wtorek, 5 stycznia 2016

O grze, w którą wszyscy gramy, czyli "ja mam gorzej".

Wszyscy od czasu do czasu musimy ponarzekać. Trochę zamarudzić, pożalić się na los i złe ogólnie rzecz biorąc życie. Zdaje mi się, że to cholernie ludzie. Zresztą, nie od dzisiaj wiadomo, ze tłumienie emocji, zwłaszcza tych złych, działa na nas destrukcyjnie, dopiero na poważnie odbiera nam chęć życia i czyni nas zgorzkniałymi. Całkiem, jakbyśmy gnili od środka.

Inną wiadomą sprawą jest, że co za dużo, to niezdrowo.
Gdy coś nam się w życiu naprawdę nie układa, rzucił nas mąż, poważnie zachorowaliśmy, straciliśmy dom- mamy niezłą, naprawdę niezłą dyspensę na marudzenie. No bo kto nam zabroni? Przecież wiadomo, stało się coś złego. Musimy wyrzucić emocje, musimy trochę podzielić się nimi ze światem, bo jak wiadomo, zwierzęciu stadnemu tak najłatwiej często pozbyć się pierwszego ciężaru barków. Pierwszego, bo jak wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, samo marudzenie nie jest złotym środkiem na jakiekolwiek nasze dolegliwości. Jest nim, po wyrzuceniu z siebie emocji, ogarnięcie tyłka i wzięcie się w garść. Planowanie i podążanie dalej, bo przecież co się stało, to się nie odstanie i jak pisał Murakami w „Zniknięciu Słonia”- „nic nie poradzisz na to, że nic nie poradzisz”. Nie od dziś to wiadomo, że marudzenie daje ulgę, ale nic samo w sobie nie załatwi, tak samo, jak nie załatwi spraw za nas świat. Nikt nie wybuduje za nas nowego domu, nie ułoży sobie życia na nowo w pojedynkę czy też nawet nikt za nas nie będzie pocił się na rehabilitacji po wypadku, w którym straciliśmy nogę. Mimo, że często to lekarz nam tą nogę uciął i uratował nam tym życie to jednak nie jest bogiem i nie na nim możemy polegać.
Co gorsza, powiem wierzącym w Boga osobowego czy tez ingerującego w nasz świat- Bóg i sama modlitwa też za nas nie załatwi sprawy. Zwłaszcza, tak tak, ta modlitwa, w której marudzimy i złorzeczymy. Ponoć, mówią to nawet niektórzy teologowie każdej religii, o wiele więcej dobrego zdziała modlitwa dziękczynna. No ale, ja teologiem nie jestem i nie nad modlitwami chciałam się tu rozwodzić.

Marudzenie sprawa ludzka. Marudzenie, żalenie się, chwilowe załamania i wylewanie bólu, wstydu, smutku- coś, bez czego po prostu nikt z nas nie byłby człowiekiem.
Niestety, często jednak, nawet jeśli wiemy, że marudzenie nie pomaga, wiemy logicznie, to za bardzo przyciąga nas ono swoją pozornie uzdrawiającą siłą.
Wiem jednak z własnego doświadczenia, jak łatwo się w marudzeniu pogrążyć. Co więcej, widzę nieraz, jak ono wchodzi w krew. Marudzić zaczynamy gdy nie tylko wypadek upierdoli nam nogę. Zaczynamy marudzić, gdy po prostu boli nas paluszek i główka, bo cóż, ten paluszek i główka to nadal nasze centrum wszechświata, nie obchodzi nas, że inni nigdy nie pobiegną. Sami też często pewnie nie pobiegniemy, bo nie lubimy biegać, ale cóż, to już kwestia wyboru, a nie możliwości.
Nawet jak czasem zamarudzimy na paluszek, też dobrze. Nadal ludzka rzecz.
Jak czasem popłaczemy, bo mamy PMS-a, rządzą nami hormony i mamy wrażenie, że świat nas nie kocha albo po prostu skrzyczał nas szef, też naturalne, musimy się komuś wyżalić. Każdy z nas, zasadniczo, powinien mieć nawet taką osobę, której może zamarudzić, kiedy po prostu ma łzawy dzień. Zaufaną, która nie wyśmieje, która nie skrzyczy i nie przewróci oczami. Najlepsze relacje i przyjaźnie chyba właśnie polegają na tym, że wiemy doskonale, kiedy ktoś może nam marudzić, a kiedy trzeba powiedzieć „ogarnij dupę i przestań jęczeć”.

Sama w swoich relacjach widzę często, że to się udaje. Mam momenty, gdy po prostu przytulam ofiary PMS-u, milczę i słucham gdy przychodzą prawdziwe łzy żałoby czy tęsknoty, prawdziwe marudzenie po bolesnych ranach zadanych przez los. Wiem też, przy niektórych osobach, kiedy na siłę kopnąć w tyłek i powiedzieć „weź się w garść”, czasem bardziej lub mniej brutalnie. Nie wiem, na ile to moje wrażenie, a na ile najprawdziwsza prawda, ale mam wrażenie, że w wielu relacjach udaje mi się nawet nieźle balansować między potrzeba cudzego marudzenia, prawdziwej rozpaczy wylewanej tonami łez a ogarnianiem komuś dupy i wciskaniem obiadu, żeby ktoś zwlekł się z łóżka i nawet na mnie nakrzyczał. Lata praktyki, jak sądzę.
Oczywiście, nie zawsze to się udaje. Ludzie, nawet ci, z którymi jesteś blisko i których kochasz, nie zawsze podlegają tym samym, żelaznym regułom. Czasem tam, gdzie przedtem powiedzenie chodźmy się najebać pomagało, w nowym miejscu powoduje istną katastrofę. A ja mimo że jestem czarownicą, nie jestem jasnowidzem.
W każdym razie mam niezłą wprawę w słuchaniu cudzego marudzenia i mam to szczęście, że są ludzie którzy znoszą z cudem moje najbardziej marudne dni ( o jesoo jak bolą mnie zatoki o jesooo jak mi źle o jesooo jak mnie każdy wkurwia, serio, mantra całodobowa). Są tacy, którzy wiedzą, kiedy przytulić i dać buzi a kiedy powiedzieć „ogarnij dupę, Szopie” ( ukłony w stronę mojego zacnego Męża, zwłaszcza).

