niedziela, 31 maja 2015

O dwóch szalonych malarzach żyjących w całkiem innych czasach ale mających podobne serca, czyli pełen wzruszenia i dobrej tęsknoty list do rozgwieżdżonego nieba

Zamknęłam książkę tak cicho, jakbym miała tym jednym ruchem obudzić umarłego.
Tak, umarłego.
Zamknęłam ją też z łzami w oczach. Ale spokojnie. To były dobre łzy. Łzy tęsknoty, wzruszenia. Łzy gorące, jednak...już nie tak smutne. On też rozróżniał melancholię czarną i twórczą, prawda?

Listy Vincenta Van Gogha do jego ukochanego brata Theo, jedynego sprzymierzeńca i przyjaciela w cały smutnym życiu.
Czytałam je już kiedyś, gdy byłam nastolatką. Czytałam je i wtedy wzruszały, ale nie poruszały najwrażliwszych, najczulszych strun w mojej duszy. Wtedy jeszcze nie. Bo ty, mój prywatny Vincencie, szalony malarzu, jeszcze wtedy żyłeś. Bo nie znałam cię wtedy aż tak dobrze, choć, ze swoim mistrzem i mentorem kojarzyłeś mi się od razu. Szalony, nieobliczalny. I tak samo kochałeś życie, jednocześnie spadając co chwila na dno rozpaczy, tak bardzo, że chciałeś sobie tą radość życie i je samo w sobie odebrać.

Listy Vana czytałam ponad tydzień. Dawno tak długo nie męczyłam żadnej książki. Ale wiesz, te słowa, te listy...nie składały się dla mnie w powieść. Wiesz, Vince, to było trochę tak, jakby tamten, szalony malarz który uciął sobie ucho, pisał do mnie. Czasem miałam takie wrażenie, że to ja zmieniam się w Theo. Nie mogłam czytać, nie wracając do własnych wspomnień. Do twoich listów,choć ich nie było tak wiele. Nie mogłam wracać do obrazów Vana, nie wracając do twoich Vince. Zanurzyłam się w rzece wspomnień, widząc was jako jedno. Dwóch szalonych malarzy ze złamanym życiem, dwóch widzących kolor jako świętość.

Zawsze kłóciliśmy się o kolor właśnie, pamiętasz? Zawsze to, co dla mnie było za jaskrawe, dla ciebie było idealne. To, co dla mnie było zbyt stonowane, dla ciebie stawało się prawidłowym nasyceniem. Podobnie było z barwami życia. Pływałeś w skrajnościach jego barw. I tak jak pisał o sobie Van, tak samo było was dwóch, w jednym człowieku. Jeden, tak pokorny, łagodny, kochający życie i drugi mroczny, awanturnik, który zjawia się gdy tylko życie zaczyna się układać. Ty byłeś tak podobny. Czuły dla świata, barwy i światła, szukający nieznanych bogów w rozgwieżdżonym niebie. Ale i ciebie męczyły ohydne koszmary. I w tobie budziła się burza, bo przecież, jak pisał Van, człowiek rośnie w burzy.

Ty byłeś właśnie w niej zrodzony. Byłeś jej dzieckiem, grzmiącym i surowym, a potem...potem następował spokój. I światło. I wiesz, jakie to było piękne? Te twoje oczy, gdy na nowo wpadałeś w rytm, gdy na nowo wiedziałeś, czym i dlaczego jesteś, w tym właśnie momencie? Bogowie, nigdy nie widziałam większego światła w oczach. Było takie, jak pisał Van- twoje oczy były wtedy jak oczy niemowląt, które znają całą prawdę o świecie. To w twoich oczach nieraz bywały zamknięte największe tajemnice wszechświata, tajemnice, które potem zabarwiały płótna krwawo i błękitem nieba. To twoje dłonie, wiecznie niedomyte od farby, kształtowały świat, zamykały go w prostokącie płótna. To twoje dłonie prowadziły światło. Pędzel i ten głód malowania.

Tak, ten głód...miałeś taki sam głód tworzenia jak Van. Teraz to widzę, jak w tym byliście podobni. Nawet, jeśli nie mogłeś z tego wyżyć, potrafiłeś dla malowania poświęcić tak wiele. Tak samo i jego i ciebie przy życiu trzymała nieraz praca. Biała plama płótna, która prowokuje, by przeżyć jeszcze jeden dzień. Która prowokuje, by przeżyć i coś przekazać. Pokazać swój punkt widzenia, swoje uwielbienie, swoją duszę.
Czy naprawdę tak łatwo duszę zamknąć na obrazie, Vince? Czy tobie było łatwo, Van gdy mieszkałeś w Arles, gdzie do końca straciłeś ucho i rozum?
Za moje malarstwo płacę ryzykiem życia, ono zabrało mi połowę rozumu” jak pisał przecież Van do brata.

