czwartek, 21 maja 2015

O milczeniu które nie jest złotem, czyli pewne nadmiary wieczornych myśli

Nie mogę mówić.
Mogę za to pisać. Paskudne nadwyrężenie strun głosowych nie pozwala iść do pracy. Paskudny syndrom bycia niemową zamyka w domu, każe siedzieć pod kołdrą.
Kaszel, leki, niemoc gardła.

Na początku się nawet jakoś...cieszyłam. Mimo całkowitej prawie utraty głosu, ucieszyłam się, że chociaż jeden, może dwa dni zwolnię. Będę miała czas na nadrobienie książek, których stos czeka od początku maja. Będę miała czas na posiedzenie, pogadanie z ludźmi. Nadrobienie maili.

O, naiwności!
Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że siedzenie w domu, bezczynnie mi nie służy. Odwykłam.
Może gdybym nie była sama. Ale Mąż siedzi do 23 w pracy. Tylko ja i koty, tulące się dzisiaj w dwójnasób. Cisza. Zabałaganiony dom, który obiecuję sobie jutro wreszcie posprzątać.
Ja to pęd, ja to ruch, zabieganie. Czytanie na szybko przed pracą, zamiast rozkoszowanie się książką pod kocem. Ile czasu już tego nie robiłam?

Przeczytałam Fromma. Zabrałam się za Doris Lessing.
Monolog wariata przed zstąpieniem do piekieł.
Nie mogę się skupić. To odkładam książki, to biorę do ręki. To odpisuję na smsy, to na maile. Kolejne wiadomości od A., kolejne martwienie się już o inny płacz.
Zamknięta w domu, nie mogę wyjść, nie mogę iść do parku, usiąść na ławce i zapalić.
Bo jakże ja bym znowu zapaliła! Na chwilę, wdech i wydech, wdech i wydech. Powrót do domu, cichy, nikt nie zauważy, bo nikogo nie ma.
Chwila małej destrukcji.
Kusi, kusi niesamowicie. Niech dym przysłoni to, co widać już z oddali. Chcę zapalić.

Ale krtań aż krwawi, od nadmiaru, nadmiaru dymów, nadmiaru słów. Krtań aż krwawi od tego ścisku przy niektórych kwestiach, które mówi się z aktorskim wystudiowaniem, zamiast słów, które się powinno.
Przychodzi mi więc wreszcie pomilczeć, zamknąć, zasznurować usta. Przychodzi mi odpowiadać skinieniem i bawić się w dłoni długopisem, bo nie mam czym zająć palców. Nie mam czym przydusić gardła. Mowa jest srebrem, milczenie złotem, więc dużo u nas dzisiaj złota.

Ściska w krtani dosłowny ból, kaszel z krwawymi strupami. Ból dosłowny, tak inny od tego który pojawia się przy płaczu.
Nie, dzisiaj łez nie będzie, ani trochę. Dzisiaj nie ma słów, nie ma więc i łez. Nawet nie zbiera się na nie. Jestem jałowa. Jałowa jak setki zdań, których nie wypowiem.
Krtań wygląda jak cipa, przypominam sobie jego słowa. Tak, pod endoskopem wyglądała jak cipa. Ta też nieraz krwawi.

Za dużo u mnie rozkoszy w jednej, za dużo słów w drugiej. Za dużo nadmiarów. Niech będzie cisza. Raz, niech będzie wreszcie cisza, nie jak płacze kociaków, ani nie jak darcie się kotek w rui.

Może to kara. Kara za nieprzemyślane, kara za niepotrzebne, kara za te, co odmieniają stany świadomości. Teraz nie powiem nic.
Teraz mogę ci napisać, teraz mogę ci zamigać, bo przecież śmieszny żart, los bywa zabawny, w sobotę egzamin ustny, z języka migowego. Tylko to mi zostaje. Gesty, litery, a nie słowa.
Tymi można tak samo oszukiwać, nie można oszukać tylko samego siebie, jak bardzo by się nie chciało.

