poniedziałek, 16 stycznia 2017

O tym, że w piekle można odnaleźć pasję życia, czyli trochę o ruchu pro -ana słów kogoś, kto stoi całkiem z boku

Musiałam trochę zebrać myśli, zanim zasiadłam do pisania tego postu. Bo właściwie o czym bym miała pisać? Jestem chyba ostatnią osobą, która mogłaby zabrać tu głos. Ja, ze swoim hedonizmem, miłością do jedzenia i przede wszystkim miłością do życia. Ja ze swoją nadwagą i jednoczesnym brakiem kompleksów, ja z miłością do swojego ciała, do całej siebie.
Ja szczęśliwa, nie taplająca się już za bardzo w destrukcji, tylko od czasu do czasu, bo destrukcja od czasu do czasu jest po prostu przyrodzona każdemu z ludzi.
Co ja mogę o tym wiedzieć? O niszczeniu siebie, o głodówkach, ja- olewus, co ja mogę powiedzieć o dążeniu do perfekcji, która jest perfekcyjnym gonieniem za śmiercią, nicością?

Co ja mogę na ten temat powiedzieć? Nic. Ale mimo to cały czas nie mogło mi to wyjść z głowy. Cały czas jakieś myśli, słowa, tłukły się po klatce mojego umysłu, który nic na ten temat nie wie.

Dlatego jednak piszę. Dlatego mówię, mimo że nie mam nic do powiedzenia w tej kwestii. Bo tego nie przeżyłam. Bo nigdy nie było to moim udziałem, tylko działo się gdzieś obok. W zasłyszanych z daleka opowieściach, w jednej bliskiej mi tragedii kogoś, kogo kocham, ale w kogo butach nigdy tak naprawdę nie chodziłam, kiedy się głodził i niszczył też na inne sposoby. Zawsze gdzieś obok, nie we mnie.

Bo widzicie, rozgościłam się ostatnio na blogach pro-ana. A może też i przede wszystkich w miejscach, które już raczej można nazwać anty-ana po latach walki z chorobą?

I nie, nie myślcie, że chciałam schudnąć, aż to zaprowadziło mnie do skrajnej myśli, że może powinnam zostać jednym z motylków. W żadnym wypadku. Moja nadmiernie olewacka natura, wyrosła z byłego punka, kochająca nadmiernie hedonizm co wiecznie powtarzam chyba wręcz....nie nadawałaby się, by wkroczyć na dobre, albo chociaż na chwilę do tego „królestwa perfekcji”. Wręcz moja natura zaprzecza nieraz nurtowi pro-ana. W całości mojego życia.
Tak, moje życie to odwrotność.
Ale po prostu tam trafiłam. Czytałam w kilku miejscach przerażające mnie ogromem smutku i desperacji posty, czytałam też i te, które mówią o zwycięstwie życia nad śmiercią, mimo wszystko. O podnoszeniu się z kolan, tym cholernie bolesnym i długi wstawaniu i uczeniu się chodzić na nowo. I właśnie to wydało mi się piękne.
Podnoszenie z kolan.
Nauka nowego życia.
I właśnie to wydało mi się czymś, o czym warto mówić. Że można. Po spojrzeniu śmierci w oczy, po zniszczeniu siebie prawie do szczętu, można wrócić do świata. Odnaleźć spokój w swoim sercu. Odnaleźć miłość, do siebie i do świata.

Nie mogłam przejść obok tego obojętnie. Obok tej pochwały życia. Bo przecież kto, jak nie ja, doskonale zdaje się rozumieć, że życie możemy w pełni docenić jedynie w zetknięciu ze śmiercią? Ja, dziewczyna, która doznała już śmierci tych, których kochała najbardziej. Ja, dziewczyna, a może już kobieta, bo mam przecież prawie 30 lat, ta, która obmywa zwłoki, trzyma umierających za rękę. Ta, która docenia życie.

Ta, która wie, że życie jest na tyle kruche, tyle ulotne, że trzeba je pokochać z całej siły. I nie można go trwonić.
Ale są różne drogi do zrozumienia tego, pomyślałam, czytając blogi tych dziewczyn, które chcą być perfekcyjnie chude, aż może, tak naprawdę, po prostu chcą zniknąć? Są różne drogi. Każdy z nas ma swoje piekło przez które musi przejść. Swój ogień, przez którym musi przebrnąć, żeby nieraz ocalić życie.
Ale ocalić życie jest tu kluczem.

Życie, które jest piękne. Które jest cenne. To, które ma się jedno w bezpośrednim znaczeniu i to, które zawsze jest potencjałem wielkiego piękna. Piękna pojętego przez zrozumienie, że światło i cień się uzupełniają.
Moje zrozumienie życia przyszło w cierpieniu zadawanym z zewnątrz. Zbudowało moją destrukcję, która była inna, niż dziewczyn, które dążą do perfekcji. Bo ja ćpałam, piłam, znajdowałam śmierć na inne sposoby, jako nastolatka. Śmierć by docenić życie.
Ale zawsze to był hedonizm i gdzieś w tej destrukcji naprawdę prześwitywała pasja życia. Chęć poznania zniszczenia tylko po to, by poznać tworzenie. 

Dlatego być może nigdy nie zrozumiem piekła tych dziewczyn. Teraz, gdy przeszłam swoje piekiełko jako nastolatka i potem gdy przeszłam piekiełko straty i tęsknoty i zrozumiałam, że to wszystko było mi potrzebne. Całkiem inne. Teraz, gdy lubię swoje pojedyncze wyskoki destrukcji, bo rozumiem, że i ona bywa potrzebna w życiu jako przeciwieństwo mojej pasji życia. 

