poniedziałek, 25 stycznia 2016

O tym, że i tak wystarczająco wcześnie umrzemy, czyli parę słów o chwilach będącej jak łzy w deszczu, która nie ma znaczenia w obliczu miłości

 Nie tak to miało wyglądać, nie tak to planowałam. Nie w ten sposób miały puścić tamy, aż wyschnięte koryta zmieniły się w rwące potoki, nie tak miały padać mury, jakby gruzami tworząc następne. Nie tak to planowałam, ale przecież, już dawno powinnam przywyknąć, że życie nie zawsze jest takie, jakim chcemy żeby było. Przyszłość, którą zakładamy, przecież nigdy nie zgadza się z obrazem, który widzieliśmy we własnej wyobraźni.

Noc pełni, Pełni Wilka, zwanej inaczej Pełnią Głodu, miała dać mi inne wytchnienie. Chciałam medytować, chciałam odpocząć...przed nią chciałam się pożegnać, dać znać, że muszę właśnie złapać oddech, bo nie mogę tego zrobić od nowego roku. Nie w paru kwestiach. Chciałam powiedzieć, że muszę zluzować, trzeba na mnie zaczekać.
Czasem jednak nie można odejść. Czasem człowiek plącze się w dyskusje, które nie tak miały wyglądać. Które miały dojść do sedna w całkiem innych okolicznościach, twarzą w twarz. Jednak jak zwykle wychodzi, nieraz łatwiej pisać niż mówić, mimo że wolę mokre oczy. Mimo, że może naprawdę pierwszy raz chciałabym się rozpłakać.
Słowa które ranią, ale i oczyszczają. Słowa, które mogły się znaleźć inaczej.
Nic nie jest tak, jak planujemy. Nic nie wychodzi tak, jak chcemy, nie od razu. Z czasem okazuje się, że powinniśmy podziękować za to losowi, choć nie zawsze to dostrzeżemy z szerszej perspektywy.
Jak wyjdzie jeszcze w przyszłości? Jak zaleczą się rany? Pytania, które na razie zostawiam bez odpowiedzi. Pytania, na które nie chcę odpowiadać, bo może w końcu zdaję sobie sprawę, że odpowiedzi nie tylko ode mnie zależą. Nie tylko ja muszę się starać, choć cały czas miałam wyrzuty sumienia, gdzieś pod skórą, że robię za mało. Wiecznie za mało, aż spłonę i spalę się, na popiół, na kurz.
Dla ciebie spalam się. Całkiem inaczej, niż u Kazika, przyszło mi do głowy tego wieczoru.

Rozmowy, które powinny być realne, namacalne. Nic nie jest załatwione, choć nic nie można powiedzieć.
Może wszyscy musimy dać sobie czas i akceptację. Może czasem i ja muszę pozwolić sobie na bycie dzieckiem, zamiast na wieczne dotykanie ustami cudzych ust, tak, by zmyły złe sny, choć to wcale nie pomaga. Może i ja muszę nieraz zdjąć z siebie ten ciężar. Ciężar swojego i cudzego życia, którego nikt mi nie daje, który ja po prostu w swoich myślach przesadnie na siebie nakładam, aż doprowadzam siebie na skraj.

Nic wcześniej nie było tak, jak chciałam. Mam wrażenie że zawiodłam, siebie samą, innych, innych znów przede wszystkim. Jednak jakąś swoją słabością. Jednak jakąś swoją niedorosłością. Swoim egoizmem w nadmiernej chęci po prostu bycia. Kolejne zaskakujące paradoksy, które tak bardzo dusiły serce.