O Bogowie wszelcy, jakbym zapaliła! Wyglądam przez okno, zasłaniając je nad doniczkami z wybujałą już maciejką, maciejką która ma być darem, amuletem zapachu tego lata. Czekam aż obudzi lipiec, aż obudzi wspomnienia, aż...

Szare, ołowiane niebo jak w wierszu Baudelaire'a, ale wiem, chmury nie zapowiadają deszczu, już nie dzisiaj. Są jałowe jak moje oczy.
Patrzę na gołębia skubiącego świeże pąki akacji, te, co jeszcze nie rozkwitły.
Przypomina mi się rwanie całych jej białych kiści, słodki, otulający nas zapach przed laty, jeszcze przed rokiem. Rwanie jej kiści pod miastem, żeby potem ususzyć, na kolejne leki, na naleśniki, na najlepsze jedzenie prosto z lasu.
Tęsknię za tym, otula mnie nostalgia, ale tego też nie powiem. Tęsknię za lasem, za zapachem, za atakami dzikich pszczół, które konkurują z nami o nektar. W tym roku nie rwaliśmy aż tylu fiołków na syrop, zmarniały w lesie. Choć nie, tam nic nie marnieje.
W tym roku nie rwaliśmy kiści liliowego bzu, nie rwaliśmy we dwoje, nie rwaliśmy rytualnie w kilkoro roześmianych osób. Tylko te trzy gałęzie, które przyniósł mi mój ukochany, gdy czekał na mnie pod pracą. 3, które zmarniały, bo zapomniałam włożyć je do wody. Cały czas gdzieś są, nie mam serca ich wyrzucić, nie mam serca, jak zmarnowanych okazji, zmarnowanego czasu, jego pędu.
Mieszkanie nie pachniało bzem, nie pachniało konwaliami, których tak pełno u mnie, na starym, niemieckim cmentarzu. Nie usiadłam na nagrobkach, nie tam, gdzie kiedyś zamknęli mnie w trumnie, gdzie jako dziecko w rozkopanej ziemi znajdowałam czaszki i przypatrywałam się im z lubością.
Śmierć od zawsze. Czaszki czule w dłoniach zamknięte.
Tylko jej zapach w domu. Zapach dymu w nozdrzach tego maja, zapach alkoholu, zapach destrukcji.
A kiedyś zmienię twoją czaszkę w popielniczkę, jak umrzesz pierwsza.
Na razie umarły we mnie słowa. Są jak ptaki w klatce, więc obumierają. Kanarki bez śpiewu, orły bez nieba. Kawki bez niebieskich oczu.

Patrzę przez okno i czuję się jak w pułapce, ale nie powiem nic. Słowa nie są dzisiaj dla mnie.
Czuję się jak niedźwiedź zatrzaśnięty w swojej jaskini, czuję się więźniem miasta. Koń, który w kopalni zaprzęgnięty jest do wózków. Chwilę odpocznij, gdy złamane kości się zrosną, wrócisz. I znów żadnego światła.
To na co czekałam nie nadejdzie, dzikość Bieszczad, planowana od stycznia, od stycznia, żeby się wyrwać z tego miasta które jest pułapką. Nie, nie możemy jechać, nie zobaczymy zielonych wzgórz, nie pojedziemy konno na przełaj, nie teraz. Nie będzie wędrówki i wody ze strumienia, nie będzie zapachu prawdziwie dzikiego lasu. Trzeba czekać, bo życie znów z nas drwi.
Nie możemy, bo tyle zawirowań, praca którą on stracił, moja praca w której muszę teraz zarobić, bo pieniędzy coraz mniej, bo plany się sypią. I ja się sypię.
Nie złapię jeszcze oddechu. Nie teraz.
A kiedy?
Nie mogę oddychać nawet tu normalnie, krwawy kaszel łapię co chwilę za gardło, kaszel jak nadmiar zmartwień i emocji, które zabierają nieraz słowa.