Zresztą, przecież...nigdy tak naprawdę nie rozumiemy cudzego piekła. Jakie by ono nie było. Jakimi objawami nie wylewało by się na zewnątrz naszej jaźni. Nie zrozumiemy...ale możemy być. I gdy już dorośniemy, zrozumiemy parę rzeczy, możemy powiedzieć jedno: można przeżyć. I można potem pięknie żyć. Dlatego nie warto się zabijać, nie warto rezygnować ze swojego życia.

Może to banał, który wydaje się być totalną bzdurą komuś, kto właśnie przez swoje piekło przechodzi. Może zdaje się to być fałszem.
Ale może te słowa dotrą do kogoś. Do czyjegoś serca. I nie mówię że właśnie te moje, napisane tutaj, w miejscu, które po prostu jest, w którym bywam. Te słowa powielone też przez ludzi, którzy przeszli podobne piekło. Którzy może rozumieją więcej, choć nigdy nie zrozumieją do końca.

Nie jestem jedną z tych, która dążyła do perfekcji. Jestem kolejnym spokojnie szczęśliwym człowiekiem, który mówi nieraz banałami. Ale w tym świecie, jest wielu ludzi, którzy mogą zrozumieć choć część. Ci, których pejzaż może nałożyć się z cudzym widzeniem świata. Bo przeszli przez piekło o podobnej barwie, podobnym nasyceniu chłodu, który prowadzi ku ostatniemu, zimnemu pocałunkowi śmierci. Są ci, którzy zatrzymali się w porę, zrozumieli, że warto walczyć o życie. Ci, którzy nie doszli w destrukcji za daleko, tak jak ja nie zabrnęłam za daleko ze swoim ćpaniem, mimo że byłam blisko krawędzi kilka razy.
Tacy, jak kilka mądrych dziewczyn, a zwłaszcza ta:


Do której słów odsyłam kogoś, kto przechodzi przez to piekło zwane zaburzeniami odżywiania. Anoreksją. Może już bulimią. Do której słów odsyłam dziewczyny, które na blogi tzw. motylków nie trafiły przez przypadek, jak ja, błądząca sobie w różnych miejscach w sieci, a które trafiły na nie celowo.
Kto wie, może któraś przez przypadek i z tego miejsca trafi do tej mądrej dziewczyny, która pokazała, że można przejść przez ogień, zanim całkiem on człowieka spali...i jeszcze go umocni, bo pokaże, że najważniejsze w życiu jest...życie?
Nigdy nie wiadomo.

Bo ja wiele o tego rodzaju cierpieniu nie powiem. Nigdy nie cierpiałam na zaburzenia odżywiania, jak mówię, jestem wręcz tego zaprzeczeniem. Moje życie, a nawet moje destrukcje nigdy nie były dążeniem do perfekcji, a były skrajnymi odmianami pochwały hedonizmu i pewnego chaosu, któremu do perfekcji daleko.
Nie wyobrażam sobie nawet tak wielkiego bólu, który każe rezygnować z życia. Z jego największych zmysłowych przyjemności. Nie wiem tak naprawdę, co człowieka może do tego zaprowadzić. Bo przecież, tak jak kiedyś pisał Królik, ten który już nie żyje, ale życie kochał jak mało kto, jedzenie pokazuje, jak żyjemy:

W jedzeniu wyrażamy też nieraz pasję życia. I naprawdę, nie umiem zrozumieć. Co nie znaczy, że część mnie nie chce, albo jakoś ocenia. Może jestem na to za głupia a może...powinnam podziękować losowi za to, że nigdy nie doszłam na taki skraj. Że nie poznałam takiej destrukcji. 
Ale mimo to nie umiem jakoś przejść obok tego obojętnie. Obok tego, jak setki wręcz dziewczyn i chłopaków zabijają się po cichu, nie wiedząc, jak sobie pomóc, przez to trafiają w ślepe uliczki, z których, jak się zdaje, nie ma ucieczki.Nie umiem przejść obojętnie wobec tej wrażliwości, która spycha nieraz do głębokiego mroku. I nie umiem przejść jakoś obojętnie wobec ludzi, którzy wciągają w to wszystko siebie nawzajem. 
A przecież jakieś drogi zawsze jakieś inne wyjścia są. Wcale nie zatapianie się w destrukcji, w śmierci, w bólu, w nienawiści do samego siebie. Zawsze jest jakaś pomoc. Bo skoro innym udało się znaleźć szczęście, pokochać siebie...to chyba dla każdego jest szansa.

Nic wam nie powiem więc od siebie o zaburzeniach odżywiania. Tylko tyle, że mnie przerażają, że nie umiem tego pojąć. Nie znam tego problemu od środka więc odsyłam do mądrzejszych.
O tym sama nic nie powiem. Nie przeżyłam tego. Ani, tym bardziej, nie umarłam w tym ani razu. 

Ja mogę wam powiedzieć coś tylko...o życiu. O tym, jak ja je widzę. O tym, co często powtarzam, o jego pięknie i miłości świata, bo tak, świat nas kocha. Warto więc i kochać samego siebie.
Mogę wam opowiedzieć o elastycznych sercach, o tym, że serce każdego z nas przetrzyma więcej, niż nieraz sądzimy. O tym, że w każdym mroku czai się ogromna ilość światła.
Mogę wam powiedzieć o tym, że warto nieraz przetrwać najgorsze, żeby je zrozumieć. Żeby je w pełni docenić. Bo każdy z nas ma swoje doświadczenia, swoje blizny, przez które się uczy. Czasem to śmierć najbliższych. Czasem brak akceptacji. Czasem brak porozumienia z rodzicami. Czasem zwykła blizna fizyczna, której się wstydzimy. Choroby. To wszystko nas spotyka i to wszystko jest częścią życia, które mimo wszystko jest piękne. A może właśnie dlatego.
I nie wolno tego życia marnować.
Bo jeszcze zawsze może być pięknie i mądrze. Z uczuciami miłości i spokoju pod sercem. Bo zawsze można pokochać siebie i świat. Oddać mu tą miłość, którą mimo wszystko promieniuje.

