Kiedyś, będąc na spacerze w jednym z
poznańskich parków zachwycaliśmy się tymi drzewami.
Wiązy. Inaczej zwane limakami.
Nie wiem czemu, tego dnia, parę lat
temu tak bardzo zwróciły moją uwagę. Zaczęłam mówić o tym,
jak dawni Słowianie leczyli się, czerpiąc energię z tego drzewa.
Bo jak mało które sprzyja intuicji i pomaga zwyciężyć uczucie
frustracji i bezsilności.
-To tak jak pewni ludzie.- powiedział
wtedy. Luźne skojarzenie. Jak okazało się, najbardziej trafne,
powiedziałam wtedy, gdy słońce powoli zachodziło i biło cudowną
łuną, widzianą najpiękniej spomiędzy gałęzi z ledwo co
pękającymi liściowymi pąkami.
Jest wiele historii o wiązach. Ale
jedna chyba jest najważniejsza.
Jakiś czas później on przyrównał
ludzi do ogrodów, które mogą a nawet powinny opiekować się sobą
nawzajem. O ogrodach, krzewach innych ludzi, które czasem trzeba
chronić przed mrozami.
Ja w głowie wówczas znów miałam
wiązy i lasy.
Może dlatego, że z lasu i bagien
pochodzę, a nie z miasta dosłownie. Wychowałam się w pobliżu
różanych ogrodów jak i on, ale jednocześnie widziałam, jak
drzewa nieraz muszą mieć mocne korzenie, by pozostać w ziemi.
Ziemi wspólnej dla wszystkich, która karmi i obdziela dobrobytem.
Ziemi nieraz jałowej, a jednak dającej życie.
Wszyscy pochodzimy z ziemi i do ziemi
wrócimy. Ale przedtem w niej wzrastamy. Jak wiązy.
One są w tym wyjątkowe. Wyjątkowe są
ich korzenie. Czasem zastanawiam się, ile w tym prawdy, a ile
legend, jak potrafią się ze sobą związać. Naprawdę, czy stąd
ich nazwa? Nigdy z ciekawości nie odsłaniałam ich, nie
wygrzebywałam dziur, by zobaczyć...bo to ich. Drzew właśnie, ich
własne, intymne.
Raz widziałam za to wykrot. Jeśli
ktoś nie wie, wykrot to wyłamane drzewo, przewrócone przez wiatr.
Wiązy mają silny, głęboki korzeń,
który sięga w głąb matki. Ten, który trzyma najbardziej, ten
własny, samotny. Ale obok niego wyrastają rosnące w boki. I te
boczne łączą się. Mówi się, że po to, by drzewa razem opierały
się wichrom. Po to, by mogły razem rosnąć na najdzikszych
skałach, razem mogły tkwić w jałowej ziemi. Razem wiązy są
silne. Łączą się ze sobą, tworząc podziemne miasta korzeni.
Na zewnątrz tego nie widać. Nie są
zrośnięte pniami jak pewne moje ukochane brzozy, będące jak
kochankowie, na wieki pogrążeni w namiętnym uścisku.
Tego, jak mocno połączone są ze sobą
wiązy, nie widać. To o wiele głębsze, nie na pokaz. Każde z nich
jest silnym samotnym drzewem, z swoim własnym korzeniem. A jednak
trzyma za rękę swojego brata, swoją siostrę.
I kiedyś widziałam właśnie wykrot w
lesie pełnym wiązów.
Jeden, przewrócony przez wiatr po
straszliwej burzy. Wyrwany z czułych objęć swoich braci i sióstr.
Chodziłam je obserwować jakiś czas.
3 lata temu, kiedy mi kogoś zabrano. Te, które były najbliżej
niego, nie miały się wcale dobrze. Marniały, ale nie pozwoliły
sobie przecież uschnąć. Marniały, ale z miesiąca na miesiąc
radziły sobie coraz lepiej. Otwarta, czarna dziura ziejąca w ziemi
jak otwarta rana ich serca.
Nie poddały się. A tak
naprawdę...nawet w ranie czaiło się życie.
Jakiś czas potem znów odwiedziłam
miejsce wiązów w swoim lesie. W ranie po obumarłym, przewróconym
drzewie, rosło nowe życie. Nowe drzewo, krucha siewka, która
wreszcie mogła dojrzeć słońce.
Na razie jeszcze młoda, ale już
otaczana braćmi i siostrami. Jej korzenie, rosnąc, splatały się z
innymi.
Tymi dawnymi. I kto wie, może gdy dorośnie, to tej siewce, nowemu drzewu, wyrosłemu na zgliszczach, uda się przetrwać razem kolejne wichry. To drzewo będzie szumieć z tymi, które zostały, to drzewo będzie śpiewać tą samą pieśń.
Tymi dawnymi. I kto wie, może gdy dorośnie, to tej siewce, nowemu drzewu, wyrosłemu na zgliszczach, uda się przetrwać razem kolejne wichry. To drzewo będzie szumieć z tymi, które zostały, to drzewo będzie śpiewać tą samą pieśń.
