wtorek, 3 stycznia 2017

O tym, że łatwo jest umrzeć, ale dzięki temu można zapłonąć.

Nowy Rok zaczęty złamanym nosem.
No bo przecież nie byłabym sobą, gdybym tak bardzo pijana nie zrobiła sobie jakiejś krzywdy. I czasem myślę, że naprawdę umrę w jakiś totalnie głupi sposób, właśnie upadając na twarz po pijaku, rozbijając sobie nos, wybijając zęby, skręcając kark.
Ale żyję. I znów czuję, jak czas upływa nieubłaganie.

Boli mnie całe ciało. Boli mnie jeszcze cała twarz. Ale to nic, pęknięta kość się zrośnie. Kolejna głupia blizna w ciele. Ale na mnie przecież goi się jak na psie. I nawet jeśli teraz boli, jeśli ciężko mi się oddycha, nawet za bardzo się tym nie przejmuję. Śmieję się z tego. Tak, ja śmieję się z bólu, wtedy jest o wiele łatwiejszy do zniesienia.
Zrosną się moje kości, tak jak zawsze ostatecznie zrasta się moje serce.
Zostaną mi blizny, na zawsze, do końca życia, zostaną mi blizny. Te na kościach i te na sercu. Mowy rok ich nie wymazuje. Nawet, jeśli pijana tańczysz i mówisz, że kochasz, wyznajesz tak wiele, gdy wytrzeźwiejesz boli cię twarz i czujesz, że dalej boli cię serce, chociaż się zrasta.
Tak to działa.

A może, po prostu, w gruncie rzeczy ludzie potrafią przeżyć najgorsze i odbić się od dna. Przecież gdyby tak nie było, większość z nas umierałaby w dzieciństwie albo w młodości i po pierwszych ciosach od życia. Dostosowujesz się i żyjesz z bliznami. One nigdy do końca się nie goją, ale żyjesz.- te słowa 24 letniego uchodźcy z Syrii przeczytałam jeszcze w starym rokuAle chyba jakoś zaczynają dla mnie nowy. Słowa pełne dosłowności, prawdy. Nigdy nie pozbędziesz się blizn, dziwnych spraw, które sprawiają, że serce ci krwawi. Żyjesz do końca z tym niezagojonym, albo zagojonym tak, że zostaje ślad, bo przecież to co złamane nigdy nie jest tak sprawne jak było na początku. Nigdy nie jest takie samo. Mój złamany nos będzie miał ślady, moje złamane w zeszłym roku serce będzie miało ślady...ale co z tego?

Żyjesz. Żyjesz i to kolejny rok. I wiesz, że przeżyjesz wszystko, dopóki nie zrobisz kolejnej kolosalnej głupoty, której twój kark, silny jak u wołu, tym razem nie udźwignie. Albo póki nie stanie twoje serce.
Ale żyjesz, z bliznami, ale i z wspomnieniami tylu radości. Blizny na sercu mieszają się z uczuciem miłości i szczęścia, blizny na kościach to najczęściej przecież wynik jakiegoś szaleństwa, radosneg szaleństwa, bez którego nie umiesz żyć ale...
...gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Ale gdyby nie skakała, to by smutne życie miała.

Bo nie wszyscy przeżyli. I nie chodzi o żadne sławy, nad którymi płakał świat. Nie odczułaś przecież ich braku. Nie przyszła ci do głowy myśl „był człowiek, nie ma człowieka”. Zmarło wielu, choć, dzięki bogom, w tym roku nikt tak bliski, by połamało ci to serce tak, że zostawiło bliznę.
To inne, cichsze śmierci. Tych mieszkańców w Domu, w którym pracujesz, tych, którzy naprawdę mieli już dośc. Jedna dziwna śmierć faceta, który próbował umówić się z tobą na kawę, ale ty mu wiecznie odmawiałaś, aż cię irytował. Tak, ostatniego dnia roku dowiadujesz się, że zmarł Jamnik. Był człowiek, nie ma człowieka. I aż sama nie wiesz, co z tą myślą zrobić.