I może gdy zatrzymamy się w odpowiednim momencie, gdy wjedziemy nieraz boso, z pokrwawionymi stopami na upragniony szczyt i dostrzeżemy pewną całość, będziemy mogli złapać prawdziwy oddech. I zrozumiemy, że wiele nie potrzeba. Tylko żyć i oddychać

I może wtedy, zdarzy się nam ten cudowny poranek, przepełniony słońcem. Dzień, kiedy nie będzie cierpieniem wyjście z łóżka, kiedy podniesiemy się z oczekiwaniem na kolejne wyzwania, kolejne przygody. Kiedy staniemy przed lustrem i powiem do siebie jesteś pięknym człowiekiem, kocham cię. A potem z czystym i radosnym sercem wyruszymy znów przed siebie.
Nawet jeśli wiemy, że umrzemy a może...przede wszystkim dlatego. Bo warto korzystać z każdego smaku, zapachu i widoku w życiu, póki tu jesteśmy. 
I dla takich poranków warto chyba o to życie walczyć. Dla takich warto żyć.

Po prostu, warto spróbować nawet gdy nie wie się jak, spróbować której z innych dróg, zamiast rezygnować z życia.  

A na koniec cudowny Edward Sharpe a może raczej...Alex Ebert. Ten, który sam upadł i się podniósł i napełnia nadzieją i radością cudze serca. 



I wszystkie te słowa
Które wyplułem z siebie
nic świętego, nic prawdziwego
Do wszystkich tych duchów, zmieniłem się
Cóż, teraz jestem gotów, aby spłonąć.

Ponieważ ja już cierpiałem
Chcę, żebyś wiedział
Płynę na gorących płomieniach piekła
Wschodząc z tego, co poniżej

Daleko od tego, co poniżej
Jak wysoko możemy dotrzeć? 



42 komentarze:

  1. Problem anoreksji dla mnie jest jeszcze bardziej odległy niż Tobie, ale z tego samego powodu. Z jednej strony wiem, że powinnam wziąć się za siebie i jednak może nie to, że przestać jeść, ale przestać po prostu jeść aż tyle xD To jednak zbyt bardzo lubię jeść, by to u mnie było jakieś trwałe postanowienie. I naprawdę nie wiem jak można się łudzić, że jak się przestanie jeść to się będzie super wyglądać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo co innego z głową dać o formę, a co innego zaburzenia odżywiania bo...tak naprawdę niejedzenie jest wierzchołkiem góry lodowej w całym problemie. To iluzja, próba kontroli życia, nienawiść do samego siebie. Destrukcja a cóż...ile ludzi, tyle też form destrukcji i nieradzenia sobie z sobą i życiem przez jakąś wrażliwość.

      Usuń
    2. Jak byłam nastolatką to miałam takie przejściowe, jakieś dwudziestominutowe akcje w głowie, że nie będę jadła, żeby zrobić mamie na złość :P Ale jak mi złość przeszła - a mi zawsze szybko przechodzi - to uświadamiałam sobie jakie to jest głupie ;p

      Usuń
  2. "Ale zawsze to był hedonizm i gdzieś w tej destrukcji naprawdę prześwitywała pasja życia. Chęć poznania zniszczenia tylko po to, by poznać tworzenie."
    Bo widzisz, Frida, w zaburzeniach odżywiania również kryje się tworzenie, a przynajmniej ułuda tworzenia, zwłaszcza na początku, gdy tak naprawdę nie wiesz czym to jest. I na blogach pro-ana widać to nawet lepiej, niż w prawdziwych zaburzeniach odżywiania, bo tzw. motylki faktycznie chcą coś stworzyć - chudą wersję siebie. Czy to nie prawdziwy artyzm? Gra ze śmiercią, wbijanie się w kanon jakiejś chorej mody na niedowagę, doświadczanie siebie poprzez fizyczny/psychiczny ból. To wszystko można tak pięknie nazwać! I zanim ktoś Ci nie pokaże, że to tylko etykietki, za którymi nie ma NIC oprócz bólu, łez, głodu, wyniszczenia ciała, psychiki i tak dalej, to można w takiej ułudzie żyć i żyć. Można wmawiać sobie, że się tworzy i doskonali, gdy tak naprawdę się wyniszcza. Właśnie - doskonali. U Ciebie był chaos i tworzenie, a w zaburzeniach odżywiania często jest właśnie chory perfekcjonizm, chęć posiadania kontroli nad wszystkim. Ja na przykład byłam daleko od perfekcjonizmu, gardziłam nim wręcz, ale obsesja kontroli była mi bardzo bliska. I choć nie dążyłam do wychudzenia ani do śmierci, to... święcie wierzyłam, że bez zaburzeń odżywiania będę gorszym człowiekiem, bezwartościowym, pustym. Że bez tego tworzenia-niszczenia, bez kontroli będę nikim. A że to wszystko było kłamstwem, zobaczyłam dopiero po dłuższym czasie.

    A wiesz co... sama doświadczyłam, jak beznadziejnie ciężko jest odnaleźć choć cień wyrozumiałości (o zrozumieniu już nawet nie wspominając) w kwestiach zaburzeń odżywiania u osób, które się z tym nie zetknęły. Pół biedy, jak wiesz przynajmniej mniej-więcej, skąd się to wszystko wzięło, ale jak sama tego nie ogarniasz i straciłaś jakiekolwiek panowanie nad swoim życiem (również to złudne), to cholernie ciężko jest się odbić od dna. Ja trafiłam na osoby (ekhem psychologów ekhem), którzy stwierdzili, że sobie wymyślam problemy, skoro nawet nie wiem, czemu siebie tak krzywdzę! Dlatego... dziękuję Ci, że podjęłaś się tematu bez oceniania osób dotkniętych nim bezpośrednio. To niby takie naturalne powinno być, a jednak... wielu osobom przychodzi z trudem.


