piątek, 15 maja 2015

O tym, dlaczego tak szybko wracam, czyli o tym że nie tak łatwo upadam i własnym rozgrzeszeniu słów parę.

Wróciłam.
Zapewne wcześniej, niż wszyscy sądzili, co widzę po tym, jak mnie żegnali. Ale jak pisałam poprzednio, sama nie wiedziałam, jak długo to potrwa. Sama nie wiedziałam, że powinnam uciec, czy po prostu zmienić miejsce...czy tylko ochłonąć, ochłonąć po pewnych rozmowach, wiadomościach. Przemyśleć.

Ale oto jestem.
I remember feeling the opposite to falling.

Ciągle pamiętam. Ciągle pamiętam swoją przekorną naturę. I to, że nie zadowolę przecież wszystkich. A uciekać...nie sposób. Nawet nie godzi się, odkładać tarczy, usiąść na krześle i tylko czuwać. Zamiast być. A może nieraz i walczyć, walczyć po prostu, jak to w życiu, o samego siebie.

Pisać zawsze lubiłam. Pisanie było jednym ze środków wyrazu, jednym z wielu w moim życiu. Pisanie pomagało wylać pewne emocje, tak, by nabrały pełnego ,dojrzałego kształtu, tak, by mi samej było łatwiej siebie zrozumieć.
Zawsze lubiłam też pewne interakcje, zawsze dodawały mi swojego rodzaju skrzydeł. A po raz pierwszy przekonałam się, jak skrzydła mogą podcinać. Zwłaszcza, gdy w swoim życiu po prostu stale wisi się nad przepaścią, stoi na krawędzi, gdy w życiu zawsze grozi spadanie.
Ciężko jest być powiernikiem przeszłości, która zatrzasnęła się trumiennym wiekiem. Ciężko nieraz nosić w sobie cudze wręcz tajemnice, niektóre kłamstwa i uniki. Czasem można być za to złym, mieć żal, że nam to zostawiono. Wir przeszłości chce wciągnąć, chce, by się w nim zostało. Ściągają w dól niedopowiedzenia, w których ja nie mam nic do powiedzenia, chociaż ktoś by tego oczekiwał. Ciężko jest być posłańcem złych wieści, kiedyś ścinano za to głowę.
Można się zmęczyć. Można dać wciągnąć się temu wirowi, który utworzył się, całkiem świeży, choć czas jest jedną linią. Można zmęczyć się świeżymi ranami, lizanymi gorącymi językami. Jeszcze bardziej męczy sypanie na rany soli. Wcale a wcale to nie pomaga.
Można.
Ale ja ciągle pamiętam uczucie przeciwne do spadania. Także dzięki temu, jak kiedyś, przed laty, wspólnie nawet z kimś mi się pisało. I może o to w tym wszystkim chodzi.

Pisanie może dodawać skrzydeł, być obok zwykłego, codziennego życia czymś ważnym. Może skrzydła podcinać, jak mi ostatnimi czasy. Ale, jak to powiedziała pewna wredna, ruda jak marchewka obecnie dziewczyna, gdy ostatnio piłyśmy- podcinają ci skrzydła, to pozwól im odrosnąć. Wyskubują ci nie tylko piórka, ale i puch, który miał chronić przed zimnem? Cóż, poczekaj. Ale się nie dawaj. Twarda bądź jak jesteś. Miej jaja i nie zwiewaj. Chociaż przedtem doradzała, żebym nie zaczynała tej „przygody” z blogiem- tym razem i w niej obudziła się przekora. Nie pozwól odebrać sobie tarczy. Nie pozwól przebić swojego boku włócznią. Nie jesteś cierpiętnicą, wobec nikogo.
Bardziej bojowa niż moja postawa. Ja po prostu czasem zlać w pewne miejsce słowa, jak do studni w której dudni echo, zamiast do ciemnej, mrocznej pieczary, w której żaden strumyk nie szemrze. Ale jej bojowa postawa, jej złość, jej też ból czasem dają mi sił, żeby pewne rzeczy robić. Albo dokańczać. Na pewno nie uciekać, choć, w pierwszym odruchu chciałam uciec przecież i od niej i od wielu sytuacji. Nigdy już nie przyjść do tamtego domu na herbatę, bo nie mam siły.