Dla mnie ludzie nie byli ogrodami, nie
byli ogrodnikami. Ludzie też, są jak wiązy. Jedni bliżej, jedni
dalej. Niektórzy połączeni tak mocno korzeniami, że gdy wicher
pokona jedno, inne też cierpi. Czasem ich krew bywa tak samo
zanieczyszczona tym samym bólem, tym samym cierpieniem.
Ale i nieraz razem śpiewają tą samą
pieśń. Cieszą się tak samo z odwiedzin i narodzin nowych ptaków.
Czasem, swoimi emocjami tworzą
największe podziemne miasta, największe miasta o których może
nieraz wcale nie trzeba za dużo mówić.
Czasem cierpią, gdy widzą pioruny
uderzające w korę brata lub siostry, czasem boli ich, że nie mogą
nic poradzić na wichry trzaskające gałęzie. Łamiące pod naporem
zła i bólu.
Ale mimo wszystko są korzenie.
Korzenie jak jedna ręką w drugiej, podtrzymujące jakoś na duchu.
Albo chociaż starające się.
Może czasem to nie wystarczy. Czasem
to za mało. Ale....może można to wybaczyć.
Z niektórymi ludźmi żyjemy jak w
wielkim lesie po prostu obok, jak dąb szumiący koło wielkiego
potężnego jesionu, który marzy o zostaniu mitycznym Ygdrasillem. Z
niektórymi stajemy się wiązami. Nasze korzenie przejmują ich ból,
nasz ból tak bardzo działa na nich. Ale mimo wszystko, gdy jest się
razem, jest lepiej. Nawet jak pewne rzeczy mają boleć, dobrze, że
bolą razem. I nadal łatwiej znieść wichry, nie runąć ponad
ziemią, z której się wywodzimy. Łatwiej dostrzegać po prostu
życie w życiu.
Ta myśl naszła mnie niespodziewanie,
gdy wracaliśmy przez park z Mężem, po tym, jak odprowadziliśmy
Redcar na pociąg. Zobaczyłam wiąż i po tych kolejnych,
spontanicznie spędzonych ze sobą dniach naszła mnie ta myśl.
Ludzie są jak wiązy. Z jednymi
korzenie zaczynają zrastać się niespodziewanie szybko. Może
wtedy, gdy pewne emocje rosną na zgliszczach innych? Gdy upada jedno
drzewo i inne mogą się zobaczyć i przez to połączyć w
podziemnym mieście, a liśćmi szumieć nową opowieść? Może tak
właśnie musi nieraz być.
Natura nie znosi próżni. W naturze
nic naprawdę nie umiera, nie zostaje pustka. Ona tkwi tylko w
naszych sercach, ale jak się okazuje, czasem jedną pustkę łagodzą
cudze ręce. Choć może nie można tego tak porównywać. W żaden
sposób, nie obarczać przeznaczenia.
Wyszło jak wyszło i można się tylko
cieszyć, nawet, jak chce się płakać.
Nawet, jak na cudze łzy nie można nic
poradzić, wiedząc, że w tych łzach ma się swój cholerny udział.
Jebło to jebło, musiało w
końcu jebnąć.
Też prawda. Może nawet lepiej, że w
tym dniu, w tym momencie, po innych ciężkich dniach? Innych,
potrzebnych jednak przemyśleniach? Czasem łzy bywają potrzebne.
Trudno patrzy się tylko na cudze, ale może to też ma jakieś
plusy. Czasem lepiej ci, jak ktoś popłacze się przy tobie nawet
nie mówiąc nic, niż gdy płacze, jak jesteś daleko. Nadal nie
umiesz nic na to poradzić, nic z tym zrobić. Ale czujesz się
bliżej.
Bo zawsze dobrze być na wyciągnięcie
ręki i dobrze mieć świadomość, że cholerne łzy są potrzebne.
Choć, świadomość i racjonalność nie zawsze pomaga.
Ale tak samo potrzebne bywa dużo
śmiechu i może to jest główne lekarstwo? Po burzy jak drzewa
schniemy, ciesząc się kolejnym słońcem.
Ciesząc się mimo wszystko dobrym
żarciem na ogromnym kacu, leżeniem na trawie i nawet wygłupami z
balonem napełnionym helem. Może to wszystko oswaja, życie toczy
się dalej. A korzenie jeszcze bardziej, ciągle i ciągle się
zrastają. I w tym momencie chyba nie ma lepszego uczucia, nawet nie
trzeba o nim mówić, trochę czułości a trochę szorstkości.
Mam twardą korę i miękkie drewno pod
nią. Chyba coraz więcej osób to zauważa.
Kolejny magiczny, choć też i trochę
smutny weekend. Ale taki był może nam potrzebny, nie czekanie do
czerwca, a całkiem spontaniczna myśl- wpadnij na weekend, na
imprezę.
Nikt nie przypuszczał że tak to się
potoczy. Że i ona się zgodzi, że potem wyjdę wcześniej z pracy,
śpiesząc się jak głupia na ten dworzec. Że jakimś cudem
pójdziemy do baru zamiast zostać w domu.