    W sumie nie wiem, po co napisałam ten komentarz, bo znowu będę siedzieć i rozdrapywać prawie trzyletnie blizny, w ogóle jakoś za dużo swojej przeszłości ostatnio na bloggerze dostrzegam, ale... może to też jakoś czasem potrzebne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę się tylko domyślać. Znaczy....właśnie zawsze miałam wrażenie, że z początku to wydaje się być piękną drogą i sposobem właśnie na piękne życie. Tylko...to droga, która niestety zbacza z tego kierunku. Jak i wiele innych właśnie. Jak pisałam, nie znam problemu osobiście- no bo nie znam. Ale zawsze sobie to porównywałam jakoś...do ćpania. Bo na początku to też wydaje się piękne, wszyscy wielcy artyści ćpali, te wizje dzikości, innej formy człowieka, wyzwolenia przez dymek czy znaczek. Inaczej setki z nas nie zaczytywały by się pamiętnikami Chrisitne F. Tu też można sobie właśnie taki artyzm wmawiać na początku....a na końcu czai się znisczone życie i śmierć. Ale my, ludzie, pięknie poddajemy się ułudom, zwłaszcza mam wrażenie w pewnym wieku, kiedy gubimy się w dorastaniu i pędzie życia. I próbujemy sobie proste fakty przesłonić uszminkowanym obrazem CZEGOŚ WIĘCEJ zanim zrozumiemy, ze to, co piękne w życiu jest...najprostsze.
      Bo też kto na początku dąży do śmierci? Ani tutaj, ani w żadnej innej destrukcji początkowo tego nie chcemy a potem...okazuje się, że może być za późno.
      I ja cieszę się, że to dostrzegłaś:)
      I miałaś cholernego pecha z psychologami. I właśnie można aż podziwiać, że po spotkaniu z takimi konowałami z tego wyszłaś.
      I hej, zawsze jak coś nas bezpośrednio nie dotyczy, to przychodzi to z trudem. Ale...czasem każdy z nas może się wysilić:)

      I rozdrapywanie blizn nigdy fajne nie jest ale...wiem sama, że właśnie nieraz jest potrzebne. Choćby po to, żeby sobie przypomnieć, jak silni jesteśmy, bo te blizny co mamy- są bliznami, a już nie ranami. Prawda?

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że to porównanie prądu pro-ana do wstępnych eksperymentów z narkotykami, jest całkiem trafne. Bo wiecie, dla mnie sprawą drugorzędną jest etykieta, o której mówimy: zaburzenia odżywiania, zaburzenia osobowości, zaburzenia lękowe, zaburzenia depresyjne, setki zaburzeń, miliardy zaburzeń, miliardy nazw (...)

      Chodzi bardziej o emocje, które kryją się w człowieku. O wewnętrzny destruktywny popęd, jaki potrafi nim zawładnąć. Nakleić sobie łatkę to nie problem. Sedno by dotrzeć do wnętrza i spróbować... zrozumieć.

      Jedyne, co pomiędzy ćpaniem a objawami dotyczącymi jedzenia jest zasadniczą różnicą, to kwestia neurobiologii. Uzależnienie od substancji a uzależnienie od zachowania wydaje się stanowić zasadniczą różnicę. Na pewno wychodzenie z 7 lat alkoholizmu dajmy na to (bo na płaszczyźnie narkotyków nie czuję się zbyt pewnie, by móc się poruszać), wymaga ogromnej sztuki samokontroli. Wychodzenie z 7 lat anoreksji/bulimii można wyleczyć na poziomie osobowości, nie wchodząc głębiej w chemię mózgu. Nie jest to ani prostsze, ani trudniejsze - ale co jest pewne: DA SIĘ TO WYLECZYĆ FUNDAMENTALNIE i bez nawrotów.

      Usuń
    3. Właśnie, po prostu "piekiełko" destrukcji. A ile ludzi, tyle "możliwości wyboru" na tym polu. Każdy chyba z nas jakiegoś "liznął" ale...kwestia, jak daleko w tym zaszedł. Ale summa summarum, po prostu w co nie zabrniemy, zawsze mamy szansę odzyskać swoje życie. W ten albo inny sposób. Czasem tylko...wystarczy ktoś, coś, co pokaże nam, że można inaczej:)