Nic nie jest jak planowałam.
W serce i duszę wkradła się presja, której kształt już rozumiem. Presja, którą po tej nocy, mimo wszystko mogę współdzielić. Presja, o której może w końcu powiedziałam głośno. Nawet nie jej, nawet nie jemu, wreszcie powiedziałam to na głos samej sobie, tak, że nabrało realnego kształtu. A gdy coś ma realny kształt, wreszcie można coś z tym zrobić. Można zdusić to jak puszkę po piwie, można z tym walczyć.
Miał być zew i szaleństwo tej pełni. W duszę jednak zamiast światła księżyca wilka, wkradł się cień głodu. Poczułam się pusta, choć przepełniona. I po jednym dobranoc, gdy poszłam do łóżka, wcale nie spałam.
Stałam się skowytem wilka, gdy łzy same płynęły przez wiele godzin po policzkach. Gdy leżałam obok niego, a on po prostu głaskał i słuchał, słuchał jak płaczę, słuchał słów i wyjaśnień, słuchał jak bije moje serce.
Płakałam, bo przy nim umiem płakać. Płakałam, bo musiałam się oczyścić, stać się tym dzieckiem które mi odebrano.
Częściej płaczę dla ludzi w ciemnościach, by nie widzieli.
Z nim jest inaczej. Z nim łzy wychodzą i wypłukują to, co złe i niedobre. Z nim umiem rozmawiać prawdziwymi, namacalnymi słowami. Przy nim umiem walczyć z tym, co realne, nadać kształt temu, co do tej pory miałam w swojej głowie.
Przy nim umiem płakać, więc płakałam wszystkimi łzami, które gromadziły się od nowego roku. Niewiele było łez października, bo to już za nami, jeśli o nas chodzi, w dużej mierze to za nami,
Były łzy innych obaw, były słowa o tym, że nie mogę „być tak odpowiedzialna za cudze życie i mam wbić to sobie do łba”.Były łzy tego, co po prostu zrodziło się w samej głowie. Były łzy ulgi, że wreszcie i jemu o pewnych rzeczach mówię, nie bojąc się, że mnie skarci, znów powie, jak jestem nierozsądna w pewnych zapędach. Były łzy, które czekały tyle czasu. Te, którym on zawinił i wobec których jego serce było kryształowe i bez żadnej winy.
Płakałam rozpaczliwie, czując pustkę, jakby wyrwano ze mnie dziecko, które nigdy nie miało się narodzić.
Płakałam, aż usnęłam nad ranem. Przy pełni księżyca, nie widząc nawet jej światła zza chmur. Nie było mi potrzebne. Światło nosiłam bowiem w sobie, światło dopadło moje serce i oświetliło to, co zalęgło się w ciemności, w zakamarkach, w których sama nie chciałam sprzątać.
Oczyściłam swoją duszę, rozerwałam ją na strzępy.

Gdy zasnęłam, śniło mi się strych w moim starym domu. Świat pokryty pajęczynami i kurzem, świat, w którym byłam zamknięta. Na środku strychu, pod jedynym oknem, przez które mogłam zobaczyć światło, stała stara wanna o lwich nogach. Wanna pełna gorącej wody. To do niej weszłam, zdejmując z ciała pajęczyny, wyplątując z długich we śnie włosów pająki. Oczyściłam ciało, woda wcale nie stygła, myłam włosy, jakbym myła własne myśli. Kolejny tak symboliczny sen. Sen, który jednocześnie bolał i dawał ulgę.

Nie tak to planowałam. Nie tak to miało wyglądać. Nie chciałam tego bólu, chciałam odepchnąć od siebie ten kielich goryczy. Jednak przyjęłam go, zapłakałam- i poczułam się czysta. Czysta, choć słaba, na chwiejących się nogach. Jak na nogach młodego źrebięcia, które dopiero nauczy się życia. Zawsze, zawsze po oczyszczeniu swojego rodzaju na nowo uczymy się życia. Na nowo uczymy się spokoju, wracamy na swoją spokojną wyspę po sztormie, dryfując na złamanej kłodzie tego, co było. Teraz wracałam i ja.

Wstaliśmy razem rano, osłabieni po nocy.
Nie tak to miało wyglądać, nie tak to planowałam. Spojrzeliśmy jednak na siebie z miłością, mimo trudu poniedziałkowego poranka. Ujął moją twarz w dłonie i całował. Kochał mnie tego poranka, jak i ja kocham jego. Kochał mnie, jak zawsze mnie kochał, mimo wszystkiego, co było złe między nami, kocha mnie, mimo wszystkiego, co jeszcze będzie. Mimo wielu moich łez. Moich łez, ale i jego.

