Kolejne
dni późnego października. Zapach porannej mgły i najcudniejsze
wschody słońca, parzące zaspane jeszcze oczy jaskrawym różem i
czerwienią. Przesycone zapachem mgły i widokiem wędrującego
środkiem miasta jeża. Jeża, którego nie powinno tutaj wcale być,
myślisz sobie na głos. W duchu myślisz o tym, że być może, nie
powinno być tu wcale ciebie.
Jedna
część ducha czuje ten zew, to wołanie, wołanie dobrze znanych
sobie drzew i zapachu jeziora. Ta część ducha pamięta wiatr, ta
część ducha jest głodna i tylko czeka wyjazdu, czeka stukotu kół
pociągu na szynach, choć przecież, to wcale nie są takie same
pociągi jak niegdyś, nie takie, jak parowozy, którymi jeździłam,
gdy byłam dzieckiem. Mimo to duch jest głodny i czeka podróży,
całkiem inaczej niż rok temu, gdy słońca było więcej a mgły
nie były tak wyraźne. Gdy zapach wilgoci zostawał na skórze, a
nie sięgał do kości i do serca, powodując mentalny reumatyzm.
Ostatnie dni października wołają, obiecują i mamią. Mówią o
okruchach śmierci w życiu i pierwiastkach życia w śmierci. Ta
część ducha to rozumie, chce wszystko przywitać, oddać cześć i
kochać. Ta czeka na podróż i wie, że nie powinno ciebie tu być,
gdy idziesz do pracy, już nie. Tak samo jak tupiącego na asfalcie
jeża. Żałujesz, że gdy pojedziesz, nie zabierzesz go ze sobą,
nie zobaczy tej tafli jeziora...
Druga
część duszy boi się wyjechać. Boi się zostawić miasto, boi się
konfrontować, spojrzeć w tym miejscu w odbicie własnych oczu w
czystej, choć mętnej już od butwiejących liści wodzie. Druga
część duszy boi się wyjechać, boi się zostawić samą tą,
która płacze, boi się widzieć jej łzy i swoją własną
bezsilność ale czuje, że powinna zostać. Czuje, że powinna
zostać choć doskonale wiem, że to ułuda. Ja potrzebuję tamtego
miejsca, swoich własnych łez i kolejnych oczyszczeń, też by
przetrwać. Na nic i jej łzom zdam się jako strzęp człowieka.
Ostatni
dzień przed wyjazdem jest nerwowy, dzień wolny od pracy a jednak
tak męczący. Mam wrażenie, że wszystko jest przeciwko mnie, środa
zakłuwa mnie jak niecierpliwa igła swoim nastrojem nerwowości
środka tygodnia, choć dla mnie powinna być sobotą. Wiem, że
muszę porozmawiać z Mężem po kolejnej ciężkiej nocy w której
padło tyle niepotrzebnych słów. Gdy wraca z pracy rozmawiamy długo
i nieprzerwanie, wreszcie padając sobie w objęcia, wreszcie
decydując, że jedziemy razem, razem do pewnego momentu, aż nie
będę musiała iść dalej, w pewne dosłowne miejsca sama. Jedziemy
razem, choć tylko na jeden dzień. Jeden dzień, tak dla mnie
symboliczny, bo przecież wtedy jechaliśmy na dwa dni, wtedy rok
temu, jechałam w nasze miejsce ze swoim przyjacielem, a nie Mężem,
który był wtedy w pracy.
Tym
razem jadę sama w to miejsce, odzyskać spokój, może zapytać i
nie udawać, że nie wiem, jak rok temu próbowałam udawać, jak
udawał i on, wiedząc, że odchodzi, przeczuwając. Tam pojadę
sama.
Ale
razem jedziemy do domu. Być może po to, żebym dom mogła odzyskać.
Być może po to, by znaleźć kolejny jego fragment, dachówkę z
której buduję dach, który chroni mnie przed każdym deszczem.
Wracam
do domu. A może, znów buduję kolejny jego fragment, żeby być
nieraz domem dla innych.
***
Wysiadamy
z pociągu zmęczeni. Jest ciemno, w czwartek oboje byliśmy w pracy
i jechaliśmy od razu po niej, do mojego dosłownego domu, do moich
bagien, do miejsca, z którego atomów powstawały moje ścięgna i
serce, do ziemi, z której jadłam, którą uprawiałam, która mnie
wyhodowała. Wyhodowała na silne i niezniszczalne bydlę, śmieje
się ze mnie mój Mąż, a ja jak zawsze wiem, że w tej pozornej
szorstkości jest tak wiele czułości.
