środa, 7 października 2015

O wietrze wiejącym z samego serca października, czyli garść dziwnych myśli i chaos z głowy

Weekend i mało snu. Dużo alkoholu po wszystkim, po powrocie do rzeczywistości. Dużo słów, pewnie wiele niepotrzebnych. Ale one płyną nieprzerwanym potokiem, gdy nikt ich nie chce. Płyną w rozmowach,w wysyłanych ukradkiem smsach.
Wszystko jest dobrze, powtarzane jak mantra jednemu, drugiemu, trzeciemu. Powtarzane sobie. Bo jest dobrze, wiesz to doskonale, ale wiesz też, że wiele czasu musi upłynąć w sercach, żeby słowa nie padały na próżno, żeby rany się zaleczyły. To naturalna kolej rzeczy, myślisz sobie. To coś nieodzownego. Przytulasz więc, pocieszasz, nie mówisz. To naturalne dla ciebie? Nie, sama też po prostu unikasz pewnych rzeczy, a to najlepszy sposób, trochę oszukać rzeczywistość. Doczekać poniedziałku i podjąć nowe wyzwania, zacząć nową pracę. A reszta sama się potoczy, jak zwykle, rzekę trzeba pozostawić własnemu biegowi, tylko od czasu do czasu pogłębiając koryto albo próbując inaczej zapobiec powodzi. Tyle starczy, myślisz sobie i zasypiasz, nie będąc pewna swoich myśli. Tyle starczy.

***

Następny dzień. Dużo łez, przez filmy, mówisz sobie, choć wiesz, że nie przez nie. Wiesz, że to przez skojarzenia, swoje masz całkiem inne, dobre ale i zarazem bolesne, bo w postaciach widzisz przede wszystkim Malarza- Kucharza i jego ukochaną, masz swoje myśli, ale nie zważasz na nie. A. znowu by cię wyśmiał, albo ustawił do pionu, mówiąc, że duże dziewczynki mogą płakać. Może prowokowałby cię do łez, bo sam jest poza tematem, a może dlatego, że wie, że łez też potrzebujesz. Ale nie teraz, nie w tym momencie, gdy trzeba ogarnąć wszystko do kupy, a wiesz, że nikt tego nie naprawi poza tobą.
Tylko że ludzie to nie zepsute zabawki, mówi Malarz- Kucharz w twojej głowie. Nie da się ich naprawić magiczną igłą do duszy. A ty nie jesteś lalkarzem. Więc dlaczego tak bardzo chcesz wszystko na nowo zszywać? Masz na to siłę?

***

Nastaje wreszcie poniedziałek, wszyscy wstajemy wcześnie, wszyscy pędzimy do swoich obowiązków. Mąż całuje czule w policzek. Pobudza do wstawania, bo przecież nowe wyzwania, nowa praca. Życzy powodzenia, przytula najmocniej. Kocha, wiem, że kocha. I bez niego, być może, nie wstałabym z tego łóżka, stresując się i bojąc mimo wszystko.
Nie wstajemy z łóżka również przez tych, których kochamy, mówi stare hasło w mojej głowie, z dawnej pieśni, którą śpiewaliśmy, po pijaku, kiedyś w trójkę, z tymi, których właśnie kochałam.
Wstaję z łóżka, biegnę do pracy, chaos, chaos, wszystko nowe. Nowe, ale z godziny na godzinę coraz lepsze. Nowe, a jakby stare. Bo zasady wszędzie panują takie same. Jak wtedy, w grudniu i styczniu, gdy zaczynałam praktyki. Takie same stereotypowo przerysowane postacie. Ktoś życzliwy, ktoś kto próbuje dominować. Ale one się nie liczą. Liczą się moi nowi pacjenci, moje Ptaszyny, które poznaje coraz bardziej. Każdego z osobna. Sporo ich.
Sporo ich, ale myślę, że nie można być nieraz bliżej, niż karmiąc i przewijając, niż mówiąc pociechy, które nigdy się nie spełnią. Pociechy się nie spełnią, ale ja się spełniam, myślę nawet, gdy przechodzę swój chrzest i opluwa mnie „najwredniejszy pacjent” jak mówią o nim inne opiekunki, może najwredniejszy, bo jedyny młody na całym oddziale, ale też nie miał się gdzie podziać.