      Usuń
  3. Zaburzenia odżywiania mogą mieć milion powodów. Ile osób, tyle przyczyn choroby. Sama to przeżywam. Nie potrafię przejść obok lustra bez spojrzenia na swoje ciało, bez porównywania się do innych dziewczyn na ulicy. Nawet w pracy idąc korytarzem przeglądam się w szybie od automatu ze słodyczami, w szybie okna. Obsesja na punkcie własnego wyglądu, bo ktoś kiedyś coś powiedział. Bo ktoś kiedyś zachował się tak, że cała moja pewność siebie runęła i od lat nie potrafię jej odbudować. Niemożność zjedzenia posiłku, bo mózg niczym rzutnik wyświetla tabelę wartości odżywczych na każdy jeden element posiłku. A jeśli już jakimś cudem uda mi się coś zjeść - muszę to spalić. Jeśli tego nie zrobię momentalnie ogarnie mnie strach i panika, że kilka kilogramów wskoczy w moje ciało. I jest się tego świadomym. I nie chce się mi wstawać z łóżka mając tę chorą świadomość, że znów cały dzień przeleci mi na obsesyjnym wpatrywaniu się w kostki, ręce, obojczyki: 'czy już są dobre? czy jeszcze mogę je objąć palcami w obwodzie? Nie!? o kurwa, przesadziłam wczoraj z tym makaronem". Podobnie jak Ty nie umiem zrozumieć mechanizmu tego wszystkiego. Wiem jedno: to na tyle zawładnęło moim życiem, że nie umiem bez tego funkcjonować. Jest to chore, pierdolone poczucie, że jednak coś ode mnie zależy. Że mogę mieć na coś wpływ tak na 100%. Nawet nie wiesz, jak chciałabym rano wstać z łóżka bez tych wszystkich negatywnych odczuć, bez nienawiści do własnego ciała. Jak bardzo chciałabym się uśmiechnąć, bo przecież mam ku temu powody. I marzę o tym, bym kiedyś obudziła się z dobrymi myślami w głowie, a nie kalkulacją kaloryczną i starannie zaplanowanym jadłospisem na cały dzień co do godziny. Nienawidzi się tego, a jednocześnie staje się to częścią osobowości. Tego, kim jesteśmy. Cholera. To jedno, wielkie błędne koło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, każde piekło jest po prostu inne. Nie ma jednej linii, wedle której można nakreślić wszystkich po kolei. Nie da się tak, o jakimkolwiek piekle nie mówimy.
      I...zawsze destrukcja taka czy inna jest częścią nas ale...są sposoby, żeby ją oswoić. Ugłaskać tak, że nie przesłania życia. Ja przynajmniej w to wierzę i może...zabrzmię tu strasznie impertynencko czy coś, ale próbowałaś może zasięgnąć w tej kwestii porady psychologa? Terapeuty? Tak naprawdę próbować do głębi zająć się tym problemem? Bo naprawdę warto zawalczyć o swoje życie i to poczucie lekkości, które wcale a wcale od wagi nie zależy...

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Uczęszczam na terapię od 3 miesięcy
      Są wzloty i upadki, na prawdę się staram, jednak choroba trzyma w swoich szponach. To jest walka całe życie. Szczerze mówiąc mało wierzę, że osoby chore na anoreksję, czy ogólnie mające problem z odżywianiem - tak na prawdę kiedykolwiek z tego wyjdą. Oczywiście chciałabym i życzę im tego mocno, jednak cholera... czasem wystarczy malutki impuls, na prawdę drobnostka, by to wywołać na nowo. Kostucha znów puka w drzwi, łapie zimnymi paluchami i po wszystkim. Całe leczenie, cały ten cyrk zaczyna się na nowo. Osoby chore przerabiały to pewnie wiele razy. Polecam książkę Karoliny Otwinowskiej: Dieta (nie)życia. Była hospitalizowana chyba 4 razy i za każdym razem bezskutecznie. Właśnie dlatego, że ta choroba siedzi w człowieku, w jego podświadomości. Nie umiem pisać o swoich emocjach, o tym jak to wszystko dokładnie wygląda, ale Karolina w swojej książce uwzględniła mniej więcej obraz tego, jak wygląda psychika osoby zmagającej się z anoreksją.

      Usuń
  4. Frida. Dziękuję Ci z całego serca za wsparcie. Jak wspominałam, nie napisałam ostatniego posta, żeby przepadł - a po to, żeby krążył w internetowych żyłach.

    Tak więc: rzeczywiście ZAPRASZAM do siebie każdego, komu mogą przynieść choćby najmniejsze dobro moje słowa. Dotyczące właściwie tego, o czym opowiada Frida - o tym, że mrok i światło w człowieku się dopełniają, i że jeśli się chce i potrafi docenić życie... Życie zwycięży.

    Destruktywnej siły, która może pchać w ramiona zaburzeń odżywiania, nie da się stłumić. To nigdy się nie uda. Raczej warto zadać sobie pytanie - dlaczego ona jest tak potężna? Dlaczego nie mam odwagi zatroszczyć się o siebie? Dlaczego robię sobie krzywdę? Czy w głębi duszy nie chciałabym być zdrowym i szczęśliwym człowiekiem?

    Każdej Zagubionej Duszy, która to czyta - życzę mocy Odwagi, aby w końcu siebie odnaleźć. To da się zrobić. Nawet lata zaburzeń można przepracować i osiągnąć szczęście!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama po prostu trochę poczytałam i nie mogłam nie wylać tutaj pewnych myśli, które może i są nieskładne ale...jednak mimo wszystko, są. Bo tak jak ci pisałam, nie umiem jakoś obojętnie przejść wobec czegoś, co mi okrutnie rozgości się nieraz w sercu. I mam nadzieję, że twój post nie przepadnie i że może faktycznie, ktoś zastanowi się nad tym, co robi i...zmieni pewne rzeczy w swoim życiu? Bo może nie da się ocalić milionów, ale jedno szczęśliwe, czasem dosłownie uratowane życie to...już uratowany wszechświat, parafrazując pewne słowa. I ja w to wierzę.
      Bo życie zawsze może właśnie wygrać. światło połączone z mrokiem dają cudowną mieszankę, która uczy i prowadzi do pewnego spokoju i...tej najważniejszej jednak, miłości. Szeroko pojętej:)

      Usuń
  5. Eeech, tak... Znane mi bagienko. Choć ja i tak tylko je musnęłam. Dwa tygodnie jedzenia po jednym warzywku dziennie. Omdlenia, problemy ze skupieniem się, poczucie, że jest się obrzydliwym potworem niegodnym życia... Stare i na szczęście minione czasy, które lubią dać o sobie znać, kiedy naprawdę wszystko się zawali. Na szczęście u mnie zaleczone na tyle mocno, że choć myśli czasem się pojawią, nie wywołają już działania. Bo wiem, że to minie. Aż w końcu kiedyś nie wróci.
    Ale pokonanie tendencji anorektycznych jest najlepszą lekcją hedonizmu :D Wiele razy słyszę, że ktoś mi zazdrości tego podejścia :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tak jak mówię, u mnie analogicznie z moim ćpaniem. Mam momenty, gdzie chciałabym "odpłynąć" na nowo w niebyt, tak to nazwijmy ale...chęć życia jest na szczęście silniejsza. Bo jednak, można powiedzieć, w ten albo inny sposób, życie w nas wygrywa na szczęście, a nie destrukcja. Już nie:)
      Hah, hedonizm górą! XD

      Usuń
    2. Tak, ja to własnie nazywam byciem urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą. :)
      Ba, piona!

