wtorek, 3 listopada 2015

O dojrzewaniu do spokoju w muzyce Tracy Chapman i znajdowaniu w dojrzałości w ogóle sporej ilości piękna.

Ta piosenka chodziła za mną od paru dni. Wzięła się z przypadku, z zimna listopadowych poranków, z pełnego słońca południa krótkich dni. Wzięła się znikąd, przypomniała mi się, wychyliła nieśmiało z zakamarków umysłu. Nie uzyskała prawa głosu, kiedy pewnego wieczoru Redcar robiła za naszego dj-a w mieszkaniu, nie mogła wybrzmieć, gdy wczoraj szłam tak wcześnie spać.
Ale przyśniła mi się. Przyśniła, choć wcale w tym śnie nie jechałam szybkim autem donikąd. Nie czułam się pijana prędkością. Ale w tym śnie czułam, że dokądś nalezę. I że jestem kimś. Już jestem.
Fast Car Tracy Chapman włączyłam od razu po przebudzeniu, po porannym rozciąganiu kręgosłupa w pierwszych promieniach słońca. Włączyłam i ...wzruszyłam się jak nigdy. Tyle razy słyszałam tą piosenkę, tyle razy A. wysyłał mi skromną, niewidowiskową Tracy Chapman. Tak prawdziwą ze swoją gitarą na scenie, tak prostą a pełną znaczeń. Piękną.
To piękno odkryłam dopiero dzisiejszego poranka. Ten spokojny, bujający głos. To brzmienie, które w najprostszy sposób trafia do serca i wypełnia je. Dziwną czułością, nostalgią ale i żądzą marzeń. Dziwnym wzruszeniem.

Dojrzałam do Tracy Chapman, pomyślałam, przypominając sobie słowa A. Kiedyś, gdy dyskutowaliśmy jak milion razy na temat muzyki, gdy stwierdziłam, że owszem, jest w porządku, ale jej głos, teksty, kompozycje mnie „nie ruszają” powiedział mi, że do jej muzyki muszę dojrzeć. I kto to mi mówił, on? Starszy o parę lat, ale w pewnych kwestiach zachowujący się jak dziecko. Jeśli ktoś tu jest bardziej dojrzały to...

Ale dzisiaj wzruszyłam się przy Tracy Chapman. Przy prostej, ale tak chwytającej za serce kompozycji Fast Car. I jak się okazało, przy kolejnych. Jej For my lover czy Thinking of you sprawiały po kolei kolejne wzruszenia. Znałam je wszystkie, przecież znałam ale...całkiem, jakbym odkrywała na nowo.
Dojrzałam do Tracy Chapman. Musiałam podzielić się tym z A., który odpisał mi „a nie mówiłem? Tyko nie wiem, czy powinienem się cieszyć...czy smucić”.
Cieszyć czy smucić.

Dojrzałam.
Ostatnio często o tym myślę. W ciągu ostatnich 4 lat przeszłam tyle zmian, widzę je już z perspektywy czasu. W ciągu mijającego roku, zmieniłam się tak bardzo i odkryłam wiele prawd, powiązań. W tych zmianach stale nieśmiało przebijało się to słowo. Słowo mające tyle znaczeń. Bez żadnej konkretnej definicji, choć przecież tak oczywiste. Przywodzące na myśl owoce w sadach.
Dojrzałam. Czy na pewno?

Nieraz mówimy, że w życiu musimy dojrzeć do pewnych rzeczy. Do muzyki, do smaków, do książek. Musimy dojrzeć do życia. I często mówimy to z wielkim smutkiem. Tak, jakby dojrzewanie wiązało się ze smakiem goryczy, ze smakiem przychodzenia pewnych oczywistości, które zabijają jaskrawy kolor świata, ten, który znaliśmy, gdy byliśmy dziećmi. Nieraz słyszałam, że dojrzewanie jest jak umieranie.
I może coś w tym jest. Coś...pewne półprawdy. A tych boimy się najbardziej, bo skrywające się w nich mądrości są o wiele trudniejsze do odkrycia, niż lęki, które wzbudzają. Dlatego tak wielu boi się dojrzewania. Dlatego tak wielu chce zostać Piotrusiem Panem. Też kiedyś chciałam.
Tez kiedyś nie kochałam smaku wytrawnego wina, wolałam pić słodkie.
Nadal kocham słodkie wina ale...nie mogę pić ich stale.

