Wróciłam.
Zapewne wcześniej, niż wszyscy
sądzili, co widzę po tym, jak mnie żegnali. Ale jak pisałam
poprzednio, sama nie wiedziałam, jak długo to potrwa. Sama nie
wiedziałam, że powinnam uciec, czy po prostu zmienić miejsce...czy
tylko ochłonąć, ochłonąć po pewnych rozmowach, wiadomościach.
Przemyśleć.
Ale oto jestem.
I remember feeling the opposite to
falling.
Ciągle pamiętam. Ciągle pamiętam
swoją przekorną naturę. I to, że nie zadowolę przecież
wszystkich. A uciekać...nie sposób. Nawet nie godzi się, odkładać
tarczy, usiąść na krześle i tylko czuwać. Zamiast być. A może
nieraz i walczyć, walczyć po prostu, jak to w życiu, o samego
siebie.
Pisać zawsze lubiłam. Pisanie było
jednym ze środków wyrazu, jednym z wielu w moim życiu. Pisanie
pomagało wylać pewne emocje, tak, by nabrały pełnego ,dojrzałego
kształtu, tak, by mi samej było łatwiej siebie zrozumieć.
Zawsze lubiłam też pewne interakcje,
zawsze dodawały mi swojego rodzaju skrzydeł. A po raz pierwszy
przekonałam się, jak skrzydła mogą podcinać. Zwłaszcza, gdy w
swoim życiu po prostu stale wisi się nad przepaścią, stoi na
krawędzi, gdy w życiu zawsze grozi spadanie.
Ciężko jest być powiernikiem
przeszłości, która zatrzasnęła się trumiennym wiekiem. Ciężko
nieraz nosić w sobie cudze wręcz tajemnice, niektóre kłamstwa i
uniki. Czasem można być za to złym, mieć żal, że nam to
zostawiono. Wir przeszłości chce wciągnąć, chce, by się w nim
zostało. Ściągają w dól niedopowiedzenia, w których ja nie mam
nic do powiedzenia, chociaż ktoś by tego oczekiwał. Ciężko jest
być posłańcem złych wieści, kiedyś ścinano za to głowę.
Można się zmęczyć. Można dać
wciągnąć się temu wirowi, który utworzył się, całkiem świeży,
choć czas jest jedną linią. Można zmęczyć się świeżymi
ranami, lizanymi gorącymi językami. Jeszcze bardziej męczy sypanie
na rany soli. Wcale a wcale to nie pomaga.
Można.
Ale ja ciągle pamiętam uczucie
przeciwne do spadania. Także dzięki temu, jak kiedyś, przed laty,
wspólnie nawet z kimś mi się pisało. I może o to w tym wszystkim
chodzi.
Pisanie może dodawać skrzydeł, być
obok zwykłego, codziennego życia czymś ważnym. Może skrzydła
podcinać, jak mi ostatnimi czasy. Ale, jak to powiedziała pewna
wredna, ruda jak marchewka obecnie dziewczyna, gdy ostatnio piłyśmy-
podcinają ci skrzydła, to pozwól im odrosnąć. Wyskubują ci nie
tylko piórka, ale i puch, który miał chronić przed zimnem? Cóż,
poczekaj. Ale się nie dawaj. Twarda bądź jak jesteś. Miej jaja i
nie zwiewaj. Chociaż przedtem doradzała, żebym nie zaczynała tej
„przygody” z blogiem- tym razem i w niej obudziła się przekora.
Nie pozwól odebrać sobie tarczy. Nie pozwól przebić swojego boku
włócznią. Nie jesteś cierpiętnicą, wobec nikogo.
Bardziej bojowa niż moja postawa. Ja
po prostu czasem zlać w pewne miejsce słowa, jak do studni w której
dudni echo, zamiast do ciemnej, mrocznej pieczary, w której żaden
strumyk nie szemrze. Ale jej bojowa postawa, jej złość, jej też
ból czasem dają mi sił, żeby pewne rzeczy robić. Albo dokańczać.
Na pewno nie uciekać, choć, w pierwszym odruchu chciałam uciec
przecież i od niej i od wielu sytuacji. Nigdy już nie przyjść do
tamtego domu na herbatę, bo nie mam siły.
Siła jest. Zawsze się znajduje.