      Usuń
  6. Dla mnie anoreksja to poważna choroba, taka sama jak problemy z sercem,czy z tarczycą. To nie jest przecież tak,że komuś nagle przestaje smakować jedzenie, albo postanawia zrzucić parę kilo. To bardzo poważny problem. Ja nie jestem psychiatrą ani innym specjalistą,więc się nie będę wypowiadać szerzej,bo ekspert ze mnie żaden.
    Mogę tylko trzymać kciuki za osoby, które naprawdę przechodzą przez tę okropną chorobę i życzyć im dużo siły.
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tak samo jak ja- nie znam się na tym problemie. Nie przechodziłam przez to piekło ale...fakt faktem pozostaje, że są osoby, które borykają się z tym rodzajem autodestrukcji. I może nieraz jakimś cudem jakieś słowa do nich trafią. Bo o każdym problemie tego typu po prostu nieraz warto rozmawiać, licząc...że może dokądś to zaprowadzi.

      Usuń
  7. Anoreksja nie jest poważną chorobą, jak te sercowe czy tarczycowe, to problem i choroba psychiczna. Nie miałam z tym nigdy problemu, zawsze kocham jeść, nigdy nie mogłabym z niego zrezygnować, żadne diety restrykcyjne też nie są dla mnie. Ale dużo miałam styczności z dziewczynami, które chorują czy chorowały na anoreksję czy bulimię i to jest naprawdę przerażające, co się z nimi dzieje i jak funkcjonuje ich psychika.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anoreksja to nie jest choroba.

    Chyba, że metaforycznie by chcieć to ująć - anoreksja to choroba duszy; albo bulimia to choroba duszy. W sensie psychologicznym jednak jest to ZABURZENIE a nie CHOROBA, co stanowi ogromną różnicę! Niektóre źródła stosują zamiennie te pojęcia, ale jest to błąd. Wspomnę o tym u siebie, jak znajdę trochę czasu na napisanie posta.

    Bo ta ETYKIETA robi różnicę przede wszystkim samym cierpiącym na to schorzenie - myśleć o sobie, że jest się c h o r y m wydaje mi się być dużo bardziej dołujące od myślenia, że jest się zaburzonym.

    Ściski, pozdrowienia! Ten komentarz jest po prostu tak gwoli ścisłości, bo widzę, że wszyscy mianują zaburzenia odżywiania chorobami psychicznymi. A zaiste, to nieprawda!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja kiedyś prawie popadłam w anoreksję. Codziennie mordercze ćwiczenia, sama woda do picia albo bardzo mocna herbata, czasem nic nie jadłam cały dzień. Czasem biłam się po brzuchu i udach, wściekła, że nie są chude. Do dziś mam pamiętniki, których czytanie czasem mogło przypominać posty pro-ana. Chociaż nigdy nie wpadłam w liczenie kalorii. Wolałam ich po prostu nie przyjmować ;) Bo ja też kiedyś zagubiłam się w blogosferze i znalazłam te ładne, idealne, trochę trącające szaleństwem blogi. Opisy codziennych zmagań. Ale na szczęście nie wpadłam w to zbyt głęboko i dziś znów jestem wesołym pulpetem :D Ale zaczęłam chodzić na siłkę, nie dla rozpaczliwego pragnienia zakatowana tłuszczu, a dla samej radości ćwiczeń i nabycia kondycji.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzięki za przybliżenie ciekawego i wstrząsającego tematu, z którego nie zdawałam sobie sprawy, bo o anoreksji niby się trąbi dużo i często wydaje się to temat egzaltowany w różnych mediach, a tymczasem.. ma on drugie dno. Trochę przekopałam internet o tym pro ana przez Twój post i zaintrygowało mnie, chociaż uważam się za przeciwieństwo anorektyczki, to znaczy, jak już liczę kalorie, to z paniką, że zjadłam za mało (niejadek i chudzinka here) xD Po prostu jedzenie jest problematyczne, bo trzeba je sobie przyrządzać, kupować, no i nie zawsze smakuje xD A nigdy nie lubiłam swoich chudych nadgarstków i wystających kości, no i tych zaczepek w stylu "ale z ciebie chudzielec, jesz coś w ogóle?" xD więc nigdy nie rozumiałam dlaczego ktoś może do tego dążyć.
    Kiedyś przeglądałam tumblr i było tam pełno zdjęć żylastych dłoni, bladych rąk z kwiatkami, chudych dziewuszek w czarnych ubraniach i pomyślałam, że to tylko taka estetyka, takie melancholijne fotki, które bądź co bądź mają w sobie jakieś piękno.. nie przypuszczałam, że ktoś się może katować, aby to piękno za wszelką cenę osiągnąć, że można tak religijnie ubóstwiać jakąś dziwną estetykę. I jakby nie patrzeć anoreksja to temat rzeka, bo pokazuje jak wiele twarzy ma autodestrukcja.. sportowcy faszerujący się środkami przeciwbólowymi i dopingującymi, zniszczone zdrowie za cenę medalu.. ludzie w depresji okaleczający się, aby coś poczuć.. dziewczyny głodzące się, aby ładnie wyglądać na zdjęciu.. I w tym jest jakaś duma, taka osoba chce udowodnić jak wiele jest w stanie znieść bólu, czuje się wyżej od innych wokół. Wszystko to w imię.. czego? Wszystko to pokazuje, że życie samo w sobie, jako stabilne funkcjonowanie, nie ma dla nas aż takiej wartości, że chcemy czegoś innego. I te małe śmierci, które sobie zadajemy, są obecne w życiu wielu z nas, one wkradają się bardzo podstępnie. Dopiero ekstremalne przypadki, jak te wysuszone szkielety, pokazują jak stopniowo taka autodestrukcja może się rozwinąć.
    Uh, rozpisałam się, ale przynajmniej będę bardziej wyczulona na takie problemy, bo wcześniej chyba byłam zbyt zapatrzona na swoje i nie widziałam korelacji z czymś takim jak zaburzenia odżywiania. Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Też jestem najdalej od takiej postawy, jak tylko można. Sama jem pewne rzeczy, których teoretycznie mi nie wolno. Wyniki mam zawsze dobre, nic mi nie jest, trują dopiero leki. Jednak niekiedy łamię formalne zakazy, bo lubię jeść, a wiem, że one istnieją. O takim rodzaju cierpienia nie powiem nic. Odniosę się za to do kwestii blogosfery, siły słów. Człowiek może inspirować, a nawet pomagać innym tylko za pomocą tego, co pisze. Ma wpływ, pole do działania, czasem większe niż mu się wydaje. Dowodzi tego cały Twój post.