Teraz dopiero rozumiem, że słodkie wino z czasem mdli. Teraz dopiero doceniam wymieszane smaki na podniebieniu. Cierpkość na języku, która daje taką samą, a może i większą rozkosz, jaką daje słodycz. Mniej oczywistą, bardziej złożoną. Ale i tego z czasem musiał nauczyć się mój język. Tak jak moje życie musiało się nauczyć, że szczęścia nie odkrywamy tylko w oczywistym blasku słońca. Tak jak moje życie musiało się nauczyć, że słodycz bez żadnych innym posmaków nie ma żadnego znaczenia, jest pusta i jałowa.

Kiedyś kochałam tylko wielkie uniesienia w muzyce. Ostre gitary, dźwięki, które nie mieściły się na żadnej skali. Skandale i prowokacje. Nadal je uwielbiam. Ale doceniam też spokój i prostotę w skakaniu po dźwiękach. Od paru lat mój gust muzyczny zmienia się, uspokaja, normuje. Doceniam piękno nie tylko w groźnym pomruku mocnej gitary basowej, ale zakochuję się też i w cichych dźwiękach gitary akustycznej, która szarpie, szarpie niestrudzenie najczulsze struny rozciągnięte w sercu. Pozostaję wierna Mansonowi i psychodeli Toola. Ale otulam się też dźwiękiem głosu Cat Power. Dziś wzruszam się przy ciepłej barwie Tracy Chapman i jej delikatnej gitarze.
Od wielu lat łagodnieję w muzyce. Nie potrzebuję tylko mocnych doznań. Tak samo łagodnieję w życiu. Rozumiem, że doznania są rozmaite. Mają różne barwy. Nie zawsze trzeba pędzić szybkim samochodem. Czasem można stanąć na poboczu. Pójść na spacer na własnych nogach.
Dojrzałam do innej muzyki, jak przepowiedział mi A. Tak jak dojrzałam do tego, by stwierdzić, że najważniejsze emocje i zdarzenia w życiu człowieka nie potrzebują wybuchających nad głową fajerwerków. Jak dojrzałam do tego, by wiedzieć, że te najważniejsze mówią do nas cicho i łagodnie. Opatulają jak koc w chłodnym mieszkaniu, nie zawsze muszą strzelać iskrami pożaru. Dojrzałam do tego, by wiedzieć, że jestem kimś. Kimś, o kim nie trzeba śpiewać piosenek. Jestem kimś, bo tak mówi mi moja dusza.*

Mam dopiero 25 lat.
25 lat, nieraz nawet tutaj wielu mówiło mi, że wydawało im się, że mam więcej, gdy czytają to, co piszę. Nieraz mówią, że w pewnych sprawach jestem nad wiek dojrzała. Mądra. Nieraz mówią mi, że jestem całkowitym dzieckiem. Jestem bowiem, nieraz nieodpowiedzialnym bachorem, który zapomina płacić rachunki. Ale stale dojrzewam. I mm dopiero 25 lat.

25, tak niewiele w perspektywie całego, długiego życia, jeśli takie się zdarzy. I wiem, jak cholernie dużo jeszcze...nie wiem. Nie rozumiem. Mam tego świadomość, ale ponoć to też świadczy o dojrzałości.
Nieraz wyobrażam sobie siebie jako 40 letnią czy 60 letnia kobietę. Jaka wtedy będę? Każdy ma jakieś scenariusze. Ja widzę tylko swój stale otwarty dom. Widzę wiele, wiele ciepła. A kiedyś nie widziałam żadnego domu, widziałam wielkie koncerty nadal i widowiska. Ktoś inny powiedziałby mi, że wreszcie dojrzałam do swojego kobiecego ciepła. Do swojej czułości. Tak wiele w tym prawdy.