Bo to właśnie białe płótno sprawiało wam takie cierpienie. Nieraz to ty, Vince, łamałeś ramy, nieraz ty nożem ciąłeś to, co powstało. Nieraz miesiącami nie potrafiłeś patrzeć na białą plamę niegotowego obrazu, pytając, po co to wszystko. Tak samo cierpieliście przez swoją sztukę. Ale czy prawdziwa sztuka nie rodzi się właśnie w cierpieniu nieraz? Czy najpiękniejsze barwy nie powstają, gdy najpierw zstąpimy do mroku? Czy najpiękniejsze nuty tego, którego też kochaliśmy, nie wychodziły ze strun bólu poruszanych w duszy, ze strun tęsknot i złamanego serca?
Vince, może tak naprawdę nasza droga musiała się składać z cierpienia? Może twoja musiała, byś malował tak pięknie. Może Vana musiał dotknąć ten ból, pogarda, może trzeba było łamać mu serce, bo inaczej nigdy nie zwróciłby się do rozgwieżdżonego nieba?
Może ja potrzebowałam cierpienia, może potrzebuję tej tęsknoty, za tobą Vince i naszym Gauguinem, żeby odkryć może nie to, czym jest barwa, a czym jest po prostu drobina szczęścia w życiu? Może cierpienie i tęsknota sprawiają, że czarne kruki nad złotym zbożem są tak wyjątkowe?
Vince, może nic nie jest bez przyczyny? Ile razy o tym rozmawialiśmy mój kochany? Ile? Ile razy zastanawialiśmy się, czy trzeba było łamać ci kości jako dziecku, czy twoja głowa musiała być tak szalona?
Czy może tylko po tym wszystkim można dostrzec prawdziwe światło z nieba...i mieć takie światło w oczach? Światło, które opromienia mimo wszystko blaskiem miłości...może miłość musi być szalona, a życie nie może być łatwe.

Bo życie przy tobie Vince nie było łatwe. Nieraz jak Theo miałam ochotę powiedzieć ci wyjedź. Nieraz miałam ochotę trzasnąć twoimi drzwiami i nigdy nie wrócić. Ale nie można cię było zostawić, bo przecież..przy tym wszystkim nie można było cię nie kochać. A teraz, nie można nie tęsknić, tak bardzo, że nieraz to na nowo wraca, na nowo boli. Zwłaszcza i po tym, że straciłam przecież i Gauguina.

Tak bo we dwoje Vince, ty i on, byliście nieraz jak Van i Gauguin. Choć on nie malował, nie był twoim przyjacielem w pędzlu, był nim w sztuce, rozumieniu świata. Ten drugi nie szukał tylko spokoju i miłości, jak ty pośród burzy. On szukał dzikości na plażach Tahiti, szukał pierwotnych kobiet, którym mógłby dedykować muzykę na całym świecie. Mimo to, dogadywaliście się o wiele lepiej. Nie straciłeś przez niego ucha, rozciąłeś tylko rękę, by połączyć nas krwią. Rozciąłeś rękę dla niego, ale i dla mnie.
Kim dla ciebie byłam? Ochrzciłeś mnie Fridą, niepokorną malarką, która miała najdziwniejsze wizje. Dla której dopiero po latach spędzonych w świetle i cieniu zaczął liczyć się kolor. To z tobą piłam tequilę, to przy tobie jeszcze bardziej rozluźniałam gorset w którym niegdyś żyłam. Przy tobie uczyłam się tańczyć na kulawej, ale wyrywającej się do tańca nodze. Choć nie, nie byłeś moim Diego, stałeś się natchnieniem i tragedią życia. Ale czy czasem tragedii nie kochamy najbardziej? To, co nas rani staje się dla nas najważniejsze. Zmienia nas. A czasem staje się i najwyższą czułością.
Tak, kochałam cię Vince, nadal cie kocham. W tym świecie jak brata, ukochanego brata, który mnie rozumiał i kształtował przez nasze zderzenie.

Trójka wariatów. Trójka, która nadmiernie lubiła szukać w przeszłości i nadawać sobie imiona. Dzieci, choć ponoć dorosłe. Ale to nie szkodziło. Być może, było to jedną z najpiękniejszych rzeczy w naszym życiu. W twoim, moim, jego....Ja przynajmniej nie zmieniłabym tego za nic. Nawet jeśli potem przychodzi ból i tęsknota. Nie zmieniłabym tego za nic, bo dowiedziałam się, także dzięki tobie Vince, czym jest rozgwieżdżone nie bo i jak wielką ma wartość. Jakie w gwiazdach kryją się znaczenia. Wiedziałam to dzięki tobie i dlatego tak bardzo uderzyło mnie, gdy Van pisał o niebie...nie pamiętałam tego za nic.
Może staliście się dla mnie jednym. Może jego słowa w mojej pamięci stały się twoimi. Bo to ty byłeś moim Vincentem. Tym, który może i sprzedał parę obrazów, ale tak samo, nie dotarł na piechotę do śmierci.
Za szybko, za mocno, za intensywnie, prowokując los...aż los swoje oddał. Czyż nie tak Vince?

To nasze gwiazdy są szalone, nasze gwiazdy są szalone, te, które piastują nasze życia. Tak mówiłeś. Może to właśnie takie gwiazdy przypadły nam na palecie rozgwieżdżonego nieba. Może sami to wybraliśmy. Czy to ma jakieś znaczenie? Gdy patrzę w niebo podczas bezchmurnych nocy Vince, nie ma żadnego. Może tylko nieraz, gdy przeklina się los w bólu, gdy tęsknota wyrywa serce...może nieraz, wtedy. Ale gdy w sierpniu znów spadają gwiazdy, myślę o tobie jako o jednej z nich i nie ma znaczenia już, czy to przeznaczenie, czy sami wybraliśmy drogi. Uśmiecham się do nieba. Do tej trasy, do której prowadzi śmierć, jak w jednym z listów do Theo pisał Van.

