sobota, 31 października 2015

O domu, który budujemy na kościach przeszłości i miłości która trwa, czyli w Samhain słów parę

Kolejne dni późnego października. Zapach porannej mgły i najcudniejsze wschody słońca, parzące zaspane jeszcze oczy jaskrawym różem i czerwienią. Przesycone zapachem mgły i widokiem wędrującego środkiem miasta jeża. Jeża, którego nie powinno tutaj wcale być, myślisz sobie na głos. W duchu myślisz o tym, że być może, nie powinno być tu wcale ciebie.

Jedna część ducha czuje ten zew, to wołanie, wołanie dobrze znanych sobie drzew i zapachu jeziora. Ta część ducha pamięta wiatr, ta część ducha jest głodna i tylko czeka wyjazdu, czeka stukotu kół pociągu na szynach, choć przecież, to wcale nie są takie same pociągi jak niegdyś, nie takie, jak parowozy, którymi jeździłam, gdy byłam dzieckiem. Mimo to duch jest głodny i czeka podróży, całkiem inaczej niż rok temu, gdy słońca było więcej a mgły nie były tak wyraźne. Gdy zapach wilgoci zostawał na skórze, a nie sięgał do kości i do serca, powodując mentalny reumatyzm. Ostatnie dni października wołają, obiecują i mamią. Mówią o okruchach śmierci w życiu i pierwiastkach życia w śmierci. Ta część ducha to rozumie, chce wszystko przywitać, oddać cześć i kochać. Ta czeka na podróż i wie, że nie powinno ciebie tu być, gdy idziesz do pracy, już nie. Tak samo jak tupiącego na asfalcie jeża. Żałujesz, że gdy pojedziesz, nie zabierzesz go ze sobą, nie zobaczy tej tafli jeziora...

Druga część duszy boi się wyjechać. Boi się zostawić miasto, boi się konfrontować, spojrzeć w tym miejscu w odbicie własnych oczu w czystej, choć mętnej już od butwiejących liści wodzie. Druga część duszy boi się wyjechać, boi się zostawić samą tą, która płacze, boi się widzieć jej łzy i swoją własną bezsilność ale czuje, że powinna zostać. Czuje, że powinna zostać choć doskonale wiem, że to ułuda. Ja potrzebuję tamtego miejsca, swoich własnych łez i kolejnych oczyszczeń, też by przetrwać. Na nic i jej łzom zdam się jako strzęp człowieka.

Ostatni dzień przed wyjazdem jest nerwowy, dzień wolny od pracy a jednak tak męczący. Mam wrażenie, że wszystko jest przeciwko mnie, środa zakłuwa mnie jak niecierpliwa igła swoim nastrojem nerwowości środka tygodnia, choć dla mnie powinna być sobotą. Wiem, że muszę porozmawiać z Mężem po kolejnej ciężkiej nocy w której padło tyle niepotrzebnych słów. Gdy wraca z pracy rozmawiamy długo i nieprzerwanie, wreszcie padając sobie w objęcia, wreszcie decydując, że jedziemy razem, razem do pewnego momentu, aż nie będę musiała iść dalej, w pewne dosłowne miejsca sama. Jedziemy razem, choć tylko na jeden dzień. Jeden dzień, tak dla mnie symboliczny, bo przecież wtedy jechaliśmy na dwa dni, wtedy rok temu, jechałam w nasze miejsce ze swoim przyjacielem, a nie Mężem, który był wtedy w pracy.
Tym razem jadę sama w to miejsce, odzyskać spokój, może zapytać i nie udawać, że nie wiem, jak rok temu próbowałam udawać, jak udawał i on, wiedząc, że odchodzi, przeczuwając. Tam pojadę sama.
Ale razem jedziemy do domu. Być może po to, żebym dom mogła odzyskać. Być może po to, by znaleźć kolejny jego fragment, dachówkę z której buduję dach, który chroni mnie przed każdym deszczem.
Wracam do domu. A może, znów buduję kolejny jego fragment, żeby być nieraz domem dla innych.