Siła jest. Zawsze się znajduje. Zwłaszcza w skopanych przez los istotach, zwłaszcza w tych, których serce czasem przepełnione bywa gniewem albo żalem. To wszystko można wykorzystać na własną korzyść. W tej sprawie jestem z paroma osobami cholernie podobna. Czasem trzeba nawet obudzić gniew, żeby się nie poddać. Płacz i żal nie pomagają. Niech płonie ogień, można rzec. Ogień jak rude włosy.

Nie dawaj się niektórym ludziom. Zgorzknieniu w smaku ich słów. I nie dawaj się własnym demonom. Rób swoje. Żyj. Uciekając z jakiejś części życia, nie żyjesz naprawdę. Wszystko trzeba opuszczać z własnej woli, nawet na tarczy jak Spartanie, a nie z podkulonym ogonem i smutkiem. Dumnie uniesiona głowa.
Nie chcę stawiać murów, nie chcę stawiać barier, ale nieraz po prostu chyba będę musiała postawić choćby płot. Żeby chronić siebie. Swój świat...a może też trochę i cudzy.

Wracam więc, po króciutkiej, jak się okazało, przerwie. Wracam do tego miejsca, nie żadnego innego. Bo jak pisała Martyna, zmiana chyba nic by nie pomogła. Bo nadal wszędzie będę to ja. Taka sama, z tymi samymi przeżyciami, podobnymi słowami. A ten świat jest mały. To nie ma znaczenia więc, czy zmienię miano, którym się tu określam, czy zmienię adres, parę domów dalej, na tej samej ulicy. Bez różnicy. Wracam więc tutaj, chcąc po prostu pisać, czasem rozmawiać z niektórymi ludźmi. Bo wielu z nich uwielbiam, uwielbiam czytać to co oni piszą, dyskutować. A że przez paru zaciskałam zęby, przez paru wyłam jak złapany w pułapkę lew...cóż. Trzeba opuścić klatkę. Nigdy nikogo się nie zadowoli, nie każdy zadowoli i mnie. Działa to w dwie strony. Przez paru ludzi nie mam co rezygnować, zaszywać się, uciekać. To mały świat, ale również wielki. Jak pisała Nemezis, która zna mnie całe lata, zna jak mało kto chyba niektóre moje zachowania, umie przewidzieć, co zrobię, bo sama ma ogromną mądrość, wrócę. To mały świat ale i wielki i przecież są tu nie tylko ludzie, przez których dostałam szału i którzy tak bardzo mnie dotknęli niektórymi zachowaniami.

To wielki świat, choć mały. Czasem coś trafi w serce, jak zagubiony pocisk. Ale przecież...tak, Ruda przypomniała mi, że pociski przecież wydrapuje się z serca pazurami, przeżuwa i wypluwa za siebie. Pociski, które trafiają, ale okazują się nieistotne, rozpływają się jak skrzepnięta krew w ustach. Tym razem to ona przypomniało mi o paru sprawach, gdy piłyśmy nad Wartą. Godna siostra swojego brata. Teraz ona dała mi kopa, gdy pijane prawie wpadłyśmy do Warty. Gdy prawie skręciłam kark ( i skąd te siniaki na nogach?).
Było warto zapracować na kolejnego kaca, było warto popłakać się jak dziecko i odprowadzać się do 3 nad ranem do domu wzajemnie. I nawet, tym razem odważyć się i o tym napisać.
Warto, by ktoś ponownie zapalił w nas ogień. Wypalam się przez to wszystko, ale niektórzy dorzucają, podsycają, rozdmuchują żar.
Nie pozwalają upaść.

Wróciłam do małego wielkiego świata, który jest dodatkiem do mojego życia.
Bo nie jest całym moim życiem. Jest dodatkiem i nie gloryfikuję go w żaden sposób. Jest ważny, bo daje oderwanie, ale nie na tyle, by przesłaniać mi cały obraz. Tego, co było i tego, co jest. A może i tego co będzie.

