Szary
jesienny poranek. Dzień wolny od pracy. Dzień po nocy pełnej łez,
pełnej wspomnień. Pełnej rozmów, w których to wreszcie cudze
bariery puściły, puściły, by oczyścić to, co w środku gnije.
Ja ja zawsze jestem, jak zawsze przytulam, słucham, sama nie płaczę.
Sama
jestem przy kimś, w tym temacie, beksą tylko w środku, coraz bardziej, tylko w środku.
Na
twarz nakładam brokat, mylą mi się słowa.
Budzę
się sama, bo on już w pracy, bo on nie mógł zostać, nie mógł
ochronić tego poranka, pełnego szarości, nie mógł stworzyć
bariery ochronnej ze swoich męskich ramion. Budzę się sama i
płaczę. Płaczę być może oczyszczająco. Może oczyszczająco, a
może w wielkiej samotności, samotności pod sercem, tej, która
rozrywa podczas takich poranków na strzępy.
Ze
wszystkim co zbliża czuję się samotna, bo ubzdurałam sobie, że
to ja mam być lekarstwem nieraz na samotność. Lekarstwa, symbole.
Te czeka najgorszy los. Poranek o tym przypomina, poranek tym
przytłacza. Płaczę więc sobie spokojnie, cicho, chodząc w te i z
powrotem.
Od
tygodnia mam cholerną ochotę na papierosa. Zapaliłabym i teraz,
płacząc. Przecież to dym koił, dym koił rok temu, choć
pozornie, choć bolało gardło i szczypały oczy. To dym pomagał
między kolejnymi telefonami do obcych wtedy ludzi i zapobiegł
każdej łzie. Wtedy nie płakałam.
Teraz
jestem beksą, tego poranka, tego świtu, gdy nie mogę dospać do
wschodu słońca.
To
nic, że zasnęłam późno, pora wstać, snuć się po mieszkaniu i
połykać łzy. To nic, że miałam się wyspać, przecież ja
ostatnio prawie nie śpię. Nie mogę, nie mogę, budzę się o 2 nad
ranem i do 5 już nie zasypiam. Gonią mnie zeszłoroczne sny, gonią
mnie wspomnienia.
Mam
dosyć wspomnień, że ktoś mnie goni, że brak mi tchu.
Gonią
mnie, choć na co dzień o nich nie mówię. Nie myślę. Chodzę do
pracy, która daje mi szczęście. Która mnie pochłania. Chodzę do
pracy w której odczuwam całkiem inną śmierć, w której nie mam
czasu na biadolenie, na marudzenie. W której nie mam czasu na łzy.
W której łzy nie pasują mi, młodej, uśmiechniętej, tej, która
ma wspierać i pomagać. Uciekam więc do pracy, a po niej robię to
samo. Odpisuję na smsy mówiąc, że z listopada nie wolno czynić
hasła ani podłej metafory. Gotuję obiady, bo tak wyrażam miłość.
Pocieszam, mówię wiele, czasem za dużo, zadaję za dużo pytań.
Denerwuję aż swoją przesadną troską.
Troska
pozwala zapomnieć o własnym strachu. Troska pozwala zapomnieć o
tym, co będzie. O tym, że w każdym miejscu do którego się nie
udam, będą dudnić zeszłoroczne kroki. W każdej uliczce, w każdej
nadchodzącej śmierci w listopadzie będę widzieć znak, będę
widzieć własne wspomnienia, o których wolę nie mówić, którymi
wolę się nie dzielić. Bo każdy ma swoje i z nimi musi sobie
poradzić...
A
ja jestem tylko naczyniem. Tylko naczyniem, pomocnym rękawem na
otarcie. Nie umiem być niczym innym. Nie umiem płakać w cudze
rękawy. Nie umiem, zachowuję wszystko najważniejsze dla siebie.
