Zamknęłam książkę tak cicho,
jakbym miała tym jednym ruchem obudzić umarłego.
Tak, umarłego.
Zamknęłam ją też z łzami w oczach.
Ale spokojnie. To były dobre łzy. Łzy tęsknoty, wzruszenia. Łzy
gorące, jednak...już nie tak smutne. On też rozróżniał
melancholię czarną i twórczą, prawda?
Listy Vincenta Van Gogha do jego
ukochanego brata Theo, jedynego sprzymierzeńca i przyjaciela w cały
smutnym życiu.
Czytałam je już kiedyś, gdy byłam
nastolatką. Czytałam je i wtedy wzruszały, ale nie poruszały
najwrażliwszych, najczulszych strun w mojej duszy. Wtedy jeszcze
nie. Bo ty, mój prywatny Vincencie, szalony malarzu, jeszcze wtedy
żyłeś. Bo nie znałam cię wtedy aż tak dobrze, choć, ze swoim
mistrzem i mentorem kojarzyłeś mi się od razu. Szalony,
nieobliczalny. I tak samo kochałeś życie, jednocześnie spadając
co chwila na dno rozpaczy, tak bardzo, że chciałeś sobie tą
radość życie i je samo w sobie odebrać.
Listy Vana czytałam ponad tydzień.
Dawno tak długo nie męczyłam żadnej książki. Ale wiesz, te
słowa, te listy...nie składały się dla mnie w powieść. Wiesz,
Vince, to było trochę tak, jakby tamten, szalony malarz który
uciął sobie ucho, pisał do mnie. Czasem miałam takie wrażenie,
że to ja zmieniam się w Theo. Nie mogłam czytać, nie wracając do
własnych wspomnień. Do twoich listów,choć ich nie było tak
wiele. Nie mogłam wracać do obrazów Vana, nie wracając do twoich
Vince. Zanurzyłam się w rzece wspomnień, widząc was jako jedno.
Dwóch szalonych malarzy ze złamanym życiem, dwóch widzących
kolor jako świętość.
Zawsze kłóciliśmy się o kolor
właśnie, pamiętasz? Zawsze to, co dla mnie było za jaskrawe, dla
ciebie było idealne. To, co dla mnie było zbyt stonowane, dla
ciebie stawało się prawidłowym nasyceniem. Podobnie było z
barwami życia. Pływałeś w skrajnościach jego barw. I tak jak
pisał o sobie Van, tak samo było was dwóch, w jednym człowieku.
Jeden, tak pokorny, łagodny, kochający życie i drugi mroczny,
awanturnik, który zjawia się gdy tylko życie zaczyna się układać.
Ty byłeś tak podobny. Czuły dla świata, barwy i światła,
szukający nieznanych bogów w rozgwieżdżonym niebie. Ale i ciebie
męczyły ohydne koszmary. I w tobie budziła się burza, bo
przecież, jak pisał Van, człowiek rośnie w burzy.
Ty byłeś właśnie w niej zrodzony.
Byłeś jej dzieckiem, grzmiącym i surowym, a potem...potem
następował spokój. I światło. I wiesz, jakie to było piękne?
Te twoje oczy, gdy na nowo wpadałeś w rytm, gdy na nowo wiedziałeś,
czym i dlaczego jesteś, w tym właśnie momencie? Bogowie, nigdy nie
widziałam większego światła w oczach. Było takie, jak pisał
Van- twoje oczy były wtedy jak oczy niemowląt, które znają całą
prawdę o świecie. To w twoich oczach nieraz bywały zamknięte
największe tajemnice wszechświata, tajemnice, które potem
zabarwiały płótna krwawo i błękitem nieba. To twoje dłonie,
wiecznie niedomyte od farby, kształtowały świat, zamykały go w
prostokącie płótna. To twoje dłonie prowadziły światło. Pędzel
i ten głód malowania.
Tak, ten głód...miałeś taki sam
głód tworzenia jak Van. Teraz to widzę, jak w tym byliście
podobni. Nawet, jeśli nie mogłeś z tego wyżyć, potrafiłeś dla
malowania poświęcić tak wiele. Tak samo i jego i ciebie przy życiu
trzymała nieraz praca. Biała plama płótna, która prowokuje, by
przeżyć jeszcze jeden dzień. Która prowokuje, by przeżyć i coś
przekazać. Pokazać swój punkt widzenia, swoje uwielbienie, swoją
duszę.
Czy naprawdę tak łatwo duszę zamknąć
na obrazie, Vince? Czy tobie było łatwo, Van gdy mieszkałeś w
Arles, gdzie do końca straciłeś ucho i rozum?
„Za moje malarstwo płacę
ryzykiem życia, ono zabrało mi połowę rozumu” jak pisał
przecież Van do brata.
Bo to właśnie białe płótno
sprawiało wam takie cierpienie. Nieraz to ty, Vince, łamałeś
ramy, nieraz ty nożem ciąłeś to, co powstało. Nieraz miesiącami
nie potrafiłeś patrzeć na białą plamę niegotowego obrazu,
pytając, po co to wszystko. Tak samo cierpieliście przez swoją
sztukę. Ale czy prawdziwa sztuka nie rodzi się właśnie w
cierpieniu nieraz? Czy najpiękniejsze barwy nie powstają, gdy
najpierw zstąpimy do mroku? Czy najpiękniejsze nuty tego, którego
też kochaliśmy, nie wychodziły ze strun bólu poruszanych w duszy,
ze strun tęsknot i złamanego serca?