„Bo musisz zobaczyć trochę
Poznania, powiesz mamie co widziałaś, a nie tylko w chacie siedzieć
z nami i chlać”.
Ciemna i głośna barowa piwnica. Dym
papierosów, śmiech z obserwacji a tego a tamtego, podróże do
łazienki i poważne rozmowy z panią W. zakończone pocałunkiem,
parę dyskusji, dużo żartów. Złe myśli przy paru piosenkach.
Cudzy taniec na parkiecie i niespodziewane hasła.
Bo kto jest czyją dziwką?
A potem nocne podróże po nadmiarze
alkoholu i w deszczu, darowanie kwiatków znalezionych przy sikaniu w
krzakach, niespodziewana ucieczka reszcie stada, wyznania, za dużo
pewnych wyznań i słów które przybijają. Ale nie z każdym ucieka
się od trudnych tematów, niektórym się je powierza. Wyszło jak
wyszło- i może właśnie dobrze? Może nie. Jest jak jest.
Tworzymy korzenie, trzeba przebić może
i to, co zostało po wykrocie.
Trzeba odkopać może czasem to, co
głęboko w niej ukryte. Czasem przesadnie. Za mocno, nie po takiej
ilości piwa, szlugów które nie wiadomo kiedy się kończą...
Ale docieramy, stoimy pod kamienicą,
palimy. A raczej ja palę i gadam, ona słucha. Za dużo? Może za
dużo. Czasem język się rozwiąże, zapomina się, kim się było
wcześniej, kim się było wczoraj.
Nocne wariacje już w domu, szalony
striptiz innej czarnowłosej dziewczyny, pijanej i zazdrosnej o cudzy
rozmiar biustu. A potem za dużo przygnębiającej muzyki.
Możemy palić, pić, możemy szaleć.
Więc możemy i płakać. Nieraz tak wychodzi. Może musi.
Korzenie nie biorą tylko z żyznej
ziemi. Czasem same muszą coś dać. Korzenie nie biorą się od
słońca. One przede wszystkim tworzą się w ciemności. W bólu
przebijania i wyrywania innych. Te potem są najpotężniejsze i
najsilniejsze. Takie odnoszę po tym wszystkim i po innych rzeczach
wrażenie.
Moja bezradność i jej smutek. Też da
się jakoś przeżyć, też da się ogarnąć. Aż ogarnie się
wszystko do końca.
Tak naprawdę, może niż zwykłe
wymioty nieraz potrzebne są bardziej te mentalne. Po alkoholu
łatwiej o jedne i o drugie. Ale zatruta dusza też musi się nieraz
oczyszczać. Czasem wychodzi, czasem nie. Czasem jest potem lepiej,
czasem tylko gorzej. Ale chyba nieraz trzeba próbować.
Czasem brakuje słów. Ale nie szkodzi.
Bo drzewa, wiązy tez żyją czasem bardziej w podziemnych miastach.
Śpiewają razem piękną pieśń szumiąc koroną i rosną ku
słońcu. A wszystko co najważniejsze tkwi w ziemi. To tam się
wspierają. Tak powinny trzymać się mocno razem, nie dając się
wichrom, które nieraz przerywają wesołe pieśni.
Nieraz może do korzeni trzeba się
dokopać. Przebić się przez wszystkie warstwy żyznej albo jałowej
ziemi, żeby dotknąć. To nie wychodzi nigdy, gdy tylko jedna strona
tego chce. To nie wychodzi, wtedy jedno oplata drugie jak bluszcz.
Wtedy nie widać prawdziwej twarzy, ani trochę. A śpiew koron jest
jednym wielkim, fałszywym tonem.
A tego nikt chyba nie chce. Nikt nie
chce być fałszerzem. Nie w tym świecie.
Nikt nie chce maski wiecznego uśmiechu.
Bo tak się nie da. Nikt nie wytrzyma maski wiecznego rozchichotania,
wiecznego szaleństwa tylko, choć one tak bardzo pomagają.
Czasem trzeba odkopać korzenie,
czasem, z dwóch stron, czasem z jednej.
Nikt nie lubi być odkopywanym. Na
pewno nie na siłę. Ale jeśli coś ma być prawdziwe...nie zawsze
można siedzieć skrytym w matce ziemi. Ona bowiem przyjmuje wiele,
ale czasem już nie wystarcza.
Dlatego u mnie tak dużo słów, gdy
alkohol rozplącze język, zwłaszcza wtedy.
Dlatego może i łzy tego weekendu.
Dobrze czy źle? Chyba nie można mówić
o tym w ten sposób.
Po prostu, tak się zdarza. Nikt nie
lubi, gdy odsłania się właśnie jego korzenie, gdy dociera się do
sedna. Nikt chyba nie lubi pokazywać łez. Ale czasem w życiu
przydaje się ktoś, kto odkopuje w nas pewne rzeczy. I ja mam
nadzieję, że mimo wszystko będę mogła robić to nadal. Nieraz
odkopywać, otulać tak jak umiem, nieudolnie całkiem. Nieraz
zaśpiewać razem tą pieśń i mówić, że mamy siebie nawzajem,
wracając do dobrych dni, gdy wszystko zmieni się w nocy w złe i
niedobre. Bo złe i niedobre, nadal łatwiej nieraz znieść, gdy
jest się razem.