***

Pamiętam tamten grudzień i styczeń, wtedy też było trudno, ale wtedy też byli dla mnie ludzie i ja dla nich byłam. Ci którzy potrzebowali pocieszenia po stracie, ci którzy wrócili z oddali, ten który wrócił z oddali przez jedną wiadomość, ta, którą poznałam jako całkiem nowego człowieka, a jakbym znała od zawsze. Z poprzedniego życia, ktoś by powiedział. Pamiętam tamten grudzień i styczeń, pełen wichrów. Pamiętam swoje Ptaszyny, które umierając mi na rękach ratowały moje życie. Czy wszystko zatacza krąg? Pamiętam i tamten październik, wyczekiwanie, dni pełne łez ale i wiary, wiary w to, że będzie dobrze. Nie było. Chociaż...w życiu nie ma dobrze i źle. Jest jak jest. Kwestia, jak my się do tego nastawimy. Ja wierzę w większy sens. Być może to kolejna rzecz, która ratuje życie. Która uratuje ten październik i listopad. Która uratuje nas wszystkich.

***

Pierwszy dzień pracy za mną. Wcale nie jestem zmęczona, jestem podekscytowana. Wiem że nie będzie lekko ale już teraz czuję wzbierające fale czułości wobec tych, którymi będę się zajmować. Znam siebie. Muszę mieć kogoś do zajmowania, jak stwierdziło wielu. Bywam matką, bo matką nie chcę być dosłownie i upycham instynkty w mniej odpowiedzialne inwestycje. Mniej odpowiedzialne, ktoś powie?
Nie ma czegoś takiego jak odpowiedzialność, ona jest, albo jej nie ma. Mówiąc za Małym Księciem, gdy się coś oswoi, trzeba przy tym wiernie trwać i nie pozwalać rozsypać się na wietrze. Kolejna rzecz, w którą wierzę i dzięki której nie uciekam. Miłość jest odpowiedzialna, nie ma mniejszego i większego zła, jak w miłości zdradzić odpowiedzialność. Trwam więc na posterunku. Jak jeden z deszczowych psów przy budzie nieraz, ale trwam wiernie.
Niech ludzie mają taką miłość, jak wybiorą. Ja właśnie wybrałam.

***

Kolejny z dni, już mniej ciepły. Gdy chwilami mamy przerwę, pijemy herbatę myślę o dacie, myślę, że przecież 6 października, w zeszłym roku tak ważny. Patrzę na jesienne słońce, myślę jak było pięknie i odganiam te myśli, nie pora na nie, teraz mierzę się z rzeczywistością, teraz muszę skupić się na pracy. Mimo to na jej koniec, na koniec dyżuru, już jestem zmęczona po kąpielach i 5 godzinach przewijania pacjentów, zmieniania pościeli, ale uśmiecham się, gdy jeden z Dziadków uśmiecha się do mnie. Gdy ten najmłodszy na oddziale patrzy na mnie uważnie, gdy kończymy jeść, gdy wychodzę z jego sali. Może nie rozumieją, patrzą, wodzą oczami, uśmiechają się przypadkiem. Może. Ale ten uśmiech, te spojrzenia czy przypadkowe dziękuję rzucone w przestrzeń znaczy dla mnie więcej nieraz, niż wszystkie potoki słów tego świata. Dziękuję, nieuświadomione słowo, które znaczy w sercu nieraz więcej, niż niejedno przepraszam. Piękne ciemne oczy które zwracają się nie dla świata, a do wewnętrznego istnienia, o którym nie mamy pojęcia. Piękni ludzie z ranami odleżyn i leżący na łóżkach. Piękni i prawdziwi, nie kochani przez świat. Odrzuceni.
Rozpalają w moim sercu jeszcze większą czułość, gdy wychodzę i idę po prostu po pracy na piwo ze znajomą pracującą na innym oddziale. Idę z nią, rozmawiamy o jej kolejnych zawodach miłosnych i nowych przygodach, uczuciach. Dobrze jest porozmawiać z kimś oderwanym, kimś, kto mówi o swoich problemach nic nie wiedząc o tym, co działo się przez ostatni rok, prawie nie wiedząc, nie nadając temu znaczenia. Dobrze jest, bo to działa przecież jak lekarstwo mimo wszystko. Lubię jej ciemne oczy, rude włosy i męski charakter. Lubię jej siłę w słabościach i to, że rozumie doskonale moją czułość wobec rzucanego w przestrzeń dziękuję. Jej mogę opowiedzieć to, czego nie zrozumie nikt z tych, których kocham najbardziej. Ona rozumie kolejną część mojego życia, kolejną część układanki.
Rozumiemy się jak puzzle, z każdym po kolei, ale musimy kochać w całości, przychodzi mi dziwna myśl.