Vince, może tak naprawdę nasza droga
musiała się składać z cierpienia? Może twoja musiała, byś
malował tak pięknie. Może Vana musiał dotknąć ten ból,
pogarda, może trzeba było łamać mu serce, bo inaczej nigdy nie
zwróciłby się do rozgwieżdżonego nieba?
Może ja potrzebowałam cierpienia,
może potrzebuję tej tęsknoty, za tobą Vince i naszym Gauguinem,
żeby odkryć może nie to, czym jest barwa, a czym jest po prostu
drobina szczęścia w życiu? Może cierpienie i tęsknota sprawiają,
że czarne kruki nad złotym zbożem są tak wyjątkowe?
Vince, może nic nie jest bez
przyczyny? Ile razy o tym rozmawialiśmy mój kochany? Ile? Ile razy
zastanawialiśmy się, czy trzeba było łamać ci kości jako
dziecku, czy twoja głowa musiała być tak szalona?
Czy może tylko po tym wszystkim można
dostrzec prawdziwe światło z nieba...i mieć takie światło w
oczach? Światło, które opromienia mimo wszystko blaskiem
miłości...może miłość musi być szalona, a życie nie może być
łatwe.
Bo życie przy tobie Vince nie było
łatwe. Nieraz jak Theo miałam ochotę powiedzieć ci wyjedź.
Nieraz miałam ochotę trzasnąć twoimi drzwiami i nigdy nie wrócić.
Ale nie można cię było zostawić, bo przecież..przy tym wszystkim
nie można było cię nie kochać. A teraz, nie można nie tęsknić,
tak bardzo, że nieraz to na nowo wraca, na nowo boli. Zwłaszcza i
po tym, że straciłam przecież i Gauguina.
Tak bo we dwoje Vince, ty i on,
byliście nieraz jak Van i Gauguin. Choć on nie malował, nie był
twoim przyjacielem w pędzlu, był nim w sztuce, rozumieniu świata.
Ten drugi nie szukał tylko spokoju i miłości, jak ty pośród
burzy. On szukał dzikości na plażach Tahiti, szukał pierwotnych
kobiet, którym mógłby dedykować muzykę na całym świecie. Mimo
to, dogadywaliście się o wiele lepiej. Nie straciłeś przez niego
ucha, rozciąłeś tylko rękę, by połączyć nas krwią. Rozciąłeś
rękę dla niego, ale i dla mnie.
Kim dla ciebie byłam? Ochrzciłeś
mnie Fridą, niepokorną malarką, która miała najdziwniejsze
wizje. Dla której dopiero po latach spędzonych w świetle i cieniu
zaczął liczyć się kolor. To z tobą piłam tequilę, to przy
tobie jeszcze bardziej rozluźniałam gorset w którym niegdyś
żyłam. Przy tobie uczyłam się tańczyć na kulawej, ale
wyrywającej się do tańca nodze. Choć nie, nie byłeś moim Diego,
stałeś się natchnieniem i tragedią życia. Ale czy czasem
tragedii nie kochamy najbardziej? To, co nas rani staje się dla nas
najważniejsze. Zmienia nas. A czasem staje się i najwyższą
czułością.
Tak, kochałam cię Vince, nadal cie
kocham. W tym świecie jak brata, ukochanego brata, który mnie
rozumiał i kształtował przez nasze zderzenie.
Trójka wariatów. Trójka, która
nadmiernie lubiła szukać w przeszłości i nadawać sobie imiona.
Dzieci, choć ponoć dorosłe. Ale to nie szkodziło. Być może,
było to jedną z najpiękniejszych rzeczy w naszym życiu. W twoim,
moim, jego....Ja przynajmniej nie zmieniłabym tego za nic. Nawet
jeśli potem przychodzi ból i tęsknota. Nie zmieniłabym tego za
nic, bo dowiedziałam się, także dzięki tobie Vince, czym jest
rozgwieżdżone nie bo i jak wielką ma wartość. Jakie w gwiazdach
kryją się znaczenia. Wiedziałam to dzięki tobie i dlatego tak
bardzo uderzyło mnie, gdy Van pisał o niebie...nie pamiętałam
tego za nic.
Może staliście się dla mnie jednym.
Może jego słowa w mojej pamięci stały się twoimi. Bo to ty byłeś
moim Vincentem. Tym, który może i sprzedał parę obrazów, ale tak
samo, nie dotarł na piechotę do śmierci.
Za szybko, za mocno, za intensywnie,
prowokując los...aż los swoje oddał. Czyż nie tak Vince?
To nasze gwiazdy są szalone, nasze
gwiazdy są szalone, te, które piastują nasze życia. Tak
mówiłeś. Może to właśnie takie gwiazdy przypadły nam na
palecie rozgwieżdżonego nieba. Może sami to wybraliśmy. Czy to ma
jakieś znaczenie? Gdy patrzę w niebo podczas bezchmurnych nocy
Vince, nie ma żadnego. Może tylko nieraz, gdy przeklina się los w
bólu, gdy tęsknota wyrywa serce...może nieraz, wtedy. Ale gdy w
sierpniu znów spadają gwiazdy, myślę o tobie jako o jednej z nich
i nie ma znaczenia już, czy to przeznaczenie, czy sami wybraliśmy
drogi. Uśmiecham się do nieba. Do tej trasy, do której prowadzi
śmierć, jak w jednym z listów do Theo pisał Van.