Ja przynajmniej tak do odczuwam. Sama
ulga, że mogę mówić. Egoistyczna radość, że jednak można
dzielić ten ból, w inny sposób, niż z każdą kolejną osobą. Z
niektórymi czuje się bardzo podobnie, mimo oczywistych różnic.
Różnic zdarzeń, emocji i przeszłych historii.
Bo przeszłość nie ma nieraz
znaczenia. Jest tu i teraz, obecne emocje. I tworzone wspólnie
korzenie. Przynajmniej moje chcą przebijać nieraz żyzne i
życiodajne, a nieraz trujące ziemie. Stale i stale. Może do pewnej
całości, zdarzeń tych i przyszłych.
Może jestem dziwna, ale czasem mam
wrażenie, że trzeba stracić przy sobie kontrolę. W ten, czy inny
sposób. Wtedy można powiedzieć, że zna się człowieka. Czasem
można dopiero wtedy powiedzieć, gdy widzi się złe i niedobre, czy
można kochać. Tylko to naprawdę budzi pewne instynkty, tylko to
nieraz buduje więź. Z każdym człowiekiem którego kocham lub
kochałam, przeżywałam najgorsze. Czasem niedoskonałości i bóle
powodują, że jest się ze sobą bardziej. Prawdziwym człowiekiem
ze skóry i kości, nie z pomnikiem czy ideałem. To nie jest łatwe,
ale miewa swoje prawdziwe piękno.
I może nie potrzeba nigdy żadnych
deklaracji, nie trzeba nazywać tego. Przyjaźnią, miłością.
Jakkolwiek. Czasem tylko może, gdy czuje się taką potrzebę. Gdy
chce się powiedzieć, że się martwiło. Że zależało i zależy
naraz, choć, może trudno to wyjaśnić.
Może jestem dziwnym człowiekiem, ale
czasem muszę podejść z kimś pod ścianę. A pod tą ścianę
podchodzimy przecież cały czas, na różne sposoby. Od paru
miesięcy, od długiego już czasu, mniej lub bardziej swobodnie,
mniej lub bardziej niebezpiecznie.
I też, nie lubię dużych słów. Więc
powiem po prostu, że kocham lasy pełne wiązów i ich splatanie się
korzeniami. I nadal, chce się nimi splatać. By wytrzymywać wiele
wichrów, jeśli moje korzenie w czymś pomogą. Bo tamte dają mi
też tak wiele. Odkopywane z całą nieraz wręcz lubością, bo
potrzebują też tlenu i słońca, choć to dla nich niełatwe.
Tak, te lasy są piękne. Jak i drzewa,
które, z osobna je tworzą. Zwłaszcza, że to ma wyjątkowo silne
własne korzenie, nawet nieraz o tym nie wiedząc. Kwestia tylko, czy
wytrzyma nieraz z moimi.
Wszyscy mamy słabości, lecz
niektórzy
Mają słabości łatwiejsze do
rozpoznania
Spójrz mi w oczy i proś o
przebaczenie
Zawrzemy pakt by już nigdy nie
mówić tych słów
Tak, jesteś moim przyjacielem
Wszyscy mamy coś, co nas zakopuje
Jednak na szczęście odkopujemy
siebie wzajemnie
Więc gdy słabość włącza moje
ego
Wiem, że liczysz na mnie z
wczorajszego dnia
Gdy zmienię się w kogoś innego
Odkop mnie z tego, co przykrywa
lepszą część mnie
Śpiewaj tą piosenkę
Przypomnij mi, że zawsze mamy
siebie wzajemnie
Gdy wszystko inne zniknie
Natura nie znosi próżni - w takim razie nie należę do natury.
OdpowiedzUsuńZła kobieta zrobiła we mnie wyrwę po swojej obecności, zasypałem ją. Ale na razie nie widzę oznak, by ktokolwiek przymierzał się do zajęcia tego miejsca.
Wiesz, nie znoszenie w naturze próżni nie oznacza od razu zastępowania jednej rzeczy podobną bądź tą samą. Jednej więzi identyczną. To jak z nadkomepnsacją np. u osób chorych. To, że to miejsce ktoś zostawił nie znaczy, że natura pokochała próżnię. Bo to można zastąpić nawet...pisaniem na blogu czy inną pasją. Albo znajomością innego rodzaju. Nic nie jest takie same, ale nie jest też próżne, gdy jedno zniknie. Tak mi się jednak przynajmniej wydaje, choć, odpuszczam wszystkie możliwości. Może moja natura nie znosi próżni?:D
UsuńI dlatego ja często słyszę o tym, że jak chce się kogoś tak naprawdę poznać to się go powinno dobrze opić ;p Bo alkohol właśnie sprawia, że tracimy nad sobą kontrolę i wylewa się z nas wszystko to co złe i co dobre ;) I coś w tym właśnie jest, bo czasem poznajemy człowieka wiele lat a w końcu nas zaskakuje...
