Ta
piosenka chodziła za mną od paru dni. Wzięła się z przypadku, z
zimna listopadowych poranków, z pełnego słońca południa krótkich
dni. Wzięła się znikąd, przypomniała mi się, wychyliła
nieśmiało z zakamarków umysłu. Nie uzyskała prawa głosu, kiedy
pewnego wieczoru Redcar robiła za naszego dj-a w mieszkaniu, nie
mogła wybrzmieć, gdy wczoraj szłam tak wcześnie spać.
Ale
przyśniła mi się. Przyśniła, choć wcale w tym śnie nie
jechałam szybkim autem donikąd. Nie czułam się pijana prędkością.
Ale w tym śnie czułam, że dokądś nalezę. I że jestem kimś.
Już jestem.
Fast
Car Tracy Chapman włączyłam od razu po przebudzeniu, po
porannym rozciąganiu kręgosłupa w pierwszych promieniach słońca.
Włączyłam i ...wzruszyłam się jak nigdy. Tyle razy słyszałam
tą piosenkę, tyle razy A. wysyłał mi skromną, niewidowiskową
Tracy Chapman. Tak prawdziwą ze swoją gitarą na scenie, tak prostą
a pełną znaczeń. Piękną.
To
piękno odkryłam dopiero dzisiejszego poranka. Ten spokojny,
bujający głos. To brzmienie, które w najprostszy sposób trafia do
serca i wypełnia je. Dziwną czułością, nostalgią ale i żądzą
marzeń. Dziwnym wzruszeniem.
Dojrzałam
do Tracy Chapman, pomyślałam, przypominając sobie słowa A.
Kiedyś, gdy dyskutowaliśmy jak milion razy na temat muzyki, gdy
stwierdziłam, że owszem, jest w porządku, ale jej głos, teksty,
kompozycje mnie „nie ruszają” powiedział mi, że do jej muzyki
muszę dojrzeć. I kto to mi mówił, on? Starszy o parę lat, ale w
pewnych kwestiach zachowujący się jak dziecko. Jeśli ktoś tu jest
bardziej dojrzały to...
Ale
dzisiaj wzruszyłam się przy Tracy Chapman. Przy prostej, ale tak
chwytającej za serce kompozycji Fast Car. I jak się okazało,
przy kolejnych. Jej For my lover czy Thinking of you
sprawiały po kolei kolejne wzruszenia. Znałam je wszystkie,
przecież znałam ale...całkiem, jakbym odkrywała na nowo.
Dojrzałam
do Tracy Chapman. Musiałam podzielić się tym z A., który odpisał
mi „a nie mówiłem? Tyko nie wiem, czy powinienem się
cieszyć...czy smucić”.
Cieszyć
czy smucić.
Dojrzałam.
Ostatnio
często o tym myślę. W ciągu ostatnich 4 lat przeszłam tyle
zmian, widzę je już z perspektywy czasu. W ciągu mijającego roku,
zmieniłam się tak bardzo i odkryłam wiele prawd, powiązań. W
tych zmianach stale nieśmiało przebijało się to słowo. Słowo
mające tyle znaczeń. Bez żadnej konkretnej definicji, choć
przecież tak oczywiste. Przywodzące na myśl owoce w sadach.
Dojrzałam.
Czy na pewno?
Nieraz
mówimy, że w życiu musimy dojrzeć do pewnych rzeczy. Do muzyki,
do smaków, do książek. Musimy dojrzeć do życia. I często mówimy
to z wielkim smutkiem. Tak, jakby dojrzewanie wiązało się ze
smakiem goryczy, ze smakiem przychodzenia pewnych oczywistości,
które zabijają jaskrawy kolor świata, ten, który znaliśmy, gdy
byliśmy dziećmi. Nieraz słyszałam, że dojrzewanie jest jak
umieranie.
I
może coś w tym jest. Coś...pewne półprawdy. A tych boimy się
najbardziej, bo skrywające się w nich mądrości są o wiele
trudniejsze do odkrycia, niż lęki, które wzbudzają. Dlatego tak
wielu boi się dojrzewania. Dlatego tak wielu chce zostać Piotrusiem
Panem. Też kiedyś chciałam.
Tez
kiedyś nie kochałam smaku wytrawnego wina, wolałam pić słodkie.