A może to gwiazdy złączyły los twój
i Vana, może za bardzo zapatrzyłeś się w jego gwiazdę jako
dziecko, nawet o tym nie wiedząc i dał ci swój talent, dał ci
swoje szaleństwo? Przekazał ci swoje światło?
Bo wciąż nie mogę zrozumieć, jak
mogliście być aż tak podobni. Jak mogliście mieć taką samą
słabość do ludzi prostych, brudnych. Ludzi upadłych. Tak jak Van
malował wieśniaków jedzących kartofle, tak ty, ponad sto lat
później malowałeś żebraków i bezdomnych. Nie zapomnę, jak
wziąłeś jednego z nich z ulicy, pozwoliłeś mu zostać parę dni
w swoim mieszkaniu, tylko dlatego, by pozwolił się malować. Nie
czułeś potrzeby zbawiania ich, jak potem Van. Zbawiać miało ich
twoje płótno. Wszystkie szare i zmęczone twarze, pod pociągnięciem
pędzla stawały się twarzami świętych. Brudne i śmierdzące
ciała to złote ciała cherubinów, cudownych mitycznych stworzeń.
Na chwilę zapisane momenty.
Pociągał cię brud i zniszczenie,
bieda, które ciebie kosztowały tyle pracy. To nic, że nieraz przez
to cię okradziono albo prawie pobito. Ty dalej musiałeś tworzyć.
Nieznajomi, bezimienni o pomarszczonych, zniszczonych dłoniach. Twoi
prywatni bogowie w momencie, gdy pozują.
A kobiety? Vince, gdy czytałam listy
Vana, myślałam, że dostałam w twarz. Tak samo jak on, kochałeś
wszystkie nierządnice i kobiety złamane. To one przetaczały się
przez twoje życie, ręce i łóżko. Przez twoje obrazy. Niektóre
nawet na swój sposób kochałeś. Lulu, striptizerka na tak wielu
obrazach. Majka, dziewczyna która obciągała w bramach za 20 zł,
na twoim obrazie istna królowa życia.
I doprawdy, Vince, czy musiałeś tak
dosłownie powtórzyć historię Vana, zanim cię nawet tak
ochrzczono? Tak samo jak on przyjąłeś pod swój dach kobietę w
ciąży, tak samo jak on wziąłeś to brzemię. Wychowywanie dziecka
które nigdy nie miało mieć ojca, a jednak, dostało go od świata,
choć na tak krótko. Zrobiłeś to, choć wszyscy, jak Vanowi mówili
ci, że to głupota. Że zniszczysz sobie tak życie jeszcze
bardziej, a twój szalony umysł zrobi komuś tylko krzywdę. Ale ty,
jak i Van przez jakiś czas, nie słuchałeś tych głosów. Robiłeś
swoje, kochałeś, miałeś taki sami głód miłości i posiadania
rodziny. Ciepła.
Nie żałowałeś, potem twierdziłeś,
że to była najlepsza rzecz jakąś zrobiłeś w życiu. Bo chociaż
z nią się rozstałeś, już zawsze miałeś syna, w przeciwieństwie
do Vana, który zostawił ich obydwoje.
.Syna, któremu przekazałeś trochę
swojego szaleństwa, kochałeś do ostatniego dnia. Jemu zostawiłeś
wszystko, co było jakoś cenne w twoim życiu, wszystkie rzeczy,
które dostanie, gdy dorośnie na tyle, by zrozumieć. Nie musiałeś
go spłodzić, był twój i bez tego. To ty opowiadałeś mu o
pachnących mrozem chmurach i uczyłeś jego przewrażliwione stopy
tego, że chodzenie po trawie boso wcale nie boli. Uczyłeś go jak
kocia sierść może być przyjemna i jak można kochać życie.
Przelałeś mu światło prosto w źrenice, to spokojne, ciepłe już
światło pełnej miłości.
Vince, może ty wtedy właśnie
nauczyłeś się kochać i doceniłeś to słowo, przy tym dziecku,
za które wziąłeś odpowiedzialność? Może wtedy tak naprawdę
wziąłeś ją po raz pierwszy w życiu i właśnie temu niemowlęciu
dałeś się oswoić, jak lis chciał pozwolić głaskać swoją
sierść Małemu Księciu?
Byłeś wspaniałym ojcem dla chłopca,
który choć nie twój którego chciano ci odebrać, ciebie kochał
najbardziej na świecie.
Czasem myślę, że tylko dzięki niemu
nie straciłeś ucha. Gdy szaleństwo obrazów i pracy przytłaczało,
to on wyciągał cię na powierzchnię najbardziej. Nie pozwalał
tonąć.
A potem ona. Ta, którą otoczyła cię
iście szaloną miłością pod koniec twojego życia. Wiesz, Vince,
mimo wszystko cieszę się, że nie byłeś całkiem jak Van. Cieszę
się, że zaznałeś o wiele więcej miłości, nauczyłeś się
kochać, mówić pod koniec życia jak Van przy pierwszym uczuciu
„ta, albo żadna”. I może twoje uczucie nie miało smaku
zbieranych z pola, ciepłych od słońca wiosennych truskawek, jak i
nie miała takiego smaku jego miłość odrzucona. Ale była piękna,
piękna tak, że w tej którą ochrzciłeś kocim imieniem została
wyrwa, której nie może do tej pory się pozbyć. Mimo wszystko,
miało to swoje piękno.