A może to gwiazdy złączyły los twój i Vana, może za bardzo zapatrzyłeś się w jego gwiazdę jako dziecko, nawet o tym nie wiedząc i dał ci swój talent, dał ci swoje szaleństwo? Przekazał ci swoje światło?
Bo wciąż nie mogę zrozumieć, jak mogliście być aż tak podobni. Jak mogliście mieć taką samą słabość do ludzi prostych, brudnych. Ludzi upadłych. Tak jak Van malował wieśniaków jedzących kartofle, tak ty, ponad sto lat później malowałeś żebraków i bezdomnych. Nie zapomnę, jak wziąłeś jednego z nich z ulicy, pozwoliłeś mu zostać parę dni w swoim mieszkaniu, tylko dlatego, by pozwolił się malować. Nie czułeś potrzeby zbawiania ich, jak potem Van. Zbawiać miało ich twoje płótno. Wszystkie szare i zmęczone twarze, pod pociągnięciem pędzla stawały się twarzami świętych. Brudne i śmierdzące ciała to złote ciała cherubinów, cudownych mitycznych stworzeń. Na chwilę zapisane momenty.
Pociągał cię brud i zniszczenie, bieda, które ciebie kosztowały tyle pracy. To nic, że nieraz przez to cię okradziono albo prawie pobito. Ty dalej musiałeś tworzyć. Nieznajomi, bezimienni o pomarszczonych, zniszczonych dłoniach. Twoi prywatni bogowie w momencie, gdy pozują.

A kobiety? Vince, gdy czytałam listy Vana, myślałam, że dostałam w twarz. Tak samo jak on, kochałeś wszystkie nierządnice i kobiety złamane. To one przetaczały się przez twoje życie, ręce i łóżko. Przez twoje obrazy. Niektóre nawet na swój sposób kochałeś. Lulu, striptizerka na tak wielu obrazach. Majka, dziewczyna która obciągała w bramach za 20 zł, na twoim obrazie istna królowa życia.

I doprawdy, Vince, czy musiałeś tak dosłownie powtórzyć historię Vana, zanim cię nawet tak ochrzczono? Tak samo jak on przyjąłeś pod swój dach kobietę w ciąży, tak samo jak on wziąłeś to brzemię. Wychowywanie dziecka które nigdy nie miało mieć ojca, a jednak, dostało go od świata, choć na tak krótko. Zrobiłeś to, choć wszyscy, jak Vanowi mówili ci, że to głupota. Że zniszczysz sobie tak życie jeszcze bardziej, a twój szalony umysł zrobi komuś tylko krzywdę. Ale ty, jak i Van przez jakiś czas, nie słuchałeś tych głosów. Robiłeś swoje, kochałeś, miałeś taki sami głód miłości i posiadania rodziny. Ciepła.
Nie żałowałeś, potem twierdziłeś, że to była najlepsza rzecz jakąś zrobiłeś w życiu. Bo chociaż z nią się rozstałeś, już zawsze miałeś syna, w przeciwieństwie do Vana, który zostawił ich obydwoje.
.Syna, któremu przekazałeś trochę swojego szaleństwa, kochałeś do ostatniego dnia. Jemu zostawiłeś wszystko, co było jakoś cenne w twoim życiu, wszystkie rzeczy, które dostanie, gdy dorośnie na tyle, by zrozumieć. Nie musiałeś go spłodzić, był twój i bez tego. To ty opowiadałeś mu o pachnących mrozem chmurach i uczyłeś jego przewrażliwione stopy tego, że chodzenie po trawie boso wcale nie boli. Uczyłeś go jak kocia sierść może być przyjemna i jak można kochać życie. Przelałeś mu światło prosto w źrenice, to spokojne, ciepłe już światło pełnej miłości.
Vince, może ty wtedy właśnie nauczyłeś się kochać i doceniłeś to słowo, przy tym dziecku, za które wziąłeś odpowiedzialność? Może wtedy tak naprawdę wziąłeś ją po raz pierwszy w życiu i właśnie temu niemowlęciu dałeś się oswoić, jak lis chciał pozwolić głaskać swoją sierść Małemu Księciu?
Byłeś wspaniałym ojcem dla chłopca, który choć nie twój którego chciano ci odebrać, ciebie kochał najbardziej na świecie.
Czasem myślę, że tylko dzięki niemu nie straciłeś ucha. Gdy szaleństwo obrazów i pracy przytłaczało, to on wyciągał cię na powierzchnię najbardziej. Nie pozwalał tonąć.

A potem ona. Ta, którą otoczyła cię iście szaloną miłością pod koniec twojego życia. Wiesz, Vince, mimo wszystko cieszę się, że nie byłeś całkiem jak Van. Cieszę się, że zaznałeś o wiele więcej miłości, nauczyłeś się kochać, mówić pod koniec życia jak Van przy pierwszym uczuciu „ta, albo żadna”. I może twoje uczucie nie miało smaku zbieranych z pola, ciepłych od słońca wiosennych truskawek, jak i nie miała takiego smaku jego miłość odrzucona. Ale była piękna, piękna tak, że w tej którą ochrzciłeś kocim imieniem została wyrwa, której nie może do tej pory się pozbyć. Mimo wszystko, miało to swoje piękno.