    OdpowiedzUsuń
  12. Mnie jakoś tak podświadomie (skoro o tym wiem, to chyba jednak świadomie) zaburzenia odżywiania zawsze przerażały. Chyba przez moje głębokie współodczuwanie, kiedy tylko wyobrażałam sobie jak te dziewczyny muszą cierpieć. Mega fajne jest, że jednak dużo z nich potrafi przystopować w tym wszystkim i polecieć znowu do góry, bo to daje taką nadzieję na co dzień :)

    OdpowiedzUsuń
  13. https://www.youtube.com/channel/UCnvSM6dT0TxvU2AigOuBtLg

    OdpowiedzUsuń
  14. Pomijając jeden epizod, gdzie nie jadlam doslownie nic przez miesiac chyba czy dwa to nigyd nie mialam jakichś zaburzeń odżywiania wiec też cięzko mi się wypowiedzieć. Chyba ze w drugą stronę, ale to i tak wszystko na tle stresu..

    OdpowiedzUsuń
  15. Problem anoreksji jest mi znany, bo 10 lat temu (jaka jestem już stara :D) zaczęłam dość sensowne ograniczenia jedzenia. Skutek był jeden - organizm się wkurzył i od tamtej pory nie funkcjonuje jak przedtem. Dzisiaj nie potrafię zrozumieć tamtej siebie - co chciałam uzyskać? Nigdy gruba nie byłam, ale jednak próbowałam chyba zwrócić na siebie uwagę. W każdym razie - gdy widzę posty motylków, mam ochotę wziąć je za rękę i zaprowadzić do psychologa. Zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, że mogą wszystko zniszczyć, wszystko zaprzepaścić...

    OdpowiedzUsuń
  16. Mam za dużo hedonizmu i za mało silnej woli, by mieć anoreksję. Jak nie jem, to tylko ze stresu ;)

    Bardzo podoba mi się pochwała życia w tym poście.

    OdpowiedzUsuń
  17. W czasach gimnazjum miewałam fazy głodówek, bo wówczas nie docierało do mnie, że w taki sposób to brzucha sobie nie spłaszczę. Na szczęście dość szybko to minęło i przytyłam na nowo do swojej idealnej wagi. Jestem szczupła, możliwe nawet, że mam ze 2 kg niedowagi i ludzie na ogół nie wierzą, że lubię dobrze zjeść, naprawdę. Po co pozbywać się takiej przyjemności? :)
    Smutne jest to, że pro-ana nadal ma się dobrze, że wciąż sporo dziewczyn daje się w to wciągnąć. I nie każda pokona chorobę.

    OdpowiedzUsuń
  18. Kiedyś wyczytałam w jakieś książce, że mam 6 oznak anoreksji. Ale wg mnie to nie było to. Po prosto fizjologia się zmienia, jak się człowiek odchudza. Kurcze chciałabym schudnąć ale nie chciałabym wyglądać za bardzo chudo.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nigdy nie słyszałam o motylkach czy blogach, grupach pro-ana. Słyszę o tym u Ciebie pierwszy raz. Weszłam przed chwilą na dwa pierwsze, które wyskoczyły w wyszukiwarce i - jestem przerażona, tym co tam przeczytałam. Przerażona w sensie, że chciałabym biec do tych dziewczyn, siąść obok nich i zrobić wszystko aby przestały się zabijać. Choć z drugiej strony je rozumiem. Wiem, jak to jest popaść w czarną dziurę życia, nie widzieć żadnego światła a jeśli już to takie, w świetle którego trzeba być jakąś, trzeba udowadniać i wyrzekać się siebie na rzecz bycia taką jaką ode mnie żąda świat. Nigdy co prawda nie miałam osobiście styczności z zaburzeniami jedzenia - to dla podobnie, jak u Ciebie obce, ale miałam czas w swoim życiu, że trzy razy próbowałam odebrać sobie życie nim skończyłam 18 lat...
    Nie wiem co powiedzieć tak naprawdę.. Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że odchudzanie przybrało aż takich medialno-blogowych rozmiarów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat anoreksja i bulimiczki to nie jest żadna nowość. Prawdziwy wysyp tego rodzaju blogów był wtedy, gdy internet jeszcze raczkował - tak z siedem-osiem lat temu. Około. Wtedy co drugi blog był pro-ana. Teraz trochę się to uspokoiło. A może tak mi się tylko wydaje, bo przestałem wchodzić na tego typu blogi.