Wracam i nie szukam tu już, jak miałam nadzieję, jakiegoś wsparcia. Prawdziwe i dosłowne wsparcie zawsze miałam i tak przy sobie. Ci, których znam od lat. Ci najważniejsi, których przecież w większości nie poznawałam tutaj. Nie powinnam być naiwna i szukać gdzie indziej, mając już tak wiele przy sobie, a przedtem chyba tak zrobiłam podświadomie, gdy dostałam swoje zadanie. I to był błąd. Bo nie o to tutaj chodzi, przecież nie o to. Nie z mojego punktu widzenia.
Mimo że poznałam w tym blogowym świecie jedną osobę, do której zawsze dzwonię pijana i piszę w panice odruchowo, gdy coś się zdarzy, nie uznaję tego za znajomości stąd. Bo przecież poznałyśmy się przez sploty bolesnych losów, my same, właśnie tak, inaczej, przez los...dla mnie to co innego.
Nie neguję wspaniałości ludzi tutaj, zdarzają się wspaniałe osoby, które uwielbiam, niektóre, z którymi rozmawiam od lat i nawet się przyjaźnię. Niektóre z które potrafią podnieść mnie i tu na duchu nieraz, za co dziękuję. Dziękować mogę nawet teraz, za smsy od Eule, za pewne rozmowy, wymianę myśli nawet na fejsie, za maile Solitary i Shadow i to, że wybaczają tak wspaniałomyślnie moje milczenie i stany zawieszenia. Kocham tutaj wiele dyskusji, z Anelise, Małą Czarną, Werą, wieloma innymi osobami. Cenię wiele słów. Ale nie przychodzę tu tak naprawdę tylko po wsparcie i pocieszenie. Pewne znajomości wychodzą same, gdy po prostu piszę. Nawet, gdy wylewam łzy, to moja studnia, w której układam słowa, nie przychodzę już szukać ratunku, gdy tak bardzo mi źle. Komentarz, mail daje czasem wiele. Nawet mi przecież. Ale nie daje czasem tyle, co obecność, nie daje tyle, co telefon w środku nocy, tyle, co świadomość, że ludzie są. Są, pochodzą z różnych miejsc. A żadne miejsce nie jest bardziej wyjątkowe od innego. Najważniejszych ludzi poznałam pijąc. Śmieszne? Jednak tak było, najważniejszych ludzi w moim życiu poznałam w większości na dzikich imprezach, pijana w sztok. A nie mówię, że każdy z kim piję, ma mnie właśnie wspierać i stawać się moim przyjacielem. Wszędzie musi trafiać swój na swego. Jak bardzo naturalne. Jak różnorodnie. Nic na siłę.
Znajomości na siłę zresztą nigdy sensu nie miały, czyż nie?
Dlatego się nie spinam. Dlatego już nie.

Porządkuję więc tutaj własne myśli po prostu piszę, wlewam do studni słowa, czasem z niej czerpię. Ale ta jest moja. I na jakość wody w tej studni można narzekać, można się o nią burzyć. Dowolnie. Nie znaczy to, że cokolwiek zmienię. Że dostosuję się tak bardzo. Że odpowiem na maila pełnego pretensji, jak mogę się tak zachowywać. Jak mogłam nie napisać o słynnej 5, zarzut, że nie pamiętałam. Dlaczego nie podejmuję cudzych blogowych inicjatyw z tym związanych. Pamiętałam. Pamiętam każdego miesiąca. Ja pamiętam każdego dnia. Każdej sekundy, pamiętam w większej dosłowności i namacalności, niż samych słów. Ale mogłam nic nie mówić, bo to moje, w środku. Moje życie, moje słowa. A ja pamiętam nie tylko uczucie spadania, ale i przeciwne niemu. Staram się pamiętać o wznoszeniu. Czy trzeba ściągać mnie w dół? To chyba głupota.
Staram się pamiętać o wznoszeniu, dlatego być może, moja upartość i sztywność w pewnych tematach tak przeszkadza i innym. Tak rozczarowuje. Ja rozczarowuję, tym, kim jestem i tym, kim nigdy nie byłam. Tym, kogo się spodziewano, a kogo zastano. Obdarty żebrak zamiast księcia na rumaku.
Cóż. Nigdy nie mówiłam, że łatwo się przy mnie ogrzewa. Że można to robić w ogóle. Tutaj. Ja po prostu piszę.