***

Wysiadamy z pociągu zmęczeni. Jest ciemno, w czwartek oboje byliśmy w pracy i jechaliśmy od razu po niej, do mojego dosłownego domu, do moich bagien, do miejsca, z którego atomów powstawały moje ścięgna i serce, do ziemi, z której jadłam, którą uprawiałam, która mnie wyhodowała. Wyhodowała na silne i niezniszczalne bydlę, śmieje się ze mnie mój Mąż, a ja jak zawsze wiem, że w tej pozornej szorstkości jest tak wiele czułości.
Od razu czuję inny zapach powietrza, od razu otula mnie całkiem inna mgła. Odżywam. Mąż przez pierwsze lata zawsze mówił na mnie w chwilach czułości „moja Rusałko”. Zawsze twierdzi, że gdy tu przejeżdżamy, moja skóra całkiem inaczej pachnie. Zawsze mówi, że wyglądam jak roślina, której korzenie wreszcie sięgnęły wody. Ma rację.
Przychodzimy do mojego domu i wita mnie uśmiech matki. Nikt nie db jak ona. Matkę masz jedną, mówią. I choć poprzedniego dnia się pokłóciłyśmy, choć działała mi na nerwy, tu czuję, że ją kocham. Jak bardzo ją kocham. Zapach jedzenia, którym okazuje miłość. Tu widzę, jak bardzo i ja to przejęłam. Miłość w zapachu ciasta, zawinięta w kapustę od gołąbków.
Przestaje boleć mnie brzuch, od razu lepiej śpię. Jestem w pierwszym domu, jaki poznałam w życiu. W domu dosłownym, domu, o którym nigdy nie zapomnę. Moje stopy idą po ziemi, na której powstałam. Moje korzenie czerpią życiodajne soki, moje ciało żywi się kruchym ciastem i orzechami, które zrodziła właśnie ta ziemia. Jeśli mam odżyć, to gdzie, jak nie tu? Choć jeden dzień.

***

Czekam w piątek na przystanku autobusowym w moim małym miasteczku. Patrzę z nostalgią na małe budynki, na mały ryneczek, na który mogę dojść w ciągu 5 minut. Myślę o tym, jak to miejsce było kiedyś dla mnie ogromne. Myślę, jak ta ulica wydawała mi się ogromna. Teraz wiem, że jest taka, jak boczne, malutkie uliczki Poznania. Nie wiadomo z jakiego powodu, wspominam panią Franię, przyjaciółkę mojej babci, do której chodziłyśmy z mamą, siostrą i babcią właśnie, gdy byłam mała. Zmarła, gdy miałam 6 lat. Pamiętam ogromne, ciemne schody, których się bałam, sękate ręce i ciastka pachnące walerianą. Nie pamiętam, w którym budynku mieszkała, choć tak bardzo staram się sobie przypomnieć.
Widzę, jak pamięć jest zawodna i jak zacierają się twarze. Boję się tego, że i inne twarze...
Myśl uderza we mnie, gdy wsiadam do autobusu pełnego ludzi. I już jestem w innym mieście, już pędzę do dentysty, wypełnić obowiązek, załatwić kolejną sprawę, zanim pojadę w naszym mieście. Cały strach skupiam na plombowaniu zęba, mówiąc, że to jego się tak boję...choć wiem, że strach czai się gdzie indziej.
Gdy jest po wszystkim moje stopy wędrują w kierunku parku, widzę kolorowe drzewa. Czuję już zapach jeziora. Wędruję dalej, aż moim oczom ukazuje się TO miejsce.