Biegłam do pracy, zmęczona. I myślałam, że nie tak to miało wyglądać, miałam nabrać sił, a tymczasem słaniałam się na nogach. Ale w sercu było lżej, w sercu było miejsce na radość, sercu, którego tamy znów popękały. Radość, która być może na nowo ma szansę się narodzić.
Dlaczego z nim jest łatwiej? Dlaczego z nim potrafię?
W tym chyba tkwi jeden z sekretów, jak stworzono miłość. Taką miłość, która potrafi przetrwać. Umiem przy nim płakać. I ufam mu pomimo.
Szłam do pracy, szłam w deszczu, przypominając sobie, nie wiadomo skąd, znów słowa z pewnego filmu.
All this moments will be lost in time, like tears...in...rain”
Wszystkie te chwile zginą w czasie, jak łzy w deszczu. Wszystkie te chwile, złe i dobre, rozwieją się w czasie. Wszystkie wspomnienia, rany, blizny, słabości...
Co nam zostanie?
Zostanie nam miłość”, inne słowa, tak często powtarzane. Te, które tak często sama mówię.
Szłam więc w deszczu, nie płacząc już, bo wszystkie łzy straciłam nocą. Szłam w deszczu i na nowo przepełniał mnie spokój. Przepełniała mnie nadzieja, chociaż moje ciało znów było słabe.

Cały dzień pracy, cały dzień bieganiny. Nie tak to miało wyglądać, miało być lżej, miałam nie tracić swojej cierpliwości. Nie miałam tracić cierpliwości do ludzi, z którymi pracuję. Nie dałam się złamać. Zaciskałam zęby i pracowałam.

Gdy nadszedł wieczór, na świat spłynęła mgła. Ciężka i gęsta, mgła jak z listopadowych wieczorów mgła jak z górskich krain i dawnych baśni. Mgła którą kocham. Wyobrażam sobie, co za nią się czai. Moje myśli opowiadają wtedy samym sobie legendy i podania. Stwarzają wiarę w niemożliwe.
Z ulgą wyszłam z pracy, zmęczona. Plotkując z Gośką, która zapowiedziała, że na poprawę humoru jutro obetnie mi znowu włosy, ogoli bok, doda mi cudownego pazura.
Zagadałam się z nią, zamyśliłam.
Milczałam chwilę, szłam przed siebie.
Zielone światło.
Nagle inne światła, wypadające z mgły.
Szarpnięcie za kurtkę. Upadek. Szybkie pytania nic ci nie jest?
Trochę kręci się w głowie, trochę mdli. Co się stało?
Prawie wpadłaś pod samochód. Samochód wariata pędzącego na zielonym świetle w styczniowej mgle. Samochód który mógł potrzaskać kości.
Gocha być może tak szybko zareagowała, bo na tej samej ulicy, na tym samym przejściu, kilka lat temu pod samochód, na jej oczach, wpadła jej koleżanka...z pracy. Została po niej rozmoczona w deszczu plama.
Nie dociera to do mnie. Trochę słabo, nie wiem, co się stało, tak nagle, tak szybko. Podnoszę się, pośladki mnie bolą, chyba trochę je obtłukłam, gdy upadałam na chodnik, na który z wielką siłą, z impetem pociągnęła mnie Gośka. Ale nic mi nie jest.
Dziękuję jej. Sama nie wiem, jak do tego doszło. A raczej, może, jakim cudem tak naprawdę do niczego nie doszło. Bo nic mi nie jest. Żyję. We wszystkim żyję. Oddycham.

Mgła, deszcz. Pełnia i wczorajsze łzy.
Wszystkie te chwile zostaną zagubione jak łzy w deszczu.
Wszystkie złości. Wszystkie złe momenty. Wszystkie rany. Nic nie znaczą.
Nie musimy nic planować, a gdy planujemy, żadna z tych chwil tak naprawdę nie ma w naszych zaprzeszłych planach odzwierciedlenia. Nie zaplanujemy życia tak, że nie popełnimy żadnego błędu. Nie zaplanujemy żadnej rozmowy, która oczyści rany. Nie zaplanujemy życia. Nie zaplanujemy śmierci.

Wszystko to nasze wyobrażenia. Znaczą jeszcze mniej, niż przeżyte chwile.
Łzy w deszczu. Znaczą najmniej, a może najwięcej.
Kwestia tego, przez co się płacze. A może raczej...dla kogo?