Tylko niektóre drobiazgi, które mogą mieć znaczenie i dla innych,
drobiazgi mówiące o znaczących tytułach książek czy zbieraniu
kasztanów, Tylko tyle, a może aż tyle, wypuszczam z siebie,
wypuszczam jak parę z ust w mroźny październikowy poranek.
Para
z ust mówiąca o zmrożonym sercu.
Nie
płaczę, nie spędzam zapłakanych wieczór. Ktoś mógłby
pomyśleć, że tak naprawdę nic mnie nie obchodzi. Że ze wszystkim
sobie doskonale radzę, bo to nie pierwsza śmierć, bo jestem
gruboskórna, bo ja przecież jestem silna i nie potrzebuję wsparcia
na cudzym ramieniu. Bo wierzę nieprzerwanie w swoją mantrę, bo
wiem, że jest dobrze.
Nie
rozmawiam z nikim, z nikim się nie dzielę.
Mimo
to boję się. Boję się, odczułam to w środku trzewi, które nad
ranem skręcały się boleśnie. Odczułam to mdłościami
wymiotującego serca. Bulimiczne serce. Cóż.
Lawiruję
między swoją wiarą a rozpaczą. Lawiruję między cudzymi łzami a
swoimi uśmiechami, tym brokatem na twarzy, żeby i oni uwierzyli, że
wcale nie musi być źle, że wszystko ma swoje powody, przyczyny i
powody. Lawiruję i chcę wpoić w nich swoją wiarę która się
spala, chcę by uwierzyli, bo może mi będzie lżej, mi będzie
łatwiej.
Zapominam,
że to wcale tak nie działa. Gubię się w naiwności.
W
nocy nie mogę spać. W dzień uciekam w pustki bez myślenia. W
zmęczenie ciała.
Boję
się, kochając szare dni i deszcze, kochając szum wiatru
samobójców. Kochając ludzi we wspomnieniach, kochając tych tu i
teraz mimo wszystko się boję, bo w nocy zobaczyłam to, jak się
sypię, choć tak bardzo chciałam temu zaprzeczyć. Widzę trzęsące
się dłonie, widzę widmo łez jak listopadowych deszczów, widzę
czas, który pędzi, nie dając szans na żadne odkupienie. Boję
się, bo widzę, że pękam jak przesuszona skorupa, za mała skóra
węża, na mojej twarzy pojawiają się rysy. Co będzie, gdy i oni
je zobaczą? Czy stanie się to jeszcze bardziej prawdziwe?
Zresztą,
kto chce i tak wie. Kwestia, co chce zobaczyć, o czym mówić.
Czasem mój strach to powszechnie znana prawda, o której nikt nie
mówi. Mój smutek bywa plemiennym tabu wśród prawie-wszystkich
najbliższych serc.
A
ja się boję.
Boję
się nadchodzących dni, pocieszania, znajdowania mądrych słów,
powstrzymywanych łez, bo ja nie płaczę, do mnie można się
przytulić i już, wszystko jest dobrze, już, już. Przy mnie płaczą
umierający ludzie a ja szepczę im pocieszające słowa.
Boję
się tego całego nawału listopadowych wspomnień w każdym miejscu,
w jakim postawię swoje stopy. Boję się. Na każdym blogu tytuł
wspomnieniowy, tytuł mówiący o żalu. Znajdowanie kolejnych
niby-mądrych słów. Każdy telefon kończący się rozmową mówiącą
o jego uśmiechu. Konieczność spełnienia obietnic pójścia w
miejsca, zobaczenia grobów, które tak bolą.
Boję
się, listopad z którego ja, sama ja nie chciałam robić symbolu,
ale gdzie się nie obrócę, zobaczę w cudzych oczach, w ich odbiciu
własne wspomnienia, cudzy ból. Pewnie sama będę nieraz jak wielki
wyrzut sumienia, jak rażące jaskrawością przypomnienie, że on
nie żyje, a zostałam ja.
Boję
się, że nie mam na to siły. Bo kruszeję, jak mięso w piwnicy na
zimę, mówiąc za tym, który odszedł.