***

Tam, gdzie byliśmy rok temu we dwójkę prawie nic się nie zmieniło. Drzewa są bardziej żółte, niż były wtedy, widzę to wyraźnie ale...
Dopada mnie cisza, cisza wśród tych drzew, nad taflą jeziora. Cisza w moim sercu, przeszywająca. Przyszłam, by wylać tu słowa. Ale żadnych nie znajduję. Nie znajduję wyjaśnień, pytań, odpowiedzi. Wpatruję się w jezioro, w jego ciszę, w jego niezmąconą niczym taflę. Wpatruję się i czuję, jak i we mnie wzbiera woda. Czuję ją w podbrzuszu, jak rośnie fala, czuję w żołądku, czuję w sercu. Wreszcie czuję w oczach. Dwie pojedyncze łzy, dzień przed Samhain, spływają na ziemię, na której postawiliśmy razem ostatnie kroki. Ziemi, z której pochodzi moja matka i babka, ziemi, na którą jego sprowadziłam, którą jemu przedstawiłam, która jego przyjęła. Która rok temu przyjęła jego ból i strach. Która przyjęła przeczucie śmierci i pozwoliła o nim milczeć. Pozwoliła na ciszę.
Pamiętam gdy rok temu zapalaliśmy czerwone, wąskie świeczki które zdobył gdzieś, w którejś drogerii. Idealne na Samhain. Gdy wrzucaliśmy je w ogień.
-Za Idę, za Sisi, ….za dziewczynę, którą skrzywdziłem...za dziewczynę, którą kocham...za ..- wymieniał po kolei, wszystkich, o których myślał, to on palił świeczki. Wymienił wszystkich, na których i mi zależy
-To ja zapalę za ciebie- rzuciłam ze śmiechem ale i powagą, bo przecież to jemu ogień Samhain był najbardziej potrzebny...
-W Samhain pali się najpierw świeczki za żywych, nie za zmarłych- rzucił, nieobecny, zamyślony. Po chwili dotarło do niego, co powiedział, gdy zobaczył mój wzrok. Przerażony, gniewny. Tak, byłam wtedy zła. Zła i przerażona. Tak samo jak on, choć...czy właśnie wtedy, oboje już wiedzieliśmy? Czy właśnie wtedy gdy zasłona pomiędzy dwoma światami staje się tak cienka, śmierć wyciągała po niego swoje szpony?
Myślałam o tym wszystkim siedząc nad jeziorem, o poprzednim roku i myśląc o tym, co się stało. O tym, co może się stać. O wszystkich złych i niedobrych, które zmieniają się w radości. Bo tak działa życie.
Miałam tylko jedną świecę, czerwoną, zabraną z domu. Nie miałam dużo czasu. Siedziałam więc i paliłam ją, czekając aż do ostatniej kropli parafiny. Czekałam, modląc się za tych, których kocham. Modląc się za siebie. Dziękując i prosząc. Mówiąc do tych wszystkich sił, które wszystko obracają wniwecz i budują na zgliszczach.
Przekułam palce swojej lewej dłoni, gdy dogasał płomień. Napoiłam ziemię krwią. Po jednej kropli z jednego palca dla kilku osób. Stary rytuał, który przez wiele lat uważałam za zakazany, w mojej świadomości niemożliwy. Zakazany rytuał, oddanie własnej krwi, niech wsiąka w ziemię, a ziemia chroni, splatając, przyjmując łzy tak, że innym nie ciążą. Zastanawiałam się, dlaczego nie zrobiłam tego rok temu. Czy to by coś pomogło, zmieniło? Nie ma nigdy co zastanawiać się nad przeszłością. Można tylko myśleć o przyszłości i o tych, których się kocha. Których chce się chronić na wszelką cenę. Myśli się o tych, w których sercach ma się swój dom. Ten ważniejszy, niż budowany z cegieł.