Zwłaszcza w skopanych przez los istotach, zwłaszcza w tych, których
serce czasem przepełnione bywa gniewem albo żalem. To wszystko
można wykorzystać na własną korzyść. W tej sprawie jestem z
paroma osobami cholernie podobna. Czasem trzeba nawet obudzić gniew,
żeby się nie poddać. Płacz i żal nie pomagają. Niech płonie
ogień, można rzec. Ogień jak rude włosy.
Nie dawaj się niektórym ludziom.
Zgorzknieniu w smaku ich słów. I nie dawaj się własnym demonom.
Rób swoje. Żyj. Uciekając z jakiejś części życia, nie żyjesz
naprawdę. Wszystko trzeba opuszczać z własnej woli, nawet na
tarczy jak Spartanie, a nie z podkulonym ogonem i smutkiem. Dumnie
uniesiona głowa.
Nie chcę stawiać murów, nie chcę
stawiać barier, ale nieraz po prostu chyba będę musiała postawić
choćby płot. Żeby chronić siebie. Swój świat...a może też
trochę i cudzy.
Wracam więc, po króciutkiej, jak się
okazało, przerwie. Wracam do tego miejsca, nie żadnego innego. Bo
jak pisała Martyna, zmiana chyba nic by nie pomogła. Bo nadal
wszędzie będę to ja. Taka sama, z tymi samymi przeżyciami,
podobnymi słowami. A ten świat jest mały. To nie ma znaczenia
więc, czy zmienię miano, którym się tu określam, czy zmienię
adres, parę domów dalej, na tej samej ulicy. Bez różnicy. Wracam
więc tutaj, chcąc po prostu pisać, czasem rozmawiać z niektórymi
ludźmi. Bo wielu z nich uwielbiam, uwielbiam czytać to co oni
piszą, dyskutować. A że przez paru zaciskałam zęby, przez paru
wyłam jak złapany w pułapkę lew...cóż. Trzeba opuścić klatkę.
Nigdy nikogo się nie zadowoli, nie każdy zadowoli i mnie. Działa
to w dwie strony. Przez paru ludzi nie mam co rezygnować, zaszywać
się, uciekać. To mały świat, ale również wielki. Jak pisała
Nemezis, która zna mnie całe lata, zna jak mało kto chyba niektóre
moje zachowania, umie przewidzieć, co zrobię, bo sama ma ogromną
mądrość, wrócę. To mały świat ale i wielki i przecież są tu
nie tylko ludzie, przez których dostałam szału i którzy tak
bardzo mnie dotknęli niektórymi zachowaniami.
To wielki świat, choć mały. Czasem
coś trafi w serce, jak zagubiony pocisk. Ale przecież...tak, Ruda
przypomniała mi, że pociski przecież wydrapuje się z serca
pazurami, przeżuwa i wypluwa za siebie. Pociski, które trafiają,
ale okazują się nieistotne, rozpływają się jak skrzepnięta krew
w ustach. Tym razem to ona przypomniało mi o paru sprawach, gdy
piłyśmy nad Wartą. Godna
siostra swojego brata. Teraz ona dała mi kopa, gdy pijane prawie
wpadłyśmy do Warty. Gdy prawie skręciłam kark ( i skąd te
siniaki na nogach?).
Było warto zapracować na kolejnego kaca, było warto popłakać się jak dziecko i odprowadzać się do
3 nad ranem do domu wzajemnie. I nawet, tym razem odważyć się i o
tym napisać.
Warto, by ktoś ponownie zapalił w nas
ogień. Wypalam się przez to wszystko, ale niektórzy dorzucają,
podsycają, rozdmuchują żar.
Nie pozwalają upaść.
Wróciłam do małego wielkiego świata,
który jest dodatkiem do mojego życia.
Bo nie jest całym moim życiem. Jest
dodatkiem i nie gloryfikuję go w żaden sposób. Jest ważny, bo
daje oderwanie, ale nie na tyle, by przesłaniać mi cały obraz.
Tego, co było i tego, co jest. A może i tego co będzie.
Wracam i nie szukam tu już, jak miałam
nadzieję, jakiegoś wsparcia. Prawdziwe i dosłowne wsparcie zawsze
miałam i tak przy sobie. Ci, których znam od lat. Ci najważniejsi,
których przecież w większości nie poznawałam tutaj. Nie powinnam
być naiwna i szukać gdzie indziej, mając już tak wiele przy
sobie, a przedtem chyba tak zrobiłam podświadomie, gdy dostałam
swoje zadanie. I to był błąd. Bo nie o to tutaj chodzi, przecież
nie o to. Nie z mojego punktu widzenia.
