Wiesz, Frida, całkiem jak w tym
kawałku. Mam pod plecami piasek, ocean naprawdę wygląda jak
tysiące diamentów (…).Leżałem nocą na tej plaży i serio,
miałem wrażenie, jakbym łapał wszystkie gwiazdy w ręce. Jakbym
mógł je pocałować. Pocałuj w noc najwyższą z gwiazd, jak wtedy
pijana śpiewałaś (...) I też bym chciał, żebyście tu byli.
Wszyscy, ty, Majki, Vince. Wszyscy przyjaciele, ludzie, do których
się wraca. Ale to jak zawsze, dobra tęsknota i właśnie, chyba po
tym wszystkim na nowo jestem szczęśliwy. Zapaliła się lampka
Frida, lampka pośród tego wszystkiego. Ta podróż mnie oczyściła.
Może zawsze musimy mieć coś, co nas oczyści po najgorszym?
Odgrzebałam te dawne słowa. Sprzed
paru lat. Dzisiejsze maile to skarbnice wspomnień, skarbnice
pamięci. I tak jak mówiłam wczoraj Redcar, pewne rzeczy splatają
się w jedno. Wspomnienia z tym, co tu i teraz, z tym, co było, jest
i będzie. Im więcej lat żyję, tym bardziej dostrzegam. Im dalej
wybiegam myślą, tym wszystko bardziej staje się jasne. To nie był
przypadek. Ten koncert, na które obie musiałyśmy pojechać, nie
mógł być przypadkiem. To, że zagrali właśnie tą piosenkę.
Nie ma przypadków. Zawsze musi być
coś, co nas oczyści. Zapomniałam już, co pisał przed laty, gdy
sam w swoim trudnym okresie wyjechał do Tajlandii. Złapany przez
chwilę gdzieś w Bangkoku internet, jak ten łapany rok temu w
Bombaju. Wiadomość z tym kawałkiem, w którym pisał kolejne
opowieści i to, że wszystko w porządku, jest cały i zdrowy,
niedługo wraca. Mail, w którym z daleka mówił tak, jestem
szczęśliwy w tym wszystkim, po każdej ranie, tak, chcę, żebyście
i wy byli tak szczęśliwi. Nawet pomimo. Tylko znajdź coś, co
oczyszcza.
Też bym chciała, żeby z nami tam
był. Od początku tego weekendu miałam wrażenie, że kogoś
brakuje. Że ten ktoś powinien być z nami i jechać w niedzielę do
Warszawy na koncert jednego ze swoich ulubionych zespołów. Koncert,
na którym jak się okazało, każda piosenka miała swoje
skojarzenie. Koncert, na którym paliłam papierosy gdy tylko
zaczynała trząść mi się broda, gdy cała wpadałam w drgawki,
żeby się tylko nie popłakać
Frida przecież zawsze trzyma fason.
Chyba że za dużo wypije.
Bałam się tego koncertu. Zresztą,
nie tylko ja. Redcar, z którą jechałam, sama wiedziała, jak to
zadziała. Bo i ona znała przecież Inubusa przez niego. Martwił
się Mąż, nie tylko o to, czy przeżyjemy w Warszawie, same, we
dwie, jak pogubione sierotki. Martwił się po jednej rozmowie.
Najpierw chciał jechać z nami, razem z paroma innymi osobami, nie
na sam koncert, ale żeby pić całą noc, jak za dawnych czasów, w
jednym z parków Warszawy.
Jak po koncercie, na którym byliśmy z
Królikiem przecież. Jak po koncercie, dzięki któremu dowiedziałam
się, że lastryko na dworcu w Poznaniu ma wielkopolską duszę.
Potem stwierdził, że nie jedzie z nami. Bo to dla nas. Same, we
dwie, mamy stawić czoło wyzwaniu. Jednemu, drugiemu. Choć, w dzień
wyjazdu nie było tego po nim ani trochę widać. Jak zawsze. Ja
trzymam fason, on trzyma fason, póki nie jesteśmy sami. Sekretne
dawne porozumienie, którego nie umiemy przeskoczyć w pewnych
kwestiach.
-Ty byś pojechał na Toola i by ci
się kojarzyło, bo więcej skojarzeń masz z nim i nimi, prawda?
-Prawda.
Bałyśmy się więc jechać. We dwie.
Bo to kolejne inne, sekretne porozumienie, do którego mam wrażenie,
też nie wpuszcza się innych ludzi. Bo to korzenie wiązów, które
się splatają, ale nie przenika się przecież całej ziemi.
Bałyśmy się jechać, ale każda
podskórnie wiedziała, że trzeba. Najgorzej przecież zamiatać
takie rzeczy pod dywan. Trzeba mierzyć się ze swoimi lękami,
trzeba mierzyć się z tęsknotami. I bólem.