Twoje życie było ciężkie Vince, tak
jak życie Vana. Pełne nędzy, niepokoju i burzy. Pełne nieszczęść,
blizn na nadgarstkach. Ale tak samo ja Van, mimo wszystko kochałeś
życie. To ono było twoją pasją. Tak naprawdę nie malarstwo, nie
białe plamy płócien, które pokrywałeś jaskrawą barwą,
żółcienią i błękitem oczu prostytutek. To życie, które
doprowadzało cię do skraju. To życie, którego tyle razy chciałeś
się pozbyć.
Czasem myślę, że właśnie należałeś
do tych, którzy czuli za mocno. Za intensywnie, za mocno docierało
przez rozwarte źrenice właśnie to światło. Ale czy życie nieraz
nie powinno być dziką podróżą, tak jak mawiał i Gauguin, który
chciał porzucić swoje spokojne gniazdo? Może i wolałeś już
potem spacerować, gdy wiedziałeś co to miłość...ale niektórzy
do gwiazd muszą wręcz biec. Bo jak pisał Van w jednym z listów do
Theo:
„Udając się do Taraskonu czy
Rouen wsiadamy do pociągu; kiedy wybieramy się do gwiazd, śmierć
jest naszym środkiem lokomocji. Jedno jest niewątpliwe w tym
rozumowaniu: żywi nie możemy pojechać na gwiazdę, tak samo jak
nie możemy wsiąść do pociągu umarli. I w końcu wydaje mi się
niemożliwe, żeby cholera, piasek w nerkach, suchoty, rak, nie mogły
być środkami komunikacji niebieskiej, tak samo jak statek parowy,
omnibus i pociąg są środkami komunikacji ziemskiej. Umrzeć
spokojnie ze starości znaczyłoby pójść do nieba pieszo.”
Nie poszedłeś do nieba pieszo.
Zresztą, nigdy nie wierzyłam, że to zrobisz. Prędzej czy
później..każdy, ale nie ty. Choć może i o tym marzyłeś w
pewnym momencie Vince. Marzyłeś, prawda? Ale życie to nie
instytucja zajmująca się naszymi marzeniami.
I tak dopadł cię właśnie rak, gdy
marzyłeś dopadł cię nawet jeden z tych, o których pisał Van. I
wiesz, to, że skończyłeś ze sobą wcześniej, spokojnie
podcinając żyły, zanim dopadł cię ból było właśnie wyrazem
twojej miłości do życia. Wielu na pewno mnie wyśmieje Vince, gdy
to mówię ale....życie było twoje. Chciałeś, by było w twoich
rękach. By rozgwieżdżone niebo nie decydowało, ale było
świadkiem. Chciałeś odejść po swojemu, wśród swoich obrazów,
płócien, zostawiając listy, słowa pełne miłości ale i żalu.
Chciałeś tego, a nie w szpitalu, zwijając się z bólu, gdy
morfina już nie działa.
Niektórzy mówią, że to świadczyło
o tym, jak byłeś szalony. Dla mnie nie byłeś wtedy szalony ani
trochę. Choć w całym życiu podróżowałeś między dwoma
biegunami, między barwą jaskrawej żółci i soczystej zieleni a
barwą najsroższej czerni, wtedy twój umysł był jasny i spokojny,
gdy podejmowałeś tą decyzję, gdy nocą przyszedłeś się żegnać.
Ze mną pić ostatnie piwo, z Gauguinem jeść ostatni posiłek, z
nią ostatni raz się kochając. I wiesz, Vince...nigdy nie było w
tobie więcej światła. Vince...tamtej nocy byłeś już gwiazdą,
prawda?
Umarłeś sierpniowej nocy, gdy właśnie
spadały Perseidy. Van strzelił sobie w brzuch gdy niebo było
jeszcze spokojne, w lipcu, ty wybrałeś noc spadających gwiazd. Ty
podciąłeś sobie spokojnie żyły w swoim mieszkaniu o 4 nad ranem.
Wtedy, gdy jak mówiliśmy, świat umiera. Ty właśnie umarłeś
razem z nim, ale więcej nie powstałeś, nie było dla ciebie
kolejnego świtu.
Gdy zobaczyłam twoje rozwarte szeroko
oczy, w których żadnego światła już nie było, myślałam, że
świtu nie będzie już żadnego i dla mnie. Ani dla nikogo, kto cię
tak kochał, szalony malarzu.
Szeroko rozwarte oczy zmarłych
pozbawione są światła. Ale może Van miał rację, pisząc do
brata. Może śmierć jest tylko podróżą na gwiazdę, a całe
nasze światło tylko przenosi się w inne miejsce. Może niektórzy
idą na piechotę, a inni wręcz biegną, spalają, by sięgnąć
nieba.
Wiesz, Vince, lekturze jego listów
chcę wierzyć Vanowi. Temu, że gdy postrzelił się w brzuch może
nie tylko był na dnie rozpaczy, ale może wzywała go podróż.