Mam dopiero 25 lat i wiem, że wielu mi powie, jak młodziutka jestem. Nieraz o tym słyszę w swojej pracy. Jestem mężatką ale tak krótko, że według wielu nie wiem, jak naprawdę wygląda małżeństwo. Cóż, nie mogę na pewno porównywać się do tych z 20 letnim stażem. Ale wiem już jak wygląda nasze wspólne życie. I wiem, że przeżyliśmy razem już więcej, niż niejedna para będąca ze sobą 20 lat.
Mam dopiero 25 lat i jestem taka młoda. Choć nieraz mam wrażenie, że lat mam 4000, idąc za Staffem. Nieraz mam takie wrażenie, bo mam 25 lat, a przeżyłam już wiele. I wiem już, że wieku nie liczy się wcale latami, kolejnymi wiosnami, podczas których rodzą się młode jagnięta, jak i ja urodziłam się prawie już 26 lat temu dnia 2 kwietnia 1990 roku.
Czas nie ma znaczenia. Liczy się to, co przeżyliśmy. Kolejne własne śmierci. Liczy się to, czego się nauczyliśmy podczas kolejnych końców świata. Czy staliśmy się silniejsi.
Nie potrafimy liczyć wieku doświadczeniem, bo każdy z nas odczuwa tak różnie, bo każdy z nas uczy się w swoim tempie. Nie da się tego porównać.

Dojrzewanie to przede wszystkim nauka. To umieranie i zmartwychwstawanie. Być może, dlatego tak wielu z nas się go boi. Być może, dlatego niektórzy gorzknieją, zamiast dojrzewać, gdy na linii życia spotykają to, co los dla nich przygotował. I wraz z czasem i zdarzeniami ich serca się kurczą.

Moje serce rośnie. I już nie boję się dojrzewania, nie tak jak wtedy, gdy byłam głupią nastolatką. Czasem, gdy patrzę wstecz zastanawiam się, jak mogłam być tak głupia. Ja mogłam być tak nieraz chłodna i mylić wszelkie pojęcia siły. Ja mogłam być tak zapalczywa nieraz w dyskusjach, nie zaglądać najpierw w cudze oczy, chcąc zrozumieć. Jak mogłam być tak porywcza, bo przecież teraz jestem o wiele mniej. Gdy patrzę te parę lat wstecz, zastanawiam się, jak mogłam być nieraz taka, niemądra, nierozsądna, pogubiona...jak mogłam być po prostu tak niedojrzała, choć wcale tego nie żałuję. Bo wiem, że musiałam taka być, wszyscy dorastamy...a nie rodzimy się z mądrością. Dziwnie urządzony świat. Jedni mówią, że głupio...a mi się zdaje, że najmądrzej.
Jaka ja byłam głupia, wzdycham czasem nieraz, ze śmiechem. Wiem, że gdy spojrzę na siebie z teraz za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, pomyślę to samo. Wiem to doskonale, bo już do tego dojrzałam.
Dojrzałam do wiedzy o nauce życia. I wcale, a wcale nie gorzknieję. Kiedyś miałam w sobie więcej goryczy. Dziś mam więcej wzruszeń. Wrażliwości. Ciepła.

Dojrzałam. Dojrzałam w bólu, jakże by inaczej. Nieraz mam wrażenie, że tylko ból i cierpienie mogą nas czegoś nauczyć, choć wiem, że one uczą nas po prostu jaskrawiej niż dobre rzeczy w życiu, także te uśmiechy na ulicy, które spotykamy na co dzień i zderzenia z tymi, których pokochamy.
Dojrzałam więc też i najjaskrawiej przez ból i stratę. Stratę, która potem okazała się też zyskiem. Która nauczyła mnie, że w życiu nic nie dzieje się po nic. Która nauczyła mnie, co to bilans zerowy.
Jednak tak to już było, wiele razy już umierałam i zmartwychwstawałam. Zaznałam wielu ran.
Rany zadane przez odejście bliskich. Przez śmierć. Rany zadane przez próby zrozumienia swojego dzieciństwa. Wszystkie rozbite szkła idealizowanej rzeczywistości, po których nieraz stąpałam, lekko krwawiąc. Wszystkie złe i niedobre w zwyczajnej prozie życia, o które się otarłam. Tragedie, 3 lata temu śmierć przyjaciela, rok temu śmierć kolejnego. Własne ocieranie się o śmierć i prowokowanie jej.
Wszystko to przeżyłam. Nieraz miałam lekko pokaleczone stopy. Nieraz upadałam z wielkim impetem i płaczem na kolana. Nieraz jeszcze upadnę, wiem to doskonale, tak jak wiem, że sobie doskonale poradzę. Nieraz zakrwawię, zapłacze. Ale wiem, że dzięki temu wiele się nauczę. Wiem, że coś stracę, ale i coś zyskam po bólu. Dojrzałam na tyle, by to tez odkryć, by to wiedzieć.