Wielu ludzi zwraca się więc do mnie ze swoimi problemami a ja słucham, staram się je nawet nieraz jakoś rozwiązać, staram się pocieszyć i chyba nawet nieźle mi to wychodzi. Może dlatego, że nie słucham marudzenia na odczep się, tylko NAPRAWDĘ mnie to interesuje i NAPRAWDĘ chcę często jakoś pomóc. Tak już mam, mój egoizm karmi się cudzymi problemami i dzięki cudzym nieraz mi w moim życiu lepiej, bo zapominam o tym, co mnie boli choć...muszę przyznać, że ostatnio w życiu naprawdę, na mało co narzekam.
Bywam straszną marudą jak każdy, ale szybko się ogarniam, więc może dlatego szybo chcę ogarniać resztę. Znoszę jednak cierpliwie najdziwniejsze marudzenia i może nieraz, w moje gorsze dni można mi zarzucić, że nie mam siły na zabawy w psychologa...ale nie jest chyba ze mną ta źle.

Jest jednak jedna rzecz, której nienawidzę. Czy gdy ktoś przychodzi do mnie ze swoim problemem, czy co gorsza, gdy ja ze swoim marudzeniem przychodzę do kogoś i chcę być po prostu wysłuchania.
Jedna rzecz, przez którą dostaję istnego szału.
Zabawna gra, w której ponoć my, Polacy, jesteśmy mistrzami.
Zabawa w JA MAM GORZEJ.
Nosz kurwa mać.
Co gorsze? Sama się na tej zabawie nieraz łapię. Sama dostaję przez to szału.

Nie wiem, czy wiecie na czym polega dokładnie zabawa w „ja mam gorzej”, ale mam wrażenie, wszyscy podświadomie wyczuwamy reguły tej gry i nieraz się z nią w życiu zetknęliśmy.
Parę przykładów z życia?
Ot, jesteś chory, chcesz się pożalić, pomarudzić jak to ci cieknie z nosa. Nagle twoja znajoma, jak się okazuje ( chociaż nie zauważyłeś tego w pracy tudzież na zajęciach) miała tydzień temu taaaaki katar, że cudem, że aż jej ryja nie rozerwało i dziwi się, że ty to tak przeżywasz.
Przykład z mojego życia? Zmarł mi kolejny pacjent. Niby nic, ale jednak jakoś rusza. Chcesz się tym podzielić. Mówisz o tym komuś znajomemu. Nagle i dookoła niego wszyscy umierają, rok temu umarła ciotka siódma woda po kisielu i co ty w ogóle wiesz o stracie. A pogrzeb sąsiadki z zeszłego tygodnia i jej widok w trumnie nadal jest taką traumą! A ty agonię jakiegoś pacjenta przeżywasz.

Cóż. Inni zawsze mają jeszcze gorzej. Ale, jak śpiewa Kazik, nie da się ukryć, że są tacy, którym jest lepiej. Choć, czy w ogóle możemy powiedzieć o życiu lepsze, gorsze? O sytuacjach? Absolutnie nie. Lecz mimo to staramy się przyrównać. Pokazać, że jesteśmy lepiej...albo mamy gorzej.

Sama na zabawę w „ja mam gorzej” jestem cholernie przeczulona. I niestety zdaję sobie sprawę, jak łatwo można dać się w to wciągnąć. Gdy tak myślę, są po prostu dwa powody, które sprawiają że przez „ja mam gorzej” dostaję istnego szału.
Myślę, że w dużej mierze spowodowała to moja teściowa. Serio. Od kiedy ją poznałam, zrozumiałam, jak ostra i zacięta może być gra „ja mam gorzej”. Jak jej reguły powalają i...wcale nie ułatwiają życia. Chcecie poznać grę ja mam gorzej w mistrzowskiej odsłonie, przedstawię wam ją.
Chcesz powiedzieć po prostu, że jesteś zmęczona po pracy? To nic, że dźwigasz, biegasz 12 godzin. Ona ma gorzej. Bo rzecz jasna jest starsza, bo powinna być już na emeryturze i już się napracowała w życiu, a nadal pracować musi. Co z tego, że przez 2 lata pracowało się z nią bo..pracuje w domu. I zwykle kończy pracę koło 12-13, z tego co pamiętam, gdy z nią mieszkałam. Są dni, kiedy faktycznie zapierdala jak mały samochodzik, nie przeczę ale...wiemy, wiemy. Ma gorzej. Zawsze bardziej wyeksploatowana przez pracę.
Boli cię głowa? To nic. Ją też nagle zaczyna boleć. Ma migreny, musi brać leki a każda nawet najmniejsza zmiana ciśnienia rozsadza jej czaszkę. Do tego niedawno prawie umarła, bo zemdlała, serio.
Nie chodzi mi o to, że to wszystko nieprawda. Moja teściowa napracowała się w życiu i ogólnie jest dobrym człowiekiem i nieraz naprawdę źle się czuje. Ale w tych kwestiach zachowuje się jak dziecko. Zawsze ma gorzej. Zawsze musi zwrócić uwagę na to, jaka ona biedna i twoje żale są przy jej niczym, nawet, jeśli po prostu informujesz „boli mnie głowa, macie gdzieś aspirynę?”. I niestety, tym samym potrafi wciągnąć w tą grę, jak mnie wczoraj. Bo co za dużo, to niezdrowo. Człowiekowi się ulewa, jak niemowlęciu. I sam potem ma do siebie wstręt.