Ból przecież domaga się, by go czuć.
Ból pozawala docenić szczęście, jakie to banalne.
Ale on mówił zawsze, najgorzej
radzimy sobie z banałami. Jak widać, my potrafimy. Już potrafimy.
Mimo wszystko, mimo dzisiejszej ciężkiej głowy, potrafimy czuć, a
nie zamykać się na każde skojarzenie.
Z bólem trzeba się oswajać. A między
tym zjawia się cholernie dużo radości. Śmiechu, takiego
prawdziwie wariackiego. I w bólu rodzi się czułość. Rodzi się
jakaś miłość. A chyba nie ma nic lepszego, prawda?
On to też wiedział, w swoich
oczyszczających podróżach. Tych, które były najważniejsze po
tym, jak stracił matkę. Po tym, jak został sam i zła kobieta
złamała mu serce, roztrzaskała na milion kawałków.
Istniały wówczas też inne sekretne
porozumienia, w bólu rodzone. I tak chciało się być. Tak chce
się, by było dosłownie tu, namacalnie. Ale tak się nie da.
Więc skoro nie można mieć tego, co
się chce, można było się trochę bać.
Dlatego może na samym początku
próbowałam obudzić trochę dawniejszą Fridę. Tą, co krzyczała
„Tequila!” i tańczyła tango w bohemie malarskiej z
kobietami, tą, która dostała dzięki takim zachowaniom swój
przydomek. Jakby ta tequila miała obudzić we mnie jeszcze
dawniejszą, dzikszą siłę. Trochę ciemną, a jednak.
Dawna Frida. Idąca po mieście w
czerwonej sukience, ta, co nie wytrzymała bez papierosa. Zły moment
na rzucanie, zły, bo jak się pali, to się tak łatwo nie płacze,
gdy słyszy się pewne kawałki.
Była więc i tequila, szukana po całym
mieście. Był uśmiech zagubionej Red, którą znalazłam w końcu
na ławeczce. Uśmiech, który naprawił zły stan, złe przeczucia.
No bo przecież poradzimy sobie. Najwyżej zapłaczemy się na śmierć
pod tą sceną, gdy zagra Incubus. Ale damy sobie radę.
Była więc szalona tequila i niepamięć
połowy nocy. Czerwone sukienki i biała Sauza zawsze tak działały.
Choć, taniec został na podłodze, nie przeniósł się na stół.
Ciężki poranek zaczęty piwem.
Zaczęty dopijaniem tequili która została po wieczorze w butelce.
Kieliszek, drugi, piąty. Jak za dawnych czasów. Śniadanie to tylko
cytryna do kieliszka. Zawsze, zawsze tego żałowałam. Zawsze
żałowałam, ale nieraz to pociąga na nowo.
Dziwne rozmowy przy kolejnych
kieliszkach. Pijesz tequilę nie masz prawa płakać, zapalisz, nie
masz prawa płakać. To dziwne, jak zawsze pomagało to na niepokoje.
A raczej pomagało to złe słowo. Jak
to wszystko tłumi, aż nie wybrzmi ostatnią, już trochę opanowaną
nutą. Bo i ja boję się nieraz swoich emocji. Swoich tęsknot.
Tego, że gdy boli jeszcze bardziej niż kiedyś w domu Vincenta
zatopię się w autodestrukcji.
Kolejny więc dziki wieczór przed
koncertem. Trochę feralny grill, na którym wrzucano do basenu. Znów
stracony na jakiś czas telefon. Śpiewanie piosenek disco polo w
samochodzie i grzebanie w stosie plastikowych butelek jak na szopa
pracza przystało.
W końcu sen i poranek. Poranek, znów
z ciężką głową. I jakoś z ciężkim sercem. Niepokojem. Do tego
prawie-kłótnia z Mężem, który nadal pijany po grillu albo nie
wiedział, co robi, ale jak zawsze wyrażał w ten sposób swoje
niepokoje jaskiniowca.
W końcu wyszłyśmy na słońce.
Podróż rozpoczęta, nie można już się cofnąć. Teraz nie ma
odwrotu. A może nigdy nie było? Choć człowiek chciał przed sobą
trochę udawać. Jęczenie że może jednak wrócimy do domu, że nie
damy rady ogarnąć, że w sumie to się nie chce....wszystko wypływa
spod serca. Wszystko z pewnego lęku.
Bać może się każdy Grunt to znaleźć
swoją silę i ten lęk pokonać. Mimo wszystko. Tym bardziej, że
wspomnień nie powinno się bać. Bo przecież są dobre. Bo w nich
nieraz można odnaleźć swoją siłę.