Od
razu czuję inny zapach powietrza, od razu otula mnie całkiem inna
mgła. Odżywam. Mąż przez pierwsze lata zawsze mówił na mnie w
chwilach czułości „moja Rusałko”. Zawsze twierdzi, że gdy tu
przejeżdżamy, moja skóra całkiem inaczej pachnie. Zawsze mówi,
że wyglądam jak roślina, której korzenie wreszcie sięgnęły
wody. Ma rację.
Przychodzimy
do mojego domu i wita mnie uśmiech matki. Nikt nie db jak ona. Matkę
masz jedną, mówią. I choć poprzedniego dnia się pokłóciłyśmy,
choć działała mi na nerwy, tu czuję, że ją kocham. Jak bardzo
ją kocham. Zapach jedzenia, którym okazuje miłość. Tu widzę,
jak bardzo i ja to przejęłam. Miłość w zapachu ciasta, zawinięta
w kapustę od gołąbków.
Przestaje
boleć mnie brzuch, od razu lepiej śpię. Jestem w pierwszym domu,
jaki poznałam w życiu. W domu dosłownym, domu, o którym nigdy nie
zapomnę. Moje stopy idą po ziemi, na której powstałam. Moje
korzenie czerpią życiodajne soki, moje ciało żywi się kruchym
ciastem i orzechami, które zrodziła właśnie ta ziemia. Jeśli mam
odżyć, to gdzie, jak nie tu? Choć jeden dzień.
***
Czekam
w piątek na przystanku autobusowym w moim małym miasteczku. Patrzę
z nostalgią na małe budynki, na mały ryneczek, na który mogę
dojść w ciągu 5 minut. Myślę o tym, jak to miejsce było kiedyś
dla mnie ogromne. Myślę, jak ta ulica wydawała mi się ogromna.
Teraz wiem, że jest taka, jak boczne, malutkie uliczki Poznania. Nie
wiadomo z jakiego powodu, wspominam panią Franię, przyjaciółkę
mojej babci, do której chodziłyśmy z mamą, siostrą i babcią
właśnie, gdy byłam mała. Zmarła, gdy miałam 6 lat. Pamiętam
ogromne, ciemne schody, których się bałam, sękate ręce i ciastka
pachnące walerianą. Nie pamiętam, w którym budynku mieszkała,
choć tak bardzo staram się sobie przypomnieć.
Widzę,
jak pamięć jest zawodna i jak zacierają się twarze. Boję się
tego, że i inne twarze...
Myśl
uderza we mnie, gdy wsiadam do autobusu pełnego ludzi. I już jestem
w innym mieście, już pędzę do dentysty, wypełnić obowiązek,
załatwić kolejną sprawę, zanim pojadę w naszym mieście. Cały
strach skupiam na plombowaniu zęba, mówiąc, że to jego się tak
boję...choć wiem, że strach czai się gdzie indziej.
Gdy
jest po wszystkim moje stopy wędrują w kierunku parku, widzę
kolorowe drzewa. Czuję już zapach jeziora. Wędruję dalej, aż
moim oczom ukazuje się TO miejsce.
***
Tam,
gdzie byliśmy rok temu we dwójkę prawie nic się nie zmieniło.
Drzewa są bardziej żółte, niż były wtedy, widzę to wyraźnie
ale...
Dopada
mnie cisza, cisza wśród tych drzew, nad taflą jeziora. Cisza w
moim sercu, przeszywająca. Przyszłam, by wylać tu słowa. Ale
żadnych nie znajduję. Nie znajduję wyjaśnień, pytań,
odpowiedzi. Wpatruję się w jezioro, w jego ciszę, w jego
niezmąconą niczym taflę. Wpatruję się i czuję, jak i we mnie
wzbiera woda. Czuję ją w podbrzuszu, jak rośnie fala, czuję w
żołądku, czuję w sercu. Wreszcie czuję w oczach. Dwie pojedyncze
łzy, dzień przed Samhain, spływają na ziemię, na której
postawiliśmy razem ostatnie kroki. Ziemi, z której pochodzi moja
matka i babka, ziemi, na którą jego sprowadziłam, którą jemu
przedstawiłam, która jego przyjęła. Która rok temu przyjęła
jego ból i strach. Która przyjęła przeczucie śmierci i pozwoliła
o nim milczeć. Pozwoliła na ciszę.