Twoje życie było ciężkie Vince, tak jak życie Vana. Pełne nędzy, niepokoju i burzy. Pełne nieszczęść, blizn na nadgarstkach. Ale tak samo ja Van, mimo wszystko kochałeś życie. To ono było twoją pasją. Tak naprawdę nie malarstwo, nie białe plamy płócien, które pokrywałeś jaskrawą barwą, żółcienią i błękitem oczu prostytutek. To życie, które doprowadzało cię do skraju. To życie, którego tyle razy chciałeś się pozbyć.
Czasem myślę, że właśnie należałeś do tych, którzy czuli za mocno. Za intensywnie, za mocno docierało przez rozwarte źrenice właśnie to światło. Ale czy życie nieraz nie powinno być dziką podróżą, tak jak mawiał i Gauguin, który chciał porzucić swoje spokojne gniazdo? Może i wolałeś już potem spacerować, gdy wiedziałeś co to miłość...ale niektórzy do gwiazd muszą wręcz biec. Bo jak pisał Van w jednym z listów do Theo:
Udając się do Taraskonu czy Rouen wsiadamy do pociągu; kiedy wybieramy się do gwiazd, śmierć jest naszym środkiem lokomocji. Jedno jest niewątpliwe w tym rozumowaniu: żywi nie możemy pojechać na gwiazdę, tak samo jak nie możemy wsiąść do pociągu umarli. I w końcu wydaje mi się niemożliwe, żeby cholera, piasek w nerkach, suchoty, rak, nie mogły być środkami komunikacji niebieskiej, tak samo jak statek parowy, omnibus i pociąg są środkami komunikacji ziemskiej. Umrzeć spokojnie ze starości znaczyłoby pójść do nieba pieszo.”

Nie poszedłeś do nieba pieszo. Zresztą, nigdy nie wierzyłam, że to zrobisz. Prędzej czy później..każdy, ale nie ty. Choć może i o tym marzyłeś w pewnym momencie Vince. Marzyłeś, prawda? Ale życie to nie instytucja zajmująca się naszymi marzeniami.

I tak dopadł cię właśnie rak, gdy marzyłeś dopadł cię nawet jeden z tych, o których pisał Van. I wiesz, to, że skończyłeś ze sobą wcześniej, spokojnie podcinając żyły, zanim dopadł cię ból było właśnie wyrazem twojej miłości do życia. Wielu na pewno mnie wyśmieje Vince, gdy to mówię ale....życie było twoje. Chciałeś, by było w twoich rękach. By rozgwieżdżone niebo nie decydowało, ale było świadkiem. Chciałeś odejść po swojemu, wśród swoich obrazów, płócien, zostawiając listy, słowa pełne miłości ale i żalu. Chciałeś tego, a nie w szpitalu, zwijając się z bólu, gdy morfina już nie działa.
Niektórzy mówią, że to świadczyło o tym, jak byłeś szalony. Dla mnie nie byłeś wtedy szalony ani trochę. Choć w całym życiu podróżowałeś między dwoma biegunami, między barwą jaskrawej żółci i soczystej zieleni a barwą najsroższej czerni, wtedy twój umysł był jasny i spokojny, gdy podejmowałeś tą decyzję, gdy nocą przyszedłeś się żegnać. Ze mną pić ostatnie piwo, z Gauguinem jeść ostatni posiłek, z nią ostatni raz się kochając. I wiesz, Vince...nigdy nie było w tobie więcej światła. Vince...tamtej nocy byłeś już gwiazdą, prawda?

Umarłeś sierpniowej nocy, gdy właśnie spadały Perseidy. Van strzelił sobie w brzuch gdy niebo było jeszcze spokojne, w lipcu, ty wybrałeś noc spadających gwiazd. Ty podciąłeś sobie spokojnie żyły w swoim mieszkaniu o 4 nad ranem. Wtedy, gdy jak mówiliśmy, świat umiera. Ty właśnie umarłeś razem z nim, ale więcej nie powstałeś, nie było dla ciebie kolejnego świtu.
Gdy zobaczyłam twoje rozwarte szeroko oczy, w których żadnego światła już nie było, myślałam, że świtu nie będzie już żadnego i dla mnie. Ani dla nikogo, kto cię tak kochał, szalony malarzu.

Szeroko rozwarte oczy zmarłych pozbawione są światła. Ale może Van miał rację, pisząc do brata. Może śmierć jest tylko podróżą na gwiazdę, a całe nasze światło tylko przenosi się w inne miejsce. Może niektórzy idą na piechotę, a inni wręcz biegną, spalają, by sięgnąć nieba.
Wiesz, Vince, lekturze jego listów chcę wierzyć Vanowi. Temu, że gdy postrzelił się w brzuch może nie tylko był na dnie rozpaczy, ale może wzywała go podróż. Niektórych przecież zew woła wcześniej. Jak ciebie, Gauguina, zanim dotarł na swoje Tahiti, którym dla niego były Hawaje. Niektórzy muszą szybciej spakować swoje walizki, a my...my dotrzemy może później.