Wobec gdy „ja mam gorzej” jestem przewrażliwiona nie tylko przez moją kochaną teściową.
Gdy ponad już rok temu zmarł Królik, a ja zajęłam się paroma jego sprawami, odczułam, jak gra w „ja mam gorzej” potrafi zaślepić ludzi. W dużej mierze to była moja wina, bo być może, wzięłam na siebie aż za dużo, takie mam wrażenie, gdy patrzę z perspektywy czasu. Chciałam pocieszać, wysłuchiwać cudzego żalu, mimo że sama miałam w tej samej kwestii niezaleczoną, wielką ranę pod sercem. Mimo że w dużej mierze rozpadło mi się życie, chciałam się zabrać za minimalne łatanie innych żywotów. Błąd. Wielki błąd.
Trochę dało mi w kość nawet środowisko blogów. I nie mówię tu o wszystkich, ale o paru osobach, które po prostu „miały gorzej”. Nie chodzi mi o to, że porównuje się straty. Każda relacja jest inna, każdy ból jest inny. W tamtym czasie zresztą powtarzałam to sobie jak mantrę. Zdawałam sobie z tego sprawę i w wielu przypadkach to była najczystsza prawda. Ale po prostu gdy kolejny raz z rzędu usłyszałam od tej samej osoby „nie wiesz, jak to jest stracić kogoś tak bliskiego” w głowie wyświetlał mi się jeden z memów i słyszałam cholernie ironiczny głos „Tak? To bardzo interesujące opowiedz mi jak to jest stracić kogoś, z kim przez pół roku wymieniałaś komentarze na blogu i jak wielką pustkę w twoim życiu to uczyniło, chociaż cóż, powiem ci w sekrecie, znałam tego człowieka 7 lat, kochałam go przez 7 lat i widziałam go średni statystycznie 3 razy w tygodniu. Do tego nieraz nawzajem ratowaliśmy sobie życie. Trzymałam go za rękę w szpitalu. Tak, opowiedz mi, jaka to wielka strata, doprawdy, nie mam pojęcia”.
Oczywiście, ani razu nie powiedziałam tego na głos, nie napisałam wprost. Wiedziałam właśnie, jakie to podłe, powtarzałam mantrę każda strata jest inna i bólu się nie porówna ale...takie właśnie zagrywki powodowały, że sama wciągałam się w grę „ja mam gorzej”. I szczerze, nienawidziłam siebie za to. Nienawidzę do tej pory.

Bo nienawidzę gdy w „ja mam gorzej” Nienawidzę, że jako po prostu człowiek nie umiem się od niej do końca uwolnić.

Mam wrażenie, że ta nasza międzyludzka gra ma różne przyczyny.
Czasem zaczynamy grać w nią niechcący, bo za bardzo się zapędzimy w słynnym pocieszającym „wiem co czujesz”. Kłócisz się z chłopakiem? Wiem co czujesz, sama niedawno się kłóciłam, ale wiem, że można z tego wyjść, nam się udało, wam też się uda. Zmarł ci ktoś bliski? Wiem co czujesz, mi też zmarł jakiś czas temu, ale jak widzisz, można żyć dalej, wiem na swoim przykładzie.
Wiem co czujesz bywa wobec niektórych najlepszą metodą pocieszania, to współodczuwanie..choć to wierutna bzdura, bo nigdy nie wiemy, co ktoś czuje i jak ktoś zdaje sobie z tego sprawę, lepiej po prostu milczeć. Nie siedzimy w drugim człowieku, definiujemy ból, ale on nadal pozostaje Wittgensteinowskim „żukiem w pudełku”. Wiem co czujesz jednak często pomaga ale..cholernie łatwo się w nim zagalopować. Wielu z nas czyni właśnie ten błąd, może przez wspomnienia własnego bólu zaczynamy sami na nowo się źle czuć i sami chcemy być pocieszani, nagle „mamy gorzej”? A może po prostu wszystkie dobre chęci prędzej czy później zmieniają się w brukowane piekło. Ale, w każdym razie, gra w „ja mam gorzej” nie zawsze ma złe korzenie. Czasem to po prostu chęć pokazania, że z bólu można się wydostać- cóż, sama to stosuję. Niestety jednak w tym pokazywaniu łatwo się pogubić. No i nagle mamy gorzej.
Mimo wszystko, mam wrażenie, że potrafimy w głębi ducha rozróżnić, kto chciał dobrze i przy okazji wdepnął w bagno naszej ukochanej gry, a kto robi to z rozmysłem.

Jest parę takich osób ( nie mówimy już o mojej teściowej, bo ona jest mistrzem!) w moim życiu, które zawsze mają gorzej. Nieraz chcę się z nimi podzielić dobrymi nowinami- milczą przez parę dni. Gdy mają kłopot, same do mnie uderzają jak w dym, bo wiedzą, że pod tym dachem każdy otrzyma pomoc, jeśli o nią poprosi. Ale gdy ja mam problem, bo chcę się zwierzyć, zawsze mają ciężki dzień, zawsze to im umarła ciotka albo to oni pokłócili się z drugą połówką.
Myślę, że i tych mogę podzielić na dwa, choć oczywiście, wcale nie sztywne typy.
Niektórzy to po prostu nieuświadomieni egocentrycy. Ludzie, którzy nie potrafią skupić się na innych, wierzą nawet że mają dobre serca, ale nigdy przez dłużej niż 5 minut nie potrafią skupić się na cudzym problemie. To nie są ludzie źli, zresztą, nie ma dobrych ani złych ludzi. Mam wrażenie, że są trochę niedojrzali i mimo najlepszych intencji nie potrafią spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Sprawiają wrażenie, że zawsze są dla ciebie ale...zawsze są dla ciebie, by rozegrać własny spektakl dobrego serca. Na nich nabieram się najłatwiej.

Są też drudzy. Tacy, co dowartościowują się cudza uwagą rozważniej. Ci, co zawsze mają zimniejsze poranki i ich mleko częściej się ścina. Ci, którzy też z premedytacją umniejszają cudzy ból, by wyjść na większy plan i często ściągają we własną otchłań. A cudze sukcesy, gdy się zdarzą, umniejszają, a własne muszą stawiać na piedestał. To bardzo smutni ludzie, których...jest mi żal. Zawsze mam wrażenie, że mają bardzo gorzkie życia, ogromne kompleksy i muszą się po prostu na kimś wyżyć. Na tych już się nie nabieram. Tych denerwuję swoją...radosną obojętnością, jakkolwiek nie brzmi to stwierdzenie, ale zapytajcie ludzi z mojej pracy o co chodzi, to wam powiedzą.

Wielu ludzi po prostu gra w „ja mam gorzej” bo chce też zwrócić na siebie uwagę. Choć przez chwilę poczuć, że może odpocząć. Choć przez chwilę być...dzieckiem. Bo to dzieci w nas kochają się żalić, marudzić i chcą mieć nieraz pocałowane i pochuchane stłuczone kolanko.
Moje słynne „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Odmrożę, żeby mieć gorzej i żeby być może...sprawdzić, kto mnie kocha. Cóż. Jako ludzie stale musimy to sprawdzać.