Pamiętam
gdy rok temu zapalaliśmy czerwone, wąskie świeczki które zdobył
gdzieś, w którejś drogerii. Idealne na Samhain. Gdy wrzucaliśmy
je w ogień.
-Za
Idę, za Sisi, ….za dziewczynę, którą skrzywdziłem...za
dziewczynę, którą kocham...za ..- wymieniał po kolei, wszystkich,
o których myślał, to on palił świeczki. Wymienił wszystkich, na
których i mi zależy
-To
ja zapalę za ciebie- rzuciłam ze śmiechem ale i powagą, bo
przecież to jemu ogień Samhain był najbardziej potrzebny...
-W
Samhain pali się najpierw świeczki za żywych, nie za zmarłych-
rzucił, nieobecny, zamyślony. Po chwili dotarło do niego, co
powiedział, gdy zobaczył mój wzrok. Przerażony, gniewny. Tak,
byłam wtedy zła. Zła i przerażona. Tak samo jak on, choć...czy
właśnie wtedy, oboje już wiedzieliśmy? Czy właśnie wtedy gdy
zasłona pomiędzy dwoma światami staje się tak cienka, śmierć
wyciągała po niego swoje szpony?
Myślałam
o tym wszystkim siedząc nad jeziorem, o poprzednim roku i myśląc o
tym, co się stało. O tym, co może się stać. O wszystkich złych
i niedobrych, które zmieniają się w radości. Bo tak działa
życie.
Miałam
tylko jedną świecę, czerwoną, zabraną z domu. Nie miałam dużo
czasu. Siedziałam więc i paliłam ją, czekając aż do ostatniej
kropli parafiny. Czekałam, modląc się za tych, których kocham.
Modląc się za siebie. Dziękując i prosząc. Mówiąc do tych
wszystkich sił, które wszystko obracają wniwecz i budują na
zgliszczach.
Przekułam
palce swojej lewej dłoni, gdy dogasał płomień. Napoiłam ziemię
krwią. Po jednej kropli z jednego palca dla kilku osób. Stary
rytuał, który przez wiele lat uważałam za zakazany, w mojej
świadomości niemożliwy. Zakazany rytuał, oddanie własnej krwi,
niech wsiąka w ziemię, a ziemia chroni, splatając, przyjmując łzy
tak, że innym nie ciążą. Zastanawiałam się, dlaczego nie
zrobiłam tego rok temu. Czy to by coś pomogło, zmieniło? Nie ma
nigdy co zastanawiać się nad przeszłością. Można tylko myśleć
o przyszłości i o tych, których się kocha. Których chce się
chronić na wszelką cenę. Myśli się o tych, w których sercach ma
się swój dom. Ten ważniejszy, niż budowany z cegieł.
***
Wieczór
przed Samhain, wigilia zamienionych w świadomości świąt. Czekam
na spotkanie po tak długim czasie. Asia i Magda, bliźniaczki, które
znam od 7 roku życia. Te, w których domu miałam przed laty zawsze
swój dom. Dom, w którym spałam, uciekając przed awanturami z
pijanym ojcem jako dziecko. Dom, w którym zawsze czekano na mnie, w
którym kosiłam trawnik i zbierałam jabłka w sadzie.
Spotykamy
się wieczorem,są obie. Nie widziałyśmy się tak długi czas,
prawie rok. Ale nic się nie zmieniło. Z nimi nigdy się nie
zmienia. Mam wrażenie, że możemy nie rozmawiać latami ale gdy się
spotkamy...wszystko wiemy. O każdej ranie na sercu, o czasie, który
upłynął. Nie musimy mówić, znamy się przezskórnie, znamy się
jak łyse konie, konie, które zaganiały nas rozjuszone na bagna,
gdy byłyśmy dziećmi. Razem dorastałyśmy w tym małym miasteczku,
razem wyjechałyśmy do większego miasta. Razem przeżywałyśmy
pierwsze miłości, wakacje i pierwszą miesiączkę. Nasze korzenie
splotły się silnie i nie ma od tego odwrotu. Gdy widzę ich
roześmiane twarze, słucham kolejnych historii śmieję się
radośnie z nimi, a moje serce się wzrusza, czule śpiewa pieśń o
nierozerwalnych więziach. Pieśń o ludziach, do których mogę się
zwrócić zawsze o pomoc, nawet gdy milczałam miesiącami. Ludziach,
którzy sami wyciągają do mnie rękę.