Niektórych przecież zew woła wcześniej. Jak ciebie, Gauguina,
zanim dotarł na swoje Tahiti, którym dla niego były Hawaje.
Niektórzy muszą szybciej spakować swoje walizki, a my...my
dotrzemy może później.
I Vince, przecież...to tylko podróż.
Jesteście, ale jesteście dalej. I jestem szczęśliwa, że zostało
mi rozgwieżdżone niebo, wiesz? Bo właśnie w nie mogę spoglądać.
Każdej nocy widzę to światło, to,
które Gauguin przyrównywał do miłości płynącej po prostu z
oddali, nawet, gdy gwiazda się już wypali. Sięgnęliście gwiazd,
a ja mogę stać pod nimi, pod nimi śmiać się i płakać.
A tej jednej sierpniowej nocy, gdy
spadają gwiazdy najbardziej, mogę stać pod nimi, płakać
jednocześnie i się śmiać, pić dla ciebie wino i śpiewać. Jak
tamtego roku w górach z naszym Gauguinem. Teraz będę robić to
sama. Sama z naszej trójki.
Bo może wielu nie słuchało, gdy
chciałeś im przekazać tak wiele. Ale ja słuchałam uważnie,
widziałam i kochałam cię jak mocno tylko można było.
Przyjmowałam twoją burzę i nawet za nią tęsknię. Doceniam to,
że byłeś w moim życiu i że nadal mam rozgwieżdżone niebo.
Kocham cię, Vince, bracie i dzięki
tobie jeszcze bardziej kocham gwiazdy. Rozgwieżdżone niebo to nie
tylko kule spalanego gazu. To miłość, jak mówił i ten drugi,
która dociera do nas od tych, którzy wyruszyli w podróż.
Mam nadzieję, że w gwiazdach się
spotkaliście, w jakiś sposób, w miłości, świetle, spotkaliście
się tam, prawda Vince? Mam nadzieję, że nie ma piękniejszej i
bardziej ekscytującej podróży.
Ja na razie mam pociągi i statki, ale
dołączę do was, nie martw się. I może, znów pociągniemy
gwiezdnym pędzlem po cudzych twarzach. Ale, to już będzie inna
historia.
Wiem, że ta piosenka już pojawiła się na tym blogu..ale czy byłaby jakakolwiek właściwsza? Nie sądzę.
Do tego, ta przywołuje jeszcze jedno pragnienie. Chęć odwiedzenia razem z Cat muzeum Van Gogha w Amsterdamie, gdzie Starry starry night jest grana jako tło do obrazów. Podróż daleka, która jest przed nami, planowana od jakiegoś czasu.. Podróż jak każda inna. Jak życie, pełne przeszłości i jej wzruszeń ale i przyszłości. Aż dotrzemy do gwiazd.
Nie mogę powstrzymać się od komentarza, że chociaż kochaliście te listy na przeróżne sposoby, łączyła Was wspólna do nich miłość :)
OdpowiedzUsuńW sensie, że listy Van Gogha kochał i Vincent? Wiesz, ja nawet nie wiem, czy on je przeczytał...ale mi listy Vana i jego życie tak bardzo kojarzą się z Vincem że...kocham jakoś ich obu już teraz:) Wiadomo o co chodzi:)
UsuńStwierdziłam, że akapit czwarty to metafora do tego, że on jednak te listy czytał :D
UsuńA, ok, już rozumiem skąd to zamieszanie. Ja chyba nieraz za zawile piszę, ale to też wynika z tego, że nie piszę wprost historii tylko to, co w związku z pewnymi wspomnieniami leży mi na sercu...
UsuńRozumiem Cię :) Ty masz w głowie obrazy, a nam przekazujesz tylko te emocje, później my możemy te emocje odebrać tak, że w głowie mamy inne obrazy i to jest ciekawe co z tego wynika :D
UsuńMyślę,że może Vincent jest teraz gwiazdą na niebie. W jednym filmie mówili,że jak umrze smok to staje się gwiazdą na niebie. Być może z nim też tak jest. Jeśli wybrał moment kiedy one spadały by udać się na ich miejsce żeby zapełnić miejsce. W końcu był dobrym człowiekiem. Zasłużył na to.
OdpowiedzUsuńTo taka metafora ale właśnie tak to chcę widzieć. Jest, tylko dalej trochę, w innej postaci ale...to światło nadal dociera. I dokładnie, ta jego śmierć, tej nocy była niesamowicie symboliczna dla mnie i chyba dla każdego, kto o niej słyszy...
UsuńI dokładnie. Miał wady ale właśnie był wspaniałym człowiekiem. Walczył o to, by nieraz nim być.
jak ja bym chciała by miłość mnie odnalazła...
OdpowiedzUsuńI wszystko przed tobą:)
Usuńmega <3
OdpowiedzUsuńNo cóż, dzięki:)
UsuńJak dalej czytałam tym miałam większe ciarki na całym ciele..
OdpowiedzUsuńA to dobry czy raczej zły objaw? Ponoć ktoś, kto pisze mógłby wziąć to za dobrą monetę...ale w kwestii życia...czy nadal jest taką?:)
UsuńMasz rację, w życiu to już każdy chciałaby przeżywać tylko dobre chwile..
UsuńJasna sprawa, ale tak się nie da. Bez tych złych chwil, te dobre byłby całkiem jałowe przecież. Jedno bez drugiego nie istnieje, tyko my nieraz uparcie nie chcemy tego dostrzec.