Przeżyłam przez te 25 lat wiele wspaniałych chwil, radości i zachwytów. Przeżyłam przez te 25 lat wielkie i małe tragedie. Tak wiele przeżyłam ich w ostatnich 4 latach. Wtedy to zmieniłam się najbardziej. Najbardziej dojrzałam.
Zmieniła się moja dusza, zmieniło się moje ciało.

Kiedyś gibkie i żylaste, chude i kościste, zwinne, pasowało do mojej chłodnej duszy, która bała się miłości. Dziś moje ciało, duże i miękkie, stale ciepłe, silne jak niedźwiedzie łapy, pasuje do mojego serca, które zaczyna się coraz bardziej otwierać. Do tego, które ma coraz więcej troski o najbliższych, tak wiele wzruszeń. Do tego serca, które jest o wiele silniejsze niż chłodna dusza.
Dojrzałam do tego, by wiedzieć, że to miłość jest siłą, nawet jeśli rani. Dojrzałam do tego, by wiedzieć, że zranienia nie unikniemy w życiu żadnym sposobem i warto wpuścić każdego do domu, choć tak wielu, nawet ci najbliżsi, wcale się ze mną nie zgodzą.
W ciągu ostatniego roku zwłaszcza, moje serce musiało się otworzyć, choć mogło się przecież zamknąć po tym, jak straciłam tego, którego też kochałam, tak bardzo kochałam.
Wybrałam tą ścieżkę. Nie uśmierciłam czułości. Dojrzałam.

Dojrzałam na tyle, by wiedzieć, czym jest dojrzewanie.
Tak często słyszę nie chcę dorosnąć. Tak często słyszę nie chcę się wyzbyć tego, tamtego. Boję się zgorzknieć. Tak naprawdę tylko ten strach prowadzi do zgorzknienia. Bo życie to płynąca rzeka, nie da się go zatrzymać. Zmiany są nieuniknione. I albo sobie na nie pozwolimy, pozwolimy rzeźbić nas strumieniowi życia, jak strumień rzeźbi kamienie. Albo zgorzkniejemy właśnie, zatracamy radość życia, goniąc za ułudami przeszłości, ułudami nastolatka, który nie umie mierzyć się z życiem, dopiero się tego uczy;
Mamy wybór, oczywiście, zawsze mamy wybór. Możemy się zmienić, albo zostać, kurczowo trzymając się obrazu nastolatki sprzed lat, możemy zostać- powoli umierając. I nie uratuje nas żaden pędzący samochód.

Tak boimy się dojrzewania. Całkiem niepotrzebnie. Sama odkryłam, jak może być wspaniałe, sama w sobie, choć tak wiele za to zapłaciłam. Ale może to konieczna cena. Warto jednak doceniać zmiany zachodzące w duszy, w sercu a nawet ciele. Nie możemy być stale tacy sami. Nie możemy wiecznie rozbijać się pędzącymi samochodami, szaleć do utraty tchu. Czasem musimy zmięknąć. Czasem ta miękkość staje się po prostu prawdziwą siłą.

Bo właśnie dojrzewanie nie oznacza tracenia. To ciągłe zyskiwanie, mimo strat na polu życia. To wcale nie gorzknienie i nie umieranie. Umieramy, gdy nie pozwalamy sobie na zmiany. Umieramy, gdy uczepimy się kurczowo jednej wizji życia i nie poddajemy się temu silnemu prądowi, który tak czy prędzej nas porwie. A w nim możemy nauczyć się pływać, albo będziemy tonąć.
Musimy nieraz cierpieć, umierać i rodzić się na nowo. Pozwalać sobie na łzy i uczenie się na błędach. A wtedy dojrzejemy. Wtedy nas wysiłek wyda owoc. Ten czerwieniejący albo żółknący w sadzie, jak na jesień. W jesieni życia. Musimy się uczyć życia i otwierać szeroko oczy, chcąc je zrozumieć.