Odprowadzamy
po herbacie mojego Męża na pkp. Bo musi wcześniej jechać, bo
jutro do pracy, a ja zostaję w domu, zostaję z nimi. Obie niskie,
roześmiane, proponują, żebym teraz je odwiedziła. Idziemy przez
park do ich domu, do domu pod lasem, do ostatniego zabudowania. Na
ich podwórzu widzę stos drewna, Magda dopada go i jak to harcerka
rozpala go jednym ruchem.
-Wiemy,
że jutro masz swoje Samhain i..
-...wiedziałyśmy,
że nie będziesz miała ogniska i wiemy jak w zeszłym
roku...-zacina się Asia, gdy mówią jedna przez drugą.
-...więc
zrobiłyśmy ci ognisko u nas, jak zawsze ogniska, żebyś mogła się
pożegnać, pomodlić czy co tam robisz!- kończy dziarsko jak zawsze
Magda.
Wzruszam
się niemożliwie wręcz i zaczynam ryczeć, tuląc je obie,
malutkie, sięgające mi do ramion. Asia ryczy ze mną, zawsze była
płaczliwa, Magda dziarsko wzrusza ramionami i struga głupa, Magda
jest taka sama jak ja, silna, nie pokazuje łez. Widziałam tylko dwa
razy, jak płacze. Tylko dwa najważniejsze razy.
Zostawiają
mnie samą. Teraz czuję, że nic mi nie brakuje, teraz mogę
dopełnić chyba swojego rytuału. Teraz mogę odetchnąć, wrzucać
nie świece z wosku, a trawy, pęczki traw do ognia za ludzi, tych,
których kocham.
Wracają
do mnie po krótkim czasie, z gitarą i winem domowej roboty.
Śmiejemy się, one, chrześcijanki, gorliwie wierzące, ja, poganka.
One bliźniaczki, ja od zawsze ich trzecia siostra. Tulimy się z
Asią przy ogniu, Magda siedzi trochę na uboczu, jak to ona, skryta.
Mówimy,
że musimy nadrobić czas, musimy spotykać się częściej, ale
wszystkie wiemy, że gdy mieszkamy w różnych miejscach, cholernie o
to trudno. Ale to nie szkodzi. To moje siostry, tak ważne w moim
życiu, dziewczyny, kobiety, z którymi dorosłam, z którymi
dojrzałam. W szkole, liceum, na studiach. W domu, w lesie, biegając,
szukając swoich dróg. Każda wybrała swoją, ale one zawsze będę
biegły równolegle.
To
one przypominają mi o dawnym domu, o tym, jak budowałam przed laty.
To one w moim sercu zawsze mają swój pokój, który potrafi czekać
latami, jak ten, który ja mam w ich. Kiedyś miałam u nich swoje
dosłowne kapcie, kubek i szczoteczkę do zębów. Teraz jest
gotowość do tego, by one na powrót były. Bo zawsze jakoś są.
Dom dawnej przyjaźni, pieczętowanej palącym się drewnem i słodkim
winem, wzajemnymi zwierzeniami.
Gdy
wracam do domu nocą, a one odprowadzają mnie do 2/3drogi, do
cmentarza, jak w dzieciństwie, moje serce śpiewa. Moje serce nie
jest bezdomne.
***
Noc
jest spokojna. Zasypiam po powrocie od razu jak dziecko. Noc jest
spokojna i sny są dobre. Śni mi się ten, który odszedł rok temu.
Siedzimy w swoim miejscu, jest Samhain, liście są tak żółte, jak
tego roku. W oddali słychać śpiew ptaków. Wiatr jest delikatny i
czuły, tafla wody jest spokojna. Rozmawiamy swobodnie, rozmawiamy z
czułością i radością, mimo wszystko. Nie mówimy o tęsknocie,
przecież jesteśmy razem. Śmiejemy się z niektórych obrotów
spraw, mówimy o tych, którzy zostali ze mną i których razem
kochamy, mówimy o tych, którzy odeszli przed laty i którzy są z
nim.
W
śnie nadchodzi też czas rozstania. Nie płaczę, budzę się w
środku nocy, nie płacząc. Uśmiecham się. Zasypiam od razu
ponownie, natychmiast, utulona spokojem nocy, która wprowadza do
krainy duchów i tych, którzy odeszli.