I Vince, przecież...to tylko podróż. Jesteście, ale jesteście dalej. I jestem szczęśliwa, że zostało mi rozgwieżdżone niebo, wiesz? Bo właśnie w nie mogę spoglądać.
Każdej nocy widzę to światło, to, które Gauguin przyrównywał do miłości płynącej po prostu z oddali, nawet, gdy gwiazda się już wypali. Sięgnęliście gwiazd, a ja mogę stać pod nimi, pod nimi śmiać się i płakać.
A tej jednej sierpniowej nocy, gdy spadają gwiazdy najbardziej, mogę stać pod nimi, płakać jednocześnie i się śmiać, pić dla ciebie wino i śpiewać. Jak tamtego roku w górach z naszym Gauguinem. Teraz będę robić to sama. Sama z naszej trójki.
Bo może wielu nie słuchało, gdy chciałeś im przekazać tak wiele. Ale ja słuchałam uważnie, widziałam i kochałam cię jak mocno tylko można było. Przyjmowałam twoją burzę i nawet za nią tęsknię. Doceniam to, że byłeś w moim życiu i że nadal mam rozgwieżdżone niebo.

Kocham cię, Vince, bracie i dzięki tobie jeszcze bardziej kocham gwiazdy. Rozgwieżdżone niebo to nie tylko kule spalanego gazu. To miłość, jak mówił i ten drugi, która dociera do nas od tych, którzy wyruszyli w podróż.

Mam nadzieję, że w gwiazdach się spotkaliście, w jakiś sposób, w miłości, świetle, spotkaliście się tam, prawda Vince? Mam nadzieję, że nie ma piękniejszej i bardziej ekscytującej podróży.

Ja na razie mam pociągi i statki, ale dołączę do was, nie martw się. I może, znów pociągniemy gwiezdnym pędzlem po cudzych twarzach. Ale, to już będzie inna historia.  


Wiem, że ta piosenka już pojawiła się na tym blogu..ale czy byłaby jakakolwiek właściwsza? Nie sądzę. 
Do tego, ta przywołuje jeszcze jedno pragnienie. Chęć odwiedzenia razem z Cat muzeum Van Gogha w Amsterdamie, gdzie Starry starry night jest grana jako tło do obrazów. Podróż daleka, która jest przed nami, planowana od jakiegoś czasu.. Podróż jak każda inna. Jak życie, pełne przeszłości i jej wzruszeń ale i przyszłości. Aż dotrzemy do gwiazd. 

59 komentarzy:

  1. Nie mogę powstrzymać się od komentarza, że chociaż kochaliście te listy na przeróżne sposoby, łączyła Was wspólna do nich miłość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sensie, że listy Van Gogha kochał i Vincent? Wiesz, ja nawet nie wiem, czy on je przeczytał...ale mi listy Vana i jego życie tak bardzo kojarzą się z Vincem że...kocham jakoś ich obu już teraz:) Wiadomo o co chodzi:)

      Usuń
    2. Stwierdziłam, że akapit czwarty to metafora do tego, że on jednak te listy czytał :D

      Usuń
    3. A, ok, już rozumiem skąd to zamieszanie. Ja chyba nieraz za zawile piszę, ale to też wynika z tego, że nie piszę wprost historii tylko to, co w związku z pewnymi wspomnieniami leży mi na sercu...

      Usuń
    4. Rozumiem Cię :) Ty masz w głowie obrazy, a nam przekazujesz tylko te emocje, później my możemy te emocje odebrać tak, że w głowie mamy inne obrazy i to jest ciekawe co z tego wynika :D

      Usuń
  2. Myślę,że może Vincent jest teraz gwiazdą na niebie. W jednym filmie mówili,że jak umrze smok to staje się gwiazdą na niebie. Być może z nim też tak jest. Jeśli wybrał moment kiedy one spadały by udać się na ich miejsce żeby zapełnić miejsce. W końcu był dobrym człowiekiem. Zasłużył na to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To taka metafora ale właśnie tak to chcę widzieć. Jest, tylko dalej trochę, w innej postaci ale...to światło nadal dociera. I dokładnie, ta jego śmierć, tej nocy była niesamowicie symboliczna dla mnie i chyba dla każdego, kto o niej słyszy...
      I dokładnie. Miał wady ale właśnie był wspaniałym człowiekiem. Walczył o to, by nieraz nim być.

      Usuń
  3. jak ja bym chciała by miłość mnie odnalazła...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak dalej czytałam tym miałam większe ciarki na całym ciele..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to dobry czy raczej zły objaw? Ponoć ktoś, kto pisze mógłby wziąć to za dobrą monetę...ale w kwestii życia...czy nadal jest taką?:)

      Usuń
    2. Masz rację, w życiu to już każdy chciałaby przeżywać tylko dobre chwile..

      Usuń
    3. Jasna sprawa, ale tak się nie da. Bez tych złych chwil, te dobre byłby całkiem jałowe przecież. Jedno bez drugiego nie istnieje, tyko my nieraz uparcie nie chcemy tego dostrzec.