***

Wieczór przed Samhain, wigilia zamienionych w świadomości świąt. Czekam na spotkanie po tak długim czasie. Asia i Magda, bliźniaczki, które znam od 7 roku życia. Te, w których domu miałam przed laty zawsze swój dom. Dom, w którym spałam, uciekając przed awanturami z pijanym ojcem jako dziecko. Dom, w którym zawsze czekano na mnie, w którym kosiłam trawnik i zbierałam jabłka w sadzie.
Spotykamy się wieczorem,są obie. Nie widziałyśmy się tak długi czas, prawie rok. Ale nic się nie zmieniło. Z nimi nigdy się nie zmienia. Mam wrażenie, że możemy nie rozmawiać latami ale gdy się spotkamy...wszystko wiemy. O każdej ranie na sercu, o czasie, który upłynął. Nie musimy mówić, znamy się przezskórnie, znamy się jak łyse konie, konie, które zaganiały nas rozjuszone na bagna, gdy byłyśmy dziećmi. Razem dorastałyśmy w tym małym miasteczku, razem wyjechałyśmy do większego miasta. Razem przeżywałyśmy pierwsze miłości, wakacje i pierwszą miesiączkę. Nasze korzenie splotły się silnie i nie ma od tego odwrotu. Gdy widzę ich roześmiane twarze, słucham kolejnych historii śmieję się radośnie z nimi, a moje serce się wzrusza, czule śpiewa pieśń o nierozerwalnych więziach. Pieśń o ludziach, do których mogę się zwrócić zawsze o pomoc, nawet gdy milczałam miesiącami. Ludziach, którzy sami wyciągają do mnie rękę.
Odprowadzamy po herbacie mojego Męża na pkp. Bo musi wcześniej jechać, bo jutro do pracy, a ja zostaję w domu, zostaję z nimi. Obie niskie, roześmiane, proponują, żebym teraz je odwiedziła. Idziemy przez park do ich domu, do domu pod lasem, do ostatniego zabudowania. Na ich podwórzu widzę stos drewna, Magda dopada go i jak to harcerka rozpala go jednym ruchem.
-Wiemy, że jutro masz swoje Samhain i..
-...wiedziałyśmy, że nie będziesz miała ogniska i wiemy jak w zeszłym roku...-zacina się Asia, gdy mówią jedna przez drugą.
-...więc zrobiłyśmy ci ognisko u nas, jak zawsze ogniska, żebyś mogła się pożegnać, pomodlić czy co tam robisz!- kończy dziarsko jak zawsze Magda.
Wzruszam się niemożliwie wręcz i zaczynam ryczeć, tuląc je obie, malutkie, sięgające mi do ramion. Asia ryczy ze mną, zawsze była płaczliwa, Magda dziarsko wzrusza ramionami i struga głupa, Magda jest taka sama jak ja, silna, nie pokazuje łez. Widziałam tylko dwa razy, jak płacze. Tylko dwa najważniejsze razy.
Zostawiają mnie samą. Teraz czuję, że nic mi nie brakuje, teraz mogę dopełnić chyba swojego rytuału. Teraz mogę odetchnąć, wrzucać nie świece z wosku, a trawy, pęczki traw do ognia za ludzi, tych, których kocham.
Wracają do mnie po krótkim czasie, z gitarą i winem domowej roboty. Śmiejemy się, one, chrześcijanki, gorliwie wierzące, ja, poganka. One bliźniaczki, ja od zawsze ich trzecia siostra. Tulimy się z Asią przy ogniu, Magda siedzi trochę na uboczu, jak to ona, skryta.
Mówimy, że musimy nadrobić czas, musimy spotykać się częściej, ale wszystkie wiemy, że gdy mieszkamy w różnych miejscach, cholernie o to trudno. Ale to nie szkodzi. To moje siostry, tak ważne w moim życiu, dziewczyny, kobiety, z którymi dorosłam, z którymi dojrzałam. W szkole, liceum, na studiach. W domu, w lesie, biegając, szukając swoich dróg. Każda wybrała swoją, ale one zawsze będę biegły równolegle.
To one przypominają mi o dawnym domu, o tym, jak budowałam przed laty. To one w moim sercu zawsze mają swój pokój, który potrafi czekać latami, jak ten, który ja mam w ich. Kiedyś miałam u nich swoje dosłowne kapcie, kubek i szczoteczkę do zębów. Teraz jest gotowość do tego, by one na powrót były. Bo zawsze jakoś są. Dom dawnej przyjaźni, pieczętowanej palącym się drewnem i słodkim winem, wzajemnymi zwierzeniami.
Gdy wracam do domu nocą, a one odprowadzają mnie do 2/3drogi, do cmentarza, jak w dzieciństwie, moje serce śpiewa. Moje serce nie jest bezdomne.

***

Noc jest spokojna. Zasypiam po powrocie od razu jak dziecko. Noc jest spokojna i sny są dobre. Śni mi się ten, który odszedł rok temu. Siedzimy w swoim miejscu, jest Samhain, liście są tak żółte, jak tego roku. W oddali słychać śpiew ptaków. Wiatr jest delikatny i czuły, tafla wody jest spokojna. Rozmawiamy swobodnie, rozmawiamy z czułością i radością, mimo wszystko. Nie mówimy o tęsknocie, przecież jesteśmy razem. Śmiejemy się z niektórych obrotów spraw, mówimy o tych, którzy zostali ze mną i których razem kochamy, mówimy o tych, którzy odeszli przed laty i którzy są z nim.
W śnie nadchodzi też czas rozstania. Nie płaczę, budzę się w środku nocy, nie płacząc. Uśmiecham się. Zasypiam od razu ponownie, natychmiast, utulona spokojem nocy, która wprowadza do krainy duchów i tych, którzy odeszli.