Nadal
kocham słodkie wina ale...nie mogę pić ich stale.
Teraz
dopiero rozumiem, że słodkie wino z czasem mdli. Teraz dopiero
doceniam wymieszane smaki na podniebieniu. Cierpkość na języku,
która daje taką samą, a może i większą rozkosz, jaką daje
słodycz. Mniej oczywistą, bardziej złożoną. Ale i tego z czasem
musiał nauczyć się mój język. Tak jak moje życie musiało się
nauczyć, że szczęścia nie odkrywamy tylko w oczywistym blasku
słońca. Tak jak moje życie musiało się nauczyć, że słodycz
bez żadnych innym posmaków nie ma żadnego znaczenia, jest pusta i
jałowa.
Kiedyś
kochałam tylko wielkie uniesienia w muzyce. Ostre gitary, dźwięki,
które nie mieściły się na żadnej skali. Skandale i prowokacje.
Nadal je uwielbiam. Ale doceniam też spokój i prostotę w skakaniu
po dźwiękach. Od paru lat mój gust muzyczny zmienia się,
uspokaja, normuje. Doceniam piękno nie tylko w groźnym pomruku
mocnej gitary basowej, ale zakochuję się też i w cichych dźwiękach
gitary akustycznej, która szarpie, szarpie niestrudzenie najczulsze
struny rozciągnięte w sercu. Pozostaję wierna Mansonowi i
psychodeli Toola. Ale otulam się też dźwiękiem głosu Cat Power.
Dziś wzruszam się przy ciepłej barwie Tracy Chapman i jej
delikatnej gitarze.
Od
wielu lat łagodnieję w muzyce. Nie potrzebuję tylko mocnych
doznań. Tak samo łagodnieję w życiu. Rozumiem, że doznania są
rozmaite. Mają różne barwy. Nie zawsze trzeba pędzić szybkim
samochodem. Czasem można stanąć na poboczu. Pójść na spacer na
własnych nogach.
Dojrzałam
do innej muzyki, jak przepowiedział mi A. Tak jak dojrzałam do
tego, by stwierdzić, że najważniejsze emocje i zdarzenia w życiu
człowieka nie potrzebują wybuchających nad głową fajerwerków.
Jak dojrzałam do tego, by wiedzieć, że te najważniejsze mówią
do nas cicho i łagodnie. Opatulają jak koc w chłodnym mieszkaniu,
nie zawsze muszą strzelać iskrami pożaru. Dojrzałam do tego, by
wiedzieć, że jestem kimś. Kimś, o kim nie trzeba śpiewać
piosenek. Jestem kimś, bo tak mówi mi moja dusza.*
Mam
dopiero 25 lat.
25
lat, nieraz nawet tutaj wielu mówiło mi, że wydawało im się, że
mam więcej, gdy czytają to, co piszę. Nieraz mówią, że w
pewnych sprawach jestem nad wiek dojrzała. Mądra. Nieraz mówią
mi, że jestem całkowitym dzieckiem. Jestem bowiem, nieraz
nieodpowiedzialnym bachorem, który zapomina płacić rachunki. Ale
stale dojrzewam. I mm dopiero 25 lat.
25,
tak niewiele w perspektywie całego, długiego życia, jeśli takie
się zdarzy. I wiem, jak cholernie dużo jeszcze...nie wiem. Nie
rozumiem. Mam tego świadomość, ale ponoć to też świadczy o
dojrzałości.
Nieraz
wyobrażam sobie siebie jako 40 letnią czy 60 letnia kobietę. Jaka
wtedy będę? Każdy ma jakieś scenariusze. Ja widzę tylko swój
stale otwarty dom. Widzę wiele, wiele ciepła. A kiedyś nie
widziałam żadnego domu, widziałam wielkie koncerty nadal i
widowiska. Ktoś inny powiedziałby mi, że wreszcie dojrzałam do
swojego kobiecego ciepła. Do swojej czułości. Tak wiele w tym
prawdy.
Mam
dopiero 25 lat i wiem, że wielu mi powie, jak młodziutka jestem.
Nieraz o tym słyszę w swojej pracy. Jestem mężatką ale tak
krótko, że według wielu nie wiem, jak naprawdę wygląda
małżeństwo. Cóż, nie mogę na pewno porównywać się do tych z
20 letnim stażem. Ale wiem już jak wygląda nasze wspólne życie.