Wszyscy jesteśmy właśnie przede wszystkim ludźmi. I każdemu z nas zdarza się marudzić, każdemu z nas zdarza się zagrać w „ja mam gorzej”. Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, bo każdy z nas musi mieć w sobie trochę egocentryzmu, wiadomo- na świat patrzymy tylko swoimi oczami, nie cudzymi i nie sposób wyjść poza ten pryzmat. Wszyscy mamy swoje radości i swój ból i nie sposób próbować choć w części rozumieć cudze, jeśli nie porównując do swoich. To naturalne. Tak tworzyły się chyba społeczności.
Wszyscy od czasu do czasu zagramy w pocieszanie, a przez to w „ja mam gorzej”. Nieraz zostaniemy wplątani w cudzą grę, nieraz zaklniemy ze złością na siebie, że tak łatwo daliśmy się podejść.
Nieraz będziemy po prostu małymi dziećmi, które muszą pokazać swoje zabawki, dowartościować się wobec cudzych, które nie są wcale lepsze, ani gorze. Są po prostu inne.

Lecz...może wszyscy od czasu do czasu gramy w „ja mam gorzej”, wszyscy chcemy czasem, żeby to na nasze odmrożone uszy zwracano uwagę....ale mimo to, na co dzień, możemy się postarać tego unikać. Bo to nie żadna rozgrywka, puchar możecie oddać mojej teściowej albo paru osobom, na których strasznie się zawiodłam już wiele razy.
Niedawno mówiłam o słuchaniu świata. Czasem, mimo że świat pojmujemy tylko przez własne oczy, uszy i porównując do tego co one już widziały i słyszały- możemy postarać się zniknąć. I wsłuchać się nawet nie tyle w świat, co w drugiego człowieka. Czasem nawet nie pokazując rozumiem co czujesz, byłam w podobnej sytuacji a...słuchając, słuchając, słuchając. Przytulając i ocierając łzy. Możemy zniknąć, stracić na parę minut cały swój egocentryzm i słuchać, tak, żeby ten drugi świat stał się w tym momencie najważniejszy, żeby tylko on istniał.
Czy jesteśmy w stanie to zrobić? Czy potrafimy zniknąć choćby dla tych, których najbardziej kochamy, by miłość, sama miłość, mogła rosnąć w siłę?
Mam wrażenie, że gdybyśmy w każdej rozmowie o cudzym problemie stracili na parę minut siebie, naprawdę słuchali i skupili się na cudzym bólu byłby on naprawdę mniejszy a...świat byłby lepszym miejscem.

Więc nie wiem jak wy, ale ja, mimo że zdaję sobie sprawę, że jestem niedoskonałym człowiekiem, sama mam dni marudzenia i mam dziecko, które ociera kolanka i odmraża sobie uszy, mimo wszystko, chcę jak najwięcej rezygnować w tym roku z gry w „ja mam gorzej”.
Chcę zacząć grać w „jestem dla ciebie”. Jeszcze bardziej, jeszcze mocniej. Z całego serca, mimo że potknę się nieraz. Świadomie, a nie na odczep się, żeby tylko wmawiać sobie, że jestem dobrym człowiekiem. Dobrych ludzi nie ma. Mogę być ja dla ciebie. Tylko tyle, aż tyle. 

Chcecie zgrać ze mną?  


47 komentarzy:

  1. Z nieba mi spadłaś tym dzisiejszym postem. Właśnie o tym samym od wczorajszej nocy bezsennej myślę. Sama gram w tę grę. Tak mi po prostu łatwiej. Czy to jest złe, jeśli pomaga człowiekowi "pchać ten wózek"? Wszak Twoja teściowa ma podobnie, a złym człowiekiem, jak piszesz, nie jest. Trzeba robić swoje - najlepiej jak umiemy. Ten czy ów robi to w milczeniu, inny musi podeprzeć się "protezą" narzekania. Po prostu ten typ tak ma:)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No patrz, jaką mamy spójność myśli:) Więc nie tylko ja znam grę w "ja mam gorzej":D I wiem, że ten typ tak ma tylko...czasem przesadza i uwiera, jak zaczyna przesadzać. Inaczej przymyka się na to oko bo właśnie...wszak wszyscy jesteśmy ludźmi, każdemu z nas się zdarza, ja sama zdaję sobie sprawę, że święta nie jestem:D Ale...mimo wszystko, chciałabym być jakoś "lepsza", wiesz. Naprawić trochę siebie, w granicach możliwości, tak po prostu. Wybrać inne gry częściej:) Taka motywacja nowa, no:)

      Usuń
  2. Pamiętam jak w pewnym momencie też zaczęło mnie wyjątkowo irytować porównywanie problemów i umniejszanie czyichś na rzecz innych. I przyjęłam wtedy założenie, że problemów się nie porównuje i nie wartościuje, gdyż każdy jest po prostu inny. Wiadomo, że czasem kogoś trzeba wziąć za fraki i porządnie nim wstrząsnąć, kiedy za bardzo nad tym palcem biadoli, no ale właśnie nie mówię tu o takich skrajnych przypadkach.
    Marudzenie i bycie pocieszanym bardzo pomaga, ale nie na dłuższą metę. Nie da się być cały czas silnym, ale też po prostu trzeba wiedzieć, kiedy przestać. Ostatnio sobie popłakałam na imprezie, w sumie bez powodu, ale jakoś mnie po winie wzięło na ryczenie. I wtedy było to nawet wyzwalające uczucie, móc sobie tak leżeć i zawodzić, kiedy inni głaskali mnie po główce, przytulali, pocieszali i zajęli się jak dzieckiem. Może też tak zareagowali, bo w sumie chyba dość rzadko widzą mnie płaczącą czy żalącą się. Czasem też za bardzo chowam w sobie jakieś żale czy negatywne emocje.
    Wiesz, w sumie nie powinnaś mieć do siebie aż takiego żalu za te reakcje po śmierci Królika, bo to chyba dość naturalne i zrozumiały jest ten wkurw tutaj. Dużo bardziej podłe jest raczej wciskanie się ze swoim żalem i umniejszanie twojemu, kiedy no jednak mimo wszystko, choć wiem, że miało nie być porównywania, no ale chyba jednak byłaś bardziej poszkodowana. Ale może nie warto tego rozdrapywać, co było, to było. Na pewno nie chodzi tu o żadne licytacje, kto ma gorzej.
    Wydaje mi się, że nie wpadam za często w pułapkę tej gry "ja ma gorzej", może kiedyś się tego oduczyłam... choć wiadomo, każdemu się zdarzy czasem. Ale bardzo chętnie zagram w grę "jestem dla ciebie" ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. * trzeba wiedzieć, kiedy przestać płakać.
      :D