Mimo że poznałam w tym blogowym
świecie jedną osobę, do której zawsze dzwonię pijana i piszę w
panice odruchowo, gdy coś się zdarzy, nie uznaję tego za
znajomości stąd. Bo przecież poznałyśmy się przez sploty
bolesnych losów, my same, właśnie tak, inaczej, przez los...dla
mnie to co innego.
Nie neguję wspaniałości ludzi tutaj,
zdarzają się wspaniałe osoby, które uwielbiam, niektóre, z
którymi rozmawiam od lat i nawet się przyjaźnię. Niektóre z
które potrafią podnieść mnie i tu na duchu nieraz, za co
dziękuję. Dziękować mogę nawet teraz, za smsy od Eule, za pewne
rozmowy, wymianę myśli nawet na fejsie, za maile Solitary i Shadow
i to, że wybaczają tak wspaniałomyślnie moje milczenie i stany
zawieszenia. Kocham tutaj wiele dyskusji, z Anelise, Małą Czarną,
Werą, wieloma innymi osobami. Cenię wiele słów. Ale nie
przychodzę tu tak naprawdę tylko po wsparcie i pocieszenie. Pewne
znajomości wychodzą same, gdy po prostu piszę. Nawet, gdy wylewam
łzy, to moja studnia, w której układam słowa, nie przychodzę już
szukać ratunku, gdy tak bardzo mi źle. Komentarz, mail daje czasem
wiele. Nawet mi przecież. Ale nie daje czasem tyle, co obecność,
nie daje tyle, co telefon w środku nocy, tyle, co świadomość, że
ludzie są. Są, pochodzą z różnych miejsc. A żadne miejsce nie
jest bardziej wyjątkowe od innego. Najważniejszych ludzi poznałam
pijąc. Śmieszne? Jednak tak było, najważniejszych ludzi w moim
życiu poznałam w większości na dzikich imprezach, pijana w sztok.
A nie mówię, że każdy z kim piję, ma mnie właśnie wspierać i
stawać się moim przyjacielem. Wszędzie musi trafiać swój na
swego. Jak bardzo naturalne. Jak różnorodnie. Nic na siłę.
Znajomości na siłę zresztą nigdy
sensu nie miały, czyż nie?
Dlatego się nie spinam. Dlatego już
nie.
Porządkuję więc tutaj własne myśli
po prostu piszę, wlewam do studni słowa, czasem z niej czerpię.
Ale ta jest moja. I na jakość wody w tej studni można narzekać,
można się o nią burzyć. Dowolnie. Nie znaczy to, że cokolwiek
zmienię. Że dostosuję się tak bardzo. Że odpowiem na maila
pełnego pretensji, jak mogę się tak zachowywać. Jak mogłam nie
napisać o słynnej 5, zarzut, że nie pamiętałam. Dlaczego nie
podejmuję cudzych blogowych inicjatyw z tym związanych.
Pamiętałam. Pamiętam każdego miesiąca. Ja pamiętam każdego
dnia. Każdej sekundy, pamiętam w większej dosłowności i
namacalności, niż samych słów. Ale mogłam nic nie mówić, bo to
moje, w środku. Moje życie, moje słowa. A ja pamiętam nie tylko
uczucie spadania, ale i przeciwne niemu. Staram się pamiętać o
wznoszeniu. Czy trzeba ściągać mnie w dół? To chyba głupota.
Staram się pamiętać o wznoszeniu,
dlatego być może, moja upartość i sztywność w pewnych tematach
tak przeszkadza i innym. Tak rozczarowuje. Ja rozczarowuję, tym, kim
jestem i tym, kim nigdy nie byłam. Tym, kogo się spodziewano, a
kogo zastano. Obdarty żebrak zamiast księcia na rumaku.
Cóż. Nigdy nie mówiłam, że łatwo
się przy mnie ogrzewa. Że można to robić w ogóle. Tutaj. Ja po
prostu piszę.
Staram się pamiętać o uczuciu
przeciwnym do upadania.
Bo mam nie tylko przeszłość i nie o
niej muszę mówić stale. O ”nie-swojej” do tego przeszłości.