Staram się pamiętać o uczuciu przeciwnym do upadania.
Bo mam nie tylko przeszłość i nie o niej muszę mówić stale. O ”nie-swojej” do tego przeszłości. Mam tu i teraz, mam przyszłość. Mam plany i to w nie chcę patrzeć. Nawet w te najbliższe, plany dotyczące koncertu, którego tak się bałam (trochę boję nadal) , bo przecież ten zespół jak mało który też przyzywa pewne skojarzenia. Bo poznałam go przez kogoś, kogo już nie ma. Ale i oni wydali nową płytę, a ja cały czas idę też do przodu. Mogę więc myśleć o przyszłości, o tej bliskiej i tej dalekiej. Próbować przezwyciężać kolejne ale. Pokonywać trudne skojarzenia, pokonywać sama siebie. Innych nie zamierzam.
Mogę żyć tu i teraz z uśmiechem i o tym mówić. Pisać. O tym tworzyć. Modlić się nie o dusze martwe, a o żywe. Bo tylko te potrzebują przecież pomocy.

Modlić się nieraz o swoją duszę i pozwolić sobie na rozgrzeszenie siebie samej. Odpuszczam w imię jedynej, która odpuścić pewne sprawy może. W imię mnie samej, wcale nie wisząc na żadnym drewnianym krzyżu. Lekceważącej kolejne policzki i pociski. Może kiedyś stanę się kuloodporna. Nie jak idee. Ale jak człowiek.

Tak, rozgrzeszenie. Kac moralny, wyrzuty sumienia tam, gdzie ich nie powinno być zaczynam zagrzebywać, porzucać. Biorę na nowo swoją tarczę i włócznię, nie czuwam, a piszę opowieść. Opowieść o sobie, o kobiecie która pamięta nadal, jak się lata i zna smak i wagę słów, po prostu też i tutaj pisząc.
Rozgrzeszenie wzywa. Tak samo jak życie.




Pamiętam uczucie przeciwne do upadku
(W tym miejscu, gdzie rozwiązują się wszystkie węzły)
Wir przeszłości, rozgrzeszenie wzywa.

Jesteś tam, czy nie? 

44 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Żaden to wieli powrót, ale cóż. dobrze nawet po takim wyrzuceniu z siebie wszystkiego zagościć jakby..na nowo:)

      Usuń
  2. Czyli wbrew temu co myślałam początkowo, Kordian dobrze wiedział co robi zmuszając Cię do powrotu na bloga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i dobrze:) Na pewno nie tak łatwo mnie stąd wykurzyć, przekora jestem trochę :D Wiedział co robi, chociaż mam wrażenie, że nie spodziewał się paru rzeczy...ale to już moja sprawa, tu i teraz, że tak rzeknę:) I ogarnę:)

      Usuń
    2. Pewnie, że tak :) Królik też był długi czas bloggerem i myślę, że jeśli zniechęcają Cię problemy związane z blogiem to on je znał i wiedział, że sobie z nimi poradzisz :)

      Usuń
  3. Czekałam na Ciebie z niecierpliwością :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czasem taki płot wystarczy, ale czasem.. nawet mur nie pomoże.
    I życzę Ci tej kulodporoności. Taka moc.. no przydała by się nie jednemu z nas ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:) I pewnie, że by się przydała. Kwestia, czy nadal, na ileś, byłoby się człowiekiem.

      Usuń
    2. To też racja. Takie zobojętnienie na otoczenie, rzeczywistość..