***

Poranek Samhain. Słońce budzi mnie wcześnie, słońce budzi mnie wschodząc. Nie mogę wysiedzieć w pustym łóżku, nie chcę już spać. To słońce wzywa, gdy zasłona między światami staje się jak najcieńsza. Wstaję więc, ubieram się w pośpiechu i biegnę do lasu. Między brzozy, między buki i wiązy, wysokie sosny i świerki. Spaceruję między nimi, po prostu oddycham. Jestem w domu, w lesie, za którym nieraz tak tęsknię. Jestem tu, gdzie oddycham najswobodniej, węszę życie. Tu, gdzie nie ma ścian, które ograniczają widzenie. Tu, gdzie mogę powierzyć każdą tęsknotę, ból i radość.
Po drodze spotykam jeża. Nie powinno go tu być, powinien już spać o tej porze, żeby wieczorem wyruszyć na żer. Mimo to, mam wrażenie, że jest na swoim miejscu.

***

Żegnam się z matką, pakuję wszystkie rzeczy, które dla mnie przygotowała. Stosy herbat i nowe kubki, które kupiłyśmy razem. Nowe rzeczy dla tych, których zostawiłam w innym domu. Żegnam się z nią, gdy wsiadam do pociągu. Gdy wysiadam, witam się na nowo z Poznaniem. Witam się z tą, która przyszła po mnie na pkp. Czekam na tego, którego kocham w swoim życiu najbardziej. Jestem w domu. Kolejnym, które posiadam. Kolejnym, który nie zależy od ścian, budynków, od niczego co namacalne.
Bo dom zależy od tego, co nosi się w sercu.
Dom to miejsce w nas. Budowane latami. Wspomnieniami o tym, którzy odeszli. Tęsknotą za nimi. Budowany spadkiem przodków, ich kośćmi w naszych kościach. Budowany więziami, które nie przeminą. Budowany planami z tymi, którzy zostali. Budowany nadzieją, wiarą.
Budowany miłością.

***
Dziś wieczór Samhain, dla wielu z was nic nie znaczący. Jutro pierwszy dzień listopada, znaczący dla wielu pewnie-aż za wiele. To kolejne dni i noce, w czasie których możemy budować swój dom. Na kościach zmarłych, przy tętnie żyjących. I mam nadzieję, że każdy z nas odnajdzie swoją wiarę, nadzieję w przeszłości i w przyszłości, aby ten dom budować. Lub, by po prostu go odnaleźć. 



Co jeśli dom to nie miejsce?
Co jeśli dom to nic, co możemy odnaleźć?
Co jeśli dom to dusza, która cię prześladuje?
Dom..biegnij, póki tam nie dotrzesz...

Dźwięk wiatru szumi w twojej głowie
Czujesz, jak to powraca?
Poprzez ciepło, poprzez zimno, uciekaj dopóki tu jesteśmy

Wracamy teraz do domu, wracamy do domu

59 komentarzy:

  1. Takie dnie sprawiają, że myśli się o wszystkim, o tym, co jest ważne, o ludziach, których się znało ... Czas umyka nieubłaganie i na pewne rzeczy nie ma się wpływu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Dlatego trzeba świadomie budować na tym co było, żeby nas nie zatrzymywało, budować to, co ma być.

      Usuń
    2. Po za tym końcówka roku - listopad czy grudzień - to miesiące, które nas skłaniają do refleksji, podsumowań, zakończenia pewnych etapów i rozpoczęcia nowych.

      Usuń
    3. Dokładnie:) długie wieczory do tego temu sprzyjają:)