Wszystkie te chwile nie będą miały znaczenia, znikną, jak łzy w deszczu, znikną, jak te, które wsiąkały w poduszkę.
O kim myślisz, gdy serce na chwilę staje?
Myślisz o nim, tym, którego kochasz. Szybka myśl o matce. Myślisz o niej, tej, która wczoraj musiała zacząć z tobą dyskusję bo nigdy nie wiesz, kiedy ktoś umrze.
Znów w przeczuciu śmierci, jednym momencie, który mógł zmienić wszystko, wszystko zakończyć, myślisz o tych, których kochasz. O tych, których kochasz i którzy cię ranią, ale ranić mogą tylko przecież naprawdę przez miłość. Myślisz o miłości. O tym, że bez niej życie nie ma sensu.
Serce ze strachu budzi się na nowo tylko dzięki niej.

Wszystkie te chwile nie mają znaczenia. Wszystkie inne uczucia. Brak zaufania. Ból. Ostatecznie liczy się tylko miłość. Tylko ta myśl, o tych, co są najbliżej.
Łzy nie mają znaczenia, gdy podążamy przed siebie, nie ma znaczenie deszcz. Znaczenie ma dłoń, wyciągnięta w największym mroku.

Nic mi się nie stało. Nic, każdemu zdarza się prawie wpaść pod samochód. Kilka razy w roku, Kilka razy w tygodniu. Być może, codziennie prawie giniemy, nawet tego nie zauważając.
Wszyscy możemy jutro nie żyć.
Wszyscy możemy już nigdy więcej się nie obudzić, gdy dziś złożymy głowy do snu.
Żadna przeszłość nie ma znaczenia. Znaczenia mają uczucia. Te najgłębsze. To, że nie można nienawidzić.

Wszyscy możemy wpaść pod rozpędzone auto we mgle. Nasze serce może zatrzymać się po nieudanej operacji. Możemy połknąć orzecha, mając na niego alergię. Możemy spać z liny, na której skaczemy, bo, czym innym jest życie, jak nie spacerem po linie nad przepaścią?
W końcu nasze stopy się pomylą. Wszyscy umrzemy.
Nie ma sensu marnować tych chwil, które nam zostały, które są jak krople w deszczu na nienawiść. Nie ma sensu marnować tego, co mamy na strach przed kolejnym zranieniem.
Jedyne, na co warto marnować czas, to miłość.
Tylko czułość idzie do nieba, pisał Jastruń.

Więc jeśli mam wpaść jutro pod rozpędzone auto, chcę jeszcze jeden dzień wykorzystać na miłość. Nie na żadne nieporozumienia. Nie na rozpamiętywanie, rozdrapywanie ran. To nadal część życia, wiem doskonale.
Ale ja chcę kochać. Chcę to pokazywać. I nie zastanawiać się, czy warto.
Czasem płakać. Czasem ranić się nawzajem.
Ale kochać. I żyć tak, by oni wiedzieli, że ich kocham. Nie zostawiać niewyjaśnionych kwestii. Niezaleczonych, ropiejących ran.

Hej, wy tam, wiecie, że was kocham?
Żyję i kocham. Czujecie to?

Wracam do domu, zmęczona, zrzucam plecak i kurtkę. Wtulam się w Męża, niewiele mówiąc. Zrzucam znów emocję. Nie mówię o strachu, mówię o miłości.
Piszę te słowa, znów wylewając emocje, te dobre, wysyłając w przestrzeń.

Nie chcę marnować czasu. Mam dość męczenia się i zastanawiania, czy robię dobrze.
Będę po prostu robić.
Będę po prostu.
Kocham po prostu.
Nie boję się ran.
Czasem płaczę, a łzy rozmywają się, jak wszystkie momenty przeszłości.
Kocham, czuję, daję i biorę.
Wystarczy.

Myślisz, że wystarczy?



Obdarz mnie całą swoją miłością
Bo z tego co wiem, możemy nie dożyć jutra
Nie mogę dalej marnować czasu
Dodając nowe rany swojemu sercu.
Bo wszystko, co słyszę, to „nie jestem jeszcze gotowy”

(...)
Nie chcę osądzać
Co jest w twoim sercu
Ale jeśli nie jesteś gotów na miłość
To jak możesz być gotów na życie?