W końcu Warszawa. Trochę zagubienia i
pomoc kolejnej dobrej duszy, którą też przecież poznałam przez
niego. Od razu wspomnienie tego wieczora, gdy Królik wysłał mnie
do M., bo sam nie miał czasu iść do niej na piwo. Ten wieczór gdy
we dwie się spiłyśmy i trochę go obgadywałyśmy, w jak najlepszy
sposób.
W końcu dotarcie na miejsce. Teren
festiwalu i pierwsza euforia, tak, jesteśmy, dotarłyśmy, dałyśmy
radę, z cudzą pomocą ale przecież dałyśmy. Ogarniamy. Ogarniemy
wszystko.
Ale przecież jeszcze tyle czasu do
koncertu. Siedzimy na słońcu, pod sceną, jedno piwo, drugie. I
moja myśl, gdy nie ma za bardzo przez chwilę co powiedzieć. Nie
powinnyśmy być tu same. Tak, chciałabym żebyś tu był, jak przed
laty, gdy jeździliśmy na inne koncerty do Warszawy. Gdy
siedzieliśmy przed ulewą na Impacie i mój Mąż zgubił swoją
wódkę. Gdy mieliśmy dziwne historie po Mansonie. Wszystko zlewa
się w jedno.
Wish you were here.
Powinieneś być na tym koncercie, bo
przecież tak bardzo chciałeś i ich zawsze zobaczyć na żywo.
Lista koncertów po których mogę umierać, mówiłeś. Lista
niedopełniona. Nigdy nie wiesz, jak wiele masz czasu.
A oni zagrali niewiele ponad pół roku
po tym jak odszedłeś. Czy to też przypadek, czy tak właśnie
miało być, złożyć się w jedno, żeby ktoś mógł walczyć ze
wspomnieniami, ze smutkiem? Może to właśnie kolejna część całej
układanki? Nigdy nie poznam pewnej odpowiedzi. Mogę tylko
przypuszczać.
Smutek, wyczuwalny chwilowy smutek,
zamuła, nazwać można jak się chce. Więc trzeba ruszyć tyłki,
trzeba ogarnąć. I to nagłe szczęście, gdy przez przypadek
znajduje się inny koncert, który zawieruszył się na polu
festiwalu. Wraca uśmiech, wraca ta dziwna radość, euforia i
ekscytacja, gdy czeka się na tą jedną, wyjątkową godzinę, gdy
oni zagrają i...właśnie, jak to będzie?
Ale nie ma co się zastanawiać.
Przecież jesteśmy, dotarłyśmy, chciałyśmy tego. Może też w
trochę inny sposób, każda na swój, każda ze swoimi skojarzeniami
i wspomnieniami. Ale wszystko zaczyna się układać i nawet wyprawa
do toalety staje się przygodą i zwycięstwem, gdy widzi się cudzą
głupotę.
I w końcu mają zagrać oni. Jeszcze
szybko coś jemy, choć ja nie mogę, chce mi się wymiotować, mam
ochotę zwrócić wszystko, co jem. Może to nadmiar tequili. A może
stres, niepokoje gromadzące się w żołądku. A może jedno i
drugie. Nie ma to znaczenia, bo idziemy pod scenę. Czekamy.
Aż wreszcie odliczanie i wychodzą
oni. Nie idziemy szaleć w pogo. Choć miałam taki moment, wiem, że
nie mogłabym. Nie dałabym rady, nie trzęsąc się by nie płakać,
nie ze ściśniętym momentami gardłem.
Euforia Red, która przebiła wszystkie
znane mi widoki szału na widok jakiegoś zespołu. Tak piękna,
zabawna i na swój sposób wzruszająca. Widok, który pewnie
zapamiętam do końca życia.
Widok taki jak łzy mojego Męża na
Rammsteinie gdy zagrali Mein Herz brennt.
Widok taki jak łzy Królika na Kornie
gdy zagrali Falling away from me.
Pierwszy kawałek. Wish you were
here. Od razu przypominają mi się słowa z dalekiej
przestrzeni, pisane pod jednym niebem.
Tak-przebiega mi przez głowę-.
Chciałabym, żebyś ty teraz tu był i wiesz...też jestem
szczęśliwa, cały czas na swój sposób jestem szczęśliwa.-
myślę, choć łzy cisną się do oczu. Choć jeszcze nie tak mocno,
ale serce raz wali, raz zwalnia, żołądek trochę szaleje. Ale to
nic.
Chciałabym, żebyś tu był. Ale
nieważne, czego ja chcę. Cieszę się, że ja tu jestem. Z nią. Tu
i teraz. I przezywamy ten koncert.
A zaraz potem Anna Molly. Za
dużo naraz, myślę sobie. Za dużo. Od tego kawałka przecież
wszystko się zaczęło. To swojej ukochanej to grałeś, gdy
chciałeś ją zdobyć. To po tym występie nazywałam cię nieraz
„polskim Brandonem Boydem”, bo przecież tak mi go
przypominałeś. Wielkie czarne oczy, taki sam szał na scenie
nieraz. Anna Molly aż prawie przyciągnęła mnie pod samą scenę,
w pogo. Bo na tym nieraz szaleliśmy skacząc po domu.