UsuńMasz rację. Każde złe doświadczenie nas też wzmacnia..
UsuńPomyślałam właśnie podobnie do Anelise. Nie ważne, że inaczej widzieliście "świat", lecz miłość do niego was łączyła. Pamiętaj o tym.
OdpowiedzUsuńBo nigdy nie zobaczymy świata identycznie jak ktoś, kogo nawet kochamy, czyż nie?:)
UsuńZawsze gdy zabieram się za czytanie Twoich tekstów wiem, że niesamowicie trudno będzie je skomentować. Piszesz w taki fenomenalny, poruszający sposób, że nie sposób już nic dodać do tego co napisałaś.
OdpowiedzUsuńPS. Uwielbiam Vincenta van Gogh'a
Dziękuję za taki wspaniały komplement choć...jakoś tego nie widzę:) Ale to chyba zawsze tak bywa, co?:)
UsuńI nie idzie chyba go nie kochać:)
Cieszę się, że już przebrnęłaś przez tą emocjonalną podróż, jaką było czytanie tej książki. Chociaż to była podróż nie tylko po emocjach, ale i po wspomnieniach. Niesamowite jak czytając o kimś obcym, dostrzegasz tam kogoś bliskiego, no nie? Ale, cieszę się, że masz już to za sobą, bo choć teraz to pięknie opisałaś, to chyba było na swój sposób męczące, prawda?
OdpowiedzUsuńDokładnie. I to nawet w kimś z całkiem innej epoki, gdzie teoretycznie nie ma prawa się to zdarzyć...a jednak. Nawet sytuacje, cechy charakteru, pewne przemyślenia tak spójne...cóż.
UsuńI było męczące, ale to przyjemne zmęczenie, inaczej bym sobie tego nie robiła i nie pisała ci co chwila "wracam do Vana":) może właśnie trzeba nieraz się tak zmęczyć:) po latach zwłaszcza.
Magia po prostu :) Może faktycznie jakaś cząstka duszy Vana wylądowała w duszy Vince'a :)
UsuńTym bardziej jak to dobre zmęczenie. Bo wcześniej chyba męczy w mniej przyjemny sposób.
Nie wiedziałam, że Vincent pisał jakieś listy. Gdzie można je przeczytać? Znajdę je w bibliotece, na Internecie? :)
OdpowiedzUsuńPisał, przez całe życie. Do swojego brata Theo przede wszystkim, ale też do kobiet które kochał, do Gauguina zanim ten przyjechał do Arles...ale te do brata, najbardziej intymne zostały właśnie zebrane w książkę i wydane. Ja mam swoje z biblioteki, ale myślę, że w pdfach gdzieś w necie też się znajdzie. Swojego czasu listy Vincenta były bardzo popularne, tak samo jak Pasja życia Irvinga Stone'a.
UsuńPoruszające słowa i emocje, które od nich biją. Tyle w Tobie piękna i siły :) Jutro idę do biblioteki poszukać listów Van Gogha, mocno mnie nimi zaintrygowałaś, dzięki ;)
OdpowiedzUsuńCóż...dzięki:) Chociaż, we mnie tyle samo siły i piękna co w każdym człowieku i też każdy zawsze widzi, co chce widzieć, najważniejsza rzecz chyba:)
UsuńI szukaj, szukaj, bo naprawdę warto się zapoznać.
Też prawda, chociaż gdy prawie wszyscy naokoło przybierają maski ciężko to dostrzec. Przynajmniej mi ;)
UsuńByłam dziś u siebie w bibliotece, panie nie wiedziały o co mi chodzi, ale za to znalazłam "Pasję życia" Irvinga Stone'a, wciągająca. Ale listów poszukam jeszcze gdzie indziej.
Moja mama mówła mi o listach Van Gogha i była zachwycona. Bardzo chce przeczytać, czuć się poruszona, bardzo lubię takie książki, jego obrazy. Moja babcia przywiozła mi kiedyś jego obraz w ramie "Pokój w Arles", szukam odpowiedniego miejsca, gdzie zawiśnie na ścianie :) Bardzo poruszająco napisałaś.
OdpowiedzUsuńWięc przeczytać musisz koniecznie. Tak naprawdę, na wiele jego obrazów zaczyna się patrzeć całkiem inaczej po lekturze listów właśnie:) I cóż, powiesić na pewno się przyda, że tak powiem, bo Van wprowadza do pomieszczeń niesamowity nastrój...
UsuńJak powieszę, pokaże Ci zdjęcie ściany. Jego obrazy są wyjątkowe, bardzo lubię. Pamiętam, że zostawiłam sobie kalendarz z jego pracami, tak na pamiątkę.
UsuńSamobójstwo, którego nie nazwałabym samobójstwem. Tylko wyborem. Strzeleniem w łeb chorobie. To nie ona wybrała mu koniec, to On zaśmiał się jej w twarz i zdecydował zakończyć żywot.
OdpowiedzUsuńBrakuje nam tych, którzy odeszli...
Dokładnie. To wybór, zaśmianie się nieuchronnemu końcowi w twarz. Dlatego ja też nie nawykłam mówić samobójstwo o tym co się stało...
UsuńZawsze, brakuje ogromnie. Ale czasem warto docenić choć to, że mamy za kim tęsknić...