I wiem, że przeżyliśmy razem już więcej, niż niejedna para
będąca ze sobą 20 lat.
Mam
dopiero 25 lat i jestem taka młoda. Choć nieraz mam wrażenie, że
lat mam 4000, idąc za Staffem. Nieraz mam takie wrażenie, bo mam 25
lat, a przeżyłam już wiele. I wiem już, że wieku nie liczy się
wcale latami, kolejnymi wiosnami, podczas których rodzą się młode
jagnięta, jak i ja urodziłam się prawie już 26 lat temu dnia 2
kwietnia 1990 roku.
Czas
nie ma znaczenia. Liczy się to, co przeżyliśmy. Kolejne własne
śmierci. Liczy się to, czego się nauczyliśmy podczas kolejnych
końców świata. Czy staliśmy się silniejsi.
Nie
potrafimy liczyć wieku doświadczeniem, bo każdy z nas odczuwa tak
różnie, bo każdy z nas uczy się w swoim tempie. Nie da się tego
porównać.
Dojrzewanie
to przede wszystkim nauka. To umieranie i zmartwychwstawanie. Być
może, dlatego tak wielu z nas się go boi. Być może, dlatego
niektórzy gorzknieją, zamiast dojrzewać, gdy na linii życia
spotykają to, co los dla nich przygotował. I wraz z czasem i
zdarzeniami ich serca się kurczą.
Moje
serce rośnie. I już nie boję się dojrzewania, nie tak jak wtedy,
gdy byłam głupią nastolatką. Czasem, gdy patrzę wstecz
zastanawiam się, jak mogłam być tak głupia. Ja mogłam być tak
nieraz chłodna i mylić wszelkie pojęcia siły. Ja mogłam być tak
zapalczywa nieraz w dyskusjach, nie zaglądać najpierw w cudze oczy,
chcąc zrozumieć. Jak mogłam być tak porywcza, bo przecież teraz
jestem o wiele mniej. Gdy patrzę te parę lat wstecz, zastanawiam
się, jak mogłam być nieraz taka, niemądra, nierozsądna,
pogubiona...jak mogłam być po prostu tak niedojrzała, choć wcale
tego nie żałuję. Bo wiem, że musiałam taka być, wszyscy
dorastamy...a nie rodzimy się z mądrością. Dziwnie urządzony
świat. Jedni mówią, że głupio...a mi się zdaje, że najmądrzej.
Jaka
ja byłam głupia, wzdycham czasem nieraz, ze śmiechem. Wiem, że
gdy spojrzę na siebie z teraz za kilkanaście, kilkadziesiąt lat,
pomyślę to samo. Wiem to doskonale, bo już do tego dojrzałam.
Dojrzałam
do wiedzy o nauce życia. I wcale, a wcale nie gorzknieję. Kiedyś
miałam w sobie więcej goryczy. Dziś mam więcej wzruszeń.
Wrażliwości. Ciepła.
Dojrzałam.
Dojrzałam w bólu, jakże by inaczej. Nieraz mam wrażenie, że
tylko ból i cierpienie mogą nas czegoś nauczyć, choć wiem, że
one uczą nas po prostu jaskrawiej niż dobre rzeczy w życiu, także
te uśmiechy na ulicy, które spotykamy na co dzień i zderzenia z
tymi, których pokochamy.
Dojrzałam
więc też i najjaskrawiej przez ból i stratę. Stratę, która
potem okazała się też zyskiem. Która nauczyła mnie, że w życiu
nic nie dzieje się po nic. Która nauczyła mnie, co to bilans
zerowy.
Jednak
tak to już było, wiele razy już umierałam i zmartwychwstawałam.
Zaznałam wielu ran.
Rany
zadane przez odejście bliskich. Przez śmierć. Rany zadane przez
próby zrozumienia swojego dzieciństwa. Wszystkie rozbite szkła
idealizowanej rzeczywistości, po których nieraz stąpałam, lekko
krwawiąc. Wszystkie złe i niedobre w zwyczajnej prozie życia, o
które się otarłam. Tragedie, 3 lata temu śmierć przyjaciela, rok
temu śmierć kolejnego. Własne ocieranie się o śmierć i
prowokowanie jej.