***

Idziemy już spać, wypiłam 4 piwa z Rudą, dzwoni telefon. A. Zawsze gdy dzwoni o tej porze wiem, że coś się stało, albo mam po prostu takie przeczucie. Odbieram zaniepokojona, chociaż śmieję się do słuchawki.
-Piłaś? - jednak trochę bełkoczę, on to wyczuwa.
-No, 4 piwa.
-To pogadamy jutro, ok?

Nigdy nie lubi mówić o poważnych sprawach, gdy którekolwiek z nas piło. Można wtedy powiedzieć za dużo bzdur, jak powiedzieliśmy już kiedyś. Chce uniknąć kolejnych, nawarstwiających się w ostatnim czasie nieporozumień, chociaż alkohol sprzyja rozmowie, wiem, że ma rację, można powiedzieć za dużo. Za dużo się wmieszać, za dużo wyznać. To nie pora i miejsce. Zgadzam się z nim i zasypiam mimo wszystko spokojnie, leżąc w objęciach tego, którego także kocham, ale inną całkiem miłością. Taką, którą i on chciał kiedyś....chce nadal, wiem to. Zasypiam mimo wszystko spokojnie, bo będzie, co ma być.

***

Budzę się, na dworze szaro, wieje wiatr, silny wiatr. Pamiętam, co mówił Vincent przez laty, podczas wietrznej pogody, to pogoda samobójców. Wtedy przychodzą najgorsze myśli i dobrze jest po prostu uciec, w świat książek, pić gorącą herbatę i udawać, że świat nie istnieje. Udawać, że świat nie wzywa a drzewa nie śpiewają pieśni o tym, jak dobrze zawisnąć jest na sznurze. Zaczynam więc czytać, nawet nie wychodząc z łóżka, mam wolne po dwóch pierwszych dniach pracy, dwóch dyżurach i należy mi się, myślę sobie. Myślę, co zrobić na obiad dla tych, których kocham, skoro mam wolne. Czekam na telefon.
A. nie dzwoni jednak, tylko pisze. Rano odkrywam kolejnego długiego maila, kolejne słowa.

***

Wiesz, my wszyscy jesteśmy słabymi ludźmi. Jego nie znam, ale ja i ona...jesteśmy słabymi, pustymi w środku albo zgniłymi. I tacy słabi ludzie lgną do tych silnych. Twój przyjaciel, którego wspomnienia prześladują was obie od roku, on też był silny. Bo widzisz, niektórzy ludzie są jak słońca, a my, pogubieni, chcemy się przy nich ogrzać. Wy jesteście, byliście słońcami, a my planetami, które potrzebują ciepła, tej waszej, jak on to mówił a ty to przejęłaś, „czułości”. Dlatego się w was zakochujemy. Nie wiemy sam, czy w was samych się zakochujemy, czy w waszym blasku i tym, co sobie wyobrażamy. Sami zginęlibyśmy z zimna i kurczowo łapiemy się tego, co ciepłe, jednocześnie to niszcząc. Ci, co mają więcej szczęścia odczuwają ten blask podwójnie, my, ona i ja, przeżywamy każde odrzucenie jeszcze mocniej, bo wiemy, że to spycha nas w mrok. Nie znamy innego słońca, bo sami nie mamy w sobie światła, mamy słabości, pustkę i zgniliznę. Bez was giniemy ale...wiem, ja doskonale wiem, że naszym zimnem was zabijamy. On zginął, świat nie potrzebuje, żebyś i ty zginęła. Świat i tak ma bardzo mało światła. Starczy, że oni cię osłabiają, ja nie muszę. Bo naprawdę cię kocham jak człowieka, tak, jak człowieka, tak sądzę, że jednak to nic więcej, bo za silna była ułuda blasku kiedyś, pierwszego w moim życiu. Myślę, że starczy ci też tego szarpania, między mną a nią, bo to nie jest chyba dla ciebie oczywisty wybór, ten nie jest oczywisty, chcesz mieć nas oboje, a to że między nami się jakoś dziwnie ułożyło tobie daje cholernie w kość. Myślę, że tego dosyć już. I myślę, że odejdę.”