***
Poranek
Samhain. Słońce budzi mnie wcześnie, słońce budzi mnie
wschodząc. Nie mogę wysiedzieć w pustym łóżku, nie chcę już
spać. To słońce wzywa, gdy zasłona między światami staje się
jak najcieńsza. Wstaję więc, ubieram się w pośpiechu i biegnę
do lasu. Między brzozy, między buki i wiązy, wysokie sosny i
świerki. Spaceruję między nimi, po prostu oddycham. Jestem w domu,
w lesie, za którym nieraz tak tęsknię. Jestem tu, gdzie oddycham
najswobodniej, węszę życie. Tu, gdzie nie ma ścian, które
ograniczają widzenie. Tu, gdzie mogę powierzyć każdą tęsknotę,
ból i radość.
Po
drodze spotykam jeża. Nie powinno go tu być, powinien już spać o
tej porze, żeby wieczorem wyruszyć na żer. Mimo to, mam wrażenie,
że jest na swoim miejscu.
***
Żegnam
się z matką, pakuję wszystkie rzeczy, które dla mnie
przygotowała. Stosy herbat i nowe kubki, które kupiłyśmy razem.
Nowe rzeczy dla tych, których zostawiłam w innym domu. Żegnam się
z nią, gdy wsiadam do pociągu. Gdy wysiadam, witam się na nowo z
Poznaniem. Witam się z tą, która przyszła po mnie na pkp. Czekam
na tego, którego kocham w swoim życiu najbardziej. Jestem w domu.
Kolejnym, które posiadam. Kolejnym, który nie zależy od ścian,
budynków, od niczego co namacalne.
Bo
dom zależy od tego, co nosi się w sercu.
Dom
to miejsce w nas. Budowane latami. Wspomnieniami o tym, którzy
odeszli. Tęsknotą za nimi. Budowany spadkiem przodków, ich kośćmi
w naszych kościach. Budowany więziami, które nie przeminą.
Budowany planami z tymi, którzy zostali. Budowany nadzieją, wiarą.
Budowany
miłością.
***
Dziś
wieczór Samhain, dla wielu z was nic nie znaczący. Jutro pierwszy
dzień listopada, znaczący dla wielu pewnie-aż za wiele. To kolejne
dni i noce, w czasie których możemy budować swój dom. Na kościach
zmarłych, przy tętnie żyjących. I mam nadzieję, że każdy z nas odnajdzie swoją wiarę, nadzieję w przeszłości i w przyszłości, aby ten dom budować. Lub, by po prostu go odnaleźć.
Co
jeśli dom to nie miejsce?
Co
jeśli dom to nic, co możemy odnaleźć?
Co
jeśli dom to dusza, która cię prześladuje?
Dom..biegnij,
póki tam nie dotrzesz...
Dźwięk
wiatru szumi w twojej głowie
Czujesz,
jak to powraca?
Poprzez
ciepło, poprzez zimno, uciekaj dopóki tu jesteśmy
Wracamy
teraz do domu, wracamy do domu
Takie dnie sprawiają, że myśli się o wszystkim, o tym, co jest ważne, o ludziach, których się znało ... Czas umyka nieubłaganie i na pewne rzeczy nie ma się wpływu.
OdpowiedzUsuńDokładnie. Dlatego trzeba świadomie budować na tym co było, żeby nas nie zatrzymywało, budować to, co ma być.
UsuńPo za tym końcówka roku - listopad czy grudzień - to miesiące, które nas skłaniają do refleksji, podsumowań, zakończenia pewnych etapów i rozpoczęcia nowych.
UsuńDokładnie:) długie wieczory do tego temu sprzyjają:)
Usuńja też jako poganka czuję wyjątkową moc właśnie tego dnia... i dla mnie to właśnie ten dzień jest tradycją... nie 1.listopada - tak bardzo od tradycji uciekający, paradoksalnie dla milionów Polaków najważniejszy... przejście pomiędzy dwoma wymiarami - żywi, umarli... ciemność i światło... tak naprawdę wszystko jest połączone... choć też zapalam świece, by wspominać, by modlić się. pisałaś, że zabrakło Ci w tym roku słów... czasem cisza jest najbardziej wymowna. zazdroszczę Ci tego domu, tych korzeni... ja właśnie ostatnio odkrywam, że straciłam ten pierwszy dom - materialnie, emocjonalnie... moje korzenie zostały boleśnie wyrwane z ziemi. a to jest niewyobrażalne cierpienie.