Mam tu i teraz, mam przyszłość. Mam plany i to w nie chcę
patrzeć. Nawet w te najbliższe, plany dotyczące koncertu, którego
tak się bałam (trochę boję nadal) , bo przecież ten zespół jak
mało który też przyzywa pewne skojarzenia. Bo poznałam go przez
kogoś, kogo już nie ma. Ale i oni wydali nową płytę, a ja cały
czas idę też do przodu. Mogę więc myśleć o przyszłości, o tej
bliskiej i tej dalekiej. Próbować przezwyciężać kolejne ale.
Pokonywać trudne skojarzenia, pokonywać sama siebie. Innych nie
zamierzam.
Mogę żyć tu i teraz z uśmiechem i o
tym mówić. Pisać. O tym tworzyć. Modlić się nie o dusze martwe,
a o żywe. Bo tylko te potrzebują przecież pomocy.
Modlić się nieraz o swoją duszę i
pozwolić sobie na rozgrzeszenie siebie samej. Odpuszczam w imię
jedynej, która odpuścić pewne sprawy może. W imię mnie samej,
wcale nie wisząc na żadnym drewnianym krzyżu. Lekceważącej
kolejne policzki i pociski. Może kiedyś stanę się kuloodporna.
Nie jak idee. Ale jak człowiek.
Tak, rozgrzeszenie. Kac moralny,
wyrzuty sumienia tam, gdzie ich nie powinno być zaczynam
zagrzebywać, porzucać. Biorę na nowo swoją tarczę i włócznię,
nie czuwam, a piszę opowieść. Opowieść o sobie, o kobiecie która
pamięta nadal, jak się lata i zna smak i wagę słów, po prostu
też i tutaj pisząc.
Rozgrzeszenie wzywa. Tak samo jak
życie.
Pamiętam uczucie przeciwne do
upadku
(W tym miejscu, gdzie rozwiązują
się wszystkie węzły)
Wir przeszłości, rozgrzeszenie
wzywa.
Jesteś tam, czy nie?
Welcome back zatem
OdpowiedzUsuńŻaden to wieli powrót, ale cóż. dobrze nawet po takim wyrzuceniu z siebie wszystkiego zagościć jakby..na nowo:)
UsuńCzyli wbrew temu co myślałam początkowo, Kordian dobrze wiedział co robi zmuszając Cię do powrotu na bloga :)
OdpowiedzUsuńMoże i dobrze:) Na pewno nie tak łatwo mnie stąd wykurzyć, przekora jestem trochę :D Wiedział co robi, chociaż mam wrażenie, że nie spodziewał się paru rzeczy...ale to już moja sprawa, tu i teraz, że tak rzeknę:) I ogarnę:)
UsuńPewnie, że tak :) Królik też był długi czas bloggerem i myślę, że jeśli zniechęcają Cię problemy związane z blogiem to on je znał i wiedział, że sobie z nimi poradzisz :)
UsuńCzekałam na Ciebie z niecierpliwością :)
OdpowiedzUsuńCieszę się:)
UsuńCzasem taki płot wystarczy, ale czasem.. nawet mur nie pomoże.
OdpowiedzUsuńI życzę Ci tej kulodporoności. Taka moc.. no przydała by się nie jednemu z nas ;)
Dokładnie:) I pewnie, że by się przydała. Kwestia, czy nadal, na ileś, byłoby się człowiekiem.
UsuńTo też racja. Takie zobojętnienie na otoczenie, rzeczywistość..
UsuńCieszę się, że znowu tu jesteś :D
OdpowiedzUsuńKurde, tyle rzeczy bym chciała powiedzieć po przeczytaniu tego wpisu, na maila by się to nadawało :D Ale jako że muszę pisać na telefonie, to tak pokrótce:
Wściekłość jest sądzę czymś, co możemy dobrze wykorzystać, żeby stać się silniejszymi, żeby poradzić sobie z różnymi sytuacjami. Więc dobrze, że masz w sobie ten płomień. Aż we mnie odzywa się dusza wojowniczki, jak to czytam :D Tak więc przy okazji dzięki, że mnie jakoś hmm, zmotywowałaś.
Ostatnio też miałam wiele przemyśleń na temat tych blogowych znajomości, ale o tym myślę napiszę za niedługo też u siebie.