      Usuń
  2. ja też jako poganka czuję wyjątkową moc właśnie tego dnia... i dla mnie to właśnie ten dzień jest tradycją... nie 1.listopada - tak bardzo od tradycji uciekający, paradoksalnie dla milionów Polaków najważniejszy... przejście pomiędzy dwoma wymiarami - żywi, umarli... ciemność i światło... tak naprawdę wszystko jest połączone... choć też zapalam świece, by wspominać, by modlić się. pisałaś, że zabrakło Ci w tym roku słów... czasem cisza jest najbardziej wymowna. zazdroszczę Ci tego domu, tych korzeni... ja właśnie ostatnio odkrywam, że straciłam ten pierwszy dom - materialnie, emocjonalnie... moje korzenie zostały boleśnie wyrwane z ziemi. a to jest niewyobrażalne cierpienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo właśnie Samhain ma w sobie moc, bo właśnie noc gdy zasłona światów staje się tak cienka przemawia do nas tym jedynym w swoim rodzaju głosem bez słów, prawda? I właśnie, wszystko jest połączone, wszystko trwa w cyklach, w których jedno musi dopełnić drugie.
      I właśnie w ciszy znajduje się najwięcej znaczeń, prawda? Tylko i ciszy trzeba nauczyć się słuchać:)
      Wiesz, ja swojego czasu od tych korzeni uciekałam, uciekałam od domu pełnego przemocy, alkoholu ale...wróciłam i je doceniałam. Może i w twoim przypadku uda się wrócić? Może straty wcale nie są na zawsze? Ale...tutaj chyba nie ma co gdybać zapewne?

      Usuń
    2. u mnie po prostu rodzina najpierw rozpadła się na pół, a następnie stopniowo zaczęłam tracić kontakt z coraz blizszymi mi osobami, i są w tej chwili to takie przepaści, których nie sa się przeskoczyć - najbardziej ubolewam nad utratą kontaktu z ojcem - ale oboje mamy do siebie niewyobrażalną ilość żalu, a każda próba rozmowy kończy się coraz gorszą traumą (dosłownie)
      pozdrawiam ciepło!

      Usuń
    3. to znowu ja tylko z innym nickiem!

      Usuń
    4. Poznaję już drugi nick XD
      I rozumiem, to takie powolne umieranie więzi, ale za świeże, żeby cokolwiek z tym zrobić. Na pewno nie teraz. I nie dziwię się, że to tak bardzo boli...ale może kiedyś uda się odbudować spalone mosty? Czasem warto w to wierzyć.

      Usuń
  3. co by nie powiedzieć, jest jakaś... magia.. choć nie wiem, czy to dobre słowo, w tym pierwszym dniu listopada. można zwolnić, oczyścić umysł i tak na spokojnie o wszystkim pomyśleć :) co do listopada, mam nadzieję, że bedzie mimo wszystko dobrym mieiącem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie to jak najodpowiedniejsze słowo:) Na pewno jest magia w moim Samhain:) A i listopad, jego pierwszy dzień,unosi rąbek kurtyny i może podskórnie wręcz czujemy, że można zobaczyć, poczuć więcej?
      I będzie:) Musi:)

      Usuń
    2. Jak się spaceruje miedzy grobami, widzi tych ludzi (do niektórych mam pewne obiekcje ale to nie czas żeby o tym wspominać), to tak jakoś w sercu coś kłuje. Że już tylu ludzi nie ma.
      Oczywiśćie;)

      Usuń
    3. Wiem chyba o jakie obiekcje chodzi :) I to prawda ale...nas też kiedyś nie będzie. a nastaną nowi. Taka kolej życia, po prostu.

      Usuń
  4. Rany, to niesamowite mieć takie przyjaciółki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. "Dom to nie miejsce, lecz stan"

    OdpowiedzUsuń
  6. Prawie sie poryczalam w jednym momencie, ale cóż, nic nowego ostatnio, nie? :)
    Brakuje mi w tym roku tego miasta, brakuje tego powietrza, wszystkiego. Dobrze, ze chociaż w styczniu sie udało. I chyba teraz bardziej pokocham odwiedzanie go w takich porach roku niż latem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie nie, dlatego nie będę się kajać, że ryczysz przeze mnie, jak i tak stale ryczysz XD
      I wiem, że brakuje dlatego...muszę cię zaciągnąć tam:) I może na ognisko do dziewczyn?:)

      Usuń
    2. To i tak by nie było przez Ciebie przecież, nie? :p
      Wiem i nie będę sie nawet opierać :D może :)

      Usuń
    3. No w sumie nie, nie jestem przyczyną a....pośrednikiem, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi.
      To dobrze XD