Dojrzewanie to nie tracenie. To stawanie się coraz silniejszym, rozumienie, czym jest prawdziwa siła i co ona daje. To pewna miękkość, której nabywamy z wiekiem, miękkość, która otwiera nam oczy. To siła w wrażliwości, w pozwoleniu sobie, by ją czuć. To płaszcz z miękkiej skóry, który chroni nas przed zimnem kolejnych zdarzeń, chroni, jak pewność, że cokolwiek nas nie dotknie, to i tak sobie z tym poradzimy. Bo przecież poradziliśmy już nieraz.
Dojrzewanie to wspaniała rzecz. Szerokie rozwieranie oczu na prawdy, które docierają do nas po czasie, po wszystkich zdarzeniach, które w czasie coraz bardziej splatają się ze sobą, tworząc pajęczynę tkaną dla nas przez los. Ciepło dążenia dokądś, podczas gdy i za nami coraz więcej drogi. To duma, że wreszcie ją się przeszło.
Dojrzewanie to coraz nowe oblicza miłości. To zrozumienie jej ciepła.
To spokojne miejsce w środku, na które zawsze można wracać, z którego można czerpać.
To niezachwiana siła we własnej duszy.
Budowanie domu bez ścian, domu, w którym chronimy się sami podczas wichrów i w którym chronimy każdego, którego kochamy.

Mimo ceny, jaką płacę, kocham dojrzewać. A może to wcale nie cena za naukę. Może to po prostu życie, a uczę się ja sama. Nabywając mądrości, mądrości, która daje wszystkie powyższe. Nabywając siły. Ucząc się, jak mocne powinny być nogi, by dźwigać mnie przez resztę życia. Ucząc się, jak szeroko trzeba rozwierać ramiona, by wpuścić jak najwięcej miłości. By samemu rozdać jak najwięcej serca. Bo dojrzewanie sprawia, że rozumie się, że nim właśnie powinniśmy się dzielić.

Mam 25 lat. Mam 25 lat i nieraz mam lat 4 a nieraz 4000 i wiem, że to całkiem naturalne, dojrzałam na tyle, by rozumieć, dlaczego tak jest. Słucham swojej duszy. Nieraz tańczę w deszczu, nieraz chcę wziąć odpowiedzialność za cały świat. Mam 25 lat i nieraz upijam się do nieprzytomności i szaleję na koncertach, nieraz spędzam cały dzień w kuchni, gotując dla tych, których kocham. Nieraz wolę słodkie wino, kiedy indziej wytrawne. Nieraz wolę pędzący, szybki samochód a nieraz powolny spacer. Mam 25 lat i dojrzałam na tyle, by wiedzieć, że wcale nie muszę nieraz wybierać między jednym a drugim. Mam 25 lat i mogę powiedzieć, że dojrzałam, a wiek nie ma znaczenia. Wiem, że zmienię się jeszcze, dojrzeję i pomyślę nieraz, jak mając 25 lat byłam niemądra.


Mam 25 lat, ćwierć wieku, choć to nie ma żadnego znaczenia. Jestem kobietą, pełną ciepła i czułości. Mam siłę i wzruszenia, do których nie zawsze się przyznaję. Zmieniam się z dnia na dzień, jak pędzący w górach po kamieniach strumień. Zmieniam się jak kamień, który rzeźbi strumień czasu. Dziś dojrzałam, by wzruszyć się przy Tracy Chapman. Dziś dojrzałam, by ze łzami w oczach śpiewać o pędzącym samochodzie, o koniecznych zmianach i myśleć o tym, że ja wiem, że jestem kimś. I mam marzenia o kolejnym dojrzewaniu.