OdpowiedzUsuńByłam ciekawa jak wyglądają wiązy i wpisałam nazwę na google, ale powiem Ci, że nie odróżniłabym ich w życiu od innych drzew. Bardzo niepozornie wyglądają jak na swoje magiczne właściwości :D
Wiesz to, z tym murem i szaleństwem to nie chodziło mi tylko o picie chociaż fakt...że łatwiej po alkoholu stoi się pod ścianą i pewne bariery pryskają. To ma nawet fizjologiczne uzasadnienie ponoć. Ale, właśnie, stracić nieraz kontrolę...ze sobą warto. Bo warto poznać każde oblicze człowieka i bardziej się je nawet kocha:)
UsuńTo fakt, że są niepozorne. Ale ich siła tkwi właśnie ponoć w korzeniu. Najważniejsze bywa skryte dla oczu, co? Nawet w dosłowności:)
Mi też nie chodziło tylko o picie i alkohol :) Czasem takie bariery może skruszyć nieokiełznana radość, czy pogrążający smutek. Wiele czynników :) Ale sens pozostaje ten sam - lepiej poznajemy człowieka, a nie jego maskę :)
UsuńTak, to prawda :D Nawet w dosłowności :P Mam ochotę spotkać te drzewa :D
Dobra, to się nie zrozumiałyśmy, ale już wszystko jasne:) I właśnie, to są takie sytuacje graniczne...albo nieokiełznana złość :D Ja mam wrażenie, że sporą część mnie widać właśnie w takim ostatecznym gniewie, może dlatego że jestem jednak choleryczką z natury.
UsuńI wybierz się na spacer, na pewno wiązy znajdziesz w jakimś parku:)
Zapamiętaj na przyszłość, że na ogół gdy się odnoszę do jakichś skrajnych sytuacji to podaje je raczej jako przykład ;p Ja też na wszelki wypadek postaram się o pisaniu "np." w takich sytuacjach xD
UsuńJa się sama siebie boję w mojej nieokiełznanej złości - naprawdę... Nie wiem do czego jestem zdolna, a już po alkoholu to do wszystkiego :/
U mnie na wsi to drzewo na drzewie tak naprawdę a i tak nie odróżniam jednego od drugiego, ale jak pogoda dopisze to pójdę do parku na Jasną Górę ;) Mówisz, żeby dotknąć tego drzewa? :D To wystarczy? :D
Ok, dobra :D Zresztą, zawsze możemy to sobie wyjaśnić po prostu, robi się nieraz wtedy jeszcze ciekawsza dyskusja :D Ale postaram się zapamiętać właśnie:)
UsuńWiesz co, ja wiem w pewien sposób bo doszłam do granicy wściekłości raz, właśnie pijana ale...nie mam zamiaru tego powtarzać. Chociaż, granica ma to do siebie, że zawsze ją można przekroczyć. Chyba każdy z nas jest zdolny do wszystkiego wręcz...
W ogóle, warto przytulać się do drzew:) Idzie wyczuć od nich energię i czerpać ją właśnie:)
Ja po pijaku wiele rzeczy zrobiłam nie tak. Złamałam granice i... w sumie nie chcę o tym pisać. To zbyt drażliwe i nie mogę sobie tego po dziś dzień wybaczyć :/
UsuńPewnie wezmą mnie za wariatkę, gdy przytulę się drzewa, ale może się odważę :D
Ja też, ale rozumiem to, że nie chcesz o tym mówić. Bo jednak, nieraz człowiek jak przegnie dla samego siebie to mu trudno się z tym w sodku pogodzić, a co dopiero mówić.
UsuńE tam i co z tego że wezmą?:D
tak się zaczęłam zastanawiać - jak zwykle zresztą - nad tym co napisałaś i jak w większości przypadków doszłam do wniosku, że masz rację. jest kilkoro takich ludzi, z którymi doszłam pod tą ścianę, którzy widzieli moje najgorsze i z którymi ja byłam w najgorszych momentach. porównanie tych więzi do korzeni to chyba najlepszy sposób na zobrazowanie ich. chociaż muszę przyznać, że nie wiedziałam, że wiązy mają takie obyczaje ;)
OdpowiedzUsuńBo jednak, ludzie jakoś się łączą...aż w metaforyczne lasy, co nie?:) I właśnie taka ściana pomaga nieraz odkryć prawdziwego człowieka. A póki nie znamy prawdziwego...nie potrafimy nieraz być ze sobą w pełni. Więc ci stają się nam po prostu bliżsi, to aż naturalne.
UsuńA jednak:)
Damn, to jedna z TYCH piosenek, jedna z ulubionych. Chyba dzisiaj znów będę słuchać Brandona. Ale już tak na spokojnie, bo ostatnio to był soundtrack do smsow z Wami :D
OdpowiedzUsuńZawsze podobało mi się to, że wiązy są dosłownie związane ze sobą. Piękne po prostu. Ale piekniejsze jest, gdy się okazuje, że właśnie ludzie też tak mogą.