      Usuń
  5. Cieszę się, że znowu tu jesteś :D
    Kurde, tyle rzeczy bym chciała powiedzieć po przeczytaniu tego wpisu, na maila by się to nadawało :D Ale jako że muszę pisać na telefonie, to tak pokrótce:
    Wściekłość jest sądzę czymś, co możemy dobrze wykorzystać, żeby stać się silniejszymi, żeby poradzić sobie z różnymi sytuacjami. Więc dobrze, że masz w sobie ten płomień. Aż we mnie odzywa się dusza wojowniczki, jak to czytam :D Tak więc przy okazji dzięki, że mnie jakoś hmm, zmotywowałaś.
    Ostatnio też miałam wiele przemyśleń na temat tych blogowych znajomości, ale o tym myślę napiszę za niedługo też u siebie.
    I właśnie, nie można uciekać od żadnego aspektu życia. Tak naprawdę wszystkiego potrzeba, żeby było pełne.
    Jak czytam o tym, że najważniejsze osoby w swoim życiu poznałaś przy piciu, to przychodzi ochota, żeby zaszaleć :D
    Ach, i dobrze, że się nie dałaś. Takie maile? Seriously? Ale może nie będę się nad tym rozwodziła, bo w sumie no co zrobisz. Jedyne, co możesz, to być ponad to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze maila możesz mi napisać, adres znasz :D
      Dokładnie. Zresztą, każde uczucie możemy wykorzystać na swoją korzyść tylko...trzeba wiedzieć, jak. I właśnie różnie płomień można na szczęście rozpalać:)
      To cieszę się w takim razie, że tak to działa, nawet bardzo:)
      I czekam na tą notkę w takim razie:)
      Dokładnie, nawet potrzebujemy tęskonty i bólu nieraz. Albo złości wyżej wspomnianej :D
      Zawsze możesz :D
      I serio, serio. No ale bywa. I staram się:)

      Usuń
  6. Gdzieś głęboko w sercu czułam, że już niedługo znów się pojawisz ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiedziałam, że wrócisz o wiele szybciej niż ja :). Ja wrócę może kiedyś w nowe miejsce, ale póki co nie chcę...
    Czytałam te wszystkie wpisy. Tylko czasem trudno było mi coś skomentować. Ostatnio miałam pewnego rodzaju zastój. I to może dlatego.
    Cieszę się, że nie odchodzisz. Że wracasz znowu. Zawsze wracamy :).
    Na jaki koncert się wybierasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jednak żywię nadzieję, że nad tym pomyślisz, bo lubiłam zawsze czytać to, co pisałaś:) A jak nie..to trudno. Bo właśnie trzeba samemu tego chcieć:)
      I jasne, rozumiem. Ale wszystko w porządku?
      Na Incubusa do Warszawy:)

      Usuń
  8. Frida ! Cieszę się , że wróciłaś szybciej niż początkowo myślałam. Kochana, czytam Cię już jakiś czas. Chciałabym Cię zaprosić do czytania swojego bloga. Odezwiesz się? 13kfadrat@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Zatem witaj z powrotem.
    I Twoja przyjaciółka miała rację. Nie można się poddawać.Nigdy.

    OdpowiedzUsuń
  10. Choć z innych powodów, opisałaś uczucia i przyczyny, dla których i ja zostałam.
    Sercem jestem z Tobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale uczucie podobne przecież:)
      I wzajemnie:)

      Usuń
  11. U mnie pisanie jest nałogiem i ilekroć kończę z blogiem, zawsze wracam. To chyba jak z rzucaniem palenia. Jak ktoś ma pisać, to będzie pisał. Tak już jest. Nie licząc kilku przerw, to czytam Twoje wpisy już kilka lat. Przez blogi poznajemy ludzi, bo czy ktoś chce, czy nie, to pokazuje tutaj jakąś cząstkę siebie, nie tylko poglądy czy sytuacje. One nie są oderwane od ludzi. Cóż, z takich stałych znajomości z bloga, to mam dwie, które do tej pory pozostały w strefie wirtualnej. Co nie oznacza, że nie mają znaczenia.
    Zatem dobrze, że nie zrobiłaś sobie przerwy dwuletniej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, mam podobnie, co zresztą pewnie właśnie zauważyłaś:) I wiesz, niektórym palenie udaje się rzucić na stałe ( choć nie mi), tak pewnie wielu udaje się rzucić pisanie...no ale, nie nam:) I to prawda, że jednak długo to już trwa. I dokładnie, bo to jednak zawsze jakaś interakcja. I zawsze są zakorzenione w naszej rzeczywistości, to, co piszemy, to jakiś pryzmat nas...ale mam wrażenie, że czasem za dużo niektórzy chcą sobie dopowiadać. I potrafią się przez to rozczarować.
      I można zawsze to zmienić, ty wiesz :D
      I jednak też się cieszę, że to znowu nie tak długo:D