Kim
w tym wszystkim jestem? Jak wielką słabością?
Zawinięty
w środek z cieniem wokół powiek strach rozpycha zaciśnięte
dłonie.
Starałam
się wierzyć, że przetrwam w swojej sile, w cieple, w niespożytej
energii, która kocha życie. Nadal wierzę, tylko się boję. Tylko
pękam, nie jestem przecież skałą. Ale jak mówił ten, którego
łzy dopadły mnie w nocy, nie mam siły skały. Nie wiadomo z jakiej
gliny jestem ulepiona. Nie miało to znaczenia, ale być może, muszę
to zrozumieć. Być może, by przetrwać. A może w tym wszystkim jak
zwykle wcale nie chodzi o mnie. Przerost ego, mania wielkości. Jak
zawsze.
Staram
się wierzyć, staram się sprawić, że wszystko przetrwa, ze
budowla jednego, drugiego, trzeciego domu nie legnie w gruzach.
Biegam od serca do serca, skaczę po kałużach cudzych łez, robiąc
z siebie błazna. Staram się, ale brakuje mi sił. Nie sypiam
nocami. Brzuch skręca mi się ze strachu, jak rok temu. Głowa boli,
bolą napięte mięśnie. Zaczynam znów, po raz kolejny zdawać
sobie sprawę, jak bardzo jestem naiwna.
Zaczyna
chwiać się moja wiara, że uratuję ten listopad dla tych, których
kocham. Zaczynam tracić wiarę, że uratuję ten listopad dla
siebie. Bo jest za dużo myśli, za dużo wspomnień w mojej głowie.
W
domu mojego serca też gości ból, mimo uśmiechu na twarzy.
Mam
dosyć wspomnień, z trudem ogarniam własny dom.
W
moim sercu też gości wielki ból i przebija się przez wszystkie
skorupy. Widzę go wo odbiciu w lustrze, widzę gdy do oczu podchodzą
łzy. Kimś innym byłam przed rokiem. Widzę, jak bardzo się
zmieniłam, jak zmiękłam. Jak się postarzałam. To wszystko też
przyprawia mnie o łzy. Kim byłam, kim się stałam. Jakie są moje
emocje? Jak się zmienił mój ból?
Mógłbyś
poznać mnie inną.
Mógłbyś
zapamiętać mnie innego.
Szarość
za oknem nie przytłacza. To nie jej wina. To piękna pora
zamierania.
To
wszystko, wszystko gra we mnie. Bezsenne noce, ciężkie sny, szepty
i przewidzenia. Rozgrzewane o poranku mięśnie, gdy w panice ucieka
się przed wspomnieniami, przed zjawami, by żyć, tak bardzo, znów
żyć.
Ale
może nie można z tym walczyć. Trzeba dopuścić do siebie
wszystkie złe i niedobre, cały ból. Trzeba dopuścić do siebie
śmierć, po raz kolejny. Pogrzebać kości tych których kochaliśmy,
pogrzebać to, co umarło w nas i postarzyło o kolejne tysiące lat
w tych krótkich monetach łez.
Może
trzeba pozwolić sobie kolejny raz umrzeć, kolejnej cząstce serca.
Życie to stałe cykle narodzin i umierania. Także w nas.
Podobno
gdy umierasz lecisz sobie, lecisz.
Może
nie można wcale walczyć z tym, co tak boli. Szarpać się jak ryba
wyciągnięta z wody. Ból nie lubi rywali. Ból wymaga, by go czuć.
Czuć nawet, gdy przed każdym innym udajesz, że jest w porządku i
przez to, że oni udają, że ci wierzą, sama zaczynasz w to
wierzyć. Nie możesz udawać przed sobą. Nie możesz udawać, że
twój dom się nie wali, że łzy nie chcą płynąć po twarzy.
Może
po to są takie poranki, tak rozpaczliwie szare, tak rozpaczliwie
samotne. Poranki, podczas których z nikim nie porozmawiasz, nie
podzielisz się, bo ty jako jedna z niewielu nosisz swój ból,
rozpacz dumnie samodzielnie. Choć to nieraz tak bardzo chore.