*aluzja do innego utworu Tracy Chapman, All that you hae is your soul 

30 komentarzy:

  1. Myślałam, że jesteś starsza albo w moim wieku :) Dojrzewanie o którym piszesz, to duchowe i wewnętrzne to wspaniała sprawa wiem z doświadczenia :) i tak jak piszesz nie tracimy ale zyskujemy ... świadomość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli i tobie wydawałam się starsza niż jestem? No ładnie! XD
      Dokładnie, nie jest łatwe le..gdy jest się już dalej, w tym stabilniejszym, spokojniejszym miejscu, zaczyna się je doceniać:) Albo tzw. mądrość życiową, o!:)

      Usuń
    2. no widzisz, Ciebie biorą za starszą a mi nikt nie wierzy, że mam tyle ile mam :(
      o właśnie o taką mądrość życiową i dojrzałość duchową mi chodziło :)

      Usuń
  2. Ostatnio przeczytałam, że dojrzewanie to branie odpowiedzialności za to co się robi.To dość skrótowe w porównaniu z tym co napisałaś. A Twój przedostatni akapit jest wspaniałym podsumowaniem ;)
    Ah i to wspaniałe odnajdować nowe emocje związane z rzeczami, które już się zna, a jakby poznaje i odkrywa na nowo ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Da mnie sama odpowiedzialność to mało, bo właśnie..to takie skrótowe ujmowanie, tym bardziej, że sama odpowiedzialność ma różne oblicza, no nie?:) Może być wymuszona...ale może być ta ciepła, którą sami chcemy:)
      Dokładnie, to cudowne uczucie, zobaczyć coś innymi oczami:)

      Usuń
  3. Niektórzy dojrzewanie utożsamiają ze starzeniem się, a to nie musi być przecież prawda. To znaczy zmieniamy się, życie nas zmienia, musimy czasem stawić czoło poważnym problemom, ale też możemy być młodzi duchem i pozwolić sobie czasem na szaleństwa w stylu słuchania obciachowej muzyki, czy śmiechu z byle czego :) I widzę, że też tak masz. I fakt, 25 lat to jeszcze nic w skali całego życia, jeszcze pewnie wielokrotnie przeczytamy o tym, jak się zmieniłaś, bo to nieuniknione. I też nie ogarniam, jak mogłam być taką popierniczoną nastolatką. Ale nie chcę być też starą zrzędą oglądającą durne telenowele i zawsze ubierającą się odświętnie. I niedługo chcę zrobić kolczyk w nosie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. ładnie piszesz, dodaję do zakładek i wrócę tu jeszcze. pozdrowienia z zupy - ~stonerr

    OdpowiedzUsuń
  5. fajnie być młodym i naiwne ufnie patrzyć na świat ale jeszcze lepiej być dojrzałym, bardziej doświadczonym świadomie smakować to co daje nam rzeczywistość
    nie wiem czy to ma sens co napisałem ale to pierwsze przyszło mi do głowy,
    piosenka mi się podoba lubię takie klimaty

    OdpowiedzUsuń
  6. "Do pewnych rzeczy się dojrzewa" - faktycznie bardzo często można to usłyszeć, przeczytać.. Ale dla każdego oznacza to coś innego..
    I jestem w szoku, że masz 25 lat.. wydawało mi się, że jesteś duża starsza, starsza ode mnie, a tu proszę - rówieśniczki! piąteczka! ;p

    OdpowiedzUsuń
  7. Dojrzewania nie ma się co bać. Niektórym wydaje się, że dojrzewanie sprowadza się wyłącznie do samych zmarszczek. Gdy dojrzejemy, inaczej patrzymy na świat, trochę więcej rozumiemy i myślimy nad tym, co robimy. ;)

    Dzisiaj mija rok...

    OdpowiedzUsuń
  8. czytam Cię od niedawna, ale ot prawda, gdybym miała w ciemno strzelać wiek po przeczytanych postach dałabym więcej, dużo więcej.

    OdpowiedzUsuń
  9. ten utwór jest jednym z ważniejszych w moim życiu... od mojego dzieciństwa, do teraz... muzyka leczy duszę... a cyferkowy wiek nie mówi tak naprawdę nic o dojrzałości... niektórzy mają stare dusze - w ich oczach jest pewna odmienność, mądrość - ich oczy potrafią widzieć więcej

    OdpowiedzUsuń
  10. Chętnie posłucham utworu :) A do każdej rzeczy, sprawy trzeba dojrzeć. Po prostu.