OdpowiedzUsuńBo właśnie Samhain ma w sobie moc, bo właśnie noc gdy zasłona światów staje się tak cienka przemawia do nas tym jedynym w swoim rodzaju głosem bez słów, prawda? I właśnie, wszystko jest połączone, wszystko trwa w cyklach, w których jedno musi dopełnić drugie.
UsuńI właśnie w ciszy znajduje się najwięcej znaczeń, prawda? Tylko i ciszy trzeba nauczyć się słuchać:)
Wiesz, ja swojego czasu od tych korzeni uciekałam, uciekałam od domu pełnego przemocy, alkoholu ale...wróciłam i je doceniałam. Może i w twoim przypadku uda się wrócić? Może straty wcale nie są na zawsze? Ale...tutaj chyba nie ma co gdybać zapewne?
u mnie po prostu rodzina najpierw rozpadła się na pół, a następnie stopniowo zaczęłam tracić kontakt z coraz blizszymi mi osobami, i są w tej chwili to takie przepaści, których nie sa się przeskoczyć - najbardziej ubolewam nad utratą kontaktu z ojcem - ale oboje mamy do siebie niewyobrażalną ilość żalu, a każda próba rozmowy kończy się coraz gorszą traumą (dosłownie)
Usuńpozdrawiam ciepło!
to znowu ja tylko z innym nickiem!
UsuńPoznaję już drugi nick XD
UsuńI rozumiem, to takie powolne umieranie więzi, ale za świeże, żeby cokolwiek z tym zrobić. Na pewno nie teraz. I nie dziwię się, że to tak bardzo boli...ale może kiedyś uda się odbudować spalone mosty? Czasem warto w to wierzyć.
co by nie powiedzieć, jest jakaś... magia.. choć nie wiem, czy to dobre słowo, w tym pierwszym dniu listopada. można zwolnić, oczyścić umysł i tak na spokojnie o wszystkim pomyśleć :) co do listopada, mam nadzieję, że bedzie mimo wszystko dobrym mieiącem:)
OdpowiedzUsuńDla mnie to jak najodpowiedniejsze słowo:) Na pewno jest magia w moim Samhain:) A i listopad, jego pierwszy dzień,unosi rąbek kurtyny i może podskórnie wręcz czujemy, że można zobaczyć, poczuć więcej?
UsuńI będzie:) Musi:)
Jak się spaceruje miedzy grobami, widzi tych ludzi (do niektórych mam pewne obiekcje ale to nie czas żeby o tym wspominać), to tak jakoś w sercu coś kłuje. Że już tylu ludzi nie ma.
UsuńOczywiśćie;)
Wiem chyba o jakie obiekcje chodzi :) I to prawda ale...nas też kiedyś nie będzie. a nastaną nowi. Taka kolej życia, po prostu.
UsuńRany, to niesamowite mieć takie przyjaciółki :)
OdpowiedzUsuńOwszem, tu nie zaprzeczę:)
Usuń"Dom to nie miejsce, lecz stan"
OdpowiedzUsuńTak, te słowa też uwielbiam.
UsuńPrawie sie poryczalam w jednym momencie, ale cóż, nic nowego ostatnio, nie? :)
OdpowiedzUsuńBrakuje mi w tym roku tego miasta, brakuje tego powietrza, wszystkiego. Dobrze, ze chociaż w styczniu sie udało. I chyba teraz bardziej pokocham odwiedzanie go w takich porach roku niż latem.
No właśnie nie, dlatego nie będę się kajać, że ryczysz przeze mnie, jak i tak stale ryczysz XD
UsuńI wiem, że brakuje dlatego...muszę cię zaciągnąć tam:) I może na ognisko do dziewczyn?:)
To i tak by nie było przez Ciebie przecież, nie? :p
UsuńWiem i nie będę sie nawet opierać :D może :)
No w sumie nie, nie jestem przyczyną a....pośrednikiem, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi.
UsuńTo dobrze XD
Już Ci kiedyś pisałam, że często zupełnie nie wiem jak skomentować to co piszesz, bo często są rzeczy osobiste czy wręcz intymne, nie chcę też udawać, że wiem co czujesz skoro nie wiem. Napisać Ci trzymaj się, skoro czytam, że dałaś radę.
OdpowiedzUsuńAle przyjaciółki masz niesamowite, normalnie wzruszyłam się czytając ten fragment.