I ja się cieszę, że wyszło jak wyszło, że mówiłaś wcale-nie-za-duzo, podczas deszczowego powrotu :) lubię, jak mówisz, nawet jesli czasem zakluje, wiesz że czasem tak jest lepiej. Teraz nic takiego nie bylo, tylko później złapałam Twoje wkurwy xD a cieszę sie, bo jednak razem lepiej :) nawet gdy nie wiadomo jak pocieszyć lub jak dalej płakać, gdy ryj na przekór się śmieje. Siedzenie przy kiblu też pomaga :D
To tak jak i moich:) To tym razem nie przeszkadzałam, wczoraj jak ty słuchałaś Brandona to ja się grzecznie kładłam spać :D Ale mam nadzieję, że wyszło dobrze:)
UsuńMuszę ci pokazać ten park. Znaczy, tą alejkę,bo to w parku, gdzie jedliśmy śniadanie. Wtedy nie pomyślałam. I dokładnie. To taki ładny symbol:)
No dobra dobra, niech ci będzie, ja wiem że czasem za dużo gadam, zaczynają mi się słowa rozlewać. Bo czasem może kłuć musi. Wait, które wkurwy? I lepiej, bo można nieraz się czymś zajać. choć tak, wiem, nieraz człowiek i sam być musi. Różnie to wypada.
No, miękkie dywaniki :D Przypominam, że miałyśmy tam spać :D
A jednak nie słuchałam. Najpierw rozklejalam się przy ycd, a potem po prostu zasnęłam. Trzeba było odespać weekend :) No to następnym razem pójdziemy :)
UsuńI to lubię, no :D no te blogowe wkurwy xD no czasem trzeba samemu, a czasem nie. I teraz samej byłoby gorzej chyba. W sumie jestem do tego przyzwyczajona, dlatego mi trudno przy kimś plakac.
Wiem, ja bym mogła, ale nie wiem co na to Foka xD
No tak, ty i twoje ycd. Tam widziałam coś na fejsie, zaraz potem obczaję, przy czym się rozklejałaś :D I jasna sprawa. Nawet my odespaliśmy jako tako, bo położyliśmy się wcześnie w miarę spać. Co nie znaczy, że chętnie do 10 bym pospała :D I na śniadanko też?:D
UsuńA no, to już wiem :D Nie zczaiłam. Fakt, wylałam sporo żółci w tym temacie...Więc znowuż, dzięki za zniesienie tego wiadra gorzkiego na łeb wylanego :D Też mi się tak wydaje, bo tak jakoś się wszyscy ogarnęliśmy. Nawet jak mnie zaczęło łapać to samolocik itp.pomogło:) I...przywyknij do czego innego, niedługo częściej będzie my people need me i must go w wersji szopa jak będziesz bliżej :>
No wiesz, mógł lać do zlewu:D
Obczaj, bo piękne ;) no to super, że też w miarę odespaliscie :) tak, śniadanko na trawie zawsze spoko. I balonik :D
UsuńJa tam się cieszę, że mogę być osobą, której to wylewasz ;) i Cię ominął poimprezowy dół przy okazji :D to przywykanie pewnie potrwa, więc tutaj trzeba jedynie Twojej cierpliwości ;)
Hahahha jasne, na pewno by mu się spodobał ten pomysł xD
Patrz, znowu mi uciekło :D A balonik wyrzuciłam dzisiaj. Bo mi się szwendał pod nogami. Plus choroby chyba będzie taki że wreszcie porządnie ogarnę mieszkanie, o :D Misja na jutro.
UsuńMam nadzieję, że nigdy tego nie będziesz żałować jakoś. I jakoś tak..był blisko, ale przeszedł właśnie:) I spoko, wbrew pozorom bywam nieraz cierpliwa. Nieraz, podkreślam :D
No jemu może tak...mi, jak bym potem zmywała...mniej...:D
Kolejna notka, z której znów wiele wynoszę. :)
OdpowiedzUsuńCieszę się więc:)
UsuńA końcówka tak jakby częściowo o mnie. Ale kurczę pogadamy o tym w zupełnie innym miejscu. Nowa notka ;)
UsuńOk, ok:)
UsuńKocham las...w ogóle. Z całą jego majestatyczną ciszą, zapachem rześkości, wysuwającymi się ze ściółki leśnej grzybami.
OdpowiedzUsuńJuż się nie mogę doczekać...!
Miłego dnia, Frido :)
Po prostu, ciągnie wilka do lasu. A właśnie i człowieka, choć nieraz o tym zapomina. I na grzyby też bym poszła, nie ma co :D
UsuńI wzajemnie :*
Czasami jesteśmy źle ukorzenieni i boli świat, boli prawda. Ja szukam wszystkiego w e własnym zakorzenieniu i poznaje siebie od innej strony, widzę. A wczoraj byłam w lesie i do tej pory o nim marzę i myślę, by stać się kiedyś brzozą.
OdpowiedzUsuńDokładnie. Czasem wręcz można rzec, że ceną za prawdę jest zawsze, ostatecznie ból. Ale mimo to warto sięgnąć korzeni, warto zagłębić się w nie, swoje, czy innego człowieka. Bo czasem tylko tak można zaznać naprawdę życia...i też jego słodkiego smaku.