Wszystko
to przeżyłam. Nieraz miałam lekko pokaleczone stopy. Nieraz
upadałam z wielkim impetem i płaczem na kolana. Nieraz jeszcze
upadnę, wiem to doskonale, tak jak wiem, że sobie doskonale
poradzę. Nieraz zakrwawię, zapłacze. Ale wiem, że dzięki temu
wiele się nauczę. Wiem, że coś stracę, ale i coś zyskam po
bólu. Dojrzałam na tyle, by to tez odkryć, by to wiedzieć.
Przeżyłam
przez te 25 lat wiele wspaniałych chwil, radości i zachwytów.
Przeżyłam przez te 25 lat wielkie i małe tragedie. Tak wiele
przeżyłam ich w ostatnich 4 latach. Wtedy to zmieniłam się
najbardziej. Najbardziej dojrzałam.
Zmieniła
się moja dusza, zmieniło się moje ciało.
Kiedyś
gibkie i żylaste, chude i kościste, zwinne, pasowało do mojej
chłodnej duszy, która bała się miłości. Dziś moje ciało, duże
i miękkie, stale ciepłe, silne jak niedźwiedzie łapy, pasuje do
mojego serca, które zaczyna się coraz bardziej otwierać. Do tego,
które ma coraz więcej troski o najbliższych, tak wiele wzruszeń.
Do tego serca, które jest o wiele silniejsze niż chłodna dusza.
Dojrzałam
do tego, by wiedzieć, że to miłość jest siłą, nawet jeśli
rani. Dojrzałam do tego, by wiedzieć, że zranienia nie unikniemy w
życiu żadnym sposobem i warto wpuścić każdego do domu, choć tak
wielu, nawet ci najbliżsi, wcale się ze mną nie zgodzą.
W
ciągu ostatniego roku zwłaszcza, moje serce musiało się otworzyć,
choć mogło się przecież zamknąć po tym, jak straciłam tego,
którego też kochałam, tak bardzo kochałam.
Wybrałam
tą ścieżkę. Nie uśmierciłam czułości. Dojrzałam.
Dojrzałam
na tyle, by wiedzieć, czym jest dojrzewanie.
Tak
często słyszę nie chcę dorosnąć. Tak często słyszę nie chcę
się wyzbyć tego, tamtego. Boję się zgorzknieć. Tak naprawdę
tylko ten strach prowadzi do zgorzknienia. Bo życie to płynąca
rzeka, nie da się go zatrzymać. Zmiany są nieuniknione. I albo
sobie na nie pozwolimy, pozwolimy rzeźbić nas strumieniowi życia,
jak strumień rzeźbi kamienie. Albo zgorzkniejemy właśnie,
zatracamy radość życia, goniąc za ułudami przeszłości, ułudami
nastolatka, który nie umie mierzyć się z życiem, dopiero się
tego uczy;
Mamy
wybór, oczywiście, zawsze mamy wybór. Możemy się zmienić, albo
zostać, kurczowo trzymając się obrazu nastolatki sprzed lat,
możemy zostać- powoli umierając. I nie uratuje nas żaden pędzący
samochód.
Tak
boimy się dojrzewania. Całkiem niepotrzebnie. Sama odkryłam, jak
może być wspaniałe, sama w sobie, choć tak wiele za to
zapłaciłam. Ale może to konieczna cena. Warto jednak doceniać
zmiany zachodzące w duszy, w sercu a nawet ciele. Nie możemy być
stale tacy sami. Nie możemy wiecznie rozbijać się pędzącymi
samochodami, szaleć do utraty tchu. Czasem musimy zmięknąć.
Czasem ta miękkość staje się po prostu prawdziwą siłą.
Bo
właśnie dojrzewanie nie oznacza tracenia. To ciągłe zyskiwanie,
mimo strat na polu życia. To wcale nie gorzknienie i nie umieranie.
Umieramy, gdy nie pozwalamy sobie na zmiany. Umieramy, gdy uczepimy
się kurczowo jednej wizji życia i nie poddajemy się temu silnemu
prądowi, który tak czy prędzej nas porwie. A w nim możemy nauczyć
się pływać, albo będziemy tonąć.
Musimy
nieraz cierpieć, umierać i rodzić się na nowo. Pozwalać sobie na
łzy i uczenie się na błędach. A wtedy dojrzejemy. Wtedy nas
wysiłek wyda owoc. Ten czerwieniejący albo żółknący w sadzie,
jak na jesień. W jesieni życia. Musimy się uczyć życia i
otwierać szeroko oczy, chcąc je zrozumieć.