-Chcesz coś powiedzieć?- pyta A. tam, gdzie słowa zmieniają się w literki.
-A co więcej mogę powiedzieć? To chyba nie mój dzień.
-Tutaj dziwnie milczeć.
-Nieraz nam wychodzi.

Wychodzi, gdy nie mam słów. Milczenie jest złotem, więc jest dużo złota, nie srebra, jak w dawnym wierszu jeszcze kogoś innego.
Sięgam więc po te wiersze, szukam bo przecież z komputera usunęłam, szukam na mailu. Są. Nie przepadam za poezją, ale tą kocham. Tą kocham, bo dla mnie tam całe historie, które się nie powtórzą.

Stracony czas. Zmarnowany czas. W pędzie tego nie odczuwam, stanęłam na chwilę, pozbawiona słów, stanęłam niespowita dymem, stanęłam krwawiąca i widzę za wyraźnie.
Nie ma słów, ale są myśli, w głowie biegnące jak dzikie stada koni, tętniące jak pulsująca, wypływająca z tętnic krew.
Za dużo prozy, za mało poezji? Przecież to prozę ukochałam, poezję zarzuciłam dawno temu. Ale czasem miłość do szarych chmur zmienia się w pragnienie tęczy.
Kochanie, wyjdźmy na burzę, a potem chowajmy się przed nią.
Burzy nie będzie.

Dzisiaj wszystko zmieniło oblicze.
Odliczam godziny do jego powrotu, już nawet nie godziny, a minuty. Nie chcę być sama, z kotami, chcę być przytulona nie przez miękkie futro, a przez silne choć szczupłe ręce, nawet nie mówiąc nic.
Bo co jest do powiedzenia? Trochę sypie nam się życie, ale przetrwamy. Wiem to, przetrwamy, za każdym razem, wymyślimy coś przecież. Tylko tyle słów, dzisiaj nie o nie chodzi, brzmią jak banał. Potem coś wymyślimy, potem wyrwiemy się choć na tydzień albo dwa z klatki miasta i poczujemy wiatr od najwyższego szczytu na twarzy, potem znów będziemy się uśmiechać i potem przeżyjemy, kiedyś, kolejny maj a nie listopad.
Ale teraz jest teraz i ten maj płacze trochę, trochę dziwny.
Mało słońca, szare burze, nie takie, po których świeci jaskrawo słońce. Burze, przy których chcę przywołać Peruna i wybiegać na okrągłe ogromne krople, ale mi nie wychodzi.
Nie wychodzi mi dzisiaj jak słowa.
Nie wychodzi mi nawet jak słowa pisanie, słowa które może mają pocieszać, a może same nie wiedzą co robić.

Dziwny maj, a dzisiaj jest dzisiaj, szare chmury i brak słów.

Gdyby ci kropla deszczu otworzyła serce,
Mógłbyś się w niej dopatrzeć setek oceanów.

Dzisiaj kropla nie otworzy mojego serca, bo nie spadnie na nie. Dzisiaj nie ma słów, nie ma więc oczu, które widzą więcej, widzą wyraźniej, widząc czulej. Nie ma.
Są za to myśli, tak nieukierunkowane, jest ból tak bardzo fizyczny i inny, nieokreślony.
Czy to tęsknoty za tym co było, czy to obawy przed tym co będzie? Nie ma znaczenia, wszystko naraz, wszystko naraz przybyło w jednej krótkiej chwili, gdy bez słów jestem, jak rozbitek na tratwie na środku oceanu.
Jak Odyseusz, który chce wrócić do Itaki, co napił się słonej wody i nie może nic wyrzec, skręcając się w mdłościach. Jak Penelopa, czekająca na niego wiernie i nie wierząca w żaden sens sprutego szybko pod osłoną nocy całunu.