Może
nie trzeba z tym walczyć, lawirować i odwiedzić pewne miejsca,
choć aż rzygać ci się chce z nerwów na samą myśl, na samą
myśl w falach szarości.
Najpierw
oni, potem ty. Jego noc, może jej dzień, może kolejni. Kolejne
znajdowane słowa albo milczenie, gdy tyle chciałoby się
powiedzieć.
Nie
uniknę tego, co ma przyjść, nie uniknę tego, co było, bo
wszystko już się stało, wszystko pogrzebane w ziemi, ziemi, która
zamiera wraz z wadliwymi sercami. Nie porozmawiam z nikim pewnie, z
nikim się nie podzielę. Nie uniknę tego, czas wcale się nie
cofnie, czas nie spowolni, myśli przestaną być posłuszne i zaczną
skręcać tylko w jednym kierunku.
Nie
wytrzymuję tempa, wszystko kurwa skręca
Straszna
chała w głowie
Więdną
nasze lilie, więdną gdy odchodzisz.
Najpierw
być może oni, potem ty, choć w tym samym momencie wszystkich
uderzy pewnie tak samo. Znów zatrzymane serca, znów łzy cisnące
się do oczu. Znów nie będę płakać, będę wtedy w pracy, myślę
z ulgą. Potrzymam inną suchą, zimną dłoń, popatrzę w oczy i
nie zobaczę tych odbić, myślę z ulgą, gdy wszystko przyspiesza
do tego jednego momentu.
Nie
uniknę tego, co ma przyjść. Ale nie chcę uczynić z tego symbolu.
Nadal się szarpię, choć dzisiaj stałam się beksą, choć dzisiaj
znów pociekły łzy. Nie wolno walczyć z bólem, ale nie można się
do niego przywiązać.
W
końcu wyrzuca się zwiędnięte kwiaty. Jesienią sadzi się nowe
cebulki tulipanów, które zakwitną na wiosnę. Pogrzebowe lilie
trafiają do kosza, ściągane z symbolicznych grobów, na które nie
chcesz skierować swojego wzroku.
Nie
uniknę tego, łez, szarpania, nie uniknę cudzych łez i własnych
brokatów uśmiechu na twarzy, wiary na pocieszenie. Nie ucieknę,
wszystko coraz bardziej się zbliża, nie uniknę tego. Straszących
tytułów na blogach, wpisów na fejsie, spacerów w deszczu tam,
gdzie spacerowało się rok temu. Nie uniknę, więc wyjdę temu
naprzeciw. Ból wymaga, by go czuć, nie można z nim walczyć. A
jesień i zamieranie też są piękne.
Czekam
więc tylko na Smahain, kiedy to znowu pojadę w tamto nasze miejsce,
choć i to przyprawia mnie o mdłości, myśl o tym powoduje
nieprzyjemne dreszcze. Ale pojadę tam sama, ze swoim bólem, swoimi
łzami, złożę je w ziemi, złożę jako ofiarę. Złożę swoje by
przyjmować cudze. Oczyszczę swoją krew by być filtrem dla innej
być może, bo może to moje przeznaczenie w tym wszystkim. Oczyszczę
krew, żeby uśmiech był znów prawdziwy, nie jak ten, który
przyoblekę dzisiaj. Jak ten z wczoraj, kiedy to jeszcze umiałam się
śmiać.
Dzisiaj
to tylko pewnie preludium prawdziwych łez. Preludium prawdziwego
strachu, prawdziwego bólu.
Choć,
ten największy w życiu ból do tej pory jest już przecież za mną.
Ten jest jak echo, ale...czy można to porównać? Gdy człowieka
boli, to po prostu boli. A ten musi to przetrwać. Jak wszystkie
kolejne końce świata, tragedie, pożary i zgliszcza w sercach.
Jedyny logiczny wybór, wybór uśmiechu, ciepła i miłości.