Wiem, wiem..to fakt, że ja się tu cholernie "wyflaczam", wyrzucam emocje ale...właśnie po to mi blog. Żeby nieraz wyrzucić pewne rzeczy:) Odetchnąć już po nich:)
UsuńI to prawda, to są genialne dziewczyny:)
Pięknie napisałaś te ostatnie fragmenty. I zgadzam się z Tobą- dom nie nie tylko budynek, a przede wszystkim miejsce, gdzie czujemy się dobrze :) I od razu tak cieplej na serduchu :)
OdpowiedzUsuńDziękuję:)
UsuńDokładnie, same ściany...są niczym. Trzeba je wypełnić miłością. A nawet i wtedy, są chyba tylko symbolem:)
Ściany są symbolem bezpieczeństwa, nie sądzisz? ale to miłością trzeba je wypełnić :)
UsuńAle czasem są symbolem i klatki XD
UsuńMelancholijny, ale piękny post. Właściwie wyznanie, bo tak wiele w nim miłości. Nigdy nie będziesz sama, masz wielkie serce. Wszyscy są z Tobą, ci najbliżsi. Nawet ja to czuję :)
OdpowiedzUsuńAle wiesz co...ja często lubię melancholię. Ona jest nam potrzebna, to ten konieczny nieraz etap zaznawania wrażliwości świata. I jest piękna na swój sposób właśnie, właśnie ona.
UsuńI owszem, bo nieraz to miłość mówi, no:) Mam serce dlatego że właśnie..i inni mi je dają. Siłę, żeby je mieć. Po coś:)
No właśnie. Ja ją akceptuję, ale nie potrafię się zaprzyjaźnić. Wolę swoją bardziej energiczną stronę, czasem wręcz postrzeloną, której na pierwszy rzut oka nie widać. Są natomiast ludzie dostrzegający piękno zadumy, co jest prawdziwą sztuką.
UsuńNic dodać, nic ująć. Cudownie powiedziane :)
Może to wymaga czasu?:) I ja jakoś właśnie ostatnio zaczęłam doceniać tą melancholijną, spokojną i wrażliwą stronę. Uczę się ją doceniać, o.
UsuńMoże, może XD
Piękna ta Twoja definicja domu. Trochę podobna do tej, która siedzi mi w głowie...
OdpowiedzUsuńPodobno tak długo kogoś pamiętamy, jak długo pamiętamy jego głos. Potem mózg powoli zaciera tę pamięć. Choć przed tym się bronię, wiele głosów w mojej głowie już przestało brzmieć...
I cóż... sama nie mogę uwierzyć, że to już prawie rok...
Bo dom to coś więcej niż ściany, po prostu:)
UsuńWłaśnie..głos. Wiesz, że słuch to ostatni zmył, który tracimy, umierając? Może to jakoś się wiąże? Nie wiem, tak jakoś mi się skojarzyło...
Dokładnie. Już rok. Przerażające, prawda?
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńJa wczoraj, podziękowałam za żywych, zmarłym, jak co roku, zapaliłam świeczkę w oknie, by nie musieli długo szukać drogi do Domu.
OdpowiedzUsuńPomyślałam o tym, że tak naprawdę, odejść można zbyt łatwo.
Rozliczyłam się z Końcem Cyklu, bilans wyszedł dodatni.
Zasypiając zastanawiałam się, czy jak co roku ktoś z nich zaznaczy we śnie swoją obecność. Otuliłam się czułością i ciepłem, które towarzyszą mi od paru miesięcy, jednak nikt nie przyszedł tej nocy, a ja po raz pierwszy od lat poczułam, że nasze sprawy zostały domknięte i mogę spać spokojnie, i budować swój Dom na Ziemi, równie prawdziwy, jak ten, który zostawiłam wcielając się we mnie.
Czyli pełnia rytuału domowego, o:)
UsuńI to prawda. Znasz wiersz Jastrunia "Przytul się do mnie"?
Więc to dobrze:) I..to musiała być zatem spokojna, dobra i ciepła noc.
Znów nie umiem napisać nic sensownego... Myślę i myślę, ale nic nie przychodzi mi do głowy, więc zostawiam tylko ślad, że tu byłam i przeczytałam.