***

Odejdę pali jak piętno wyryte na skórze. Jak to odejdę? Wpadam w panikę więc, wiem że u niego odejdę ma dwa znaczenia. Wpadam w panikę, gdy koło 11 słyszę wiatr samobójców i chcę wyjść, iść do niego, sprawdzić, czy wszystko w porządku, choć boję się, że znajdę go jak przed laty Vincenta, choć na tamto byłam gotowa, to prześladować będzie mnie do końca życia, to...
Dzwonię najpierw jednak, bo może jest szansa, że to inne odejdę, boję się, że wtedy też nie odbierze. Mam rację, nie odbiera, jest przecież tak uparty w swoich postanowieniach. Piszę mu smsa, żeby dał znać, że żyje, że nie pomyliłam znaczeń. Każde okropne, choć to jedno jest gorsze, znacznie gorsze.
Sam do mnie dzwoni, dotarło do niego chyba, jak to mogło zabrzmieć.

***
-Czytałaś?
-Tak. Wiesz, że napisałeś same głupoty?
Milczenie.
-Napisałem to, co wczoraj myślałem. I przepraszam za tą panikę...
-Idiota- nie wytrzymuję, głos przechodzi w syk.
Znów milczymy. Wiem, że łatwiej byłoby porozmawiać w cztery oczy, ale wiem, że jeszcze nie możemy. Znam go. On nie da rady, on nie przyjdzie.
-Naprawdę myślę, że mam rację. My cię po kolei zabijamy swoimi problemikami, lgniemy do światła jak ćmy, ale to nie my się spalamy, tylko przygaszamy świecę. - słyszę, że głos mu się trzęsie.
-Weź nie pierdol. - warczę skrótowo, nie chcę słuchać takich bzdur, odejść, dobre sobie. - Jeśli chcesz odejść, nie mieć kontaktu, to tylko przez wzgląd na siebie- mówię- a nie przez wzgląd na mnie. Bo to moje wybory i doskonale o tym wiesz.
-Wiem, wybierasz i masz to elastyczne serce. Nie rozbija się na milion małych kawałków, prawda?- mówi trochę naszym szyfrem, szyfrem ostatnich dyskusji. Szyfrem piosenek i tytułów książek.

***

Mówimy tak godzinę, próbując jedno drugie przekonać, że ma rację. Racja nie istnieje, istnieją ludzie, którzy chcą albo mogą się zderzać, nie prowadząc przy tym do katastrofy. Ale każdy człowiek nosi w sobie katastrofę. Każdy z nas po kolei, prędzej czy później do niej doprowadza, kwestia, jak zaleczy rany. Czy zaleczy. Czy potrafi dalej być.
Ludzie są różni. Czasem nie można ich połączyć. Czasem mimo wszystko, da się tak przeżyć. Razem. Jak długo, czas pokazuje.

***

Mam elastyczne serce, ma rację. Albo nie mam serca.
Nie jestem słońcem. Jestem oszukanym, sztucznym oświetleniem, przy którym właśnie spalają się ćmy, nawet tego nie wiedząc. Chcę dać światło, chcę dać blask, chcę kochać. A wszystko nieuchronnie prowadzi do katastrofy, gdy sznurki splatają się wzajemnie.
Moja miłość jest toksyczna jak każda, tylko lepiej udaję, tylko lepiej ściemniam? Moja miłość jest toksyczna, nie jak miłość tego, który odszedł przed rokiem chociaż....i on ranił. I on odrzucał i on poniżał. Może miłość zawsze, zawsze musi do tego doprowadzić? Nie od dziś mówią, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Nieraz chcesz naprawić człowieka, ale on nie jest butem, a ty nie jesteś szewcem, nie naprawisz nic „spierdolonego na amen” w środku, mimo że tak bardzo chcesz objąć wszystko czule. Chcesz pomóc, a robisz tam jeszcze większy chaos i zabijasz, zabijasz każdego po kolei. Zwłaszcza, gdy dobrym pomysłem wydawało ci się przez twoją miłość połączyć wszystkich naraz. To niemożliwe.
Twoje toksyczne uczucia nie są przejmowane przez innych i może dlatego to tak się kończy?