      Usuń
  7. Już Ci kiedyś pisałam, że często zupełnie nie wiem jak skomentować to co piszesz, bo często są rzeczy osobiste czy wręcz intymne, nie chcę też udawać, że wiem co czujesz skoro nie wiem. Napisać Ci trzymaj się, skoro czytam, że dałaś radę.
    Ale przyjaciółki masz niesamowite, normalnie wzruszyłam się czytając ten fragment.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem..to fakt, że ja się tu cholernie "wyflaczam", wyrzucam emocje ale...właśnie po to mi blog. Żeby nieraz wyrzucić pewne rzeczy:) Odetchnąć już po nich:)
      I to prawda, to są genialne dziewczyny:)

      Usuń
  8. Pięknie napisałaś te ostatnie fragmenty. I zgadzam się z Tobą- dom nie nie tylko budynek, a przede wszystkim miejsce, gdzie czujemy się dobrze :) I od razu tak cieplej na serduchu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      Dokładnie, same ściany...są niczym. Trzeba je wypełnić miłością. A nawet i wtedy, są chyba tylko symbolem:)

      Usuń
    2. Ściany są symbolem bezpieczeństwa, nie sądzisz? ale to miłością trzeba je wypełnić :)

      Usuń
    3. Ale czasem są symbolem i klatki XD

      Usuń
  9. Melancholijny, ale piękny post. Właściwie wyznanie, bo tak wiele w nim miłości. Nigdy nie będziesz sama, masz wielkie serce. Wszyscy są z Tobą, ci najbliżsi. Nawet ja to czuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz co...ja często lubię melancholię. Ona jest nam potrzebna, to ten konieczny nieraz etap zaznawania wrażliwości świata. I jest piękna na swój sposób właśnie, właśnie ona.
      I owszem, bo nieraz to miłość mówi, no:) Mam serce dlatego że właśnie..i inni mi je dają. Siłę, żeby je mieć. Po coś:)

      Usuń
    2. No właśnie. Ja ją akceptuję, ale nie potrafię się zaprzyjaźnić. Wolę swoją bardziej energiczną stronę, czasem wręcz postrzeloną, której na pierwszy rzut oka nie widać. Są natomiast ludzie dostrzegający piękno zadumy, co jest prawdziwą sztuką.
      Nic dodać, nic ująć. Cudownie powiedziane :)

      Usuń
    3. Może to wymaga czasu?:) I ja jakoś właśnie ostatnio zaczęłam doceniać tą melancholijną, spokojną i wrażliwą stronę. Uczę się ją doceniać, o.
      Może, może XD

      Usuń
  10. Piękna ta Twoja definicja domu. Trochę podobna do tej, która siedzi mi w głowie...
    Podobno tak długo kogoś pamiętamy, jak długo pamiętamy jego głos. Potem mózg powoli zaciera tę pamięć. Choć przed tym się bronię, wiele głosów w mojej głowie już przestało brzmieć...
    I cóż... sama nie mogę uwierzyć, że to już prawie rok...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo dom to coś więcej niż ściany, po prostu:)
      Właśnie..głos. Wiesz, że słuch to ostatni zmył, który tracimy, umierając? Może to jakoś się wiąże? Nie wiem, tak jakoś mi się skojarzyło...
      Dokładnie. Już rok. Przerażające, prawda?

      Usuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja wczoraj, podziękowałam za żywych, zmarłym, jak co roku, zapaliłam świeczkę w oknie, by nie musieli długo szukać drogi do Domu.
    Pomyślałam o tym, że tak naprawdę, odejść można zbyt łatwo.
    Rozliczyłam się z Końcem Cyklu, bilans wyszedł dodatni.
    Zasypiając zastanawiałam się, czy jak co roku ktoś z nich zaznaczy we śnie swoją obecność. Otuliłam się czułością i ciepłem, które towarzyszą mi od paru miesięcy, jednak nikt nie przyszedł tej nocy, a ja po raz pierwszy od lat poczułam, że nasze sprawy zostały domknięte i mogę spać spokojnie, i budować swój Dom na Ziemi, równie prawdziwy, jak ten, który zostawiłam wcielając się we mnie.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli pełnia rytuału domowego, o:)
      I to prawda. Znasz wiersz Jastrunia "Przytul się do mnie"?
      Więc to dobrze:) I..to musiała być zatem spokojna, dobra i ciepła noc.

      Usuń
  13. Znów nie umiem napisać nic sensownego... Myślę i myślę, ale nic nie przychodzi mi do głowy, więc zostawiam tylko ślad, że tu byłam i przeczytałam.