      Usuń
    4. Masz rację. Każde złe doświadczenie nas też wzmacnia..

      Usuń
  5. Pomyślałam właśnie podobnie do Anelise. Nie ważne, że inaczej widzieliście "świat", lecz miłość do niego was łączyła. Pamiętaj o tym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nigdy nie zobaczymy świata identycznie jak ktoś, kogo nawet kochamy, czyż nie?:)

      Usuń
  6. Zawsze gdy zabieram się za czytanie Twoich tekstów wiem, że niesamowicie trudno będzie je skomentować. Piszesz w taki fenomenalny, poruszający sposób, że nie sposób już nic dodać do tego co napisałaś.

    PS. Uwielbiam Vincenta van Gogh'a

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za taki wspaniały komplement choć...jakoś tego nie widzę:) Ale to chyba zawsze tak bywa, co?:)
      I nie idzie chyba go nie kochać:)

      Usuń
  7. Cieszę się, że już przebrnęłaś przez tą emocjonalną podróż, jaką było czytanie tej książki. Chociaż to była podróż nie tylko po emocjach, ale i po wspomnieniach. Niesamowite jak czytając o kimś obcym, dostrzegasz tam kogoś bliskiego, no nie? Ale, cieszę się, że masz już to za sobą, bo choć teraz to pięknie opisałaś, to chyba było na swój sposób męczące, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. I to nawet w kimś z całkiem innej epoki, gdzie teoretycznie nie ma prawa się to zdarzyć...a jednak. Nawet sytuacje, cechy charakteru, pewne przemyślenia tak spójne...cóż.
      I było męczące, ale to przyjemne zmęczenie, inaczej bym sobie tego nie robiła i nie pisała ci co chwila "wracam do Vana":) może właśnie trzeba nieraz się tak zmęczyć:) po latach zwłaszcza.

      Usuń
    2. Magia po prostu :) Może faktycznie jakaś cząstka duszy Vana wylądowała w duszy Vince'a :)
      Tym bardziej jak to dobre zmęczenie. Bo wcześniej chyba męczy w mniej przyjemny sposób.

      Usuń
  8. Nie wiedziałam, że Vincent pisał jakieś listy. Gdzie można je przeczytać? Znajdę je w bibliotece, na Internecie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisał, przez całe życie. Do swojego brata Theo przede wszystkim, ale też do kobiet które kochał, do Gauguina zanim ten przyjechał do Arles...ale te do brata, najbardziej intymne zostały właśnie zebrane w książkę i wydane. Ja mam swoje z biblioteki, ale myślę, że w pdfach gdzieś w necie też się znajdzie. Swojego czasu listy Vincenta były bardzo popularne, tak samo jak Pasja życia Irvinga Stone'a.

      Usuń
  9. Poruszające słowa i emocje, które od nich biją. Tyle w Tobie piękna i siły :) Jutro idę do biblioteki poszukać listów Van Gogha, mocno mnie nimi zaintrygowałaś, dzięki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż...dzięki:) Chociaż, we mnie tyle samo siły i piękna co w każdym człowieku i też każdy zawsze widzi, co chce widzieć, najważniejsza rzecz chyba:)
      I szukaj, szukaj, bo naprawdę warto się zapoznać.

      Usuń
    2. Też prawda, chociaż gdy prawie wszyscy naokoło przybierają maski ciężko to dostrzec. Przynajmniej mi ;)
      Byłam dziś u siebie w bibliotece, panie nie wiedziały o co mi chodzi, ale za to znalazłam "Pasję życia" Irvinga Stone'a, wciągająca. Ale listów poszukam jeszcze gdzie indziej.

      Usuń
  10. Moja mama mówła mi o listach Van Gogha i była zachwycona. Bardzo chce przeczytać, czuć się poruszona, bardzo lubię takie książki, jego obrazy. Moja babcia przywiozła mi kiedyś jego obraz w ramie "Pokój w Arles", szukam odpowiedniego miejsca, gdzie zawiśnie na ścianie :) Bardzo poruszająco napisałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc przeczytać musisz koniecznie. Tak naprawdę, na wiele jego obrazów zaczyna się patrzeć całkiem inaczej po lekturze listów właśnie:) I cóż, powiesić na pewno się przyda, że tak powiem, bo Van wprowadza do pomieszczeń niesamowity nastrój...

      Usuń
    2. Jak powieszę, pokaże Ci zdjęcie ściany. Jego obrazy są wyjątkowe, bardzo lubię. Pamiętam, że zostawiłam sobie kalendarz z jego pracami, tak na pamiątkę.

      Usuń
  11. Samobójstwo, którego nie nazwałabym samobójstwem. Tylko wyborem. Strzeleniem w łeb chorobie. To nie ona wybrała mu koniec, to On zaśmiał się jej w twarz i zdecydował zakończyć żywot.
    Brakuje nam tych, którzy odeszli...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. To wybór, zaśmianie się nieuchronnemu końcowi w twarz. Dlatego ja też nie nawykłam mówić samobójstwo o tym co się stało...
      Zawsze, brakuje ogromnie. Ale czasem warto docenić choć to, że mamy za kim tęsknić...

      Usuń
    2. No pewnie, niektórzy mogli nie mieć tak wspaniałych ludzi w swoim życiu.