Nowe kawałki. Te, które nie powinny
przynosić wspomnień ale...Absolution Calling. Sama niedawno
pisałam, że pamiętam uczucie przeciwne do spadania. I miałam na
myśli też i swój ból, który nieraz zjawia się w tęsknocie.
Kolejny, który uderzył w samo serce.
Company of wolves. Nie mogło być inaczej. Tego słuchaliśmy
nieraz, gdy kończyły się wieczory i grałeś jeszcze na gitarze, w
taki sposób...bo byliśmy kompanią wilków. Przecież to powiedział
o nas Vince, prawda? Gdy tylko to usłyszałam, myślałam, że nie
wytrzymam. Myślałam, że stracę swój fason i po raz pierwszy od
długiego czasu tak publicznie się popłaczę. Zaczęłam się cała
trząść. Cała broda drgała, jakbym naprawdę, naprawdę bardzo
mocno zmarzła. Bo zmarzłam, cholera, zmarzłam, wiesz? Bo jak
człowiek poczuje się przez kogoś opuszczony, gdy odczuwa tak
wielki brak, zaczyna marznąć. Taka tęsknota nie rozgrzewa jak
tęsknota za kochankiem, ona jest wielką lodową pustynią. I
wszystko w człowieku się trzęsie.
Spojrzałam na Red. Przy tym nie
wyglądała dużo lepiej. A może nawet i gorzej.
Dwa szlugi wyciągnięte z kieszeni
pomogły. Bo jak się pali, to się nie płacze. Oczy drażni dym,
ale je uspokaja. Płuca wypełnia dym, więc nie ma czasu na haust
powietrza żeby szlochać.
Następne uderzenie. Drive.
Przecież...ile razy dostawałam tą piosenkę w linku na gorszy
dzień? Na kolejne kryzysy? Czy teraz nie wysłałbyś mi jej
ponownie, po tym, jak sama twoja nieobecność stała się kryzysem?
Ale czegokolwiek nie przyniesie życie, przecież trzeba przyjąć to
z otwartymi ramionami i nie zamykać na to oczu. Sam byś mi tak
powiedział.
Sick Sad Little World przy
którym odpłynęłam. Ani dobrze, ani źle. Kolejne wspomnienie, to,
jak mówiłeś Vincentowi, że kojarzy ci się jego zachowanie z
tekstem. Gdy mówił, że trzeba go zostawić, gdy chciał się
zabijać. A ty mówiłeś, że życie bez bliskich, bez przyjaciół,
bez miłości nie ma żadnego znaczenia. Że samemu sobie nie
poradzi.
Tyle wspomnień, tyle skojarzeń. A
jednak wspaniała atmosfera. Chciałabym, żeby z nami tam był. Tak
go brakowało. A jednak było i wspaniale. Bo byłyśmy tam we dwie i
mimo momentów, przy których nogi i broda drżały to wszystko
napełniło nową energią. Inną.
Czyżby to było nasze oczyszczenie? W
pewien sposób na pewno. Chociaż oczy bardziej mi się zaszkliły,
gdy wróciłam do tego maila. Gdy zostałam już sama w domu.
Bo przecież jeszcze trzeba było
ogarniać, wrócić razem do domu w rozimprezowanym nocnym pociągu,
w którym obecność harfy ( no kto wozi harfę pociągiem?) nie
pozwalała spać na podłodze.
Zmęczone nogi, zmęczone ciała,
trochę zmęczone dusze. Ale to najpiękniejsze zmęczenie.
Tyle wspomnień wróciło. Kazało
przewertować znów niektóre listy, których daty prawie pamiętam.
Kazało zajrzeć w rejony, których nie chciałam dotykać. Tyle
starych wspomnień.
Ale co najważniejsze, powstały
wspomnienia nowe. Tej podróży z Redcar, której nigdy na pewno nie
zapomnę. Doznania, śmiechy. Kolejne do pudełka kolekcji.
Niesamowite teksty i porozumiewanie się bez słów. Parę zdjęć,
które będzie przypominać o podróży do Warszawy na koncert
Incubusa.
Pamięć o tej rozentuzjazmowanej
twarzy i tych dobrych łzach.
Tak, wolałabym żeby był z nami
ale...czy wtedy nie byłoby zupełnie inaczej? Kto wie, czy
wybralibyśmy się w trójkę na ten koncert? Przez pewne
okoliczności śmiem nawet powątpiewać. A nic nie dzieje się bez
przypadku. Tak właśnie może miało być, w tym, co składa się w
jedną całość.