      Usuń
  20. Kiedy piszesz o tym, co robiłaś w przeszłości aby znaleźć swoją destrukcję i docenić życie myślę sobie o tym, że ja nigdy nie byłem tak ortodoksyjny w stosunku do siebie i mam wrażenie, że w najbliższych latach może się to o mnie upomnieć. Albo już się upomina. W sumie, to nie wiem. Może każdy powinien mieć jakąś destrukcję, żeby potem móc docenić życie?

    Pamiętam, że jakiś czas temu często sięgałem po blogi pro-ana. Nie dlatego, że sam byłem anorektykiem, bo raczej wszelakie choroby, które zagwarantował mi los nie pozwalają mi schudnąć, więc nawet jakbym nie jadł latami, to i tak nic by z tego nie wynikło. Czytałem, bo mnie fascynowało jak ludzie mogą prowadzić się do destrukcji i śmierci. Cóż, dalej mnie to fascynuje, ale chyba już mniej, od dawna nie zaglądałem na żaden. Może już dziewczyny, które czytywałem nie żyją. Trudno to zweryfikować.
    Anorektycy i bulimicy kojarzą mi się zawsze z takim buntowniczym dzieckiem, któremu tłumaczysz absolutną oczywistość, jak 2+2=4, a one i tak twierdzą, że to 15. Kiedyś miałem kilka koleżanek z problemami odżywiania i właśnie tak to wyglądało. Chociaż z drugiej strony, może gdyby choroby mi tego nie umożliwiały, sam byłbym jedną z takich osób. A nie, jednak jestem zbyt leniwy XD. Czasem dobrze być leniwym!
    Frida, co u Ciebie?

    OdpowiedzUsuń
  21. Wiesz po tym co było ostatnio Twój post w jakiś sposób sama nawet nie wiem co... Pokazał, że to co spotkało moją koleżankę nie było jedynym przypadkiem, że jest wiele takich osób. I skoro jest wiele innych osób o tym samym problemie to być może ludzie w końcu zaczną zwracać uwagę na to jak się zachowują, co mówią...Bo słowa mogą ranić. I mogą zabijać.
    Pewien profesor, który mnie uczył i który pracuje jako lekarz takich dziewczyn, powiedział, że dla nich wystarczy, że babcia im powie: ,,No przytyłaś kochaniutka''. Niby nic, a jednak boli. Bo każda kobieta chce być piękna.
    Piszę, ich, a właściwie i mnie dotykał ten problem przez jakiś czas. Obsesyjnego liczenia kalorii i martwienia się swoją wagą i tym jak wyglądam. Właściwie dalej mnie to obchodzi, ale można powiedzieć, że nie w tak chorobliwy sposób.
    Myślę, że gdyby chociaż jedna z tych dziewczyn zobaczyła jak ich koleżanka umiera w podążaniu za ideałem to być może do któreś by w końcu dotarło, że to co robi nie jest do końca dobre, nie daje niczego, poza bólem.
    Mogło być trochę chaotycznie, a nawet trochę bardzo, ale no ten problem jest mi bardzo bliski.

    OdpowiedzUsuń
  22. Swego czasu, kiedy miałam większego fioła na punkcie liczenia zjadanych kalorii odwiedzałam wiele takich blogów, ale powiedziałam dość! Te blogi, te "inspiracje" to już nie chęci, to choroba. I nigdy nie wiadomo co takiej osobie napisać, bo pewnie analizuje każde słowo szukając ukrytego sensu "jesteś za gruba".
    Przerażający jest fakt, że (wyłącznie wg moich obserwacji) większość z tych historii zaczyna się od słów kogoś z otoczenia. Jedno "przytyłaś" potrafi zniszczyć wielu dziewczynom życie. Łatwo wpaść, trudniej się wygrzebać.
    I chyba jako ludzie mamy strasznie mało pewności siebie, brakuje nam samoakceptacji, skoro kilka zdań potrafi doprowadzić do takiego stanu.

    OdpowiedzUsuń
  23. Zmagam się z zaburzeniami odżywiania, to nie jest łatwy obszar, ale możliwy do wyleczenia, po prostu to wiem... Powody chorowania są różne i świadomość tego i praca nad tym to już inna sprawa, tym bardziej chęć wyzdrowienia. Pro ana to moim zdaniem chęć ciągnięcia się w dół, usilna dążenie do unicestwiania i często siedzę w tym bardzo młode osoby, z niską samooceną, które zapętliły się we własnych kłopotach i problemach. I zdecydowanie takie obszary są obszarami do terapii i leczenia. Nigdy w takie miejsca nie wchodziłam, bo zawsze mnie to odrzucało mimo własnych kłopotów, jakaś część mnie się przed tym broniła. Może to egoistyczne z mojej strony, ale po prostu unikałam destrukcji jaka w takich miejsach się znajduje. W takich chorobach trzeba dużej woli walki, na początek tej od bliskich, lekarzy, a z czasem od siebie. Trudny, ale bardzo ciekawy temat poruszyłaś.
    Dawno Cię nie było, ja jakoś powoli wracam, mam nadzieje, ze Ty też. Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
  24. Wchodzę tu co jakiś czas, żeby sprawdzić czy coś dodałaś, choć skoro blogger mnie o tym nie informuje, to i tak wiem, że niczego nowego tu nie znajdę. Mam nadzieję, że jeszcze tu wrócisz. Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
  25. Fridel, mam nadzieję, że nie przepadłaś tak na dobre :(

    OdpowiedzUsuń
  26. Ciekawe ile razy tu jeszcze wejdę, zanim dotrze do mnie, że skończyłaś z blogowaniem...

    OdpowiedzUsuń