      A co do grup blogowych: większość ludzi jest ok, ale jest kilka osób, które robią afery na przykład. A ostatnim pomysłem 'elity rządzącej' było wywalenie osób, które wg nich zbyt rzadko się udzielają (były osoby, które rzeczywiście nie przejawiały aktywności, ze mną źle nie było, nie spamowałam, ale lajki, czasem komentarz). I wywalenie z grupy nastąpiło bez powiadomienia tych osób. Także miło mi nie było :)

      Usuń
  12. Nie wiem czy będę w stanie cokolwiek napisać poza tym, że napisałaś tak wzruszająco ten list, że momentami miałam łzy w oczach, naprawdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale ja miałam momentami szklane oczy jak to pisałam, więc...chyba przejęłaś moje emocje, o:)

      Usuń
    2. Wcale się nie dziwię, bo to jednak wielkie emocje, uczucia, które przez Ciebie przepływają, przekazałaś nam idealnie i to się po prostu czuje. Więc... to chyba dobrze :)

      Usuń
  13. Opowiedziałaś mi już kiedyś Jego historię... a ja nic Ci wtedy nie odpisałam i aż mi głupio. Dobrze, że teraz jest ku temu okazja ;)
    Niebywałe jak wiele łączyło Go z Van Goghiem. Ale może to właśnie taki typ ludzi o podobnym sercu.
    Po przeczytaniu historii Vincenta, wtedy i teraz odniosłam takie samo wrażenie jak Ty: że to on trzymał życie w garści, żył całym sobą pomimo jakichś skłonności autodestrukcyjnych i w końcu jednak wygrał życie.
    Podziwiam za to czerpanie z życia pełnymi garściami i życie po swojemu... zresztą tak samo jak Ty i Kordian, wyjątkowa z Was trójka.
    A cały list pięknie napisany. No i zachęciłaś mnie do przeczytania listów Van Gogha ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, pamiętam tego maila, wtedy po nim pisałam nawet o eutanazji, bo jednak skojarzenia pewne są...i nie ma co być ci głupio:)
      Dokładnie, tak teraz po latach to spokojnie przeanalizowałam i...to faktycznie, jak przeznaczenie. A to myśmy mu tą ksywkę nadali, nawet nie wiedząc o pewnych faktach. Patrz, jak nieraz się różnie los plecie:)
      I właśnie może dlatego, że naprawdę znał skraj, spojrzał w otchłań, znał właśnie życie? Może tylko wtedy naprawdę to działa?
      I cieszę się, że jednak dane nam było się spotkać.
      I czytaj, czytaj koniecznie. Coś czuję, że w nich znajdziesz i coś dla siebie:)

      Usuń
    2. Różne cuda się dzieją we wszechświecie ;)
      Bardzo wierzę w to, że warto doświadczać jak najwięcej, bo dzięki temu właśnie poznajemy życie. Nie będziesz miał życia w garści jeśli będziesz od niego uciekał. I może nie trzeba od razu stawać nad otchłanią, ale po prostu doświadczać i ryzykować. Naprawdę wierzę, że każde takie przeżycie jest bardzo cenne.
      Naprawdę? To mnie jeszcze bardziej zaciekawiłaś ;)

      Usuń
  14. Chyba będę musiała je przeczytać w wolnym czasie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie, polecam:)

      Usuń
    2. Po przeczytaniu tej notki, nie wiem - po prostu nie wiem co powiedzieć.

      Usuń
  15. Rozpłynęłam się, rozpadłam.. I boję się napisać cokolwiek, żeby tego nie popsuć. Więc pozwól, że pomilczę jeszcze chwilę z oczyma wpatrzonymi w te słowa i zasłuchana w dźwiękach.

    OdpowiedzUsuń
  16. nigdy nie interesowałam się malarstwem, więc się nie wypowiadam, ale cieszę się, że istnieją jeszcze ludzie, którzy się tym pasjonują :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Och, Frida, Ty to potrafisz człowieka złapać za serce :) Zawsze, kiedy Cię czytam spływa na mnie jakaś akceptacja i empatia w stosunku do siebie i życia.
    I kurczę, masz szczęście do ludzi. Ludzi prawdziwych, gorących, kochających życie, z pasją tak ogromną, że można dzielić na pół świata. Chociaż może czasem wystarczy kogoś naprawdę dobrze poznać, by to zobaczyć? :)
    I wiesz, zawsze mnie bolało, że ludzie tak wspaniali jak Gogh, pełni pasji, życia, utalentowani, jednocześnie cierpią tak bardzo. Jak większość artystów, co nie? Ale te słowa wyjaśniają mi wszystko : "To, co nas rani staje się dla nas najważniejsze. Zmienia nas. A czasem staje się i najwyższą czułością." :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Jak Ty wspaniale potrafisz dobierać słowa. Czytając Twoje wpisy można wczuć się w sytuacje, poczuć (prawie namacalnie) to, o czym piszesz.. Niesamowite :)
    A tych listów nie znam.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nic nie jest bez przyczyny. Z największego bólu i cierpienia moż... nie, trzeba coś wyciągnąć. Wiele wyciągnąć. To swoisty dar.