***
-Może powinnaś zacząć przejmować się sobą, zacząć płakać na filmach które mówią też o tym, co ciebie boli, zamiast szukać komuś chusteczek?
-Gdybym taka była, czy byłabym sobą i czy też, miałbyś taki problem, żeby mnie zostawić?
Dziwne połączenia między nami, nami wszystkimi. Ktoś potrzebuje pomocy i jest przy kimś, ktoś potrzebuje dawać ułudę pomocy i się znajduje. Ktoś ma jeden egoizm, ktoś ma drugi. Wszystko się uzupełnia. Może tak stworzony jest świat?

***
Nie chcę wybierać. I może to błąd, bo trzeba może umieć pozwolić odejść, zamiast znowu komuś matkować, zamiast otulać kocem dobrych słów, zamartwiać się. Wszyscy po kolei są dorośli, nie muszę może lawirować między nimi, nie wiedząc, co powiedzieć, co zrobić, próbując naprawić coś, co nie do mnie należy. Bo nie należy do mnie, a ja chcę być silna dla cudzej siły. To niemożliwe, a nie umiem zatrzymać ruchu. Chcę kochać nadmiernie, może chcę złapać wszystkie sroki za ogon. I to wszystko, być może, moja wina. Może to podstępnie bardziej niszczy ludzi, niż wszystko inne. Mój egoizm w dawaniu, a nie braniu. Chcę kochać, chcę się opiekować i tym niszczę. Może sprawdza się to w pracy, a może nie sprawdza się w życiu? Może powinnam zostać sama z Mężem, moim oczywistym wyborem miłości, bo to coś innego, a może powinnam zamieszkać sama na bezludnej wyspie, z kotami, żeby nie zapętlać kolejnych sznurków, kolejnych katastrof.

Może wszyscy nosimy w sobie katastrofę, może na tym polega życie, że musimy zderzać się też krusząc, rozkruszając serca albo naciągając je tak niemożliwie, że jednak pękają na pół. Może na tym polega życie, mamy ranić się wzajemnie i tworzyć kolejne iluzje, mimo wszystko być razem. Może to jakaś próba, połączenia niemożliwego.
Może życie to jednak taniec na wulkanie. Parzymy stopy i wpadamy do wody, ciesząc się z ratunku, ale i tonąc.
Może okłamujemy się nawzajem i to wszystko nie ma już żadnego sensu.
Nie ma sensu, a listopad majaczy na horyzoncie, a wiatr woła i woła, mówiąc o sznurach dyndających na gałęzi.

***

A może wszystko ma więcej sensu niż się zdaje i trzeba tylko uchwycić moment w chaosie. Może trzeba rozgrzać na nowo serce, mimo kłamstw, które sobie mówimy, mimo masek, które każde po kolei zakłada, mimo masek, które zakładam nieraz ja, nie płacząc. Może jeden egoizm musi uzupełniać jednak drugi, bo tak po prostu do cholery, urządzony jest świat. Może jest Słońce, są inne planety i dalekie gwiazdy, są ćmy i spalające je lampy, są wybuchy supernowej i wielka ciemność. A nadal wszystko się kręci i wcale nie jest tak źle. Czas wszystko ułoży i my poukładamy w sobie. Tej myśli może trzeba się trzymać. Tej, bo muszę zmierzyć się póki co z wieloma, wieloma rzeczami.
A najdziwniejsza pewność, że człowieka da sobie radę. Mimo wiatru, który dziś woła, woła, woła.