Dojrzewanie
to nie tracenie. To stawanie się coraz silniejszym, rozumienie, czym
jest prawdziwa siła i co ona daje. To pewna miękkość, której
nabywamy z wiekiem, miękkość, która otwiera nam oczy. To siła w
wrażliwości, w pozwoleniu sobie, by ją czuć. To płaszcz z
miękkiej skóry, który chroni nas przed zimnem kolejnych zdarzeń,
chroni, jak pewność, że cokolwiek nas nie dotknie, to i tak sobie
z tym poradzimy. Bo przecież poradziliśmy już nieraz.
Dojrzewanie
to wspaniała rzecz. Szerokie rozwieranie oczu na prawdy, które
docierają do nas po czasie, po wszystkich zdarzeniach, które w
czasie coraz bardziej splatają się ze sobą, tworząc pajęczynę
tkaną dla nas przez los. Ciepło dążenia dokądś, podczas gdy i
za nami coraz więcej drogi. To duma, że wreszcie ją się przeszło.
Dojrzewanie
to coraz nowe oblicza miłości. To zrozumienie jej ciepła.
To
spokojne miejsce w środku, na które zawsze można wracać, z
którego można czerpać.
To
niezachwiana siła we własnej duszy.
Budowanie
domu bez ścian, domu, w którym chronimy się sami podczas wichrów
i w którym chronimy każdego, którego kochamy.
Mimo
ceny, jaką płacę, kocham dojrzewać. A może to wcale nie cena za
naukę. Może to po prostu życie, a uczę się ja sama. Nabywając
mądrości, mądrości, która daje wszystkie powyższe. Nabywając
siły. Ucząc się, jak mocne powinny być nogi, by dźwigać mnie
przez resztę życia. Ucząc się, jak szeroko trzeba rozwierać
ramiona, by wpuścić jak najwięcej miłości. By samemu rozdać jak
najwięcej serca. Bo dojrzewanie sprawia, że rozumie się, że nim
właśnie powinniśmy się dzielić.
Mam
25 lat. Mam 25 lat i nieraz mam lat 4 a nieraz 4000 i wiem, że to
całkiem naturalne, dojrzałam na tyle, by rozumieć, dlaczego tak
jest. Słucham swojej duszy. Nieraz tańczę w deszczu, nieraz chcę
wziąć odpowiedzialność za cały świat. Mam 25 lat i nieraz
upijam się do nieprzytomności i szaleję na koncertach, nieraz
spędzam cały dzień w kuchni, gotując dla tych, których kocham.
Nieraz wolę słodkie wino, kiedy indziej wytrawne. Nieraz wolę
pędzący, szybki samochód a nieraz powolny spacer. Mam 25 lat i
dojrzałam na tyle, by wiedzieć, że wcale nie muszę nieraz
wybierać między jednym a drugim. Mam 25 lat i mogę powiedzieć, że
dojrzałam, a wiek nie ma znaczenia. Wiem, że zmienię się jeszcze,
dojrzeję i pomyślę nieraz, jak mając 25 lat byłam niemądra.
Mam
25 lat, ćwierć wieku, choć to nie ma żadnego znaczenia. Jestem
kobietą, pełną ciepła i czułości. Mam siłę i wzruszenia, do
których nie zawsze się przyznaję. Zmieniam się z dnia na dzień,
jak pędzący w górach po kamieniach strumień. Zmieniam się jak
kamień, który rzeźbi strumień czasu. Dziś dojrzałam, by
wzruszyć się przy Tracy Chapman. Dziś dojrzałam, by ze łzami w
oczach śpiewać o pędzącym samochodzie, o koniecznych zmianach i
myśleć o tym, że ja wiem, że jestem kimś. I mam marzenia o
kolejnym dojrzewaniu.