      Usuń
    2. Też w dużej mierze o to mi chodzi, nie możemy powiedzieć "ja mam gorzej" bo porównać zwyczajnie się nie da, a mimo to gramy w tę grę uparcie, wszyscy, jedni częściej i popisowo, inni nieznacznie, wydarzy im się jakaś rozgrywka. Nielogiczne? Owszem. Ale mimo to ludzkie. I szalenie nieraz...wkurwiające:D I właśnie też w tym rzecz, pomarudzić ludzka sprawa, ale przywiązywać się do tego...najgorsze, co można sobie, a i otoczeniu zrobić. I od czasu do czasu, jak piszesz właśnie, to oczyszcza ale...kurna, nieraz ile można?
      I już nie mam aż takiego, ale w pewnym momencie sama się zdziwiłam, ile w głowie mam jadu...ale wiem, że to był mój błąd, bo to ja chciałam się bawić w pocieszacza tam, gdzie sama sobie jeszcze nie radziłam. Ale uczymy się na błędach właśnie, nie?:)
      To się cieszę, gramy razem, pjona!:D

      Usuń
    3. Tak, też mnie to wkurwia nieraz, jak ktoś mi wyskakuje ze swoim ja mam gorzej albo dzieci w Afryce mają gorzej xD Takie coś do niczego nie prowadzi po prostu. To nie ma przyszłości xD
      I właśnie, nie przywiązywać się, w tym rzecz. Płacz służy oczyszczeniu, ale nie jest rozwiązaniem.
      A i fajne uczucie zrobić czasem temu bolącemu paluszkowi na przekór. Ostatnio jechałam autobusem, byłam głodna i napierdalała mi macica, a jeszcze trochę drogi miałam przed sobą i wtedy przypomniało mi się "Always look on the bright side of life" Monty Pythona i tak sobie jechałam i nuciłam w głowie :D Fajnie też do pewnych przeciwności podchodzić na luzie i z humorem, lepiej, żeby coś takiego weszło w nawyk, a nie narzekanie :)
      No pewnie :)
      Pięć! :D

      Usuń
    4. No bo serio, co cię obchodzą dzieci w Afryce, jak np. straciłaś nogę w wypadku albo zmarła ci matka? No nic, to jest naturalne:D
      Otóż to, bardzo mądre stwierdzenie.
      No i właśnie cholera, to taka satysfakcja, jak się dodatkowo pokona siebie, jak na przekór nawet samemu sobie się udowodni że można się śmiać:)

      Usuń
    5. No właśnie, co ma piernik do wiatraka, dość słaby argument moim zdaniem. A wydaje mi się, że nagminnie stosowany. Może ma jeszcze sens, kiedy zwraca się komuś uwagę, że niepotrzebnie marnuje albo wyrzuca jedzenie, ale poza tym?
      Dokładnie, super uczucie :) Bo można, praktycznie zawsze można, nawet w tych najgorszych momentach, choćby przez łzy :)

      Usuń
    6. Wiesz, wyrzuca jedzenie...a co, wyślesz resztki z obiadu dzieciom z Afryki poleconym?:D Mój Mąż zawsze pyta się tak swojej matki, serio, nie mogłam się oprzeć :D
      Tym bardziej, gdy już wiesz, że te złe momenty cię czegoś nauczą i sprawią, że w przyszłości będziesz silniejsza bo już nieraz tak bywało:)

      Usuń
    7. XDD. No w sumie to bardzo logiczny argument :D Choć prawda jest i w tym, że bardzo dużo jedzenia się marnuje niestety... wiesz, to wszystko, co się w supermarketach wywala, albo jak ktoś nakupuje nie wiadomo ile, a potem wywala... no ale nie o tym tutaj :D
      Tak tak, to daje siłę :)

      Usuń
    8. Wiem:D W ogóle, ponoć najwięcej marnują go...Japończycy, gdzieś tak czytałam. Bo nie wiedzą w ogóle, czym jest głód.
      Ale to też ciekawy temat. W ogóle Francja teraz ma rozdawać to jedzenie blisko terminu z marketów ubogim, nie?

      Usuń
    9. Że Japończycy to nie słyszałam, ale w sumie, że współcześni Japończycy to mnie nie zaskakuje jakoś bardzo... chociaż w swojej historii mieli okresy, kiedy warunki życia były bardzo ciężkie, a najbiedniejsze grupy społeczne były najbardziej podatkami obciążone... ale to kiedyś. Teraz faktycznie żyją tam na takim poziomie, że chyba mało kto zaznaje głodu. Tak mi się wydaje przynajmniej, bo tak do końca to nie wiem.
      Tak? Faktycznie, coś tam o tym słyszałam... Ale to bardzo dobrze ^^

      Usuń
    10. Bo właśnie kiedyś to kiedyś, Japończycy to jedyne społeczeństwo, gdzie każdy jest co najmniej tzw. klasą średnią. Miałam o tym nawet na studiach na zdrowiu miedzynarodowym, owszem, mają pewien margines bezdomności ale to raczej bezdomnośc z wyboru...każdy ma zapewnioną wręcz pracę, nikt nie ma szans głodować. Jak choćby w Europie. I przez ten pewien brak rozwarstwienia społecznego...nie szanują jedzenia.