    OdpowiedzUsuń
  20. Prawda. Powoli zbliżają się cudowne sierpniowe noce, podczas których spadają gwiazdy. I ja uwielbiam na nie patrzyć, przywołują wspomnienia, tworzą nowe i są po prostu magiczne, nieosiągalne, piękne, stały się już dawno dla mnie wyjątkowe, choć może dla niewielu jest to zrozumiałe. I wiesz, jak napisałaś ‘uśmiecham się do nieba’, pisałaś o gwiazdach to przypomniał mi się cytat z ‘Małego Księcia’, który bardzo lubię- ‘A gdy się pocieszysz (zawsze się w końcu pocieszamy), będziesz zadowolony z tego, że mnie znałeś. Będziesz zawsze moim przyjacielem. Będziesz miał ochotę śmiać się ze mną. Będziesz od czasu do czasu otwierał okno - ot, tak sobie, dla przyjemności. Twoich przyjaciół zdziwi to, że śmiejesz się, patrząc na gwiazdy. Wtedy im powiesz: “Gwiazdy zawsze pobudzają mnie do śmiechu”. Pomyślą, że zwariowałeś. Zrobiłem ci brzydki figiel.’ I ja nie tylko na widok gwiazd się uśmiecham, ale i za każdym razem czytając ten cytat.
    A Twojego listu, mam poczucie, jakoś nie wypada mi, nie będę komentować, bo to bardzo Wasze, osobiste. Mogę jedynie napisać, że cieszę się, że poznałam kawałek wyjątkowej, wzruszającej historii takich ludzi, których, bo chyba nie tylko jednego, rzeczywiście to chyba życie było pasją. I jakoś mam wrażenie, że gwiazdy szybciej ciągną tam do siebie w podróż ludzi, którzy naprawdę wysysali z tego życia jak najwięcej. Może też chcą mieć tam tak wspaniałe istoty.

    OdpowiedzUsuń
  21. Wspaniale piszesz o przyjaciołach. Nawet w momentach, gdy uważasz, iż jego zachowanie było niesłuszne czy irracjonalne - to wszystko nadal ma taką ciepłą otoczkę. No i odnaleźć ideały "mistrza" w postępowaniu i zachowaniu swojego przyjaciela, to na pewno wielkie przeżycie, cudowna podróż w przeszłość, oglądanie na nowo wszystkich Jego zachowań. Mimo narastającej tęsknoty uważam, że czasem dobrze jest obejrzeć się za siebie i przeżyć coś jeszcze raz - chociaż wyłącznie w swojej głowie.

    OdpowiedzUsuń
  22. niesamowita historia, nie miałem pojęcia, że dziś trafiają się nadal takie osoby jak ten Vincent, generalnie jednak smutna historia bo choć z tego co piszesz żył pełnią życia to chyba jednak pełni szczęścia w życiu nie doznał, sensu nie odnalazł

    OdpowiedzUsuń
  23. O, i tak dowiedziałam się, jak stałaś się Fridą! :)
    Skomplikowana historia. Van Gogh też był skomplikowany. To moja fascynacja jeszcze z czasów gimnazjum. Ulubiony malarz do dzisiaj. Razem ze swoim dziwacznym widzeniem świata i charakterem. Gdyby nie Teo, Vincent nie stworzylby wielu ze swoich dzieł, może nawet żadnego, bo on mu pomagał finansowo. Przynajmniej tego dowiedziałam się z jego biografii.
    Nie wiem, w jaki sposób rozumiesz życie pełnią życia. Van Gogh żył (przynajmniej do momentu, w którym odciął sobie ucho) pełnią percepcji. W ogóle słyszałam też, jakoby to Gaugin miał odciąć mu to ucho, ale teraz już się tego nie dowiemy.
    Ludzie przychodzą, odchodzą, a ślad po nich zostaje, przynajmniej w naszych sercach. W tym sensie żaden z powyższych Vincentów nie umarł.

    OdpowiedzUsuń
  24. Wędruj z nim w kierunku gwiazd, może kiedyś zabłyśniesz obok niego.

    OdpowiedzUsuń
  25. Jestem pewna, że jeszcze się spotkacie. Cała trójka.

    OdpowiedzUsuń
  26. Jednego nie znałam, drugiego też mi brakuje, choć właściwie jest zupełnie obcy... A Ty jesteś niesamowitą i silną kobietą, która została z tęsknotą za przyjaciółmi i tak pięknie potrafi o tym pisać... Ale nie mogę Cię nie zapytać - nie zastanawiasz się czasem, co los dla Ciebie teraz szykuje?

    OdpowiedzUsuń
  27. pięknie napisane. nie znam tej książki, ale jeszcze nic straconego.

    OdpowiedzUsuń
  28. jakoś mi smutno było gdy to czytałam, chociaż wyczuwa się tak wspaniałe uczucia i przygody.na pewno byliście świetną trójką szalonych przyjaciół. na pewno znaliście się jak łyse konie! i właśnie dzięki temu wykryłaś tą podobiznę między oboma Vincentami! to zaskakujące jacy ludzie czasem stają na naszej drodze, to zaskakujące, jak niektóre przypadkowe sytuacje/rzeczy przypominają nam innych ludzi

    jeśli pamiętasz K. z dissolved--girl - to ja :) wróciłam!

    OdpowiedzUsuń