UsuńI dlaczego brzozą?
Brzoza ma piękna korę, drobne liście , które pod wpływe wiatru szumią jak napiękniejsze szepty. Jestem zauroczona nimi. I właśnie takie samosiejki, chciałabym być taką zakorzenioną zamosiejka, która czyni dobro i daje je innym. A Ty lubisz drzewa, nature?
UsuńWiesz, dla mnie brzoza kojarzy się przede wszystkim z ...lecznictwem. Bo nieraz leczyłam święconym sokiem z brzozy pewne rzeczy u ludzi:) Także, dla mnie to też ważne drzewo.
UsuńI czy lubię naturę? Przecież jestem też naturą. Nie rozróżniam tego. Dla mnie też natura to pewnego rodzaju religia, jestem neopoganką (tak można w wielkim skrócie powiedzieć) więc...cóż. Długo by mówić. Lasy to moje świątynie, część mnie w nich, część nich we mnie:)
Uwielbiam opowieści o symbolice drzew, więc i historia o wiązach tak do końca nie była mi obca. Dobrze, że czasem w pobliżu są cudze, coraz mniej obce korzenie, do których można się przytulić. To ważne i dobre :) I ogromnie cieszę się, że tak jest. Że macie siebie po prostu.
OdpowiedzUsuńA że zgliszcza... cóż, nasunął mi się znów cytat z Kossakowskiej, słowa, które P. powtarza mi za każdym razem, kiedy jestem smutna: "Na zgliszczach najpiękniejszy wyrasta owoc". I tego się trzymajmy :)
Domyślam się:) W ogóle fajnie jest i znać symbolikę i czerpać odpowiednią energię czasem z odpowiednich lasów, miejsc, gdzie są pewne zgrupowania...naprawdę działa, polecam taką drzewoterapię, jaką praktykowali i Słowianie i Celtowie i...chyba wszyscy, którzy jeszcze trochę czują dawne kości w sobie:)
UsuńI cóż, nie powiem, że jest inaczej:) Każdy trafia na swego, no nie?:)
To jak z sekwojami. Mi to się kojarzy od razu z legendą o nich i...ogólnie, świętym kręgiem. Jedno jest wszystkim, wszytko jest jednym. Zdanie, które też zawiera najgłębsze prawdy tego świata...a zdaje się być tak prostym:)
O Twoim lekkim bziku na puncie natury już wiedziałam :D Ale tak na poważnie, to także wierzę w jej moc. Ludzie czasem nie czują, jak bardzo do niej należą, a jednak powinniśmy żyć w zgodzie z nią, bo niszcząc ją, niszczymy również siebie.
OdpowiedzUsuńTo mówisz, że utrata kontroli pozwala poznać człowieka?? Optymistyczne założeni! Powątpiewam, że człowieka w ogóle można poznać! Jest niezgłębiony, jak natura właśnie...
Oj tam bzik. Po prostu, jestem naturą, natura we mnie i tak dalej no nie?:D Wiesz....my właśnie o tym zapominamy. Genialnie pisze o tym Huxley nieraz czy Fromm....cywilizacja nas ugłaskała, a zapomnieliśmy, z czego wyrosła. Tak naprawdę, to do tej czuję nieraz wstręt...bo zgubiła mądrość. A mądrość leży właśnie w ziemi i korzeniach, tylko my nieraz ślepniemy i głuchniemy.
UsuńWiesz co, nie mówię, że poznamy kogoś do końca...ale jego kolejny aspekt. To tak samo jak nie dotrzemy do samego źródła swojego jestestwa (no, chyba że naprawdę uda nam się opanować pewne techniki Wschodu:D) ale...już jesteśmy bliżej. Możemy być bliżej siebie i właśnie splatać pewne korzenie. A to już cholernie dużo:)
Cholera, znowu nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, żeby się do tego odnieść. Powiem tylko, że w tym szaleństwie jest metoda, bo człowieka zna się naprawdę tylko wtedy, gdy jest się z nim i w dobrych, i złych momentach. I ja bywałam w złych momentach innych, ale nie przypominam sobie, by inni byli w moich złych momentach. Nie dlatego, że to źli ludzie. Ja po prostu rzadko dopuszczam kogoś w złych momentach do siebie. Chociaż mam nadzieję to kiedyś zmienić.