      Usuń
  3. Poruszyłaś ważny temat. Ludzie często ( nie wszyscy oczywiście) uprawiają doradctwo, największe mądrości, co się powinno kiedy się płaczę, a sens życia odszedł daleko z pozytywnymi myślami. Trzeba ludzi uczyć, edukować, że najbardziej leczy kontakt, otarcie łez, dotyk, uścisk, mocne trzumanie za dłoń, zrozumienie, że ma się tak, a nie inaczej. A nie, że ktoś, czy ja, czy ktokolwiek inny ma gorzej. To pierwsza sprawa, a druga, że wieczni pesymiści i narzekający mają po prostu trudniej, w każdej dziedzinie. Ja wyszłam z założenie i tego się uczę w sobie, że najmniejszy gets w swoją stronę, jak np zrobienie sobie dobrej herbaty jest przejawem dobrej energii i tak można składać każdą godzinę, każdy dzień. Oczywiście bywają różne sytuacje, ale świadomość tego wszystkiego nie pozwala się poddawać.
    Fajnie, że poruszyłaś taki temat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się to sformułowanie- uprawiają doradztwo. To chyba najlepsze określenie, jakiego można użyć na to, co robi większość z nas,gdy ktoś przyjdzie po pomoc. Bo jednak...żyjemy w głośnych czasach, gdzie wspólne milczenie krępuje, żyjemy w czasach przekazu, gdzie obecność "tak po prostu" jest dziwna i nieraz wydaje nam się, jakby to całe doradztwo jak mówisz, było konieczne. A nie jest, więcej niszczy nieraz, niż naprawia.
      Bo wszyscy jesteśmy ludźmi i różne sytuacje się zdarzają ale nieraz...grunt to chcieć:)

      Usuń
    2. Ludzie często oceniają przez swój własny pryzmat, nie zastanawiając się, że ich "normalność" i radzenie sobie z problemami nie równa się z normalnością kogoś innego.

      Usuń
    3. Dokładnie. Wiesz, z jednej strony trudno się dziwić- bo przez jaki inny pryzmat mamy oceniać? Cholernie trudno jest wejść w cudzą skórę, bo naprawdę nosimy tylko jedną, swoją. Ale, może być ona na tyle elastyczna że...daje pewną wolność myślenia. Zakłada właśnie możliwość, że można inaczej. I sądzę, że to najlepszy początek:)

      Usuń
    4. Empatia, tolerancja, zrozumienie. Tego powinniśmy wszyscy się uczyć, szczególnie Ci, którzy twardo zakłądają, że wiedzą wszystko najlepiej :)

      Usuń
    5. Dokładnie. Ale tych ciężko z kolei cokolwiek nauczyć.

      Usuń
  4. Ja tam nie narzekam, jak ktoś powiedział "trzeba wziąć swój własny los w swoje własne ręce".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja uznaję, że to ludzie i nie przeczę, że nieraz mi się zdarza "dzień marudy". Ale potem szybko kopię się w tyłek i bywa, że nawet mi lepiej, jak jeden dzień zwolniłam z hardą miną :D

      Usuń
  5. Też myślę, że w marudzeniu nie ma nic złego jeśli znamy w tym umiar jak mówiłaś, ale jest też inna sprawa. Wydaje mi się, że przeżywając jakąś udrękę i wyrzucając ją z siebie nie wolno nam przy tym zapomnieć o rzeczach za, które nadal powinniśmy być wdzięczni. Jeśli ktoś takowych nie widzi to ma wielki problem i powinien coś z tym zrobić. Co do gry w "ja mam gorzej" cieszę się naprawdę, za każdym razem kiedy widzę kogoś kto również nie znosi tego zjawiska i pragnie z nim walczyć. Żałosne- tak jakby tylko ten kto ma najgorzej miał prawo do przeżywania smutku i tym podobnych emocji wynikających z jakiś niedogodności czy niepowodzeń i jak by to od nas zależało czy jakieś zdarzenie wywoła w nas jakieś emocje czy nie. Kompletny brak empatii moim zdaniem( oczywiście jak mówiłaś nie zawsze to z tego wynika). Ktoś mnie molestował, ale nie powinnam odczuwać żadnych następstw a jeśli je mam powinnam je emocjonalnie olać i spróbować je zwalczyć bo ktoś miał gorzej i był gwałcony wiele lat. Paranoja. Smuci mnie gdy są to osoby, które dużo przeżyły i tym bardziej wydawało by się powinny okazać zrozumienie. Przepraszam trochę mnie poniosło bo jest to jeden z tematów, które wywołują we mnie naprawdę palące emocje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, to teraz znajdźmy człowieka, który ma najgorzej na świecie xDD
      Dokładnie, mogę się pod wszystkim, co napisałaś, podpisać.

      Usuń
    2. Dokładnie, jak wyżej napisała Wera, to ma oczyszczać, ale nie jest rozwiązaniem. I pomarudzić czasem każdy musi ale...no bez przesady. I właśnie, lepiej skupiać się na tym, co dobre, a nie na tym, co złe. Dlatego też stwierdziłam, modlitwy dziękczynne chyba dałyby nam więcej:)
      Dokładnie. Nie można porównać tego, co się czuje więc...nikt nie ma gorzej:D I Wera dojebała, serio, znajdźmy człowieka który ma najgorzej to będzie mógł nas umoralniać:D W ogóle bardzo lubię ten obrazek:
      http://i.imgur.com/fqGyZ9A.jpg
      Bo mówi on wiele o bólu, doświadczeniu przez niego. Ból jest relatywny, każdy przeżywa na swój sposób i....nie można powiedzieć "ja mam gorzej". Ale niestety jesteśmy tylko ludźmi i każdemu zdarza nam się zagrać w tą gę i tą ludzką słabość chyba można wybaczyć...jeśli ktoś nie przesadza. Ale lepiej nad sobą popracować i w ten sposób też nie niszczyć cudzego życia, zabawiając się w umniejszanie.

      Usuń
    3. Świetny obrazek. Powinni go pokazywać w szkołach!
      I ja się pod wami podpisuję. Nie jesteśmy więc w naszych odczuciach osamotnione ;-)

      Usuń
    4. Tylko ciekawe, ile ludzi tak naprawdę go weźmie do serca?
      Więc jest nadzieja :D

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja kiedyś trochę w to grałam. Stwierdziłam, że to głupie i choć nadal zdarza mi się marudzić, nie porównuję i skupiam się na dobrych, fajnych rzeczach, naweT jeśli są w mniejszości (bardzo mi w tym pomaga rozpoczęcie wrzucania karteczek do Słoika Szczęścia xD)
    Ale czasem obserwuję zadziwiające zjawisko... ktoś mi się żali, więc z uwagą słucham i milczę do końca wypowiedzi. a ten ktoś patrzy tak na mnie speszonym wzrokiem i mówi: ja wiem, wiem, że ty tyle przeszlas, tyle cierpialas, operacje itp. A ja zdziwiona, bo o co chodzi? Po co to się bez sensu wyciąga?? I to jesZcze nie ja to robię!
    Co do modlitwy. "Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdemu z nas właśnie się zdarza marudzenie i nawet podświadome porównywanie ale...grunt to umieć powiedzieć sobie świadomie dość w odpowiednim momencie:)
      I słyszałam o Słoikach, ale jakoś póki co nie mam potrzeby:D
      Bo ludzie przywykli, że ich problemy ocenia się jako mdłe, nijakie, boją się tego..i dlatego zaraz się tłumaczą. I to w ogóle jest cholernie przykre.
      I to prawdziwe akurat:)