***

Tak naprawdę, to tylko dziwne sploty zdarzeń i myśli, które wywołują. Wołają tęsknoty i sprawy, które trzeba uporządkować. Poczułam jesień i dlatego tyle dziwnych słów. Musiałam je gdzieś wylać, ale nie, one nie proszą się o nadinterpretację ani płacz nad nimi. Nic z tych rzeczy. Po prostu, nadmiary potoków niepotrzebnych słów mają tu ujście. Może muszę się nauczyć, by miały tylko tutaj?




Ty i ja jesteśmy jak oliwa i woda
I próbowaliśmy to połączyć
Tańczyliśmy na wulkanie
I rozpaczaliśmy
Rozpaczaliśmy nad oczernionymi duszami
Kochanie, to nie był pierwszy raz
I nie będzie to ostatni raz
Nie ma żadnego parasola

Który ochroniłby nas przed tą pogodą

28 komentarzy:

  1. Tylko niesamowitym ludziom mogą przydarzać się tak niesamowite historie. Gdyby to przytrafiło się mi, taka "miłość" bo nie wiem jak dokładnie mam to określić - nie, to po prostu niemożliwe ;) Ja jestem zbyt prosta, nie ogarnęłabym tego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady:) Różne emocje i różne zdarzenia przychodzą...każdemu z nas. Może to kwestia podejścia. I w tym poście nie piszę tylko o A. ale...to jest miłość, owszem, Tylko że dziwna i nie dosłowna, teraz już miłość jak do człowieka, miłość po przejściach a ona...chyba dotyka nas nieraz po prostu:) I nieraz nie trzeba ogarniać a tylko chyba...akceptować:)

      Usuń
    2. No właśnie, nawet jak tak piszesz o tym w jednym zdaniu jest tyle trzykropków, że... no wiesz... xD

      Usuń
  2. Wiatr właśnie przynosi takie różne myśli, które może na co dzień nie dają o sobie znać. Osoby wrażliwe, szaleńcy są wyczuleni na tę pogodę. I to prawda, że w taką pogodę jest więcej samobójstw, gdy wieje halny. Tak samo jak i w pełnię. Moja mama wie to z doświadczenia w pracy.
    I cóż, ten wiatr, ten prawdziwy, wyjący za oknami, październikowy wiatr trzeba przeczekać, pozwolić mu być. Bo też jest na swój sposób piękny, nieprawdaż? ;)
    I właśnie, będziemy dawać radę, co nie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, jakby wiatr po prostu nas...wołał. A to pierwszy taki wiatr w tym roku,zimny, nieprzewidywalny...więc woła jakby w dwójnasób.
      I pewnie, że to też ma swój urok i jest na swój sposób piękne, jak wszystko w życiu:)
      Nie ma innej opcji!:)

      Usuń
  3. Dobre spostrzeżenie z tą rzeką. Muszę o tym pomyśleć za każdym razem, kiedy ogarnia mnie niepokój. Bo niby jesteśmy kowalami własnego losu, ale jednak też jest trochę prawdy w powiedzeniu: "Co ma być to będzie".
    Dobrze, że słowa zostały tu wylane. To idealne miejsce. I jeśli nie proszą się o moralizatorstwo i interpretację, nie powiem nic, choć z tym pomaganiem w życiu i w pracy skłoniłaś mnie do refleksji.
    Z tym listopadem to mnie przygnębiłaś... Sama czasem słyszę te pomrukiwania zza okna i zatykam uszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, jesteśmy kowalami własnego losu ale...swojego nastawienia raczej, a nie do końca tego, co nas spotyka. Bo czy my np.decydujemy o cudzych uczuciach albo o śmierci, narodzinach? Życie życiem, a my...my możemy pływać:)
      Po to w dużej mierze pisze się bloga, prawda?:)
      To chyba dobrze?
      Bo jednak...człowiek nie zawsze chce do siebie wszystko dopuszczać.

      Usuń
  4. Przyzwyczaiłam się do tych pocałunków porannych, a gdy nie ma Lubego, to mi jakoś mi tak pusto. Te pocałunki sprawiają, że mimo wszystko ma się siłę, żeby zrobić cokolwiek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, dodają siły i otuchy nawet w pozornie najgorsze dni.