I to jest dobra całość, cały czas to widzę i w to wierzę. Nie kładłam się na białym piasku plaży, ale kładłam się na trawie na torze wyścigowym pod ciepłym słońcem, mając przy boku Red i było mi dobrze. Po prostu, mimo niektórych myśli dobrze i szczęśliwie podczas naszej wyprawy.
Skąd przychodzimy, kim jesteśmy,
dokąd zmierzamy? Coraz częściej to pytanie zjawia mi się w
głowie. Jak i pewne skojarzenia, pewne wspomnienia. Coraz więcej
widzę powiązań. Nie ma może większego celu w życiu. Może cel
musimy stworzyć sami jak i on to nieraz mówił. Nie mi wyrokować.
Może ten cel, pewne sprawy jakoś
układają się same, jak za trzepotem skrzydeł motyla. Gdzieś
wywołał tajfun i tragedię, gdzieś śmierć trzmiela który nie
mógł już unosić się na wietrze, bo uzmysłowił sobie, że nie
może latać. Gdzieś sprawił, że uśmiechnęły się ludzkie
twarze. A gdzieś sprawił, że w pewnym mieście, pod pewną sceną
zadrgały serca, a ich trzepot wywołał i smutek i radość. Tak jak
to w życiu powinno być.
Tak, że mimo iż chce się niemożliwego już, nadal jest się szczęśliwym. Po prostu, po ludzku szczęśliwym.
Świat jest górską kolejką
I ja nie jestem dobrze przymocowany
Może powinienem się mocniej trzymać
Ale moje ręce są zajęte w powietrzu
Mówiąc
Chcę żebyś to był.
Jestem osobą bardzo emocjonalną, więc myślę, że potrafię sobie wyobrazić jaką euforię czułaś wtedy pod tą sceną słuchając nowych i starych kawałków. Królik był tam z Wami i Vincent też. Na pewno. Tam gdzie są, a są po trochu wśród nas, pamiętaj, że mają możliwość być zawsze tam gdzie Wasz ulubiony zespół i mogą ich słuchać kiedy chcą, nawet na próbach :D
OdpowiedzUsuńTak, to była euforia chociaż właśnie i cholernie trudna ale na pewno warto było, że tak to ujmę:) I cóż...powiedzmy, że w pewną obecność energii wierzę. Tylko właśnie nieraz to się wydaje cholernie mało. Ale nic więcej nie zostaje, jak skupiać się na tym, co już jest a nie co mogłoby być, prawda?:)
UsuńNic nie możemy już zmienić, więc warto doceniać to, co mamy. To prawda :)
UsuńOtóż to. Tak jak właśnie w kawałku Incubusa "Drive" o którym też pisałam. Co zrobisz jak nic nie zrobisz? Ano nic. Więc przyjmujesz to, co daje życie, jednocześnie stale starając się je doceniać:)
UsuńBo nigdy nic nie wiadomo, kiedy znów zostanie nam coś zabrane :(
UsuńOtóż to.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńJa wierzę, że zarówno Vince jak i Królik razem z wami stali pod sceną i odczuwali dokładnie to, co wy. Wierzę w to, jestem tego niemalże pewna. Nawet teraz mam wrażenie, że kiwa do mnie głową na znak zgody z tym stwierdzeniem :)
OdpowiedzUsuńco do Twojego komentarza u mnie:
Nie miałam jeszcze okazji fotografowania aktu, ale zawsze chciałam spróbować. Nigdy jednak nie spotkałam na swej drodze na tyle odważnego modela/modelki. Często nachodzą mnie różne wizje tego, jak miałby wyglądać dany kadr, ale no, jeszcze nie dane mi było tego przeobrazić w rzeczywistość.
Powiem tak, wierzę w pewien rodzaj obecności. Ale jak pisałam wyżej, czasem tęskni się jednak za tą dosłownością, tak, że to aż przygniata...ale trzeba z tym walczyć i żyć dalej, bo nic innego nie zostaje:)
UsuńNo to na pewno. Chciałoby się spojrzeć wtedy tej osobie w oczy i odnaleźć w nich myśli bliźniacze z naszymi.
UsuńDokładnie. A tymczasem myśli wyłapujemy z przestrzeni jakoś.
UsuńCo też ma niesamowitą magię w sobie i cieszmy się tym, że potrafimy je wyłapać. Nie każdy potrafi.
UsuńMoże i tak:)
UsuńBędzie. Kiedy świat się rozpadnie i złoży na nowo.
OdpowiedzUsuńOn stale się rozpada i składa na nowo. Odwieczne cykle. Tylko czasem to przechodzi obok nas niezauważenie, czasem wali nasze domy i druzgoce serca.