*aluzja
do innego utworu Tracy Chapman, All that you hae is your soul
Myślałam, że jesteś starsza albo w moim wieku :) Dojrzewanie o którym piszesz, to duchowe i wewnętrzne to wspaniała sprawa wiem z doświadczenia :) i tak jak piszesz nie tracimy ale zyskujemy ... świadomość :)
OdpowiedzUsuńCzyli i tobie wydawałam się starsza niż jestem? No ładnie! XD
UsuńDokładnie, nie jest łatwe le..gdy jest się już dalej, w tym stabilniejszym, spokojniejszym miejscu, zaczyna się je doceniać:) Albo tzw. mądrość życiową, o!:)
no widzisz, Ciebie biorą za starszą a mi nikt nie wierzy, że mam tyle ile mam :(
Usuńo właśnie o taką mądrość życiową i dojrzałość duchową mi chodziło :)
Ostatnio przeczytałam, że dojrzewanie to branie odpowiedzialności za to co się robi.To dość skrótowe w porównaniu z tym co napisałaś. A Twój przedostatni akapit jest wspaniałym podsumowaniem ;)
OdpowiedzUsuńAh i to wspaniałe odnajdować nowe emocje związane z rzeczami, które już się zna, a jakby poznaje i odkrywa na nowo ;>
Da mnie sama odpowiedzialność to mało, bo właśnie..to takie skrótowe ujmowanie, tym bardziej, że sama odpowiedzialność ma różne oblicza, no nie?:) Może być wymuszona...ale może być ta ciepła, którą sami chcemy:)
UsuńDokładnie, to cudowne uczucie, zobaczyć coś innymi oczami:)
Niektórzy dojrzewanie utożsamiają ze starzeniem się, a to nie musi być przecież prawda. To znaczy zmieniamy się, życie nas zmienia, musimy czasem stawić czoło poważnym problemom, ale też możemy być młodzi duchem i pozwolić sobie czasem na szaleństwa w stylu słuchania obciachowej muzyki, czy śmiechu z byle czego :) I widzę, że też tak masz. I fakt, 25 lat to jeszcze nic w skali całego życia, jeszcze pewnie wielokrotnie przeczytamy o tym, jak się zmieniłaś, bo to nieuniknione. I też nie ogarniam, jak mogłam być taką popierniczoną nastolatką. Ale nie chcę być też starą zrzędą oglądającą durne telenowele i zawsze ubierającą się odświętnie. I niedługo chcę zrobić kolczyk w nosie :D
OdpowiedzUsuńładnie piszesz, dodaję do zakładek i wrócę tu jeszcze. pozdrowienia z zupy - ~stonerr
OdpowiedzUsuńfajnie być młodym i naiwne ufnie patrzyć na świat ale jeszcze lepiej być dojrzałym, bardziej doświadczonym świadomie smakować to co daje nam rzeczywistość
OdpowiedzUsuńnie wiem czy to ma sens co napisałem ale to pierwsze przyszło mi do głowy,
piosenka mi się podoba lubię takie klimaty
"Do pewnych rzeczy się dojrzewa" - faktycznie bardzo często można to usłyszeć, przeczytać.. Ale dla każdego oznacza to coś innego..
OdpowiedzUsuńI jestem w szoku, że masz 25 lat.. wydawało mi się, że jesteś duża starsza, starsza ode mnie, a tu proszę - rówieśniczki! piąteczka! ;p
Dojrzewania nie ma się co bać. Niektórym wydaje się, że dojrzewanie sprowadza się wyłącznie do samych zmarszczek. Gdy dojrzejemy, inaczej patrzymy na świat, trochę więcej rozumiemy i myślimy nad tym, co robimy. ;)
OdpowiedzUsuńDzisiaj mija rok...
czytam Cię od niedawna, ale ot prawda, gdybym miała w ciemno strzelać wiek po przeczytanych postach dałabym więcej, dużo więcej.
OdpowiedzUsuńten utwór jest jednym z ważniejszych w moim życiu... od mojego dzieciństwa, do teraz... muzyka leczy duszę... a cyferkowy wiek nie mówi tak naprawdę nic o dojrzałości... niektórzy mają stare dusze - w ich oczach jest pewna odmienność, mądrość - ich oczy potrafią widzieć więcej
OdpowiedzUsuńChętnie posłucham utworu :) A do każdej rzeczy, sprawy trzeba dojrzeć. Po prostu.