OdpowiedzUsuńI, kurczę, też kocham drzewa, lasy. Zaraz po zachodach słońca. Te wysokie, silne drzewa, szczególnie będąc w górach można obserwować ich wielkość i ilość :)
Dokładnie. Wtedy tak naprawdę zawiązują się prawdziwe więzi. Bo nie ma ludzi, którzy mają tylko złe albo dobre chwile...nie ma ludzi którzy nie płaczą i tylko się śmieją. I żeby być bliżej, trzeba tych obu stanów nieraz dotknąć. Ale właśnie to też kwestia, na ile ktoś pozwala na to. Więc może...warto właśnie nieraz dać się poznać i od tej strony? Czasem naprawdę warto. Bo korzenie drugiego człowieka podtrzymują, jak podtrzymują się wzajemnie wiązy:)
UsuńLasy to dla mnie świątynie wręcz:) I góry..jeny, jak żałuję, że nie jadę. Miałam jechać w Bieszczady 30 maja ale życie to zweryfikowało i...marudzę teraz :D
Kilka lat temu zafascynowały mnie drzewa - właśnie ich korzenie, ale i gałęzie. Nagie, nieokryte liśćmi i sposób w jaki one się "wiją", układają, rozrastają. Odnalazłam w spękanej, nierównej korze coś pięknego i zaczęłam rysować. Chociaż tak jak napisałam wcześniej - bardziej skupiłam się na gałęziach, na tym co widoczne. A tutaj popatrz- może coś bardziej fascynującego kryje się pod ziemią.
OdpowiedzUsuńCo do wiązów - faktycznie nasze relacje tak wyglądają. Jako ludzie jesteśmy ze sobą splątani, gdy ktoś odchodzi - cierpimy, gdy jesteśmy razem - czujemy się silniejsi i wspieramy się.
Pięknie to ujęłaś i mi nigdy by do głowy nie przyszło żeby porównać ludzie relacje do korzeni drzew. :)
Obie strony drzewa że tak to ujmę, jak obie twarze ludzi- w szczęście czy nieszczęściu- są fascynujące i piękne:) Tylko właśnie nieraz do tych korzeni trudniej dojść, trudniej nad nimi pracować i poznawać.
UsuńDokładnie. Jeśli na kimś nam zależy i jemu na nas....uczucia zaczynają być wspólne. I dzięki temu nieraz łatwiej nam sobie pomagać wzajemnie:)
Cóż, dzięki:)
Dlatego cieszy mnie to, że mam tak blisko park, taki oddalony od miejskiego szumu, w którym ganiają się cudowne wiewiórki, w którym, z niektórych zdolnościami, nie trudno prawie zabić się o wystające korzenie, który jest mały i może jednak mało w nim tej dzikiej natury, ale jakoś uspokaja, wieczorem, gdy słychać szum wysokich drzew. A co do wiązów, to bardzo trafne porównanie.
OdpowiedzUsuń'Mam twardą korę i miękkie drewno pod nią' i bardzo mi się spodobało to zdanie :). Odnośnie też tej pewnej, jednej sprawy ostatnio u mnie, trochę myśli wywołało.
Na szczęście mały parczek jak ja to mówię też mam ale..mi serce się rwie do prawdziwych lasów. Moich bagien, gór...z wiekiem coraz bardziej je doceniam. I coraz bardziej duszę się w mieście. Trzeba będzie w końcu z miasta wybyć ale...zmieniam temat niepotrzebnie :D
UsuńTo dobrze czy źle?:>
nie miałem pojęcia do tej pory, że drzewa łączą się korzeniami, teraz to wydaje mi się logiczne, że korzenie drzew się wzajemnie zaplatają ale nie wiedziałem, że się jakoś łączą chyba, że o to zaplatanie Ci chodziło, bardzo dobry, pięknie napisany tekst, zresztą jak zawsze
OdpowiedzUsuńCzasem właśnie korzenie wiązów się zrastają, nie tylko splatają:) To jak pnie drzew będących blisko:)
UsuńI dziękuję za miłe słowa:)
Wiesz, lubię czytać Twoje wpisy, ponieważ za każdym razem...dzięki Tobie inaczej patrzę na świat. To, co piszesz jest...inne, inspirujące wręcz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Dziękuję za takowy komplement:) Na świat każdy z nas patrzy po swojemu, a właśnie czasem przez pryzmat cudzego spojrzenia odkrywamy nowe horyzonty:)
UsuńPOszerzam własne horyzonty dzięki Tobie. :)
UsuńTo się cieszę:)
UsuńNie wiem, jak odbierzesz ten komentarz, ale... moim zdaniem masz trudne notki, wiesz? Nigdy nie wiem, jak je skomentować :D
OdpowiedzUsuńHm...a ja nie wiem jak to odebrać, bo to dobrze czy źle?:D
Usuńtak, tak, zdecydowanie się zgadzam! często nie chcemy, żeby nasza prawdziwa, dzika natura wyszła na jaw... ale żeby naprawdę kogoś poznać, trzeba go zobaczyć w momencie, gdy traci kontrolę.
OdpowiedzUsuńja mimo wszystko chronię swoje korzenie przed innymi :)
Dokładnie. Może jak traci kontrolę nawet na wiele sposobów, z różnych powodów. Może to właśnie jest to przysłowiowe jedzenie beczki soli razem?:D
UsuńDlaczego?
Słucham tak sobie 'Roads Untraveled', czytam o tych wiązach i jakoś mi łzy do oczu podeszły. Łzy są czasem ok, ale chyba trzeba szukac powodów do śmiechu :)
OdpowiedzUsuńAle właśnie, łzy naturalna część życia, czasem trzeba się i temu poddac. I nawet nie rozróżniam tu lepsze a gorsze, tylko po prostu:)
Usuń