Kwitnących na wiosnę tulipanów. Miłości do listopadowej mgły.
Kolejny
wybór życia w życiu. Ten, który jest najważniejszy.
Aż dziwnie, w szarości poranka pokazało się słońce.
Tak łatwo o nim zapomnieć...a ono przecież jest zawsze, zawsze, zawsze.
Teraz to boli, ale potem będziemy pamiętać tylko o dobrych wspomnieniach.
OdpowiedzUsuńZawsze trochę bólu zostanie. Już są głównie dobre wspomnienia, ale czasem musi zaboleć, tak to chyba jest w życiu po prostu:)
UsuńTak, chociaż te dni bólu i rozpaczy po prostu stają się coraz mniejsze. Bardziej o to mi chodziło. A wspomnienia są dobre i one pozostająna zawsze.
UsuńJak dla mnie rzadsze, bo ból pozostaje ten sam, tylko rzadziej przychodzi. Chociaż jego siła też jest może pewną ułudą, ale...tego nie idzie tak prosto rozstrzygnąć, Wittgenstin miał rację co do odczuwania bólu, zawsze bęzie cholernie subiektywny.
UsuńCoś w tym jest. Ale może lepiej pomyśleć skoro dane osoby są lub były tak ważne w naszym życiu - czego było można się od nich nauczyć.
UsuńListopad będzie przychodził co roku. Może to po prostu czas gdy sama sobie musisz pozwolić płakać i na rozpacz, nie oglądając się na innych ludzi.
OdpowiedzUsuńDokładnie, będzie co roku, dlatego nie chcę robić z niego jakiegoś symbolu, nie chcę, żeby zawsze miał być przekreślony bo uwielbiam i ten miesić. I wiem, że muszę, tylko widzisz, mam taką naturę co..trudno płacze. I muszę siebie przekonywać nieraz do tego. Ale w końcu, z dobrym skutkiem:)
UsuńDlatego ja właśnie nie umiałabym pracować w takiej pracy jak Ty. Ta otwarta styczność ze śmiercią przytłoczyłaby mnie za bardzo. Przytłacza mnie w samych opowieściach czy w pracy od E., czy na blogu od Ciebie. I tak jesteś bardzo silna. Ja z pewnością dawno bym się załamała.
OdpowiedzUsuńWiem, po prostu jesteśmy różnymi ludźmi:) Muszą być na świecie i tacy i tacy, tacy co towarzyszą w takich historiach i biorą je na siebie, nie przejmują się nimi i tacy, którzy na nich płaczą, ale robią właśnie w życiu coś innego:) I wiesz, mi się wydaje, że każdy człowiek ma w sobie wielką siłę, tylko właśnie nieraz nie widzi pewnego potencjału i...zakłada, że się załamie, a mimo to idzie dalej:)
UsuńMoże tak właśnie jest i nie przekonam się o własnej sile dopóki nie przyjdzie mi się z nią zmierzyć. Ale wiesz... chyba w tym przypadku wolę się nie przekonywać :)
UsuńPamiętaj, co sama mi powiedziałaś: duże dziewczynki też mogą płakać. Twój ból jest głęboki, takiego nie zagłuszysz. Daj sobie do niego prawo.
OdpowiedzUsuńWiem, że mogą, ale stale sobie muszę o tym przypominać, taki dziwny charakter. Do tego człowiek się przywiązuje do pewnej odpowiedzialności, którą sam sobie wydumał choć jest bez sensu i...bądź tu mądry XD I właśnie pozwalam sobie, bo go się odczuwa, tak czy tak. Ale w tym wszystkim, trzeba też i żyć, no nie?
UsuńWiem, bo też tak mam. Tzn u mnie w domu zawsze powtarzają, że łzy tylko rozwalają i to oznaka porażki. Nie zgadzam się, powoli ucząc innych postaw. Poza tym też częściej troszczę się o innych, niż oni o mnie.Trzeba, ale my na szczęście dajemy radę :)
Usuńkażdy musi sobie czasem popłakać, wtedy jest lżej. a wszystkie uczucia duszone w sobie prędzej czy później wydostaną się na zewnątrz z podwójną siłą.