OdpowiedzUsuńKurcze, nei sądziłam, że jesteś tak młodsza ode mnie. Przy tobie czuje sie jak dziecko czasami, mimo, że też swoje przeżyłam, też do wielu rzeczy dojrzałam... Ale jak zawsze twierdzę, nie wiek czyni człowieka ;)
OdpowiedzUsuńJa też zawsze mówiłam, że do takiej muzyki trzeba dorosnąć. I wiesz, obserwuję zachwyt nią u ludzi, którzy kiedyś gardzili, a dziś nagle zrozumieli. I w takich momentach zdaję sobie sprawę z tego, że czas naprawdę płynie. Nie powiem, że nie zauważam tego na co dzień, bo zauważam, pewnie... Ale ja, wciąż będąc dzieckiem, przestałam być nim dawno. Niezależnie od wieku każdy z nas jest czasem tym "bachorem" i ja myślę, że to nam jest potrzebne. A świadomość zachodzących w nas zmian i odnajdywanie w sobie czułości i wzruszeń... jest naprawdę pięknym stanem. Bo nie rzeczą, nie, stanem.
OdpowiedzUsuńObstawiałam na około 25, wiesz?
Toż Ty jesteś ino rok starsza ode mnie, a może nawet nie, bo ja w sumie 24 już skończyłam jakiś czas temu :D
OdpowiedzUsuńAle wiesz... ten czas, ten wiek to właśnie wiek dojrzewania w jakiś sposób. Nie znałam tej piosenki, ale tak pięknie oprawiłaś ją w historię, że musiałam jej posłuchać i jest... cudowna. Piękna. Wow. A głos wokalistki - magia. Chociaż ja też na ogół słucham innej muzyki, żywszej. Nie lubię wolnych piosenek, bo sprawiają że jestem smutna, ale może po prostu jak do samotnych niedziel i samotnych sobót.... muszę po prostu dojrzeć. Masz rację. Człowiek dorasta do wielu rzeczy.
O winie mówiła mi moja babcia. Bo obecnie nie lubię smaku wina wytrawnego i jeśli już piję, to tylko słodkie. Na to więc babcia powiedziała mi, że do wytrawnego smaku trzeba dojrzeć. Możliwe... Skoro i Ty to powtarzasz. :)
OdpowiedzUsuńI wiesz, po tym jak i co piszesz, sama mogłabym przypuszczać, że jesteś starsza. A tutaj proszę - okazuje się, żem niewiele młodsza od Ciebie. :P
Ooo tak, przedostatni akapit jest zacny :> Bo to prawda, że nie trzeba wybierać między jednym a drugim na rzecz wieku. To wypada/nie wypada na dany wiek jest totalną pomyłką. Przykład z dzisiaj - jechałam w autobusie, siedziały 3 starsze panie, takie przyjaciółeczki i się wzajemnie deptały dla żartów jak nastolatki XD
OdpowiedzUsuńPrawda też jest taka, że pewne rzeczy związane z dojrzałością przychodzą do nas w odpowiednim dla nas czasie :)
Tyle złotych, cennych myśli zawarłaś w tym poście... ale do rzeczy... Ja się nabrałam, bo myślałam, że jesteś z pięć lat starsza ode mnie. A się okazuje, że to ja jestem dużo, dużo starsza od Ciebie :)
OdpowiedzUsuńMoże właśnie przez to swoje ciepło i kobiecość sprawiasz wrażenie takiej osoby, dojrzałej, pełnej doświadczenia życiowego i pogodzonej z wieloma sprawami. Kurcze, jakie to niesamowite...
Oj, dojrzewanie bywa bolesne....
OdpowiedzUsuńNie będę oryginalna - też myślałam, że jesteś starsza :p a tymczasem jestem rok starsza od Ciebie :) a mimo to też czasami czuję się na 4 :)
OdpowiedzUsuńJa mam 26 lat i czasami myślę sobie - jeju jak ja już dużo w życiu przeszłam, a czasami myślę zupełnie odwrotnie, że mało przeżyłam i mało wiem o życiu. Niekiedy odnoszę wrażenie, że kiedyś byłam bardziej dojrzała niż teraz, że byłam bardziej odważna, energiczna, wesoła, a potem coś się zaczęło zmieniać..