Usuńczasami wydaje mi sie, że mógłbym wyrazić wszystkie swoje uczucia ulubionymi piosenkami wiele kojarzy mi się z wyjątkowymi dla mnie momentami w życiu a gdy słyszy się je na żywo w tłumie powstałe emocje są o wiele mocniejsze nie znam tego zespołu
OdpowiedzUsuńDokładnie, mam to samo. Bo jednak muzyka ma na nas wielki wpływ, wbija się cholernie mocno w nasze serca. I powoduje, że gdy nieraz słyszymy pewne nuty aż nasze serce zamiera albo podskakuje.
UsuńTo właśnie warto poznać:)
Wiele jest utworów, który kojarzą sie z kimś, czymś z przeszłości. Też mam takie, zapamiętane chwile, momenty, spomnienia, osoby, spojrzenia, miejsca, czas.. i czasem tak jest, ze nawet jak jesteś przygotowana na "atak" wspomnień przez konretną piosenkę i tak wyciska z Ciebie łzy..
OdpowiedzUsuńBo właśnie muzyka działa na nas z wielką siłą. Nawet czasem nie zdajemy sobie jak wielką, ale gdy nachodzi moment gdy słyszymy pewne rzeczy...to magia. Dobra lub zła, ale jednak magia.
UsuńI nieraz muszą. Chociaż ja sie obroniłam:)
Te same piosenki, a każda miała swoje skojarzenia. I jednocześnie przywalysmy to razem i osobno. Kurde i nie ma opcji ze go tam z nami nie bylo. Musiał byc. Przetrwalysmy nie tylko koncert, nasza blyskotliwosc nie wzięła sie znikąd xD i tak jestem z nas dumna ;)
OdpowiedzUsuńNo dokładnie. Nic dziwnego, że skojarzenia różne ale..wychodziło podobnie właśnie jakoś. I nie szkodziło, że osobno w głowie bo właśnie ostatecznie razem, ja to tak nazwę:) Po swojemu był. Wiesz, energie:) Ale po prostu no...czasem takiej dosłowności brakuje, zwłaszcza jak my na sporą ilość koncertów zawsze razem ale no...było inaczej, inne "trzymanie za rękę" i musimy się z tym godzić już.
UsuńDokładnie, w sumie, może nam szeptano do ucha "weźcie taxę, weźcie taxę":D I raczej, nie inaczyj :D
No właśnie :) Wiem :) Wiadomo, że wtedy najbardziej brakuje tej dosłowności i to najbardziej uwierało przecież.
UsuńHahaha dokładnie :D
No dokładnie ale...jakoś to poszło:)
UsuńDobrze, że miałyście taką okazję, by się oczyścić, ale też zacieśnić więzi, co? :) Bo jak się takie emocje przeżywa razem, to tak się chyba dzieje. I jestem pewna, że nic nie dzieje się przez przypadek, że tak właśnie to się ułożyło "po coś".
OdpowiedzUsuńI mnie samej muzyka przywołuje wiele wspomnień, w zasadzie do każdej chwili czy osoby mam "przypięty" jakiś utwór. W większości takowe omijam szerokim łukiem, gdy przywołują bolesne wspomnienia, ale czasem trzeba się zmierzyć i oczyścić.
P.S. Jakie to jest prawdziwe!!! : "Bo jak się pali, to się nie płacze." Jak nie mam fajek albo akurat staram się rzucić, a pojawi się jakiś niespodziewany ból, bo kiedyś, coś tam, to pierwsza myśl - zapalić. I nie wiem, czy później bardziej płaczę przez ten ból czy przez to, że nie mogę zapalić, by się "znieczulić"...
Pewnie. Bo wszelkie takie sprawy między ludźmi jeszcze bardziej zbliżają przecież:) To właśnie buduje takie "sekretne porozumienia" jak ja to ostatnio nazywam. I ja w ogóle ostatnio mam coraz częstsze takie wrażenia.
UsuńAle tak jest, bo sama fizjologia tym steruje, ale właśnie i się czymś jakoś zajmujesz, to takie miejsce w zachowaniu, psychice które uspokaja chociaż cholera...łzy są chyba jednak zdrowsze, co?:D Ale właśnie to też swoje robi, że jak masz kryzys i zawsze miałaś taką metodę to potem jest jeszcze gorzej, jak jej nie masz, bo masz wrażenie, że nie ma żadnej...to jak ja, właśnie prawie pół roku nie paliłam a potem przyszedł lipiec i sierpień, zaczęłam się martwić o parę spraw, zaczęłam popalać, przyszedł listopad i bez paczki ćmików dziennie nie wytrzymywałam, a teraz rzucić nie mogę...