I właśnie, nie można uciekać od żadnego aspektu życia. Tak naprawdę wszystkiego potrzeba, żeby było pełne.
Jak czytam o tym, że najważniejsze osoby w swoim życiu poznałaś przy piciu, to przychodzi ochota, żeby zaszaleć :D
Ach, i dobrze, że się nie dałaś. Takie maile? Seriously? Ale może nie będę się nad tym rozwodziła, bo w sumie no co zrobisz. Jedyne, co możesz, to być ponad to.
Zawsze maila możesz mi napisać, adres znasz :D
UsuńDokładnie. Zresztą, każde uczucie możemy wykorzystać na swoją korzyść tylko...trzeba wiedzieć, jak. I właśnie różnie płomień można na szczęście rozpalać:)
To cieszę się w takim razie, że tak to działa, nawet bardzo:)
I czekam na tą notkę w takim razie:)
Dokładnie, nawet potrzebujemy tęskonty i bólu nieraz. Albo złości wyżej wspomnianej :D
Zawsze możesz :D
I serio, serio. No ale bywa. I staram się:)
Gdzieś głęboko w sercu czułam, że już niedługo znów się pojawisz ;)
OdpowiedzUsuńIntuicja nie zawiodła:)
UsuńWiedziałam, że wrócisz o wiele szybciej niż ja :). Ja wrócę może kiedyś w nowe miejsce, ale póki co nie chcę...
OdpowiedzUsuńCzytałam te wszystkie wpisy. Tylko czasem trudno było mi coś skomentować. Ostatnio miałam pewnego rodzaju zastój. I to może dlatego.
Cieszę się, że nie odchodzisz. Że wracasz znowu. Zawsze wracamy :).
Na jaki koncert się wybierasz?
Ale jednak żywię nadzieję, że nad tym pomyślisz, bo lubiłam zawsze czytać to, co pisałaś:) A jak nie..to trudno. Bo właśnie trzeba samemu tego chcieć:)
UsuńI jasne, rozumiem. Ale wszystko w porządku?
Na Incubusa do Warszawy:)
Frida ! Cieszę się , że wróciłaś szybciej niż początkowo myślałam. Kochana, czytam Cię już jakiś czas. Chciałabym Cię zaprosić do czytania swojego bloga. Odezwiesz się? 13kfadrat@gmail.com
OdpowiedzUsuńJuż napisałam:)
UsuńZatem witaj z powrotem.
OdpowiedzUsuńI Twoja przyjaciółka miała rację. Nie można się poddawać.Nigdy.
Więc i ja się nie poddaję:)
UsuńChoć z innych powodów, opisałaś uczucia i przyczyny, dla których i ja zostałam.
OdpowiedzUsuńSercem jestem z Tobą.
Ale uczucie podobne przecież:)
UsuńI wzajemnie:)
U mnie pisanie jest nałogiem i ilekroć kończę z blogiem, zawsze wracam. To chyba jak z rzucaniem palenia. Jak ktoś ma pisać, to będzie pisał. Tak już jest. Nie licząc kilku przerw, to czytam Twoje wpisy już kilka lat. Przez blogi poznajemy ludzi, bo czy ktoś chce, czy nie, to pokazuje tutaj jakąś cząstkę siebie, nie tylko poglądy czy sytuacje. One nie są oderwane od ludzi. Cóż, z takich stałych znajomości z bloga, to mam dwie, które do tej pory pozostały w strefie wirtualnej. Co nie oznacza, że nie mają znaczenia.
OdpowiedzUsuńZatem dobrze, że nie zrobiłaś sobie przerwy dwuletniej ;)
Dokładnie, mam podobnie, co zresztą pewnie właśnie zauważyłaś:) I wiesz, niektórym palenie udaje się rzucić na stałe ( choć nie mi), tak pewnie wielu udaje się rzucić pisanie...no ale, nie nam:) I to prawda, że jednak długo to już trwa. I dokładnie, bo to jednak zawsze jakaś interakcja. I zawsze są zakorzenione w naszej rzeczywistości, to, co piszemy, to jakiś pryzmat nas...ale mam wrażenie, że czasem za dużo niektórzy chcą sobie dopowiadać. I potrafią się przez to rozczarować.
