dla mnie bylo od początku xD i to najważniejsze :)

      Usuń
    3. Wiesz przecież że się śmieję :D No i prawda, to się ciesz, nie zwieszaj dupy :D
      To może i też prawda, przejść przez jego skorupę cynika, gruba i zobaczyć jak płacze na filmie :D Bo dużo słyszałaś przedtem :D Nie tylko ode mnie, jak się dobrze orientuję :P

      Usuń
    4. Wiem, ale to nie jest zabawne, o :p no i sie cieszę :p
      No wlasnie, albo posłuchać jak planuje kolejne trasy :D no racja, chociaż tak nie tylko od Ciebie to jakoś dużo nie słyszałam: ) to już więcej o Tobie :D

      Usuń
    5. Jest, dla nas jest :D I będzie, póki coś się nie stanie. Wiesz, czarny humor :D
      No to też, jak się wkręca i w ogóle góry, góry, góry :D Albo jak się gapi na akwarium:D Kurwa, znowu jakieś złe spaczone historie :D

      Usuń
    6. No właśnie. Wiem, dla mnie tez by pewnie było xD
      Dokładnie :D wcale nieprawda, żadnych takich :D

      Usuń
  6. Pamiętam, że kiedy poszłam na spontaniczny spacer do dzikiego lasu, a to było jeszcze przed latem... To czułam się naprawdę dobrze.
    Fajnie, że masz takieog faceta przy sobie :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo pochodzimy z natury i mam wrażenie, wszyscy, choć od czasu do czasu, musimy wracać...do domu.
      No też się cieszę :D

      Usuń
  7. uciec od miasta, od ludzi... sama nie mieszkam w mieście, ale nadchodząca przyszłość to zmieni i nie potrafię sobie tego wyobrazić... wiecznego pędu, bo autobus, bo praca, zakupy. ludzi na ulicach, którzy gadają o niczym, obgadują, wyśmiewają. wieś jest prostsza, trzy minuty i las, pola, łąki... stąd nie chce się uciekać, cisza jest tuż za rogiem.
    a zima... znów jak nie zima, zamiast śniegu bazie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie ja ze wsi i lasu pochodzę, dlatego to miasto, w którym mieszkam, mnie tak męczy...ale człowiek, dokonując innych wyborów, na miasto nieraz zostaje skazany.
      Może jeszcze zaśnieży:)

      Usuń
  8. To szaleństwo jest intrygujące i bardzo pozytywne w swoim odczuciu. ^^ I każdy kto znalazł swoją drugą połówkę, zgodzi się chyba, że żeby być razem trzeba po troszku chociaż podzielać te szaleństwa. Bo mimo, iż ja i B. nie biegamy po lasach i nie czujemy tego zewu natury, to czasem zachowujemy się jak wariaci, wygłupiając się niczym małe dzieci. Moja teoria - każdy ma w sobie nieco szaleńca, tylko na różnych płaszczyznach. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, ale też mi się wydaje, że każde szaleństwo, które daje szczęście, a nie tylko sieje chaos,jest pozytywne:)
      I to prawda, to pewien aż wymóg, żeby być troszkę postrzelonym w tym samym kierunku, chociaż to często wcale nie jest ta oczywiste:)

      Usuń
  9. I tego Wam życzę z całego serca - żebyście razem przeszli przez życie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Też zawsze zazdrościłam niedźwiedziom i żałowałam, że nim nie jestem :P Ale z tego powodu właśnie, że one mogą przespać całą zimę :P Czyli jednak ja byłabym tym śpiącym niedźwiedziem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No możliwe:D To i tak bardziej letarg, głębiej śpią nietoperze i jeże, one naprawdę się "wyłączają" wręcz:)

      Usuń
  11. Jakie piękne nowe barwy :) A ta obecna zima to taka mało zimowa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Może się zima jeszcze naprawi:)

      Usuń