Więc kochajmy w pełni
Kochajmy głośno
Kochajmy teraz.
Bo i tak niebawem umrzemy
Wystarczająco wcześnie umrzemy


39 komentarzy:

  1. Łzy w deszczu kojarzą mi się przede wszystkim z Dżemem. Jak na deszczu łza, cały ten świat nie znaczy nic...
    Wypłakanie się czasem jest najlepszym lekarstwem.
    Codziennie unikamy śmierci, choć nawet tego nie zauważamy. Widać nie nadszedł jeszcze nasz czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli sens podobnym jak w Łowcy Androidów:D
      I dokładnie, oczyszcza ale...po łzach muszą przyjść i inne uczucia, bo niestety, nieraz w łzach bardzo łatwo się pogrążyć.
      Kosiarz nie dobiegł, jak mówił znajomy:) Ale...nie wiemy, kiedy właśnie nasz czas nastanie. I to chyba nieraz najlepsza motywcja do pewnych rzeczy.

      Usuń
    2. Mi się to chyba nie zdarzyło. Ale mam w miarę spokojne i nudne życie, więc nic dziwnego.
      Ponoć tak, choć sama nie przeżyłam podobnej sytuacji, gdzie byłoby to aż tak widoczne. Czasem tylko jadąc autobusem zastanawiam się, co by było, gdyby... Albo przechodząc przez ulicę na zielonym świetle... Dlatego denerwują mnie ludzie, którzy wchodzą na pasy, nie upewniając się, że samochód stanie. "Bo musi się zatrzymać." Otóż wcale nie musi...

      Usuń
    3. No ja właśnie ostatnimi czasy życie mam nudnawe i muszę z tym coś chyba począć:)
      Dlatego ja zawsze się zatrzymuję ale...ostrożność ostrożnością, stać może ci się coś zawsze. Mimo to masz rację, nie warto dodatkowo prowokować losu.

      Usuń
  2. Należy popatrzeć na to też z drugiej strony - nie każdy ma tyle szczęście, że ma do kogo wtulić się po powrocie do domu. Jeżeli ktoś czeka na nas w domu - to już jest wiele.
    Chyba do końca życia będziesz dłużniczką Gosi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, dlatego staram się to doceniać, mimo codzienności:)
      Kupię jej za to flachę chyba:D

      Usuń
    2. Gosia niedługo wpadnie w nałóg, jak będzie tak ludzi ratowała :D

      Usuń
    3. Nie no, jednak dzisiaj na nocnym dyżurze będę jej robić frytki z batatów:D

      Usuń
    4. Serio? :D dzieje się tam u was :p a ja zawsze myślałam, że na nockach się śpi :p

      Usuń
  3. Jaka ulga, że nic się Tobie nie stało!

    A sen... piękny i oczyszczający, tak ja przynajmniej tak to rozumiem. Woda oczyszcza i ciało i umysł i duszę, w wielu religiach i wierzeniach. Myślę, że fiycznie oczyszczenie przyszło poprzez łzy na poziomie duszy w postaci tego snu.

    Serdecznosci i dużo miłośći posyłam dla Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak sądzę:)
      Dokładnie, woda to bardzo szeroki symbol, jakby nie patrzeć:)
      I dziękuję i wzajemnie:)

      Usuń
  4. O kurwa, jak dobrze, że żyjesz.
    Też miałam ostatnio podobne przemyślenia, pomimo że nie było żadnego zdarzenia, w którym choć minimalnie otarłabym się o śmierć. To jednak pomyślałam właśnie, że tak naprawdę nigdy nie wiadomo, że nie mam żadnej gwarancji, że dożyję tej emerytury. I że dlatego trzeba żyć... prawdziwie, pięknie, doceniać każdy moment, każde uczucie, zdarzenie. Bo wszystko co nas spotyka jest już samo w sobie dobre z tego względu, że możemy tego doświadczyć. I dzięki za ten tekst i przypomnienie mi o tym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No też się cieszę, wyobraź sobie:D
      Bo czasem tak samo z siebie człowieka jednak nachodzi:) I właśnie...nie masz żadnej gwarancji na żaden dzień. Dlatego warto naprawdę żyć tak, żeby w tym jednym momencie nie żałować.
      I nie ma za co:)