OdpowiedzUsuńa samotne, zimne poranki nastrajają do tego, nie mam wątpliwości.
Wiem, mam właśnie tego świadomość z tym, że nieraz ciężko mi z sobą samą powalczyć i po prostu zacząć płakać, mam takie a nie inne schematy w głowie. Ale trzeba to trzeba:)
UsuńDlatego cieszę się, że dzisiaj już nie wstawałam sama:)
Ciężko jest mi uwierzyć,że czas leczy rany i z czasem jest lepiej. Mam wrażenie,że bywa trudniej, bo z każdym rokiem uświadamiamy sobie,że tęsknimy tak samo,jakby to było wczoraj. Dlatego kiedy chce się płakać trzeba płakać, wyrzucić z siebie żal,złość, smutek. To pomaga, i warto pielęgnować piękne wspomnienia, na przekór tym złym.
OdpowiedzUsuńŚciskam.
https://sweetcruel.wordpress.com
Według mnie leczy a raczej...sprawia, że odczuwanie ran jest rzadsze, już mniej intensywne. Przychodzi po prostu życie i nim trzeba się zająć i tylko od czasu do czasu nawracają wspomnienia...ale mamy świadomość, że to już wspomnienia, tu i teraz ma inne prawa. Ale tu się zgodzę, że w pewne rocznice bywa jeszcze gorzej, zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że zacierają się twarze i głosy, ale ból w uderzeniu bywa taki sam.
Usuńlistopad to dla mnie też pewnego rodzaju symbol... chociaż w moim przypadku dotyczy on mojej własnej śmierci - o którą otarłam się 3 lata temu... I został we mnie ślad, który pulsuje niepokojem w okolicach rocznicy...
OdpowiedzUsuńGdzieś w środku mam wobec Ciebie dużo podziwu - przeszłaś bardzo dużo, i choć możesz wyglądać na "gruboskórną", to wszystkie słowa tutaj temu przeczą... Jesteś po prostu bardziej świadoma, jest w tym jakaś piękna mądrość.
Oj Frido, dawno nic tu nie pisałam, co oczywiście nie znaczy, że nie czytałam. Może najpierw napiszę o tym wpisie. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie ten fragment tego wpisu: "W moim sercu też gości wielki ból i przebija się przez wszystkie skorupy. Widzę go wo odbiciu w lustrze, widzę gdy do oczu podchodzą łzy. Kimś innym byłam przed rokiem. Widzę, jak bardzo się zmieniłam, jak zmiękłam. Jak się postarzałam. To wszystko też przyprawia mnie o łzy. Kim byłam, kim się stałam. Jakie są moje emocje? Jak się zmienił mój ból?
OdpowiedzUsuńMógłbyś poznać mnie inną.". Popłakałam się czytając to, bo to... o mnie. W 100%. Wiesz Frido, ze mnie też ostatnio taka beksa. Ale nikt by nie pomyślał, że ja płaczę, że umiem, bo przecież nigdy mnie nie widzieli, podczas gdy ja codziennie płaczę. Oj tak się pokomplikowało. Frido, twarda z Ciebie babka, na pewno sobie poradzisz. Jak nie Ty to kto?
Apropos innych wpisów chciałam dodać, że niesamowite wrażenie wywarł na mnie wpis o seksie w miejscu Twojej obecnej pracy. Masz rację z tym, że akceptowany jest tylko seks młodych, sprawnych ludzi. Ale taki nie jest najpiękniejszy. Najpiękniejszy jest ten opisany, ten gdzie trzeba odpowiedniej pozycji schorowanego ciała, to forma kompromisu, umowa między dwoma kochankami. Wiele tamta notka dała mi do myślenia. Dziękuję.
Gorące pozdrowienia i uściski przesyłam przez ekran monitora. Trzymaj się, Basiu!