    OdpowiedzUsuń
  11. Kurcze, nei sądziłam, że jesteś tak młodsza ode mnie. Przy tobie czuje sie jak dziecko czasami, mimo, że też swoje przeżyłam, też do wielu rzeczy dojrzałam... Ale jak zawsze twierdzę, nie wiek czyni człowieka ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja też zawsze mówiłam, że do takiej muzyki trzeba dorosnąć. I wiesz, obserwuję zachwyt nią u ludzi, którzy kiedyś gardzili, a dziś nagle zrozumieli. I w takich momentach zdaję sobie sprawę z tego, że czas naprawdę płynie. Nie powiem, że nie zauważam tego na co dzień, bo zauważam, pewnie... Ale ja, wciąż będąc dzieckiem, przestałam być nim dawno. Niezależnie od wieku każdy z nas jest czasem tym "bachorem" i ja myślę, że to nam jest potrzebne. A świadomość zachodzących w nas zmian i odnajdywanie w sobie czułości i wzruszeń... jest naprawdę pięknym stanem. Bo nie rzeczą, nie, stanem.
    Obstawiałam na około 25, wiesz?

    OdpowiedzUsuń
  13. Toż Ty jesteś ino rok starsza ode mnie, a może nawet nie, bo ja w sumie 24 już skończyłam jakiś czas temu :D
    Ale wiesz... ten czas, ten wiek to właśnie wiek dojrzewania w jakiś sposób. Nie znałam tej piosenki, ale tak pięknie oprawiłaś ją w historię, że musiałam jej posłuchać i jest... cudowna. Piękna. Wow. A głos wokalistki - magia. Chociaż ja też na ogół słucham innej muzyki, żywszej. Nie lubię wolnych piosenek, bo sprawiają że jestem smutna, ale może po prostu jak do samotnych niedziel i samotnych sobót.... muszę po prostu dojrzeć. Masz rację. Człowiek dorasta do wielu rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  14. O winie mówiła mi moja babcia. Bo obecnie nie lubię smaku wina wytrawnego i jeśli już piję, to tylko słodkie. Na to więc babcia powiedziała mi, że do wytrawnego smaku trzeba dojrzeć. Możliwe... Skoro i Ty to powtarzasz. :)
    I wiesz, po tym jak i co piszesz, sama mogłabym przypuszczać, że jesteś starsza. A tutaj proszę - okazuje się, żem niewiele młodsza od Ciebie. :P

    OdpowiedzUsuń
  15. Ooo tak, przedostatni akapit jest zacny :> Bo to prawda, że nie trzeba wybierać między jednym a drugim na rzecz wieku. To wypada/nie wypada na dany wiek jest totalną pomyłką. Przykład z dzisiaj - jechałam w autobusie, siedziały 3 starsze panie, takie przyjaciółeczki i się wzajemnie deptały dla żartów jak nastolatki XD
    Prawda też jest taka, że pewne rzeczy związane z dojrzałością przychodzą do nas w odpowiednim dla nas czasie :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Tyle złotych, cennych myśli zawarłaś w tym poście... ale do rzeczy... Ja się nabrałam, bo myślałam, że jesteś z pięć lat starsza ode mnie. A się okazuje, że to ja jestem dużo, dużo starsza od Ciebie :)
    Może właśnie przez to swoje ciepło i kobiecość sprawiasz wrażenie takiej osoby, dojrzałej, pełnej doświadczenia życiowego i pogodzonej z wieloma sprawami. Kurcze, jakie to niesamowite...

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie będę oryginalna - też myślałam, że jesteś starsza :p a tymczasem jestem rok starsza od Ciebie :) a mimo to też czasami czuję się na 4 :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja mam 26 lat i czasami myślę sobie - jeju jak ja już dużo w życiu przeszłam, a czasami myślę zupełnie odwrotnie, że mało przeżyłam i mało wiem o życiu. Niekiedy odnoszę wrażenie, że kiedyś byłam bardziej dojrzała niż teraz, że byłam bardziej odważna, energiczna, wesoła, a potem coś się zaczęło zmieniać..