Tyle śmierci na świeczniku w tamtym roku, tyle cichych. Tych, o których nikt nie mówi, bo tak się nie składa. Jakby jedna śmierć była lepsza od drugiej, jedno życie mniej wartościowe od innego. Bo nie było sławne, nazwiska nie świeciły na bilbordach.
A dla mnie w życiu tyle było śmierci ważniejszych. Tyle śmierci też w tamtym roku. Nie godzę się z tym.
I ktoś nazywa poprzedni rok najgorszym, bo umarł ktoś, kogo nawet nie znał. Ja nazywam poprzedni rok jednym z lepszych, mimo złamanego serca i mimo tylu śmierci tylu ludzi, których znałam. Których na swój sposób kochałam, samą dziwną czułością, której nauczyły mnie jeszcze inne śmierci.
Czy to nie paradoks?

Bo tak łatwo jest umrzeć.
Rozmawiamy w nocy w łóżku, po namiętnym seksie, po tym, który bolał, bo przecież i ciało mnie tak bardzo boli, po kolejnym upadku. Ale to nic, rozkosz ma w sobie zawsze posmak bólu. Ta prawdziwa, która szarpie za trzewia i rozrywa duszę na milion świetlnych kawałków, jakbyś na nowo wracała do gwiazdy.
-Tak łatwo jest umrzeć.
-Wiem, chciałbym kiedyś, po śmierci, może dowiedzieć się, ile razy uniknąłem śmierci i nawet o tym nie wiedziałem.
-Ja wiem już że sporo razy uniknęłam śmierci a jak do tego dodać to wszystko, o czym nie wiem, te wszystkie samochody, które przejechały minutę po tym po ulicy, zanim je zauważyłam a nawet ich nie widziałam to...
-My i tak sami to prowokujemy.
-Wiem.
Cisza. Nagle zimna, śmiertelna cisza.
-Kochanie?
-No?
-Nie umrzesz mi w tym śniegu, w tych górach?Boję się, jak jedziesz zimą, sam...
-Nie no co ty, nic mi się nie stanie...
-Mam złe przeczucia, sama nie wiem czemu.
-Tak bardzo boisz się życia beze mnie?
-Wiesz, wszyscy i tak mówią, że ty umrzesz przede mną. A ja drugi raz wyjdę za mąż, przez te głupie kreski na ramionach...ale ja ostatnio pomyślałam, że to nie tak. Dwa razy już przecież wyszłam za mąż, za ciebie, no nie? I na przekór weźmiemy jeszcze jeden ślub. Bo wszyscy mówią, że ty byś nie przeżył beze mnie, a ja bym bez ciebie sobie poradziła...jakbym cię mniej kochała.
-Nie kochasz mnie mniej. Jesteś silniejsza. Ja na pewno bym bez ciebie umarł. Ale ty potrafisz przetrwać. To tylko tyle. Któreś z nas będzie musiało umrzeć wcześniej.
-A nie pomyślałeś, że moglibyśmy umrzeć razem?
-Nie chciałbym, żebyś umierała, bo ja odszedłem. I nie bój się. Skoro tak bardzo chcesz pokonać los, przeznaczenie, swoje przeczucia to dobrze, weźmiemy i jeszcze jeden ślub. Na przekór, na złość. Żebyś nie przywiązała się też do tej myśli bo...
-...bo ja zawsze wszystko po prostu przywołuję?
-Tak. I nie umrę ci w tych górach.
-Obiecujesz?
-Obiecuję.

Ale ja wiem, że nie można obiecać. Śmierć ma swoje prawda. Tak samo jak życie.

Bo my żyjemy. Kolejny rok, tylko symbol, ale żyjemy. Przetrwaliśmy.
Na świecie tylu umarło. Tyle miast spłonęło, tylu ludzi umarło. Całkiem jak w tekście Brodskiego. 

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,
jesz posiłek, sadzasz tyłek na kanapie,
łykasz wino- ludzie giną.

W miastach o dziwacznych nazwach
grad ołowiu, grzmot żelaza
nieświadomi, co ich winą
ludzie giną.