      Usuń
  5. Pogoda samobójców... Coś w tym jest. To chyba jeszcze bardziej mnie zdołuje w te ciemne, zimne jesienne wieczory. No nic, gorąca herbata, książka, koc i byle do wiosny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nawet w jakiś sposób lubię taką pogodę ale...to zależy zwykle od rozwoju wypadków. Dzisiaj mamy za to piękne słońce, może nie trzeba czekać do wiosny, tylko chwytać to co jest:)

      Usuń
  6. Dawno temu stwierdziłam, że moja miłość do jesieni bierze się z wielkich pokładów masochizmu, które w sobie noszę. I dziś Ci powiem, że... ja to rozumiem, nie płaczę i nie pytam. To jesień. Ona zawsze przywołuje tęsknoty i splata myśli tak, że czasem trudno nam samym je odczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, a każdy z nas jest przecież chociaż troszkę masochistą, no nie? I cieszę się, że jednak się rozumiemy chociaż może to...radość przez łzy. Ale mimo to:)

      Usuń
  7. Zastanawiam się czy nie przygnębia Cię takie pisanie? Tzn. zaczynając czytać ten tekst, szczególnie o Twoich pacjentach i emocjach z tym związanych to się uśmiechałam, a potem im dalej tym bardziej mina mi rzedła. I zastanawiam się jak Ty sobie radzisz z takimi dawkami emocji, bo z tego co piszesz wynika, że bardzo wszystko przeżywasz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, wcale nie, to kwestia zdarzeń, jakie następowały i emocje, które musiałam wylać, bo tak się kumulowały. I po napisaniu było o wiele lepiej:) I jak? Jak każdy człowiek, każdy z nas przecież przeżywa, no nie?

      Usuń
  8. Kurcze, nie potrafię tego ogarnąć... Dlaczego zawsze jak czytam Twoje posty mam wrażenie, że wiesz o jakiejś mojej tajemnicy, o czymś co mnie gnębi gdzieś tam w środku, o jakichś moich wspomnieniach, których nikomu nie chciałam zdradzić... dlaczego tak jest, ze czytając twoej posty mam wrażenie, jakbym po częsci czytała siebie. Cholercia, Frida, no...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może po prostu jesteśmy podobne jakoś..?

      Usuń
  9. Podziwiam Cię za Twoją pracę. Do tego trzeba się nadawać i mieć w sobie jakieś takie indywidualne podejście do ludzi. Ja chyba nie dałabym rady, ale dobrze, że są tacy ludzie jak Ty - z wielkim sercem. :)
    A co do Twoich rozmyślań - stanowczo za dużo myślisz nad wszystkim. :P Myślę, że powinnaś spróbować wyłączyć się na jakiś czas od tego rozmyślania i pozwolić sobie na psychiczny odpoczynek, od noszenia na sobie problemów całego świata.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co podziwiać, skoro właśnie- ja to po prostu lubię:)
      Czasem muszę przelać myśli właśnie, bo one się kumulują i wiesz...one nie mają magicznego guzika stop. Dlatego radzę sobie z ich nadmiarem tutaj:)

      Usuń
  10. Widzę, że nie tylko mnie ostatnio dręczą egzystencjalne pytania o sens wszystkiego... Rozmyślanie o sprawach, które są dla nas nie do ogarnięcia umysłem jest bezcelowe. Świat jest tak jakoś dziwnie poukładany, że pozostaje nam wiara, że to wszystko ma jakiś sens. Nam ludziom, pozostaje tylko żyć w zgodzie z samym sobą i naszymi przekonaniami, bo tak naprawdę na nic więcej nie mamy wpływu. Nie mamy wpływu na ludzi ani na sytuacje, które nas spotykają. Możemy tylko być i dawać coś dobrego od siebie, a to czy to przyniesie dobry czy zły skutek, tego nie możemy przewidzieć. I jak samo powiedziałaś, a ja ostatnio sama się przekonałam - dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane ;) ale wiesz co? nadal chcę robić coś dobrego :) bo warto, warto być dla ludzi :) wiem to takie banalne, ale tak naprawdę tylko to ma jakieś znaczenie :) Bądź sobą i rób to co uważasz za słuszne :) elastyczne serce... skąd ja takie znam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano jak widać, nie tylko ciebie rozmyślania dopadły:) I dlatego ja w dużej mierze, choć może się nie wydaje, uczę się stawiać na czucie. Na oddech, jak uczył mnie przyjaciel . Bo właśnie nasz umysł jest niedoskonały ale...jako ludzie musimy też jakoś próbować przecież. Inaczej to byłoby jak śmierć.
      I ja tak samo, mimo wszystko. Wylałam myśli, ogarnęłam parę spraw i..nadal trzeba być sobą:)