Ooo, to ja też zawsze byłam tą od pocieszania, wysłuchiwania płaczów, nieplącząca zewnętrznie, wspierająca. Dobra, może jestem nadal. Albo już nie. Nie wiem w sumie. I wiesz co? Pamiętam lata, kiedy listopad wcale na mnie nie działał, ale od kilku lat październik i listopad to jakaś masakra. Może to dlatego, że nie ma słońca, mimo że nie przepadam za upałami, a jednak ono w jakiś sposób grzeje.
OdpowiedzUsuńTrzeba pozwolić na ból i łzy.. nasze cierpienie jest podobno miarą naszej miłości. Boli Cię strata, rozrywa Ci serce na kawałki? To znaczy, że Ci zależało, że było warto, że to miało sens... Listopad jest paskudny doskonale wiem o kim mowa... Spójrz Ty i wiele i innych osób go znało, miało okazje poznać.. ja niestety nie.. Ciesz się, że miałaś okazję go poznać, a może ból będzie trochę mniejszy. Jestem pewna, że naszym smutkiem, łzami i rozdartym sercem smucimy tych, którzy odeszli. Oni nie chcą naszego cierpienia. Trzymaj się. Popłacz a potem otrzyj łzy i powiedz: dziękuję, że byłeś, że Cię poznałam, dziękuję Bogu / Losowi, że postawił Cię na drodze mojego życia, bo wniosłeś w nie światło :) pewnie pomyślisz, że łatwo mi mówić ale wcale tak nie jest... bo doskonale zdaje sobie sprawę jak ważny dla Was był.
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze wiem, co czujesz, bo i mnie ta pora przyprawia o dreszcze, chociaż powinnam kochać listopad, to moja pora roku, mój początek.
OdpowiedzUsuńPozostaje mi milczeć wraz z Tobą, bo żadne rady nie zmienią tego, co ma być.
Ja potrafiłam przepłakać pół nocy, czasami nawet bez wyraźnego dla innych powodu. Ja widać powód miałam, choć najczęściej istniał on tylko i wyłącznie w mojej głowie. Demony, które sama powołałam do życia zabijały mnie od środka..
OdpowiedzUsuńTo, że nie wypłakujesz się w cudzy rękaw nie oznacza, że nic Cię nie obchodzi. Łzy nie są wyznacznikiem siły cierpienia nie są też słabością, jak to często ludzie uznają. Łzy... po prostu są, są częścią każdego z nas. To my w dużej mierze decydujemy, czy chcemy "je mieć" w samotności czy w tak zwanym tłumie ludzi czy może się ich wypierać. Każdy przeżywa ból po swojemu i nieważne jest to, co pomyślą sobie inni. A listopad... przywołuje wiele bolesnych wydarzeń, otwiera rany w sercu, ale... on będzie, każdego roku o tej samej porze, z taką samą ilością dni. Każdego roku będzie przypominał. Ale emocje z nim związane będą różne, jak na karuzeli. Przyjdzie jednak taki czas, kiedy rany zaczną się zamykać, kiedy nie będą palić tak mocno, kiedy zostaną "tylko" blizny, kiedy będzie łatwiej udźwignąć brzemię tego miesiąca. Najważniejsze co zostanie w sercu, bo bolesne wspomnienia mogą, paradoksalnie, ocieplić i umocnić to serducho... Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak wirtualnie Cię przytulić :*
OdpowiedzUsuńCałkiem niedawno mówiłaś mi o akceptacji, swoją drogą bardzo mi te słowa pomogły :)
OdpowiedzUsuńDziś chyba ja mogę powiedzieć Ci to samo, zresztą sama o tym wiesz. Nie ma chyba sensu z tym walczyć, bo od pewnych skojarzeń się nie ucieknie, ale właśnie pozwolić temu smutkowi na chwilę być, przepłynąć przez nas, zaakceptować go.