Na tym świecie zawsze jest jakaś Bośnia. Czy nazywa się Sudanem, Darfurem czy Syrią. Ludzie giną, ci anonimowi, ci, których nazwiska nie były powiązane z filmem ani poezją. Ci, których życie było proste. Ci, których nikt nie opłakuje, nie mówi, że przez ich śmierć miniony rok był najgorszy.
Tylu zginęło. Tylu na dalekich ulicach, nieświadomi co ich winą. Tylu na ulicach bliskich. W szpitalach, na zimnej, sterylnej onkologii, na metalowych stołach operacyjnych, gdy nie wytrzymywało serce. Tylu załamanych zadyndało na sznurze. Tylu wpadło pod samochód, skręciło kark.
Tak łatwo jest umrzeć.

Ale my przetrwaliśmy. I nawet nie doceniamy, jak wielkie to szczęście.
Mój ból mi o tym dzisiaj przypomina. Kolejna fala krwi pędząca ze skrzepami z nosa. Obolałe zęby, które zmusza się do żucia, bo przecież trzeba jeść. Bo trzeba przetrwać. Przypomina mi o tym moja własna głupota.
My przetrwaliśmy. W spokojnych miastach, bez większych tragedii. Mogliśmy sadzać tyłek na kanapie, pić wino. Mogliśmy zarażać się popkulturowym wirusem, który każe płakać nad nazwiskami na afiszach, a nie zastanawiać się, kto właśnie wyzionął ducha za ścianą.
My przetrwaliśmy.
Z momentami smutku i łamanym sercem, z kolejnymi tworzącymi się bliznami. Ale i z momentami nieokiełznanej radości, euforii wręcz nieraz. Ze spokojem pod sercem, z poczuciem, że znowu coś się w nas zmieniło. Coś dojrzało i coś dorosło. Z poczuciem, że pewne rzeczy nie zmienią się nigdy.

Tak łatwo jest odejść. Tak łatwo jest przez głupotę umrzeć.
I to właśnie każe doceniać życie. To każe dziękować za kolejny podarowany rok, pole możliwości, upływającego czasu.
Już jakiś czas temu odczuwałam, jak łatwo jest umrzeć, kiedy prawie wpadłam pod pędzący samochód. I wtedy myślałam o tym, że nie warto marnować życia na brak wybaczenia, na zatapianie się w bólu. Tamto obudziło we mnie czułość, obudziło we mnie miłość.

Teraz myślę o tym jak łatwo umrzeć przez własną głupotę. Skręcić kark po pijaku, stłuc czaszkę na dobre, tak, że miękki mózg wypływa na jasne płytki, zalewając je nieprzeliczoną ilością krwi, tak dziwną, tak wielką, że aż nie można zrozumieć, że mieści się w jednym ciele.
Łatwo jest umrzeć, łatwo samemu sprawić sobie ból.
I ten ból i myśli które przywiodły mnie do końca tamtego roku nie budzą tym razem we mnie czułości. To wszystko budzi we mnie ogień.

Czyżbym w 2017 miała zapłonąć, wreszcie dojrzale zapłonąć, tam, gdzie zgasło moje serce przed laty, połamane niepotrzebnymi, przedwczesnymi śmierciami?
Czuję ból który wyśmiewam, czuję, jak łatwo jest umrzeć. I coś we mnie płonie. Coś, co każe w końcu postawić na siebie, swój własny ogień. W nim się ogrzewać. Coś, co każe w końcu pozwolić demonom w środku być dzikim. Dopuścić je nieraz do głosu.

Coś we mnie płonie.
Ból i płytki oddech powodują jeszcze większy apetyt na życie. Ból który znowu się znosi, wspomnienie każdej złamanej kości, każdego łamanego na nowo fragmentu serca. Ból, który każe się śmiać.
Coś we mnie płonie, coś uświadamia sobie własną siłę. Wyjątkowość. I to nie tą, o której byłam przeświadczona jako dziewczynka. Nie.
Coś we mnie płonie, bo tą siłę sprawdziło na każdym możliwym froncie. Ta siła przetrwała wszystkie poprzednie lata. Lata pełne śmierci bliskich, tęsknot, zdrad, łamanych kości. Lata pełne niepokojów.
Ja przetrwałam. Ja nie umarłam. Nie zabiłam się ani nie pozwoliłam się zabić, w tym swoim spokojnym świecie zachodniej Europy, w której mowa o naszym bólu i cierpieniu wydaje się być śmieszna tym, którzy żyją w spalonych miastach.

Ale coś we mnie się obudziło. Ćmienie pod czaszką ból całej głowy, śmiech z tego, z możliwości śmierci. Budzi ogień.