Całun, kolejny kir wleczony po bruku. Kir żałoby po czym? Po czym dzisiaj pytam się?
Żałoba przed nadchodzącą nocą bez słów.
Ale potem przecież niczego nie będzie żal. Niczego, jak w piosence pogrzebowej, którą ktoś sobie przed listopadem zażyczył. Nie będzie żal. Żądnych grzechów, bo niewinność dawno temu umarła. Umarła w śmierci, umarła w wrzasku dzikiego aksamitnego kota, umarła jak ćma pod żarówką.
Ale jeśli czegoś w życiu najmniej żal, to niewinności. To też tylko kolejna ułuda, którą trzeba stracić, rozbić brutalnie o życie.
Trzeba ją rozbić, by stać się naprawdę człowiekiem i powstać na nowo.

Nie będzie żal tej nocy, nie będzie żal słów, które potem będą musiały paść, bo teraz obumarły jak niepodlewane kwiaty bzu. Może jeszcze dziś je ułożę, przewidzę, zaczaruję, jako wiedźma, wiedźma która schnie z dala od swoich bagien. Może jeszcze dziś wymruczę, leżąc cicho na twoich dłoniach i myśląc, jak zmienić pewne rzeczy. Jak zmienić też siebie. Jak przebić mury.

Ale na razie nie mam słów, na razie mam krwawiące gardło, szepty myśli w głowie i pełne miasto. Na razie mam oczekiwanie na ciebie, bladą żarówkę dookoła której tańczy ćma, którą chcą zamordować nasze wspólne koty. Koty które kochają puszystą miłością i chcą ogrzewać lepiej, niż niejeden człowiek.
Na razie mam chęć na papierosa i milczenie, milczenie wśród ścian, które miały pomóc mi odpocząć a obudziły nieznane uczucia.

One znikną. Znikną, znów odnajdę usta, gdy o poranku ożyję. Przepłuczę usta solą emską, tak jak wszystkim swoim zmarłym w rytuałach myśli, by obudzić się na nowo. Znów ożyję.
Umieramy o 4 nad ranem, świat do życia budzi nas o 5. Godzina czwarta, godzina niczyja, godzina pustych pól, szarości. Godzina należąca do tych co odeszli. Ani Matka Księżyc, ani Ojciec Słońce nie mają tu władzy. Tylko śmierć i jego bliźniaczy brat, sen. Ten, co obcina pukiel włosów i ten, co wlewa wody ze Styksu do gardła, aż się zadławisz.
Ale potem znów, światło. Wstać ze świtem, kolejne zadanie. Obudzić się, wziąć leki. Otrząsnąć się ze snu. Ożyć. Jutro będzie dobrze.
Jutro może znów pomaluję swój świat na kawałku bristolu, nie mogąc mówić. Przemówię kolorem, choć, nie dziś. Dziś nie mam siły.
Gdyby tylko poranek przyniósł zapach igliwia i ciszę zamiast gwarnych ulic. Jeszcze teraz to niemożliwe. Jeszcze nie, jeszcze nie.

Dzisiaj więc zostaje mi nosić żałobę i ciszę w sobie. Żałobę za tym co było i przed tym, czego jeszcze nie będzie. Żałobę bliżej nie określoną, żałobę za słowami które się nie powtórzą i za tymi, których martwe usta nie wypowiedzą, żałobę za drogami których nie posmakują nasze zmęczone stopy wspólnie, żałobę za kruchymi kośćmi ptaków i za ciemnymi oczami dzikich psów błyskających w ciemności, blasku księżyca, który nigdy nie wzejdzie.

Rankiem pozostaje mi tylko przebudzić znów nadzieję. Nadzieję obudzić choćby jednym, wyszeptanym słowem. Nadzieja, że nie będę musiała krzyczeć na środku gwarnej ulicy wtedy, kiedy nie mogę.

Milczenie jest złotem skarbie. Dzisiaj to tombak.