      Usuń
  11. Nie wiem czemu, ale zawsze kiedy Ciebie odwiedzam i czytam, to mam wrażenie,że trafiasz idealnie w mój nastrój w danej chwili.
    Nie wiem co takiego jest w jesieni,że wyzwala takie rozważania, że zmusza do refleksji i rozstrzygania egzystencjalnych kwestii? Chyba dlatego nie lubię jesieni bo się tego boję...
    https://sweetcruel.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to chyba...dobrze? Dobrze jest współgrać jakoś ponoć.
      Bo jest naturalnym preludium śmierci natury. A przy śmierci najwięcej się myśli.

      Usuń
  12. kiedyś próbowałam rozgryźć związek pogody z próbami samobójczymi... mi w pamięci utkwił listopad - moja własna próba, dość poważna - wietrzny, deszczowy, szary wieczór... i chłód wgryzający się do serca. choć prawdą jest, że pogoda jest tylko wymówką... co za paradoks, gdy poznałam ludzi, którzy co roku, wczesną wiosną - gdy topnieją ostatnie śniegi, pojawiają się pierwsze pączki na drzewach - własnie wtedy najbardziej mącza się z brakiem instynktu samozachowawczego..
    P.S. odpisałam Ci u siebie (przepis na naleśniki z dyni) :* trzymaj się. ciepło się trzymaj. mimo pogody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja mam wrażenie, że tu istnieją po prostu jakby dwa bieguny...gdy wszystko zamiera bardziej odczuwamy też zamieranie, ale gdy wszystko przesadnie aż żyje- być może za mocno odczuwamy brak swojego życia w zyciu i to pcha nas tak samo ku tanatosowi?
      I dzisiaj kupiłam dynię, zaraz spojrzę:)

      Usuń
  13. też mam tak, że płaczę na filmach przez skojarzenie sytuacji w filmie z moim życiem, najbardziej mnie wzruszają przez to, gdzie umiera ojciec, albo ten ojciec jest taki cudowny... cóż, będąc małą dziewczynką straciłam ojca i ta tęsknota w takich właśnie momentach się ujawnia.

    oo zaczęłaś nowa pracę! w zawodzie? co robisz? :) pracujesz w szpitalu?

    też czasem lubię rozmawiać z ludźmi, którzy nie mają pojęcia o pewnych etapach w moim życiu, wtedy pewnych tematów nie ma i to bywa łatwiejsze.

    coś jest w tym, że wietrzna pogoda, to pogoda samobójców, dużo ludzi wtedy rzeczywiście ucieka do książek, do innego świata

    hmm o kim piszesz, pisząc, że chciał odejść?

    na świecie jest naprawdę sporo egoistów, ludzi którzy chcą więcej brać niż dawać, naprawdę myślę, że to cudowne, że u Ciebie jest na odwrót, chociaż rozumiem, że to też może być trudne.

    znowu długo mnie tu nie było...

    masz rację, skoro nie jest się gotowym na miłość, ciężko być gotowym na życie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jesień chyba ma to do siebie, że wszystko odczuwamy bardziej. Jacyś podatni jesteśmy. Ja wierzę, że to Twoje elastyczne serce jest dobre. Że ta pomoc, chęć matkowania i pomagania to piękna rzecz. I to ma sens. Wieje wiatr, temperatura spada...ale ty ogrzewaj swoim ciepłem siebie i bliskich :) Trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, jesteśmy bardziej..otwraci na emocje. Ale to ma też swoje plusy:)
      I może ma, na pewno przydaje się niektórym w życiu. A i mi tak dobrze...więc może wszystko gra:) Ty też:*

      Usuń