OdpowiedzUsuńWiem, piszę nieraz zbyt intymnie:)
UsuńOd tego jest to miejsce. ;)
UsuńDokładnie:)
UsuńWspaniale mieć takie oddane przyjaciółki i dom - miejsce, do którego można zawsze wrócić :) a matki to wspaniałe i niezastąpione istoty :)
OdpowiedzUsuńDokładnie. Tylko czasem człowiek musi przejść swoje i musi minąć trochę czasu, żeby to docenić. Trzeba dorosnąć:)
Usuńmi brakuje takich osób :( kiedyś był ktoś taki ale się zmył ...
Usuńjak to?
Usuńnic nie trwa wiecznie po prostu ...
Usuńdobrze mieć takie miejsce do którego można wrócić, oderwać się od codzienności, zatrzymać się i pomyśleć. zazdroszczę, bo ja ciągle swojego szukam.
OdpowiedzUsuńa pierwszy listopada... chciałabym przespać, nie musieć iść na mszę, nie musieć całować ciotek oglądających z każdej strony włosy, figurę i ubrania. chciałabym iść tylko wieczorem, kiedy jest już prawie pusto, kiedy nikt nie zagaduje, nie przeszkadza...
Najważniejsze do znaleźć je w sobie:)
UsuńWiesz, ja tej szopki na cmentarzach akurat unikam:)
Chciałabym umieć pisać z taką lekkością z jaką Ty piszesz tu na blogu. Mnie ciągle coś blokuje żeby napisać dokładnie co czuję ;)
OdpowiedzUsuńPrawdziwi przyjaciele to skarb :)
Cóż, dziękuję za komplement. Fakt, że przychodzi mi to lekko ale..ja jestem po prostu emocjonalnie wylewana:)
UsuńI to prawda:)
Czytam i myślę... i naszło mnie coś, żeby Ci powiedzieć, że... zazdroszczę Ci tej bliskości. W tym pozytywnym znaczeniu oczywiście.
OdpowiedzUsuńHm....nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Ale jeśli ma być motywujące jakoś, no to zazdrość XD
UsuńOch, ognisko, ale super. Czyli w końcu się go doczekałaś :D
OdpowiedzUsuńTak sobie myślę, że może i ja właśnie buduję swój "dom" tu, gdzie teraz jestem.
Dokładnie, pod koniec roku, ale jednak XD
UsuńNa pewno budujesz go po prostu w sobie :>
W tym pierwszym domu chyba każdy czuje się najlepiej i najbezpieczniej. Gdziekolwiek by nas nie poniosło, to dom, w którym się wychowaliśmy zawsze będzie miał swoje wyjątkowe miejsce w sercu. :)
OdpowiedzUsuńTo prawda. Choć, ja długo z tego domu uciekałam, bo wcale nie był dobrym i bezpiecznym miejscem przez mojego ojca. Ale wiele się zmieniło od tego czasu:)
UsuńTak sobie myślę, że dobrze, że są takie święta jak Samhain czy Wszystkich Świętych czy jeszcze inne, których nazw nie znam. Czy po prostu zapalić świecę i pomilczeć, pomyśleć o zmarłych, powierzyć im parę słów. Taki dzień, w którym możemy zwolnić, zastanowić się, zbliżyć ponownie do tych, których już nie ma. To chyba i nam i im potrzebne.
OdpowiedzUsuńBo czasem trzeba, tak samo jak po prostu, od czasu do czasu musimy rozliczać się z naszymi tęsknotami czy po prostu z przeszłością. I czasem to wymuszone zwolnienie ale właśnie...nieraz coś musi nasz przyhamować:)
UsuńPrzeniosłaś mnie swą historią,napisaną w niezwykly sposób w miejsca tak Tobie bliskie...niemal słyszałam i czułam te wszystkie emocje,które Ci towarzyszyly...
UsuńNiezwykła podróż,dziękuję...
Przed oczami od razu stanęły mi pewne słowa... "Dzisiaj jest Samhain, jedno z piękniejszych świąt i...pozwolisz, ale zapalę i dla ciebie świecę. Trzymaj się tam, dziewczyno jakoś."
OdpowiedzUsuńMoże wtedy byłam tylko przelotną myślą, ale teraz jakoś uderzył mnie ten post. Rok temu zastanawiałam się po co w ogóle zaprząta sobie głowę takimi drobiazgami, jak moje troski. Dzisiaj widzę, jak od tych słów bije ogrom ciepła. Chciałabym wiedzieć kim byłam wówczas w Jego myślach.
O Cudownie :) <3
OdpowiedzUsuń