      Usuń
    2. Taa, domyślam się :D
      Dokładnie, nawet na jutrzejszy dzień nie ma gwarancji, więc po prostu w zgodzie ze sobą, żeby nie żałować :)
      Jeszcze odnośnie snów się miałam wypowiedzieć, ale zapomniałam :P Bo ja w sumie rzadko miewam takie symboliczne sny, najczęściej jest to totalny absurd i groteska, dziwne sytuacje, dziwne miejsca, zbieranina różnych ludzi, których znam z różnych środowisk z dupy kompletnie. No absurd w najczystszej postaci, jest się z czego śmiać :D Choć może pan Freud byłyby zadowolony i doszukałby się tam jakichś stłumionych popędów :P No nie wiem, chyba muszę zacząć spisywać te sny, bo niektóre to pamiętam tylko chwilę po obudzeniu, a potem zapominam. Niemniej, całkiem niedawno, bo jakoś już na studiach, miałam sen, który wydawał mi się bardzo symboliczny. Otóż śniło mi się, że wbiłam jakiemuś kolesiowi nóż w serce i wypchnęłam przez okno. Zrobiłam to po to, żeby się uwolnić, wydawało mi się to jedyną okazją. A potem było najgorsze jak uświadomiłam sobie, że mogą łatwo wykryć, że to ja zrobiłam jak policja przyjechała na miejsce i tylko takie kalkulacje w głowie, czy lepiej przyznać się od razu, czy mam szansę to ukryć itd. Serio, obudziłam się i tak ciężko oddychałam xD Niemniej przypomniała mi się wtedy "Biegnąca z wilkami" jak tam bodajże autorka pisała, że każda kobieta ma w pewnym momencie taki symboliczny sen związany z oprawcą... coś takiego. Nie wiem, po co tutaj to wszystko piszę, ale po prostu mi się przypomniało i jakoś poczułam potrzebę podzielenia się :D

      Usuń
    3. Nawet w absurdzie i grotesce pojawiają się symbole i..więcej na temat snów ma do powiedzenia pan Jung niż pan Freud i lekturę tegoż drugiego polecam:D Ale spisywanie snów to dobry pomysł, tak można dojść do zapamiętania nawet kilki- kilkunastu snów z jednej nocy, bo tyle miewamy, a nawet więcej. Zazwyczaj pamiętamy ostatnie przed przebudzeniem:)
      Bo sny mówiły ci to, o czym nie chciałaś myśleć na jawie. Gdzieś to musi mieć ujście, nie?:D
      I tak, pani Estes tam właśnie o tym pisała:)

      Usuń
  5. Los czasem decyduje za nas. Czytając Cię, zaczynam coraz częściej zastanawiać się, czy faktycznie tylko czasem. Podziwiam pokorę, z jaką wyciągasz wnioski, ale też tę miłość i głód życia. Wszystko tutaj widać, niesamowita mieszanka. Piękne podejście.
    Dobrze, że jesteś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tak naprawdę, wobec losu musimy być bardzo pokorni..jednocześnie robiąc swoje najbardziej, jak to możliwe:) Przynajmniej ja mam takie wrażenie i może dlatego, takie a nie inne myśli:)
      I wiesz, jednak też się cieszę:D

      Usuń
    2. Myśli i postępowanie według tej filozofii. Te dwie sprawy nieczęsto idą w parze, a Ty je godzisz. Postawa godna naśladowania :)

      Usuń
  6. Dziś mam taki szczególny dzień, rocznicę śmierci dziadka,który umarł po potrąceniu przez autobus. Więc jak czytam Twoje słowa, to jakoś tak szczególnie dziś do mnie przemawiają... Każde wyjście z domu może być tym ostatnim. nie ma się czego bać, trzeba żyć tak by w tej ostatniej chwili nie musieć żałować....

    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, po prostu moje słowa stały się jakoś bardziej osobiste przez twoje własne wydarzenia....I właśnie w tym rzecz, w każdym momencie może nas po prostu nie być. Więc nie warto właśnie marnować życia, żeby żałować w tym jednym momencie.