To dobrze, bo lepiej coś przeżywać przecież razem niż w samotności :)
UsuńNiestety są XD Przyzwyczajenie właśnie, nawyk, którego tak łatwo pozbyć się nie da... No ale musi być jakiś sposób, cholera no! :D
Dokładnie, lepiej jak się pewne rzeczy po prostu współdzieli:)
UsuńNo trudno jednak. Ale może za jakiś czas:)
"Nie możesz dotknąć muzyki, ale ona może dotknąć ciebie" albo jakoś tak, nie mam pojęcia, gdzie to przeczytałam, ale wydaje mi się, że pasuje idealnie do tego co napisałaś :)
OdpowiedzUsuńTak, to jest idealne zdanie. Może właśnie muzyka dotyka często tam, gdzie ludzie nie mogą?
UsuńMówiłyśmy właśnie wczoraj z Sówką, że Twoje posty... są po prostu wyjątkowe. Tak samo jak Kordiana kiedyś, tak teraz Twoje - nie da się ich ot tak przeczytać, trzeba przysiąść i się wczuć. Więc zostawiłam sobie to na dzisiaj. I czytając, mam łzy w oczach.. bo... no bo to takie wszystko ludzkie jest. W sensie... szóstego czy siódmego maja doszło do mnie, że to pół roku, że czas leci jak szalony, że już Go nie ma... Ale przecież jest. I ten koncert, i ta cała Twoja wyprawa z RedCar... Tak miało być. Ale właśnie jest się szczęśliwym mimo wszystko, bo po burzy zawsze wychodzi słońce... I tego trzeba się trzymać.. :)
OdpowiedzUsuńPrzyjmę to jako komplement, ale powiem, że przesadzacie w takim razie. Może dlatego tak się zdaje, bo ostatnio faktycznie piszę o dość emocjonalnych dla siebie sprawach, ale to właśnie dlatego, że te sprawy muszą mieć gdzieś jakieś ostateczne ujście:) I owszem, czas goni jak zawsze. Ale to sprawa, że i leczy, prawda?
UsuńI tak sobie też pomyślałyśmy. No bo właśnie wtedy, właśnie teraz musieli zagrać pierwszy raz w Polsce choćby? Aż dziw, no nie?
Nie przesadzamy :-) Ano muszą, od tego jest to miejsce i od tego jesteśmy My :)
UsuńZrządzenie losu? Po prostu życie;)
Co to za wzmianki o mnie za moimi plecami? :D
UsuńI nie, nie, nie przesadzamy, w zasadzie każdy Twój post coś wnosi ciepłego, czy jest emocjonalny czy też nie. Nawet ten z krtanią pod endoskopem :D Także dobrze, że jesteś :)
No coś w tym jest, właśnie na tym też polegają blogi, prawda?:) Rzeka, wielka rzeka XD
UsuńNie, nie po prostu życie:) Właśnie nie po prostu:)
I takie tam obgadywanie za plecami, a co tam XD I przesadzacie, ja tu głównie akurat smęcę ostatnimi czasy jakoś. I widzę ta krtań już się ode mnie nie odczepi tej XD
To prawda, że wyjście swoim lękom, obawom naprzeciw potrafi zdziałać cuda.. Szkoda, że tak wiele ludzi ucieka przed tym czego się boi, zamiast się z tym zmierzyć. Ja się ostatnio zmierzyłam ze swoim lękiem, wygrałam i teraz czuję się lepiej, czuję się wolna, no i jestem z siebie dumna ;)
OdpowiedzUsuńJa też uważam, że nic nie dzieje się bez powodu, przez przypadek.
Bo strach ma wielkie oczy i one każą nam uciekać. Trudno nieraz, naprawdę trudno w nie spojrzeć i nie można kogokolwiek o to obwiniać. Gdyby to było takie łatwe, nie wymagałoby właśnie tyle pokładów siły, które nieraz w sobie musimy znaleźć...
UsuńAle cieszę się w takim razie, że się udało:) I właśnie to musi być cholerny powód do dumy:)
Jeju! Przez czytanie tego wpisu przypomniało mi się, jak na koncercie Paula McCartneya została zaśpiewana jedna piosenka w intencji Johna Lennona, którą całą przeryczałem! Nie mogłem nad sobą zapanować w najmniejszym stopniu. Ale była to jedna z najwznioślejszych chwil mojego życia.
OdpowiedzUsuńI właśnie to jest piękne w koncertach, że nieraz wyzwalają właśnie takie, czasem najgłębiej skrywane nawet emocje.
UsuńKażdy Twój post jest dla mnie czymś magicznym i może powinnam je wydrukować i mieć przy sobie, będę Cię mieć bliżej siebie :)
OdpowiedzUsuńMiło to czytać:)
UsuńWłaśnie zaczęłam słuchać Incubusa. Te piosenki, ktore wymieniłaś. Wcześniej ich nie znałam.