      Usuń
  12. Szybko poszło, to dobrze ;) jeśli chodzi o koncert... "Whatever tomorrow brings I'll be there with open arms and open eyes". I niezależnie jakie etapy jeszcze nadejda, jakie przeciwności... I'll be there with open arms and open eyes. Czas skończyć z zamykaniem sie, bo to nie pomaga. Odchodzic i wracać kiedy przyjdzie ochota lub potrzeba. To śmiać sie, to płakać. Nawet pośród tłumu na koncercie :) (tak, rowerowe refleksje xD) Chyba obie myslalysmy, ze pewne rzeczy zajma nam więcej czasu, co? Czasami niewiele trzeba, jak sie okazuje. Jeden rudy łeb. Lub przejechanie jednej płyty Bena Howarda. I wiem, że to nie koniec łez, ale teraz już chyba będą inne. I może w towarzystwie Brandona, żeby się osluchac na nowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:) Jakie etapy jeszcze nie nadejdą, poradzimy sobie z nimi. Bo właśnie cokowliek nie przyniesie jutro...trzeba na to czekać. Zgodnie z ich tekstem. Nawet na koncert, który z jednej strony będzie ciężki...ale z drugiej pewnie wspaniały:) I właśnie, nieraz trzeba się otworzyć...czy na śmiech, czy na łzy:) I pewnie że tak. Ale wychodzi jak wychodzi po prostu:) I niewiele trzeba..ale ważne, że to ostatecznie wzywala:)

      Usuń
  13. Miałam Ci to napisać pod poprzednim postem, ale nie zdążyłam.
    Frido, Ty dla mnie jesteś nową, oddzielną, fascynującą historią. Już od dawna nie patrzę na Ciebie przez pryzmat Kordiana. Choć go pamiętam, bo przecież wyjątkowym człowiekiem był. Czytam CIEBIE, dla Ciebie tu zaglądam i obchodzą mnie Twoje losy.
    Pisz to co czujesz, zawsze :) Będzie dobrze. Ściskam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może nawet i dobrze, że się pospieszyłam, co?:D
      I cóż...dziękuję ci bardzo za takie właśnie słowa. I mam zamiar:) :*

      Usuń
  14. wiesz co, w głębi serca liczyłam, że tu wrócisz do nas, bo naprawdę zrobiło się mi smutno, czytając poprzedni post :( Anelise napisała, że Kordian wiedział, co robi, prosząc Cię o to. nie wiem, co mogę powiedzieć... cieszę się, że jesteś i mam nadzieję, że bedziesz moim dobrym duszkiem, naszym dobrym, silnym duszkiem, jeszcze przez długi czas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cieszę się, że mój powrót nawet tak niekonsekwentny i szybki raczej cieszy, a nie jakoś uwiera:) W takim razie, cieszę się, że tak to czjesz. Jesoo, ze wszystkiego się cieszę :D

      Usuń
  15. Cieszę się, że to wszystko dało jakąś nową siłę i energię, a nie przygniotło ;).
    'I nawet, tym razem odważyć się i o tym napisać. ' i oby nie przychodziło Ci do głowy myśleć o tym w takim kontekście - odważyć się, aby o czymś tu napisać (nawet jeżeli ten zwrot to jakiś mały sarkazm, a może mam złe wrażenie), bo to przecież Twoja historia, Twoje życie i Twoje decyzje, które mało kto ma prawo oceniać i na podstawie których mało kto ma prawo wydawać jakiekolwiek osądy. Cieszę się, że przerwa tutaj była taka krótka :).
    No i zaskoczyłaś szybkością, naprawdę ;D. Rzeczywiście wzięłaś sobie do serca ;D. Aż ja teraz nie nadążam ;D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się właśnie cieszę:)
      Wiesz, nieraz o pewnych rzeczach nie chcę pisać, bo są też za osobiste dla niektórych osób, które tu wchodzą. Więć dlatego....ale tym razem, wiedziałam, że mogę:) Dlatego to nie zawsze tylko jakby moja istoria, a i cudza właśnie.
      I cieszę się,że się cieszysz :D
      Tak, ja też, na maila odpiszę jutro w ogóle, bo dzisiaj musiałam myśli na blogu wylać, a pewnie nie ogarnę wszystkiego zaraz idąć spać...więc jutro, na pewno nie będzie to lag 2 tygodnie znowu:D