No pewnie, niektórzy mogli nie mieć tak wspaniałych ludzi w swoim życiu.
UsuńA co do grup blogowych: większość ludzi jest ok, ale jest kilka osób, które robią afery na przykład. A ostatnim pomysłem 'elity rządzącej' było wywalenie osób, które wg nich zbyt rzadko się udzielają (były osoby, które rzeczywiście nie przejawiały aktywności, ze mną źle nie było, nie spamowałam, ale lajki, czasem komentarz). I wywalenie z grupy nastąpiło bez powiadomienia tych osób. Także miło mi nie było :)
Nie wiem czy będę w stanie cokolwiek napisać poza tym, że napisałaś tak wzruszająco ten list, że momentami miałam łzy w oczach, naprawdę.
OdpowiedzUsuńNie wiem czy to dobrze, czy źle, ale ja miałam momentami szklane oczy jak to pisałam, więc...chyba przejęłaś moje emocje, o:)
UsuńWcale się nie dziwię, bo to jednak wielkie emocje, uczucia, które przez Ciebie przepływają, przekazałaś nam idealnie i to się po prostu czuje. Więc... to chyba dobrze :)
UsuńOpowiedziałaś mi już kiedyś Jego historię... a ja nic Ci wtedy nie odpisałam i aż mi głupio. Dobrze, że teraz jest ku temu okazja ;)
OdpowiedzUsuńNiebywałe jak wiele łączyło Go z Van Goghiem. Ale może to właśnie taki typ ludzi o podobnym sercu.
Po przeczytaniu historii Vincenta, wtedy i teraz odniosłam takie samo wrażenie jak Ty: że to on trzymał życie w garści, żył całym sobą pomimo jakichś skłonności autodestrukcyjnych i w końcu jednak wygrał życie.
Podziwiam za to czerpanie z życia pełnymi garściami i życie po swojemu... zresztą tak samo jak Ty i Kordian, wyjątkowa z Was trójka.
A cały list pięknie napisany. No i zachęciłaś mnie do przeczytania listów Van Gogha ;]
No tak, pamiętam tego maila, wtedy po nim pisałam nawet o eutanazji, bo jednak skojarzenia pewne są...i nie ma co być ci głupio:)
UsuńDokładnie, tak teraz po latach to spokojnie przeanalizowałam i...to faktycznie, jak przeznaczenie. A to myśmy mu tą ksywkę nadali, nawet nie wiedząc o pewnych faktach. Patrz, jak nieraz się różnie los plecie:)
I właśnie może dlatego, że naprawdę znał skraj, spojrzał w otchłań, znał właśnie życie? Może tylko wtedy naprawdę to działa?
I cieszę się, że jednak dane nam było się spotkać.
I czytaj, czytaj koniecznie. Coś czuję, że w nich znajdziesz i coś dla siebie:)
Różne cuda się dzieją we wszechświecie ;)
UsuńBardzo wierzę w to, że warto doświadczać jak najwięcej, bo dzięki temu właśnie poznajemy życie. Nie będziesz miał życia w garści jeśli będziesz od niego uciekał. I może nie trzeba od razu stawać nad otchłanią, ale po prostu doświadczać i ryzykować. Naprawdę wierzę, że każde takie przeżycie jest bardzo cenne.
Naprawdę? To mnie jeszcze bardziej zaciekawiłaś ;)
Chyba będę musiała je przeczytać w wolnym czasie :)
OdpowiedzUsuńZdecydowanie, polecam:)
UsuńPo przeczytaniu tej notki, nie wiem - po prostu nie wiem co powiedzieć.
UsuńRozpłynęłam się, rozpadłam.. I boję się napisać cokolwiek, żeby tego nie popsuć. Więc pozwól, że pomilczę jeszcze chwilę z oczyma wpatrzonymi w te słowa i zasłuchana w dźwiękach.
OdpowiedzUsuńPiekny list, :)
OdpowiedzUsuńnigdy nie interesowałam się malarstwem, więc się nie wypowiadam, ale cieszę się, że istnieją jeszcze ludzie, którzy się tym pasjonują :)
OdpowiedzUsuńOch, Frida, Ty to potrafisz człowieka złapać za serce :) Zawsze, kiedy Cię czytam spływa na mnie jakaś akceptacja i empatia w stosunku do siebie i życia.
OdpowiedzUsuńI kurczę, masz szczęście do ludzi. Ludzi prawdziwych, gorących, kochających życie, z pasją tak ogromną, że można dzielić na pół świata. Chociaż może czasem wystarczy kogoś naprawdę dobrze poznać, by to zobaczyć? :)
I wiesz, zawsze mnie bolało, że ludzie tak wspaniali jak Gogh, pełni pasji, życia, utalentowani, jednocześnie cierpią tak bardzo. Jak większość artystów, co nie? Ale te słowa wyjaśniają mi wszystko : "To, co nas rani staje się dla nas najważniejsze. Zmienia nas. A czasem staje się i najwyższą czułością." :)
Jak Ty wspaniale potrafisz dobierać słowa. Czytając Twoje wpisy można wczuć się w sytuacje, poczuć (prawie namacalnie) to, o czym piszesz.. Niesamowite :)
OdpowiedzUsuńA tych listów nie znam.
Nic nie jest bez przyczyny. Z największego bólu i cierpienia moż... nie, trzeba coś wyciągnąć. Wiele wyciągnąć. To swoisty dar.