    OdpowiedzUsuń
  14. Wspaniale mieć takie oddane przyjaciółki i dom - miejsce, do którego można zawsze wrócić :) a matki to wspaniałe i niezastąpione istoty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Tylko czasem człowiek musi przejść swoje i musi minąć trochę czasu, żeby to docenić. Trzeba dorosnąć:)

      Usuń
    2. mi brakuje takich osób :( kiedyś był ktoś taki ale się zmył ...

      Usuń
    3. nic nie trwa wiecznie po prostu ...

      Usuń
  15. dobrze mieć takie miejsce do którego można wrócić, oderwać się od codzienności, zatrzymać się i pomyśleć. zazdroszczę, bo ja ciągle swojego szukam.
    a pierwszy listopada... chciałabym przespać, nie musieć iść na mszę, nie musieć całować ciotek oglądających z każdej strony włosy, figurę i ubrania. chciałabym iść tylko wieczorem, kiedy jest już prawie pusto, kiedy nikt nie zagaduje, nie przeszkadza...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze do znaleźć je w sobie:)
      Wiesz, ja tej szopki na cmentarzach akurat unikam:)

      Usuń
  16. Chciałabym umieć pisać z taką lekkością z jaką Ty piszesz tu na blogu. Mnie ciągle coś blokuje żeby napisać dokładnie co czuję ;)
    Prawdziwi przyjaciele to skarb :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, dziękuję za komplement. Fakt, że przychodzi mi to lekko ale..ja jestem po prostu emocjonalnie wylewana:)
      I to prawda:)

      Usuń
  17. Czytam i myślę... i naszło mnie coś, żeby Ci powiedzieć, że... zazdroszczę Ci tej bliskości. W tym pozytywnym znaczeniu oczywiście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm....nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Ale jeśli ma być motywujące jakoś, no to zazdrość XD

      Usuń
  18. Och, ognisko, ale super. Czyli w końcu się go doczekałaś :D
    Tak sobie myślę, że może i ja właśnie buduję swój "dom" tu, gdzie teraz jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, pod koniec roku, ale jednak XD
      Na pewno budujesz go po prostu w sobie :>

      Usuń
  19. W tym pierwszym domu chyba każdy czuje się najlepiej i najbezpieczniej. Gdziekolwiek by nas nie poniosło, to dom, w którym się wychowaliśmy zawsze będzie miał swoje wyjątkowe miejsce w sercu. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Choć, ja długo z tego domu uciekałam, bo wcale nie był dobrym i bezpiecznym miejscem przez mojego ojca. Ale wiele się zmieniło od tego czasu:)

      Usuń
  20. Tak sobie myślę, że dobrze, że są takie święta jak Samhain czy Wszystkich Świętych czy jeszcze inne, których nazw nie znam. Czy po prostu zapalić świecę i pomilczeć, pomyśleć o zmarłych, powierzyć im parę słów. Taki dzień, w którym możemy zwolnić, zastanowić się, zbliżyć ponownie do tych, których już nie ma. To chyba i nam i im potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasem trzeba, tak samo jak po prostu, od czasu do czasu musimy rozliczać się z naszymi tęsknotami czy po prostu z przeszłością. I czasem to wymuszone zwolnienie ale właśnie...nieraz coś musi nasz przyhamować:)

      Usuń
    2. Przeniosłaś mnie swą historią,napisaną w niezwykly sposób w miejsca tak Tobie bliskie...niemal słyszałam i czułam te wszystkie emocje,które Ci towarzyszyly...
      Niezwykła podróż,dziękuję...

      Usuń
  21. Przed oczami od razu stanęły mi pewne słowa... "Dzisiaj jest Samhain, jedno z piękniejszych świąt i...pozwolisz, ale zapalę i dla ciebie świecę. Trzymaj się tam, dziewczyno jakoś."
    Może wtedy byłam tylko przelotną myślą, ale teraz jakoś uderzył mnie ten post. Rok temu zastanawiałam się po co w ogóle zaprząta sobie głowę takimi drobiazgami, jak moje troski. Dzisiaj widzę, jak od tych słów bije ogrom ciepła. Chciałabym wiedzieć kim byłam wówczas w Jego myślach.

    OdpowiedzUsuń