      Usuń
  16. Tak, na imprezach byłam, korzystałam z wolnych chwil, ale smarkanie mi ten czas uprzykrzało, nie powiem :D
    Widziałam poprzednią notkę i jakoś tak mi przeszło przez głowę, że wrócisz. Że się nie poddasz :) Ze dostaniesz porcję energii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, pio prostu niemiły akcent :D
      Dokładnie, nie poddałam się, intuicja ci dobrze podpowiedziała:)

      Usuń
  17. Czytałam ten i poprzedni wpis po kilka razy. Kilka razy trzymałam w dłoni telefon i zaczynałam pisać sms'a do Ciebie, ale jakoś nie mogłam go wysłać. Dobrze jest sobie z pewnych spraw zdać sprawę, zdjąć klapki z oczu.
    I cóż, dopóki pisanie jest przyjemnością, a nie przykrym ciężarem, to chyba warto pozostać. Choć sama ostatnio ze sobą walczę, by nie pożegnać się z blogiem raz na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę rozumiem, bo mi samej czasem ciężko w pewnych sytuacjach się do kogoś odezwać. Ale....zawsze można spróbować. Podjąć nawet jakąś dyskusję:) I klapki tzn?
      Dokładnie, dlatego jednak piszę. Bo dużo w tym radochy i póki mi nikt nie ciśnie jakoś..to też i ulgi :) I dlaczego? Przez brak czasu czy inne powody?

      Usuń
  18. Grunt, że znajduje się raz po raz (na trzeźwo, czy też nie) te kilka osób wartych rozmowy, wiadomości, kontaktu. A wówczas człowiek może wywrzeć wrażenie, że gdzieś na tym świecie jest jednak człowiek, którego jakkolwiek interesuje to, co robimy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to ważna sprawa, mieć właśnie takich ludzi przy sobie. Z którymi można pogadać i na trzeźwo i po pijaku:) I nawet tych ludzi bywa więcej:)

      Usuń
  19. No to welcome back w takim razie :)
    Nie miałam żadnych przeczuć odnośnie tego czy odejdziesz na długo, czy też nie... ale wiem z doświadczenia, że porzucenie miejsca, z którego się "coś" czerpało, jest trudne. Bo w głowie jest ta myśl, by je zostawić, choćby na zaś. Choćby na moment, kiedy coś nawet i po latach milczenia się obudzi i zażąda swojego miejsca w historii opisanej tutaj, w tym miejscu. Choć zamilkłam, choć mniej piszę, ja też nigdy nie potrafiłam odejść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, trudno się odciąć ostatecznie, jeśli na ten moment choć trochę się czuje, że to miejsce jest "nasze", tak po prostu "nasze". I właśnie może też nieraz o to chodzi, by nie spalać sobie pewnych mostów?
      Więc rozumiem doskonale.

      Usuń
  20. Najważniejsze, że się nie poddałaś i że wróciłaś :)
    Ładnie napisałaś o tych skrzydłach, o ich podcinaniu i odrastaniu :) Oby u Ciebie były już cały czas na swoim miejscu ;)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się cieszę, bo jednak potrzebuję tego miejsca do przelewania myśli:)
      I dziękuję:) Mam nadzieję, że jednak będą już tylko, jeśli chodzi o to miejsce, rosły:)

      Usuń
  21. Ja co prawda nieco spóźniona, ale cieszę się, że tak szybko powróciłaś! :D
    Pięknie napisałaś, o skrzydłach i ich odrastaniu, o sile i przekorze. Wiesz, czuję od Ciebie taką energię, że kiedy czytam Twoje słowa sama znajduję nową motywację ;) Dzięki za to. Szczególnie teraz.
    Dodam jeszcze, że nie znałam Kordiana i nie do końca rozumiem niektóre historie, ale od początku jestem tu dla Ciebie. I cieszę się ogromnie, że jakimś trafem znalazłam Twojego bloga ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. no i bardzo dobrze, wiedziałam, że będziesz :)

    OdpowiedzUsuń