UsuńI można zawsze to zmienić, ty wiesz :D
I jednak też się cieszę, że to znowu nie tak długo:D
Szybko poszło, to dobrze ;) jeśli chodzi o koncert... "Whatever tomorrow brings I'll be there with open arms and open eyes". I niezależnie jakie etapy jeszcze nadejda, jakie przeciwności... I'll be there with open arms and open eyes. Czas skończyć z zamykaniem sie, bo to nie pomaga. Odchodzic i wracać kiedy przyjdzie ochota lub potrzeba. To śmiać sie, to płakać. Nawet pośród tłumu na koncercie :) (tak, rowerowe refleksje xD) Chyba obie myslalysmy, ze pewne rzeczy zajma nam więcej czasu, co? Czasami niewiele trzeba, jak sie okazuje. Jeden rudy łeb. Lub przejechanie jednej płyty Bena Howarda. I wiem, że to nie koniec łez, ale teraz już chyba będą inne. I może w towarzystwie Brandona, żeby się osluchac na nowo.
OdpowiedzUsuńDokładnie:) Jakie etapy jeszcze nie nadejdą, poradzimy sobie z nimi. Bo właśnie cokowliek nie przyniesie jutro...trzeba na to czekać. Zgodnie z ich tekstem. Nawet na koncert, który z jednej strony będzie ciężki...ale z drugiej pewnie wspaniały:) I właśnie, nieraz trzeba się otworzyć...czy na śmiech, czy na łzy:) I pewnie że tak. Ale wychodzi jak wychodzi po prostu:) I niewiele trzeba..ale ważne, że to ostatecznie wzywala:)
UsuńMiałam Ci to napisać pod poprzednim postem, ale nie zdążyłam.
OdpowiedzUsuńFrido, Ty dla mnie jesteś nową, oddzielną, fascynującą historią. Już od dawna nie patrzę na Ciebie przez pryzmat Kordiana. Choć go pamiętam, bo przecież wyjątkowym człowiekiem był. Czytam CIEBIE, dla Ciebie tu zaglądam i obchodzą mnie Twoje losy.
Pisz to co czujesz, zawsze :) Będzie dobrze. Ściskam :*
To może nawet i dobrze, że się pospieszyłam, co?:D
UsuńI cóż...dziękuję ci bardzo za takie właśnie słowa. I mam zamiar:) :*
wiesz co, w głębi serca liczyłam, że tu wrócisz do nas, bo naprawdę zrobiło się mi smutno, czytając poprzedni post :( Anelise napisała, że Kordian wiedział, co robi, prosząc Cię o to. nie wiem, co mogę powiedzieć... cieszę się, że jesteś i mam nadzieję, że bedziesz moim dobrym duszkiem, naszym dobrym, silnym duszkiem, jeszcze przez długi czas :)
OdpowiedzUsuńTo cieszę się, że mój powrót nawet tak niekonsekwentny i szybki raczej cieszy, a nie jakoś uwiera:) W takim razie, cieszę się, że tak to czjesz. Jesoo, ze wszystkiego się cieszę :D
UsuńCieszę się, że to wszystko dało jakąś nową siłę i energię, a nie przygniotło ;).
OdpowiedzUsuń'I nawet, tym razem odważyć się i o tym napisać. ' i oby nie przychodziło Ci do głowy myśleć o tym w takim kontekście - odważyć się, aby o czymś tu napisać (nawet jeżeli ten zwrot to jakiś mały sarkazm, a może mam złe wrażenie), bo to przecież Twoja historia, Twoje życie i Twoje decyzje, które mało kto ma prawo oceniać i na podstawie których mało kto ma prawo wydawać jakiekolwiek osądy. Cieszę się, że przerwa tutaj była taka krótka :).
No i zaskoczyłaś szybkością, naprawdę ;D. Rzeczywiście wzięłaś sobie do serca ;D. Aż ja teraz nie nadążam ;D.
Też się właśnie cieszę:)
UsuńWiesz, nieraz o pewnych rzeczach nie chcę pisać, bo są też za osobiste dla niektórych osób, które tu wchodzą. Więć dlatego....ale tym razem, wiedziałam, że mogę:) Dlatego to nie zawsze tylko jakby moja istoria, a i cudza właśnie.