OdpowiedzUsuńMnie też niektóre piosenki nierozerwalnie kojarzą się z pewnymi sytuacjami, osobami. Na żadnym koncercie jednak jeszcze nie płakałam. Ale wiesz, myślę, że ja nie próbowałabym hamować łez.
Ze wszystkich koncertów, na których byłam najmilej wspominam tegoroczny- Sabatonu i Battle Beast. Nie tylko ze względu na stanie od połowy pod samą barierką i napierdalanie włosami tak, że przez kolejne dwa dni bolał mnie kark (XD), ale także z powodu dobrych wspomnień zabawy po koncercie: włam do akademika, picie w Krakowie do 4 nad ranem, poznanie fajnych ludzi... cóż, jeden z najfajniejszych dni w tym roku ;)
Wiesz, że byłyśmy na tym samym koncercie? Na Rammsteinie na Impakcie. Był to wówczas mój absolutnie ukochany zespół, więc bolałam bardzo, że nie udało mi się dopchać bliżej pod scenę ;(
To warto właśnie poznać..dla mnie mają wartość hm, sentymentalną, ale Incubus sam w sobie jest świetnym zespołem po prostu:)
UsuńMuzyka to taki wehikuł czasu nieraz po prostu, co? I ja hamowałam...ale już tego nie robię.
I to są potem genialne wspomnienia właśnie:)
No patrz, to może się gdzieś tam nawet minęłyśmy?:D
to prawda, maile, wiadomości, listy, blogi.. to wszystko są wspomnienia. I nawet jeśli tych osób już nie ma szkoda nam je wyrzucić, usunąć..
OdpowiedzUsuńmiło czasem do tego wrócić.
I nie trzeba usuwać...bo czasem może nawet właśnie warto wracać:)
UsuńOd samego początku wiedziałam, że chodzi o "Wish You Were Here". I pamiętam, jak ogłosili Incubusa na OWF i to Kordian był pierwszą osobą, o której wtedy pomyślałam.
OdpowiedzUsuńDobrze mówisz, że trzeba mierzyć się ze swoimi lękami, obawami, ale... To nie jest takie łatwe. Chociaż wiadomo, że w towarzystwie wszystko wydaje się łatwiejsze.
Dodam jeszcze, że koncerty, w które tak na masę się wczuwam i czuję je każdym milimetrem ciała są rewelacyjne.
No to nie było tylko moje skojarzenie czy Red jak widać:)
UsuńDokładnie, łatwe nie jest, inaczej to chyba...nie byłoby tak wiele warte, jak wreszcie się uda, prawda?
Otóż to!^^
Gdy się pali, to tak łatwo się nie płacze. Ech, to nie pomaga, gdy mimo tego, że nigdy nie miałam papierosa w ustach, to czasem mam ochotę zapalić, Jakby miało mi to w czymś pomóc.
OdpowiedzUsuńBo człowiek szuka ratunku nieraz nawet w najgłupszych miejscach.
UsuńWłaśnie dokąd zmierzamy.. Pytanie na które nigdy nie umiem znaleźć odpowiedzi.
OdpowiedzUsuńMoże odpowiedź musi się nieraz znaleźć jakoś...sama?
UsuńWiem, że pisałam to wiele razy, ale uwielbiam ,gdy o Nim piszesz. Pozwalasz Go poznać poprzez fakty z życia o których wcześniej nie mieliśmy prawa wiedzieć.
OdpowiedzUsuńAch ta muzyka... Chyba właśnie przez nią gromadzi się w człowieku najwięcej wspomnień, a spójrz jak nieświadomie to się dzieje. Niby w jakiś określonych chwilach wymieniacie się linkami, a dopiero gdy tej osoby nie ma obok dociera do nas, że brakuje jej w towarzystwie płynącej melodii...
Chciałam zajrzeć w sobotę po meczu w okolice Torwaru, żeby podłapać trochę muzyki "na gapę", ale ostatecznie zmęczenie wzięło górę. :)
Wiem. Ja po prostu piszę o tym, co pamiętam, co jest moje. Ale właśnie tez czasem człowieka poznajemy przez cudzy pryzmat, to całkiem naturalne przecież.
UsuńDokładnie, muzyka to wehikuł czasu i emocji, nieraz powoduje, że przenosimy się tam, gdzie nawet boimy się być.
Nie dziwię się:)
Dobrze, że się nie rozkleiłyście, bo Kordian i Vincent z pewnością by tego nie chcieli. Muzyka i wspomnienia...skąd ja to znam?
OdpowiedzUsuńNo ja się nie rozkleiłam raczej XD
UsuńNo właśnie, każdego to zawsze jakoś dotyka...
też mam taką tajemną historię fajnych maili na swojej skrzynce, czasami do nich wracam, bo nie umiem sie uwolnić od przeszłości tak do końca...
OdpowiedzUsuńCzasem nie trzeba się uwalniać wcale, prawda?
Usuń