      Usuń
    2. Wiesz, to też boli, kiedy ktoś czasem widzi Cię tylko przez pryzmat Twoich problemów. Że czasem nie jestem człowiekiem z krwi i kości, który jakoś sobie tam klepie życie przez lata, tylko pozszywana kupką nieszczęścia, do której ludzie lgną, no bo zrozumie, ale i tak ich problemy zawsze będą gorsze - i to w ich ocenie (o ile to prowadzi do ogarnięcia się, spoko, ale jeśli to tylko tak sobie,żeby się wytłumaczyc usprawiedliwić... to szarpie). Ogólnie wielu ludzi bardzo mi bliskich ma ogromny strach przed mówieniem o lękach, problemach i uczuciach. Ja też, ale powoli się uczę. Ale czasem wychodzi słabo i nie można się zrażać.
      No ba:)

      Usuń
    3. No w sumie...nie pomyślałam o tym z kolei ja. Pomyślałam o ludziach którym głupio z prywyczki, a nie o tym, jak ty się możesz czuć bo...ja nie patrzę na ciebie nigdy przez pryzmat twoich problemów, jakie miałaś, o. Masz. Zwał jak zwał. Więc dlatego mi to w ogóle nie przyszło do głowy. Ale może i lepiej?
      I ucz się, ucz, bo to ważne po prostu:)

      Usuń
  8. ładnie tu u Ciebie, niebiesko i niedźwiedziowo.
    tak, ludzie uwielbiają odgrywać męczenników i cierpieć. oni mają gorzej. a ja mam lepiej i nie muszę się nimi przejmować.
    Królika pamiętam i zapamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No też mi się podoba:) Dzięki:)
      I właśnie, tylko coby ich klepać po główce a...z samego klepania mało co dobrego przychodzi, prawda?
      To chyba dobrze:)

      Usuń
  9. Powiem Ci, że mnie dopada nieraz przeciwieństwo "ja mam gorzej". "Ktoś inny ma gorzej i NIE WOLNO mi zawracać mu głowy." I nieraz mnie to dusi, zabija, zresztą sama o tym wiesz, bo kiedyś o tym rozmawiałyśmy. Bo pewne uczucia, smutki z człowieka wypływają w końcu, kiedy się skumulują. Jedno, za co jestem Ci naprawdę wdzięczna, to to, że nigdy ze mną w "ja mam gorzej" nie grałaś. Że wysłuchałaś, pomogłaś, a ja jęczybóliłam nieraz tak, że aż sama mam ochotę kopnąć się w dupę.
    I uświadomiłaś mi jedną rzecz... może nie staram się "licytować", że ja mam gorzej, choć pewnie i mi się zdarza, bo jak napisałaś to wszystko jest cholernie ludzkie. Ale martwi mnie jedno, że kiedyś bardziej byłam otwarta na słuchanie innych, na pomaganie, na dawanie ciepła. Teraz dużo łatwiej przychodzi mi narzekanie. Jak nie mi. A może nowy rok to nowa szansa na pewne postanowienie, na to, by na nowo nauczyć się ogarniać dupsko? :)
    I ciekawie nawiązałaś do tej modlitwy... to znaczy... wyczytałam gdzieś, kiedyś - nie pamiętam, gdzie, ani kiedy :) - że nasza podświadomość w trakcie modlitwy nie koduje słowa "nie". Nie akceptuje negacji po prostu. Dopóki modlimy się "Jestem zdrowy, pełen sił, mam dobrą pracę i jestem za to wdzięczny", to wszystko jest okej. Ale kiedy zaczynamy modlić się słowami "Nie chcę być chory, nie mogę oblać tego egzaminu", nasza podświadomość "wykreśla" sobie słowo "nie", a zasiewamy w niej jedynie to, co pozostaje. A pozostaje "Chcę być chory, mogę oblać ten egzamin." Mam nadzieję, że nie zagmatwałam za bardzo, ale mam gorączkę, więc w sumie mogłoby być to zrozumiałe XD W każdym razie zgadzam się - najlepszym sposobem modlitwy do Boga, którego każdy nazywa i czci po swojemu jest wdzięczność. I nigdy, przenigdy nie narzekanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I widzisz, żadna skrajność nie jest dobra, bo nikt nie ma gorzej, każdy ma różnie i to jest chyba podstawowa zasada zrozumienia międzyludzkiego jakiegoś.
      Nie?:D To jestem zaskoczona, bo wiem, że mi się samej zdarza właśnie grać w tą grę no ale może nie wyszło...nie trafiłaś na mój naprawdę zły dzień :D
      A może właśnie to etap w życiu, gdy samemu trzeba też ponarzekać? Bo przecież...nic na siłę. Tak serio, jak się tego potrzebuje i nagle nie ma się siły na innych, to nie trzeba jakoś...wszystkiego przygarniać, prawda? Bo jakoś wewnętrznie się przywykło albo wypada...każdy ma też różne etapy w życiu. I owszem, nie za dobrze za dużo narzekać ale jak ma się taki a nie inny okres...to się i świata nie zbawia. Nikt nie jest nadczłowiekiem:)
      Jasne, to tak samo jak z mechanizmem ofiary, o czym gadałam kiedyś z Sówką- jak ktoś znajduje faceta i mówi "on mnie nie skrzywdzi" to podświadomie wyczuwa zagrożenie, bo normalnie w ogóle o krzywdzie byś nie pomyślała :D Oczywiste, że mózg, świat, zwał jak zwał, wysyła nam pewne sygnały a także...wysyła je do świata, a świat odbiera po swojemu. To znowuż fizyka..i karma :D