    OdpowiedzUsuń
  19. Czasami nasuwa mi się taka myśl, że przez to moje dojrzewanie wiele tracę. Bo wróciłabym czasem do tej nieświadomości szczenięcej, tej beztroski, naiwności i radości jaką za sobą niosła. Teraz wiem o wiele więcej i więcej rozumiem. A to nie zawsze wywołuje na twarzy uśmiech. Bo jestem świadoma. Świadoma bólu, cierpienia, smutku i problemów jakie przynosi życie. Tych wszystkich przeszkód, których zamiast ubywać - przybywa z każdym rokiem. Bo dorosłość to podejmowanie ważnych decyzji, to wybory. Dojrzałam ale też wzięłam na siebie ten ciężar dojrzałości. Ale choć tęsknię to lat, które już przeminęły, to cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem. W tym miejscu, z tymi doświadczeniami. Trzeba dojrzeć, nie wolno stać w miejscu. Dojrzewanie to rozwój. Jestem młodsza od Ciebie, ale już wiele razy słyszałam, że jestem "życiowo mądra" i dojrzalsza od rówieśników. Przez to, co życie mi przynosi. Rozważniejsza może. Bo musiałam. bo sytuacje mnie do tego zmusiły. I wciąż się zmieniam. Ale to dobrze :) A czy coś wypada czy nie wypada to już inna sprawa :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nieraz człowiek faktycznie, wolałby być szczeniakiem, nie wiedzieć, nie mieć świadomości ale...właśnie wielką cenę płacimy za mądrość. Dojrzałość. Cenę konieczną wraz z upływem życia.
      A wypadanie można sobie wsadzić, mówiąc gówniarsko :D

      Usuń
  20. Opisałaś siebie prawdziwie, pięknie, z miłością do siebie.
    Też mam 25 lat i cholernie wrażliwe i popieprzone wnętrze, momentami za dojrzałe. Ale jednak. Miło mi było czytać Twoje Prawdziwe słowa, Ty jesteś prawdziwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, dziękuję że tak myślisz. Choć, ostatnio zastanawiam się, ile właśnie tu prawdy ze mnie albo..jak ona jest odbierana.

      Usuń
  21. Witaj Frida, okropnie tęskniłam za Twoimi wpisami.
    Być może mnie już nie pamiętasz ale kilka lat wstecz pisałam bloga, na bloog.pl , usunęłaś tam konto i nagle przypadkiem trafilam na Ciebie tutaj.
    Dziś jak patrze co się zmieniło u mnie pod wplywem tego sporego czasu, to brakowało mi najbardziej Twoich mądrych,życiowych wpisów. Byłaś , jesteś i będzesz moją blogową siostrą zawsze i życzę Ci jak najwięcej tych wpisów, od tej pory wracam regularnie do tego pięknego świata. Zapraszam do mnie, pierwsze wpisy już wkrótce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to nie usunęłam, w sumie to zablokowała mi je administracja:D I jej, widzę, że ostatnio spotykam coraz więcej "ludzi z blogowej przeszłości":) I cieszę się niezmiernie:)
      I..dziękuję za tak wielkie jednak słowa. I nie znalazłam adresu bloga, ale...jak tylko zaczniesz pisać, to podawaj!:D

      Usuń
  22. Przepięknie napisałaś o dojrzewaniu...wszystko to jest prawdą,tak jak i ja wspomnialam w gościnny poście u Erraty,o tym,że pewna muzyka \wykonawca\zespół dociera do nas ,do naszych zmysłów ,dopiero wówczas kiedy NAUCZYMY się go odpowiednio odebrać,czyli właśnie kiedy dojrzejemy do tego,przychodzi TEN odpowiedni czas...Tak i wszystkie inne aspekty życia,są inaczej postrzegane z biegiem czasu,lat,przeżytych doświadczeń..To samo zdarzenie 10 lat temu,teraz z pewnością inaczej bysmy ocenili.Zwróciłaś uwagę Frido,ze często twórca jakiegoś utworu\plyty,zapytany czy z perspektywy czasu zmieniłby coś na danym materiale,zazwyczaj odpowiada,że tak...
    Można by rzecz-panta rei ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa:) Bo właśnie, czasem musimy się nauczyć, czasem coś trafia do nas bezpośrednio, ale to jak ziarno padające już na podatny grunt a nieraz...nieraz to wymaga cholernie dużo czasu. I to prawda. Po prostu...życie nas uczy, mówiąc w wielkich, cholernym uproszczeniu.

      Usuń