Ten,, który każe też mówić głośno o swojej dumie. Który nie pozwoli prosić się o cokolwiek jeszcze bardziej, niż do tej pory. Ten, który mówi o własnej wartości mimo wcześniejszego poczucia poniżenia.

Płonę. Czuję ból i czuję rozkosz życia zarazem. Płonę.

-Kochanie?
-Hm?
-Ty tu zawsze tak miałaś?
-Ale o co ci chodzi? Jeny, jakiś czas tam mnie bolało ale..o
-No...masz tu jakiś...guzek- powiedział, trzymając moją pierś.

Płonę. Przeżyłam, przetrwałam tamte wszystkie lata, blizny i złamane kości. Umrę, gdy nadejdzie moja pora.
Płonę. Śmieję się z bólu, wiem, że co mam przetrwać, zawsze przetrwam. Nawet sama. Nawet we dwoje, bo to przecież tak wiele. Wiem, że tyle razy unikamy śmierci, tak łatwo jest umrzeć...i wszyscy umrzemy, gdy po prostu przyjdzie pora.
Płonę. I wiem, że mam kolejną rzecz do przetrwania. Albo do...odejścia.

Witajcie w 2017.



Wszystko co masz to twój ogień
I miejsce, które musisz osiągnąć
Nie waż się nigdy oswajać swoich demonów.

Zawsze trzymaj je na smyczy. 

23 komentarze:

  1. Oj Frido....uważaj na siebie!
    Udanego roku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, uważam, tylko jak zwykle, opornie mi to idzie:)
      Wzajemnie:*

      Usuń
  2. A ja niedawno straciłam bliską mi osobę...dla mnie tamten rok pochłonął kogoś ważnego i zostawił bliznę jeszcze krwawiącą. Przedwczesna śmierć kogoś zaledwie chwilę po trzydziestce boli niesamowicie. Nie otwieram się przed internetami ale Twój tekst skłania mnie do wylania bólu. Życzę Ci by ten rok nie nikogo Ci nie zabrał!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że jakoś znam ten ból bo...w 2012 i w 2014, te lata sprawiły, że straciłam jednych z dwóch najbliższych mi ludzi. Swoich przyjaciół. Młodych, wspaniałych facetów. Ale...lata lecą. Jedne lata zabierają więcej, niż dają inne...dają więcej, niż zabierają. I życzę ci, żeby może ten rok dał trochę więcej niż zabrał i żeby...pozwolił na tworzenie się blizny. Bo to jednak..cholernie ważny proces, ale potrzebuje czasu. Mimo wszystko, udanego i...może łaskawszego jakoś.

      Usuń
  3. smutny temat. Ja wiem, że się straty bardzo,bardzo boję...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie wszyscy się boimy ale..to jednak nieodzowna część życia, którą prędzej czy później musimy zaakceptować.

      Usuń
  4. Ojejku, widzę, że nie jestem w sama, choć ja nic złamanego nie mam, ale tez się zadziało. Dużo zdrowia dla Ciebie w tym roku, spokoju i dużo radości ❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że jednak lepiej to wygląda niż u mnie chwilowo:)
      I tobie również :*

      Usuń
  5. Końcówka... Przetrwasz, mówię Ci, masz twardy pancerz na sobie...
    Gdy pomyślę o swoim odejściu, to mam tylko takie życzenie, żeby to za bardzo nie bolało. Za to gdy myślę, że zabraknie moich bliskich, to chociaż nic się nie dzieje w tym momencie, dostaję paniki... Coś mi się robi te, gdy w imię władzy umierają niewinni ludzie, zupełnie nie ci, którzy powinni... Ech, ten świat ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem:) Zresztą, co innego zostaje w życiu jak przetrwać,póki żyjemy?:)
      Wiem, to drugie bardziej ściska nam serce. Ale..to też właśnie część życia, którą jakoś musimy nauczyć się mimo wszystko akceptować.