Leżę tu, jedząc śnieg
Moje futro jest gorące, ale język zimny
Na łóżku z pajęczej nici
Zastanawiam się, jak się zmienić

Wiele nadziei w jednoosobowym namiocie
Nie ma tu miejsca na niewinność
Zabierz mnie do domu przed nadejściem burzy
Aksamitne ćmy nas grzeją

Szepczą
Poranku, zatrzymaj dla mnie puste ulice

Poranku, zatrzymaj dla mnie puste ulice

40 komentarzy:

  1. Jak bierze mnie nieraz choroba, to myślę sobie: o cudowności!, w końcu się wyśpię, przeczytam to, tamto i siamto... Po czym okazuje się, że spać nie mogę, bo dusi niemiłosiernie, czytać też nie, bo oczy zachodzą łzami i nawet leżenie na wznak jest wkurzające. Życzę więc powrotu do zdrowia... a wszystko mimochodem sie ułozy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. I do tego, jak człowiek zamknięty w domu, to zamiast się na czyś skupiać porządnym, skupia się na najgorszych galopujących wściekle myślach. I dzięki:) Wiem, że ułożyć się musi...jakoś:)

      Usuń
    2. Ojj tak! A wszystko jakby działo się gdzieś obok. I wtedy te myśli takie głupie, że aż czasem wstyd później wspominać ;)
      Może potrzeba czasu :)

      Usuń
    3. To też. Jak rybki w akwarium, tylko ja zdaję sobie sprawę, że jestem taką rybką. Ale te myśli trzeba gdzieś przelać, a potem lepiej:) mi już właśnie z porankiem ślicznym jest lepiej:) Bo czasem jest "kumulacja" a potem się rozchodzi po kościach. Takie ludzkie bardzo:)
      I czas na wszystko dobrym lekarzem przecież jest:)

      Usuń
    4. No od tego w końcu blog jest, żeby wylać potok myśli :) to dobrze, że coraz lepiej ;) no cóż, w końcu ludźmi jesteśmy! ;)
      ponoć tak :)

      Usuń
    5. Dokładnie, więc bezwstydnie wręcz z tego korzystam:D
      I jasna sprawa:)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Chyba nie znam osoby, która go nie lubi:) Jeden z najpiękniejszych zapachów natury:)

      Usuń
    2. Przepraszam, że się wtrącę, ale tak sobie pozwolę zareklamować Ci, Frido mój masaż jeszcze bardziej informując, że posiadam oliwkę o zapachu bzu :D

      Usuń
  3. Przepraszam, że zapytam Frido - bloga Królika można jeszcze czytać w sieci? Jeśli tak, mogłabyś mi podesłać link? Chętnie bym Go poczytał. Dzięki.
    Uładzi się - gardło wyzdrowieje, Mąż nową, lepszą, pracę znajdzie, a Bieszczady na Was poczekają. Jak na brak słów, to całkiem nieźle dałaś radę z powyższym postem ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To napiszę ci u ciebie adres, jasne że można i jasne że podeślę:)
      Wiem że się uładzi, tylko wiesz, jak człowiek chory zwłaszcza, to dostaje kryzysów że tak to nazwę i musi sobie gdzieś pomarudzić. Zbiera się to to aż za bardzo to i wylać trzeba, żeby właśnie z nowym dniem mieć kolejną nadzieję i działać:) Nawet się pochwalę, dzisiaj już lepiej mówię z rana :D

      Usuń
    2. Kryzysy normalna ludzka rzecz i marudzenie w kryzysie również. Dzięki za linka. Poczytam.

      Usuń
    3. Dokładnie. Bo też nikt z nas nie jest nadczłowiekiem:)
      I nie ma za co:)

      Usuń
  4. Dokładnie Cię rozumiem, sama miałam poważne problemy z krtanią i co jakiś czas traciłam głos na 1,5 miesiąca ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ja...strasznie, aż tak długo? Ale teraz już wszystko w porządku?

      Usuń
  5. Szczególnie gadatliwa nie jestem, ale założę się, że i mnie bardzo brakowałoby możliwości mówienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo doceniamy dopiero pewne rzeczy gdy je stracimy, czyż nie?:>

      Usuń
  6. Wiesz, kryzysy to rzecz normalna. Aczkolwiek taka "kara" czasami bywa ogromnym..zbawieniem. Nie, nie chodzi mi o to, że zasłużyłaś na nią. Aczkolwiek może to jakiś znak?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko ma swoje plusy i minusy, różne oblicza, prawda?