I cieszę się,że się cieszysz :D
Tak, ja też, na maila odpiszę jutro w ogóle, bo dzisiaj musiałam myśli na blogu wylać, a pewnie nie ogarnę wszystkiego zaraz idąć spać...więc jutro, na pewno nie będzie to lag 2 tygodnie znowu:D
Tak, na imprezach byłam, korzystałam z wolnych chwil, ale smarkanie mi ten czas uprzykrzało, nie powiem :D
OdpowiedzUsuńWidziałam poprzednią notkę i jakoś tak mi przeszło przez głowę, że wrócisz. Że się nie poddasz :) Ze dostaniesz porcję energii :)
Rozumiem, pio prostu niemiły akcent :D
UsuńDokładnie, nie poddałam się, intuicja ci dobrze podpowiedziała:)
Czytałam ten i poprzedni wpis po kilka razy. Kilka razy trzymałam w dłoni telefon i zaczynałam pisać sms'a do Ciebie, ale jakoś nie mogłam go wysłać. Dobrze jest sobie z pewnych spraw zdać sprawę, zdjąć klapki z oczu.
OdpowiedzUsuńI cóż, dopóki pisanie jest przyjemnością, a nie przykrym ciężarem, to chyba warto pozostać. Choć sama ostatnio ze sobą walczę, by nie pożegnać się z blogiem raz na zawsze.
Trochę rozumiem, bo mi samej czasem ciężko w pewnych sytuacjach się do kogoś odezwać. Ale....zawsze można spróbować. Podjąć nawet jakąś dyskusję:) I klapki tzn?
UsuńDokładnie, dlatego jednak piszę. Bo dużo w tym radochy i póki mi nikt nie ciśnie jakoś..to też i ulgi :) I dlaczego? Przez brak czasu czy inne powody?
Grunt, że znajduje się raz po raz (na trzeźwo, czy też nie) te kilka osób wartych rozmowy, wiadomości, kontaktu. A wówczas człowiek może wywrzeć wrażenie, że gdzieś na tym świecie jest jednak człowiek, którego jakkolwiek interesuje to, co robimy.
OdpowiedzUsuńDokładnie, to ważna sprawa, mieć właśnie takich ludzi przy sobie. Z którymi można pogadać i na trzeźwo i po pijaku:) I nawet tych ludzi bywa więcej:)
UsuńNo to welcome back w takim razie :)
OdpowiedzUsuńNie miałam żadnych przeczuć odnośnie tego czy odejdziesz na długo, czy też nie... ale wiem z doświadczenia, że porzucenie miejsca, z którego się "coś" czerpało, jest trudne. Bo w głowie jest ta myśl, by je zostawić, choćby na zaś. Choćby na moment, kiedy coś nawet i po latach milczenia się obudzi i zażąda swojego miejsca w historii opisanej tutaj, w tym miejscu. Choć zamilkłam, choć mniej piszę, ja też nigdy nie potrafiłam odejść.
Dokładnie, trudno się odciąć ostatecznie, jeśli na ten moment choć trochę się czuje, że to miejsce jest "nasze", tak po prostu "nasze". I właśnie może też nieraz o to chodzi, by nie spalać sobie pewnych mostów?
UsuńWięc rozumiem doskonale.
Najważniejsze, że się nie poddałaś i że wróciłaś :)
OdpowiedzUsuńŁadnie napisałaś o tych skrzydłach, o ich podcinaniu i odrastaniu :) Oby u Ciebie były już cały czas na swoim miejscu ;)
Pozdrawiam.
Też się cieszę, bo jednak potrzebuję tego miejsca do przelewania myśli:)
UsuńI dziękuję:) Mam nadzieję, że jednak będą już tylko, jeśli chodzi o to miejsce, rosły:)
Ja co prawda nieco spóźniona, ale cieszę się, że tak szybko powróciłaś! :D
OdpowiedzUsuńPięknie napisałaś, o skrzydłach i ich odrastaniu, o sile i przekorze. Wiesz, czuję od Ciebie taką energię, że kiedy czytam Twoje słowa sama znajduję nową motywację ;) Dzięki za to. Szczególnie teraz.
Dodam jeszcze, że nie znałam Kordiana i nie do końca rozumiem niektóre historie, ale od początku jestem tu dla Ciebie. I cieszę się ogromnie, że jakimś trafem znalazłam Twojego bloga ;)
no i bardzo dobrze, wiedziałam, że będziesz :)
OdpowiedzUsuń