      Usuń
  7. Ostatnio doszłam do takiego samego wniosku - każdy z nas może zginąć w każdej chwili, więc szkoda czasu na złe emocje, na strach, złość, nienawiść i na zastanawianie się czy na pewno chcę coś zrobić. Trzeba żyć z całych sił. Póki mamy okazję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, w każdym momencie może nas nie być, więc póki jesteśmy...żyjmy jak najbardziej:)

      Usuń
  8. Coraz częściej utwierdzam się w tym, że nie ma sensu za dużo planować, wybiegać zbyt daleko myślami. Lepiej żyć chwilą, która trwa, odczuwać ją wszystkimi możliwymi zmysłami, korzystać z czasu, który jest nam dany..
    PS. Uważaj na siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. nie unikniemy pewnych wyobrażeń, dotyczących tego, co ma się zdarzyć...ale rzecz chyba w tym, żeby się do tego jakoś za bardzo nie przywiązać.
      Nie marnować życia. Sedno sprawy:)
      I uważam, uważam:)

      Usuń
  9. Czasem po prostu nie zdajemy sobie sprawy ile czasu tracimy na bzdury zamiast żyć, po prostu żyć całym sobą.
    Trzeba po prostu emocje rozładować, na różne sposoby.
    Początek roku to dla mnie natłok spraw, wymagań, które muszę zrobić. Za dużo tego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Wiesz, nic też dziwnego, że nieraz codzienność nas dogania, ale warto sobie zdać sprawę z tego, że życia nie można jakoś..marnować.
      Owszem, to cholernie ciężki styczeń.

      Usuń
    2. Czasem pewne rzeczy jak np. choroby, śmierć bliskich czy inne przykre wydarzenia potrafią nami wstrząsnąć, że zdajemy sobie sprawę jak ważne jest życie.
      Szkoda gadać. Mam nadzieję, że choć trochę uda mi się opanować sytuację.

      Usuń
  10. "Jeszcze będzie przepięknie...":) Płacz oczyszcza, gdy nam się przez jakiś czas tak zbiera i zbiera. Mam nawet taką teorię, że gdy ktoś się nie oczyści w taki sposób, to nie może poczuć tej pełni radości ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczyszcza, tylko przywiązywać się do niego nie wolno. Jakoś mimo woli, zawsze się tego boję. Ale..to prawda. Musimy znać wzajemne przeciwieństwa, różne strony życia, żeby żyć w pełni:)

      Usuń
  11. Jest takie powiedzienie, że aby rozbawić Boga trzeba mu powiedzieć o swoich planach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam je aż za dobrze:D Ale mimo wszystko człowiek sobie jakoś pewne rzeczy wyobraża...tylko do tych wyobrażeń nie można się za bardzo przywiązać jednak.

      Usuń
    2. Wyobraża, planuje... w końcu czegoś musimy się trzymać. Nie możemy być tylko jak ta chorągiewka na wietrze. Bez celu, bez planów daleko się w życiu nie zachodzi.

      Usuń
  12. nie wiem skąd taki przymus oceniania dzielenia sie nienawiści wzajemnej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś jednak, wszystko pochodzi chyba z nas samych.

      Usuń
    2. może sie pojawisz na tym spotkaniu bogerek? Fajnie by było Cie poznać osobiście:)

      Usuń
  13. zadumałam się i długo nie wiedziałam, co napisać.. bardzo czuję Twoje słowa. żyjemy jakbyśmy byli wieczni. a czasem wystarczy pomyśleć, że możesz widzieć kogoś ostatni raz, inaczej na niego spojrzeć, docenić.
    dla mnie ta pełnia też była wyjątkowo trudna. bezsenna. ale następnego dnia przyszedł spokój, oczyszczenie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Przyszło mi na myśl, że przecież "nie można opowiedzieć miłości, bo nie można opisać gestów i spojrzeń", a jednak Ty ją opowiadasz... i to chyba taką, jaką powinniśmy ją widzieć. Skończyłam czytać z "I will love you better now" i mam wrażenie, że nie mogłabym napisać tutaj nic innego, bo żadne słowa nie oddadzą moich myśli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "I will love you better now" w słuchawkach *

      Usuń
  15. O, jak tu ładnie niebieściutko!
    Mało kto przejmuje się swoją ewentualną śmiercią, bo przecież... "jeszcze ma na to czas", "jeszcze na to za wcześnie", a przecież tak naprawdę nikt nie wie, ile jeszcze zostało nam życia. Więc masz rację - trzeba żyć tu i teraz.

    OdpowiedzUsuń