      Usuń
  7. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe osłabienie wynikające z choroby. O ile dobrze Cię zrozumiałam. Ty jesteś artystką, piszesz często wzniośle, używasz różnych metafor. Dlatego nie wiem czy krwawiąca krtań jest właśnie prawdziwa czy jest metaforą :) Ale wyzdrowiejesz, znów będziesz mogła mówić. Niby milczenie jest złotem, ale za dużo złota jest jak z przypowieści o kimś, kto albo chciał wszystko zamieniać w złoto, albo wziął tyle złota, że go ono przygniotło. - Umiem te historie opowiedzieć, ale nie pamiętam ich tytułów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat krew szła mi z kaszlem od osłabienia ścian błon śluzowych gardła i krtani. Ale już jest zdecydowanie lepiej, antybiotyk mi pomaga:)
      Midas, chodziło ci o
      Midasa pewnie:D

      Usuń
  8. uważam, że mimo, że nie lubisz siedzieć bezczynnie to taka chwila wyciszenia (dosłownego!) podziała na Ciebie kojąco, zobaczysz :)

    OdpowiedzUsuń
  9. mam nadzieję też, że zagościsz u mnie na dłużej i nie zraziłam Cię takim postem na początku naszej znajomości :) uważam, że prowadzenie publicznego bloga jest to pisanie pod publikę i dla mnie praktycznie każdy komentarz się liczy :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Głos to wszystko co mam. I jeśli mogę coś Ci doradzić, to nawadniaj się, płyny, ale nie mocna herbata bo wysusza i nie herbata z cytryną, bo podrażnia. A jesli chrypa to sól emska do nabycia w aptece, działa cuda :) Życzę Ci dużo zdrówka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem wiem, doskonale znam te zasady, kończyłam studia na medycznym i takich rzeczy mnie nawet uczyli widzisz:) Ale tutaj już w grę wszedł jednak antybiotyk niestety...ale ważne, że pomaga:)

      Usuń
  11. Myślę, że moje zajęcia z emisji głosu są jednak bardzo pożyteczne. Ucząc się, jak należy dbać o mój głos, zmniejszam potencjalne ryzyko podzielenia Twojego problemu ;) Chociaż ja i tak bywam osobą milczącą często. W ogóle cenię sobie milczenie. Świat jest pełen gadających toreb. Wszędzie wokół słyszę gównowarte słowa i dlatego lubię sobie pomilczeć. Ludzie mówią definitywnie za dużo.
    Naprawdę powinnaś troszczyć się o swój głos! To poważne. Poza tym zakładam, ze lubisz gadać i nie za bardzo Ci to odpowiadało ;)
    PS: Ja czasem żałuję, że nie mogę kogoś całkowicie poznać i chciałabym wejść nieraz do czyjegoś umysłu... Poznać najskrytsze pragnienia i tłumione myśli....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno pomogły. Ja w sumie z krtanią często miałam i tak problemy, jako dziecko jeszcze. Ale właśnie...ja jestem gadułą, co pewnie zauważyłaś, nawet jak piszę. Może się o tym jeszcze przekonasz. I czasem bywam taką tylko gadającą torbą :D Ale, może musi być równowaga w świecie, czasem ktoś milczy, a ktoś mówi. Na mnie padło to drugie. Czasem też bez sensu, chociaż mi się wydaje, że często mądrze:D Paradoks, co?:D
      I troszczę się już. Antybiotykiem:D
      A ja bym nie chciała jednak. Bo człowiek to aż...za dużo, wiesz? W sensie, jakby jednak właśnie tak mocno w kogoś wejść...można nie zrozumieć z tym, co my sami jeszcze stanowimy.