OdpowiedzUsuńCzasami nasuwa mi się taka myśl, że przez to moje dojrzewanie wiele tracę. Bo wróciłabym czasem do tej nieświadomości szczenięcej, tej beztroski, naiwności i radości jaką za sobą niosła. Teraz wiem o wiele więcej i więcej rozumiem. A to nie zawsze wywołuje na twarzy uśmiech. Bo jestem świadoma. Świadoma bólu, cierpienia, smutku i problemów jakie przynosi życie. Tych wszystkich przeszkód, których zamiast ubywać - przybywa z każdym rokiem. Bo dorosłość to podejmowanie ważnych decyzji, to wybory. Dojrzałam ale też wzięłam na siebie ten ciężar dojrzałości. Ale choć tęsknię to lat, które już przeminęły, to cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem. W tym miejscu, z tymi doświadczeniami. Trzeba dojrzeć, nie wolno stać w miejscu. Dojrzewanie to rozwój. Jestem młodsza od Ciebie, ale już wiele razy słyszałam, że jestem "życiowo mądra" i dojrzalsza od rówieśników. Przez to, co życie mi przynosi. Rozważniejsza może. Bo musiałam. bo sytuacje mnie do tego zmusiły. I wciąż się zmieniam. Ale to dobrze :) A czy coś wypada czy nie wypada to już inna sprawa :P
OdpowiedzUsuńBo nieraz człowiek faktycznie, wolałby być szczeniakiem, nie wiedzieć, nie mieć świadomości ale...właśnie wielką cenę płacimy za mądrość. Dojrzałość. Cenę konieczną wraz z upływem życia.
UsuńA wypadanie można sobie wsadzić, mówiąc gówniarsko :D
Opisałaś siebie prawdziwie, pięknie, z miłością do siebie.
OdpowiedzUsuńTeż mam 25 lat i cholernie wrażliwe i popieprzone wnętrze, momentami za dojrzałe. Ale jednak. Miło mi było czytać Twoje Prawdziwe słowa, Ty jesteś prawdziwa.
Cóż, dziękuję że tak myślisz. Choć, ostatnio zastanawiam się, ile właśnie tu prawdy ze mnie albo..jak ona jest odbierana.
UsuńWitaj Frida, okropnie tęskniłam za Twoimi wpisami.
OdpowiedzUsuńByć może mnie już nie pamiętasz ale kilka lat wstecz pisałam bloga, na bloog.pl , usunęłaś tam konto i nagle przypadkiem trafilam na Ciebie tutaj.
Dziś jak patrze co się zmieniło u mnie pod wplywem tego sporego czasu, to brakowało mi najbardziej Twoich mądrych,życiowych wpisów. Byłaś , jesteś i będzesz moją blogową siostrą zawsze i życzę Ci jak najwięcej tych wpisów, od tej pory wracam regularnie do tego pięknego świata. Zapraszam do mnie, pierwsze wpisy już wkrótce :)
W sumie to nie usunęłam, w sumie to zablokowała mi je administracja:D I jej, widzę, że ostatnio spotykam coraz więcej "ludzi z blogowej przeszłości":) I cieszę się niezmiernie:)
UsuńI..dziękuję za tak wielkie jednak słowa. I nie znalazłam adresu bloga, ale...jak tylko zaczniesz pisać, to podawaj!:D
Przepięknie napisałaś o dojrzewaniu...wszystko to jest prawdą,tak jak i ja wspomnialam w gościnny poście u Erraty,o tym,że pewna muzyka \wykonawca\zespół dociera do nas ,do naszych zmysłów ,dopiero wówczas kiedy NAUCZYMY się go odpowiednio odebrać,czyli właśnie kiedy dojrzejemy do tego,przychodzi TEN odpowiedni czas...Tak i wszystkie inne aspekty życia,są inaczej postrzegane z biegiem czasu,lat,przeżytych doświadczeń..To samo zdarzenie 10 lat temu,teraz z pewnością inaczej bysmy ocenili.Zwróciłaś uwagę Frido,ze często twórca jakiegoś utworu\plyty,zapytany czy z perspektywy czasu zmieniłby coś na danym materiale,zazwyczaj odpowiada,że tak...
OdpowiedzUsuńMożna by rzecz-panta rei ...
Dziękuję za miłe słowa:) Bo właśnie, czasem musimy się nauczyć, czasem coś trafia do nas bezpośrednio, ale to jak ziarno padające już na podatny grunt a nieraz...nieraz to wymaga cholernie dużo czasu. I to prawda. Po prostu...życie nas uczy, mówiąc w wielkich, cholernym uproszczeniu.
Usuń