I może nie cały listopad będzie taki zły, może tylko ten niefortunny początek? I trzymam kciuki, żebyś się tam jakoś trzymała. Nie chcę, żebyś mi się za bardzo smuciła, no :) :*
Chyba nikt z nas nie chciał robić z listopada i konkretnej daty jakiegoś symbolu, a jednak - stało się. Aż by się chciało powiedzieć "samo się zrobiło", a jednak to my, może nie do końca świadomie, dogrzebując stare rany uczyniliśmy ten listopad, tę jesień symbolem, chociaż ona nie jest niczemu winna i przynajmniej ja - nie mam zamiaru jej nienawidzić. Będę pamiętać, co się wydarzyło (choć w szoku jestem, że na prawdę minął JUŻ rok! To uświadamia mi tylko, jak szybko mijają dni, miesiące, lata... Aż słowa "za kilka lat" zaczynają brzmieć jak "za kilka dni", ale.. nie o tym miałam...) ale nie chcę jakoś celebrować daty publicznym płaczem i celebracją tragedii, którą na swój sposób każdy przeżył. Nie chcę podsycać tego nadmiaru emocji. Myślę, że każdy ma jakiś swój sposób na wspomnienie tego dnia i każdy jakoś musi przez tę datę przejść. Ty, na pewno nie będziesz z tym sama, pamiętaj. Masz męża, który zawsze służy ramieniem do wypłakania i całą masę przyjaciół i myślę, że nic się niestanie, gdy na ten jeden raz zamienicie się rolami - i to Ty będziesz teraz tą pocieszaną. :*
OdpowiedzUsuńTrzymaj się mój silny człowieku! :)
Listopad jakoś tak się kojarzy z tych, których już z nami fizycznie nie ma. Chociaż mi udaje się jakoś nie przywiązywać do tego wagi, bo gdy odwiedzam groby wszystko ze mną w porządku. Zazwyczaj w inne dni innych miesięcy jakoś mi niewygodnie z uczuciem, bo kogoś nie ma. Moja mama na przykład wspomina swojego tatę w święta Bożego Narodzenia. Nie przypomina się jej w listopadzie, przypomina jej się w grudniu.
OdpowiedzUsuńChciałam Ci powiedzieć, że ja też ostatnio płaczę, choć zawsze byłam i miałam być tą silną, pocieszającą... Ale to nieprawda, ja milczę i duszę się w środku. To chyba jeszcze gorzej? Tak mi się wydaje. Ale wiesz, te łzy, o których Ty mówisz, są dobre, bo są ludzkie. Możemy budować mury, w sobie i wokół siebie, ale emocje muszą znaleźć ujście i te dni, kiedy słone krople spływają po policzkach bardzo często są tym oczyszczeniem. Jesień taka jest. Ja ją kocham całą sobą, ale to czas refleksji, od których uciec się nie da...
OdpowiedzUsuńŚciskam mocno!
OdpowiedzUsuńPozwól sobie na ten ból. Może trzeba go po prostu przeboleć, przepłakać, żeby zelżał...
Jesteś wielka, przejdziesz przez ten listopad! :*
Tośmy sobie wyjaśniły już, że to takie chwilowe, ale jak mówiłam, nawet chwilowe jest potrzebne, a jak Ty też piszesz, pewnie jeszcze nieraz Cię ściśnie, bo listopad dopiero przed nami. Jednak wierzę, że to przetrwasz, czy ze łzami czy bez, jakkolwiek, ale chyba jest to do przejścia.
OdpowiedzUsuńP.S. U mnie jest bezpieczny teren, jak coś XD
Łzy czasem są potrzebne, bo czasem człowiek zmęczony jest utrzymywaniem własnych barier, czasem trzeba sie oczyścić, by nabrac sił do dalszej walki...
OdpowiedzUsuńPłacz jest czasami dobry, bo oczyszczający, myślę, że warto mieć miejsce na parę zdrowych łez dla siebie. Życzę Ci dużo ciepła i oczyszczenia duszy.
OdpowiedzUsuń