      Usuń
  12. No proszę, pierwszy raz spotykam osobę, która nie cieszy się z nadmiaru złota :D Nie powiem, że milczenie jest złotem, bo mnie się aparat mowy nieczęsto zamyka, ale faktem jest, że czasem milczenie jest potrzebne. Dla wyciszenia, odpuszczenia komentowania wszystkiego, wyrażania siebie za pomocą mowy. Wszak są jeszcze gesty, spojrzenia znaczące czy chociażby kojące literki na ekranie/papierze. Odetchnij :) I zdrowiej szybko, no!

    P.S. Porównanie wyglądu krtani do cipy mnie rozbroiło :D Aż mi stres i złość puściła w jednej chwili :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Midas też się nie cieszył :D
      No właśnie, ja też jestem straszna gadułą...a czasem jak nie mogę tego wyrazić, to za dużo mi się zbiera. No ale, już ogarnęłam trochę:) I zdrowieję, antybiotyk przed którym się broniłam, jednak pomaga:)
      Bo to prawda, obejrzyj krtań pod endoskopem :D Ale cieszę się, że to tak zadziałało :D

      Usuń
  13. Katar i ból krtani to dwie rzeczy, które mnie osobiście momentalnie zwalają z nóg.
    Gdzieś Ty się tak załatwiła??
    Mam nadzieję, że to siedzenie w domu i lekarstwa działają pozytywnie na Twoje gardło i niedługo znów będziesz mogła mówić. :)
    Spodobało mi się, jak napisałaś, że koty kochają puszystą miłością <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie z reguły nie, chyba że właśnie aż zaniemówię.
      W pracy. Stale tam gadam, na infoliii, to wiesz, swoje robi:)
      I już mówię, kiepsko bo kiepsko, ale jednak :D
      Bo to prawda :D

      Usuń
  14. Mam nadzieję, że nie podzielę Twojego losu, bo dzisiaj darłam ryja na rowerze, jak głupia, jeszcze niedawno zjadłam loda :D
    Wszystko co złe, zwalmy na antybiotyk :D I na kumulacje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jak widać i z tego co wiem, nie podzielasz :D A ja mam ciągle ten sorbet w lodówce...damn....
      I jasna sprawa. Albo kulminacje. Czy coś. Bogowie, brzmi jakbyśmy grały w pesymistycznego totolotka :D

      Usuń
  15. Które z dzieł Fromma miałaś okazję skonsumować?
    Dla mnie najlepszym rozwiązaniem w takich chwilach kryzysu, zamknięcia w czterech ścianach okazuje się... pochłonięcie czymś. Kompletnie, całkowicie. Nauka, pisanie - wszystko byleby nie móc skupić się nad myślami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem "zapomniany język".
      Znam tą metodę doskonale ale...nieraz się ona nie sprawdza. Czasem pewne myśli są tak silne, że odciągają skupienie od każdej, nawet najprostszej czynności. Ale...ogarnęłam, najważniejsze:)

      Usuń
  16. Gardło mnie rozwaliło ze 2 tygodnie temu. Zazwyczaj sporo gadam, a wtedy musiałam odpuścić. Przymusowe milczenie jakoś wpływa na zastanowienie się nad sobą, swoimi słowami - chcąc nie chcąc musiałam się zastanawiać, co powiedzieć, by było zwięźle, zrozumiale i zgodnie z prawdą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja właśnie też jestem straszną gadułą. Ale na szczęście już mi coraz lepiej:) I właśnie...czasem pozwala się takie milczenie zastanowić. Gorzej, gdy myśli przychodzi za dużo.

      Usuń
  17. Gdzieś Ty się tak zaprawiła dziewczyno? Uważaj na siebie...
    I choć życie się sypie teraz, to nigdy nie posypie się tak do końca. Bo macie siebie. I to jest najważniejsze. I Ty też o tym dobrze wiesz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pracy, po prostu :D Ale już mówię. Kiepsko, ale mówię:)
      Wiem, tylko nie wolno pozwolić, żeby się życie złamało:) I stale o to walczymy, tak jak wczoraj w nocy:) Ogar jest:)

      Usuń