OdpowiedzUsuńPrawda. Powoli zbliżają się cudowne sierpniowe noce, podczas których spadają gwiazdy. I ja uwielbiam na nie patrzyć, przywołują wspomnienia, tworzą nowe i są po prostu magiczne, nieosiągalne, piękne, stały się już dawno dla mnie wyjątkowe, choć może dla niewielu jest to zrozumiałe. I wiesz, jak napisałaś ‘uśmiecham się do nieba’, pisałaś o gwiazdach to przypomniał mi się cytat z ‘Małego Księcia’, który bardzo lubię- ‘A gdy się pocieszysz (zawsze się w końcu pocieszamy), będziesz zadowolony z tego, że mnie znałeś. Będziesz zawsze moim przyjacielem. Będziesz miał ochotę śmiać się ze mną. Będziesz od czasu do czasu otwierał okno - ot, tak sobie, dla przyjemności. Twoich przyjaciół zdziwi to, że śmiejesz się, patrząc na gwiazdy. Wtedy im powiesz: “Gwiazdy zawsze pobudzają mnie do śmiechu”. Pomyślą, że zwariowałeś. Zrobiłem ci brzydki figiel.’ I ja nie tylko na widok gwiazd się uśmiecham, ale i za każdym razem czytając ten cytat.
OdpowiedzUsuńA Twojego listu, mam poczucie, jakoś nie wypada mi, nie będę komentować, bo to bardzo Wasze, osobiste. Mogę jedynie napisać, że cieszę się, że poznałam kawałek wyjątkowej, wzruszającej historii takich ludzi, których, bo chyba nie tylko jednego, rzeczywiście to chyba życie było pasją. I jakoś mam wrażenie, że gwiazdy szybciej ciągną tam do siebie w podróż ludzi, którzy naprawdę wysysali z tego życia jak najwięcej. Może też chcą mieć tam tak wspaniałe istoty.
Wspaniale piszesz o przyjaciołach. Nawet w momentach, gdy uważasz, iż jego zachowanie było niesłuszne czy irracjonalne - to wszystko nadal ma taką ciepłą otoczkę. No i odnaleźć ideały "mistrza" w postępowaniu i zachowaniu swojego przyjaciela, to na pewno wielkie przeżycie, cudowna podróż w przeszłość, oglądanie na nowo wszystkich Jego zachowań. Mimo narastającej tęsknoty uważam, że czasem dobrze jest obejrzeć się za siebie i przeżyć coś jeszcze raz - chociaż wyłącznie w swojej głowie.
OdpowiedzUsuńniesamowita historia, nie miałem pojęcia, że dziś trafiają się nadal takie osoby jak ten Vincent, generalnie jednak smutna historia bo choć z tego co piszesz żył pełnią życia to chyba jednak pełni szczęścia w życiu nie doznał, sensu nie odnalazł
OdpowiedzUsuńO, i tak dowiedziałam się, jak stałaś się Fridą! :)
OdpowiedzUsuńSkomplikowana historia. Van Gogh też był skomplikowany. To moja fascynacja jeszcze z czasów gimnazjum. Ulubiony malarz do dzisiaj. Razem ze swoim dziwacznym widzeniem świata i charakterem. Gdyby nie Teo, Vincent nie stworzylby wielu ze swoich dzieł, może nawet żadnego, bo on mu pomagał finansowo. Przynajmniej tego dowiedziałam się z jego biografii.
Nie wiem, w jaki sposób rozumiesz życie pełnią życia. Van Gogh żył (przynajmniej do momentu, w którym odciął sobie ucho) pełnią percepcji. W ogóle słyszałam też, jakoby to Gaugin miał odciąć mu to ucho, ale teraz już się tego nie dowiemy.
Ludzie przychodzą, odchodzą, a ślad po nich zostaje, przynajmniej w naszych sercach. W tym sensie żaden z powyższych Vincentów nie umarł.
Wędruj z nim w kierunku gwiazd, może kiedyś zabłyśniesz obok niego.
OdpowiedzUsuńJestem pewna, że jeszcze się spotkacie. Cała trójka.
OdpowiedzUsuńJednego nie znałam, drugiego też mi brakuje, choć właściwie jest zupełnie obcy... A Ty jesteś niesamowitą i silną kobietą, która została z tęsknotą za przyjaciółmi i tak pięknie potrafi o tym pisać... Ale nie mogę Cię nie zapytać - nie zastanawiasz się czasem, co los dla Ciebie teraz szykuje?
OdpowiedzUsuńPięknie o Nim piszesz Frido.
OdpowiedzUsuńpięknie napisane. nie znam tej książki, ale jeszcze nic straconego.
OdpowiedzUsuńjakoś mi smutno było gdy to czytałam, chociaż wyczuwa się tak wspaniałe uczucia i przygody.na pewno byliście świetną trójką szalonych przyjaciół. na pewno znaliście się jak łyse konie! i właśnie dzięki temu wykryłaś tą podobiznę między oboma Vincentami! to zaskakujące jacy ludzie czasem stają na naszej drodze, to zaskakujące, jak niektóre przypadkowe sytuacje/rzeczy przypominają nam innych ludzi
OdpowiedzUsuńjeśli pamiętasz K. z dissolved--girl - to ja :) wróciłam!