      Usuń
    2. Każdy po swojemu po prostu przechodzi przez pewne sprawy, o ;)
      No nie xD Widzisz, jakoś mi się udało XD
      Zgadza się, no ale... u mnie to trwa jakoś no... za długo. A może zaraziłam się narzekaniem od ludzi, którzy przychodzili do sklepu, geez, ileż to się człowiek nasłuchał nieraz... za zimno, za ciepło, pada, słońce świeci, wieje... jakbyśmy okna z mamą nie miały XD
      Dokładnie ^^ Ale jak się uda w to bardziej zagłębić, to możemy nauczyć się kształtować pozytywne myśli i to jest fajne :)

      Usuń
    3. Dokładnie:)
      Więc czas ogarnąć dupę po prostu:D I ładnie by cię zaraził dziadki w dpsie w takim razie:D Nie wiem, na mnie to działa zawsze odwrotnie, im więcej mi otoczenie narzeka, tym bardziej...ja robię na przekór:D
      Otóż to:)

      Usuń
  10. Moja przyjaciółeczka - Karolina - jest mistrzem w tej grze. Długo nie zdawałam sobie sprawy, że biorę w niej udział, ale dziś nie mogę z nią siedzieć dłużej niż godzinę, bo od jej narzekania kręci mi się w głowie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz,bo niektórzy są właśnie też takimi mistrzami, że ich zagrywki wcale a wcale nie są oczywiste, a nimi wysysają z nas energię. Powiada się, że od takich ludzi trzeba by uciekać, gdzie pieprz rośnie...

      Usuń
    2. Dosłownie wysysają energię. :) Znałam już od dawna powiedzenie: wampiry emocjonalne, ale dopóki nie odwykłam od zwyczajów Karoliny i nie spotkałam jej po czasie to nie wiedziałam co to naprawdę znaczy :) Dziś mam okazję do niej napisać i się z nią spotkać, ale... po prostu nie chce mi się słuchać znów jej narzekań xD Może napiszę do niej pod wieczór, pod wtedy pod pretekstem spania łatwiej się wykręcić :D

      Usuń
    3. I właśnie, bo póki człowiek nie przekona się na własnej skórze, co to znaczy, to aż nieraz nie chce się wierzyć. I co, spotkałyście się w końcu?:D

      Usuń
  11. Każdy człowiek choćby podświadomie gra w tę grę... Odwieczna potrzeba bycia zaopiekowanym, zauważonym, zwolnionym z pewnych codziennych obowiązków. Chociaż wierząc w kochaną fizykę kwantową - im więcej narzekasz, tym więcej tych nieszczęść faktycznie do Ciebie wróci... dlatego może warto choćby spróbować ogarnąć dupy, "Szopy". :) na marginesie powiem, że o szopach jeszcze nie słyszałam. ja ze swoim partnerem nazywamy się zwykle Borsukami.
    nie chcę się produkować, ale jako że studiuję, co studiuję i widuję w swoim własnym domu, co widuję... to tylko wspomnę o ludziach z depresją. ale tą faktyczną, zmieniającą świat (bo ileż ludzi po prostu ucieka w choroby, znów by ktoś ich zauważył, przytulił, by się usprawiedliwić, że "przecież mam depresję, daj mi spokój")... że niestety im nie pomoże "weź się w garść", choć oni... Ci naprawdę chorzy, na wskroś duszy... nawet nie mają siły już narzekać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, dlatego nie twierdzę, że sama jestem święta- gram aż za często- ani że możemy całkiem z niej zrezygnować. Bo starczy jeden gorszy dzień, gdzie włączy nam się "miągwa" i od razu mamy gorzej od całego świata :D Znam to aż za dobrze:D
      I dokładnie, co wysyłasz, to wraca.
      Znaczy, ja jestem Szopem Praczem, a mój Mąż- Dziką Kuną :D Także na fejsie fajnie wygląda Szop Pracz jest w związku małżeńskim z Dziką Kuną :D I takie dziwne historie, czemu to powstało:D A Borsuki też brzmi fajnie:)
      I jasne, dlatego mówię, nie ma uniwersalnej metody, jak komuś pomóc, ba, w większości przypadków sami nie możemy pomóc, gdy to większy problem niż zwykły pms jak ja to mówię. I tak zawsze mówi mój Mąż, jak ci coś naprawdę dolega, to nie narzekasz, bo nie masz na to siły. I ma skubany, w dużej mierze, rację.

      Usuń
  12. Wiesz, ja myślę, że wiele osób nieświadomie gra w grę "ja mam gorzej". Po prostu muszą się wygadać, a potem biorą się w garść.
    Niektórzy faktycznie lubią mieć najgorzej. Jak to jest, że teściowe w tym przodują? hi hi hi. Moja też ;)
    Jak chorowała - to tak, jak nikt.
    Jak rodziła - to nikt nie miał potem takiej gorączki, ani zapalenia piersi po porodzie.
    Jak gotuje- to nikt się tak przy tym nie zmęczy (spoci, jeśli na zewnątrz żar).
    Jeśli sprząta - to odczuwa dużo większe zmęczenie niż inni.
    Czy wszystkie teściowe są takie same? ;)


    Osobiście czasem sobie pomarudzę, ale przede wszystkim wtedy, gdy chcę obnażyć pewne rzeczy i przestrzec ludzi przed popełnieniem błędu, który sama popełniłam...


    Udanego roku, Frido :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasem po prostu się zdarza, taka ludzka natura, czasem chcemy być głaskani po główce my, akurat w tym momencie. Zdarzyć się może. Ale opierać na tym swoje życie...temu już lepiej powiedzieć głośne nie.
      I coś w tym jest cholera:D Dobrze, że ja nigdy teściową nie zostanę:D
      I tobie również :*

      Usuń
  13. Moja mama i babcia bez przerwy w to grają. Ta bierze tyle tabletek, a ta tyle. Ta ma problem z tym, ale ta ma większy... Zwariować można.

    Pamiętam, jak kiedyś spotkałam koleżankę i przy okazji napomknęła, że jej mama trafiła do szpitala. Powiedziałam jej, że moja też jest w szpitalu, w śpiączce, że... ja mam gorzej. Jej mama zmarła niedługo później, a moja wróciła do jako takiej formy. Od tamtego czasu staram się unikać tej gry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, to faktycznie, masz wręcz rodzinny cyrk i to by niby starczyło, żeby się zniechęcić...ale takie doświadczenie, o jakim piszesz, daje nieźle po tyłku, co? Nic dziwnego, że unikasz jej i cóż...jesteś tego w pełni świadoma.

      Usuń