      Usuń
  6. Sporo sław zmarło w tym roku, ale nie rozumiem dlaczego niektórzy tak się tym przejęli. Nie znali tych ludzi osobiście, nie byli z nimi związani. Codziennie gdzieś tam giną ludzie.
    Uważajcie na siebie, oboje. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jakoś do końca nie mogę tego pojąć. Owszem, rozumiem jakiś tam smutek, ukłucie, gdy umiera ktoś, kogo twórczość się ceni ale...to nadal nie ktoś tak bliski, żeby popadać w czarną rozpacz. I nieraz mam wrażenie, że to tak trochę na pokaz:X
      I uważamy, ale mi zawsze to kiepsko jakoś wychodziło XD

      Usuń
    2. Możliwe, że to na pokaz. A niektórzy pewnie smucą się dlatego, że ktoś w internecie albo telewizji powiedział im, że to wielka strata.
      Widzę właśnie. :D

      Usuń
    3. Łatwo na nas wpłynąć, prawda?
      Ale ja tak mam od dziecka. Aż trudno policzyć ile razy się złamałam, miałam coś skręcone albo zwichnięte, albo nawet szyte :X

      Usuń
    4. Niestety.
      A ja wręcz przeciwnie. Moja najgroźniejsza kontuzja to zdarte kolano. :D

      Usuń
    5. To się ciesz, nie chcesz wiedzieć, jak boli złamanie XD

      Usuń
  7. staram się nie myśleć na co dzień o śmierci, gdyż naturalnie się jej obawiam. łatwo jest umrzeć, ludzie giną cały czas, również w dziwne albo pozornie głupie sposoby... musimy o siebie dbać i uważać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko mi to dbanie i uważanie średnio wychodzi XD A tak poważnie, to jakbyśmy nie dbali...po prostu w pewnym momencie nadejdzie nieuniknione. Dla nas, naszych najbliższych i....to naturalne, że nas to przeraża ale też i jakoś chyba musimy nauczyć się to akceptować. Mi jakoś to idzie:)

      Usuń
  8. Co to za guzek? Mi kiedyś Ciacho też coś wyczuł, ale go uspokoiłam mówiąc, że to normalne :P Chociaż sama nic nie czułam ;p Mam nadzieję, że u Ciebie to też nic takiego, chociaż Twój mąż zna Twoje piersi dłużej.
    I błagam, naprawdę nie ściągaj myślami nieszczęść, bo nie wyobrażam sobie mojego świata bez Ciebie bez męża. Wiesz o co chodzi? On musi być. Chociaż on na zawsze. I to nie ja powinnam teraz pisać, że on będzie na zawsze, zwłaszcza, że to nie ja z nas dwóch jestem wiedźmą i ściągam myślami zdarzenia ;)
    I jak Ty to jasnej ciasnej rozbiłaś nos? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś miałam guzek na tle hormonalnym, teraz nie wiem. 12 stycznia mam już umówione usg piersi, to zobaczymy, co wyjdzie:)
      I wiem, wiem, ale myśli nieraz przychodzą same z siebie, nie idzie ich wyłączyć jak radia :X
      I już wiesz XD

      Usuń
  9. Cały ten post wydawał mi się z początku jakiś taki mroczny, może trochę smutny, pełen goryczy... ale czułam, że to nie o to chodzi i miałam rację. Tak, Frida, przeżyjemy. Wiesz, czytając miałam wrażenie, że jesteś cholernie silną osobą - tzn. nigdy nie twierdziłam, że nie jesteś, ale w tym poście widać to tak dobitnie, bardzo dosadnie. Obudziłaś chyba we mnie jakieś wewnętrzne przekonanie, że... no tak, że dam radę (bo przysnęło tak jakoś we wrześniu, ale teraz ma się dobrze ^^).
    A w ogóle co do śmierci tak... to w sumie ja mam takie wrażenie, że jakoś się nią nie umiem za bardzo przejąć. To znaczy, rozpamiętuję tylko wtedy, gdy ktoś był mi naprawdę bliski i gdy miałam z nim stały, bliski kontakt. Nie rozpamiętywałam śmierci moich dziadków, nie rozpamiętywałam przedwczesnej śmierci dwójki z moich znajomych, bo właśnie byli tylko znajomymi. Ludźmi poznanymi raz, z którymi porozmawiałam parę razy, ale nigdy nie nawiązała się między nami żadna głębsza przyjaźń, więc... nie to, że miałam to gdzieś, ale nie odczuwałam też jakiejś szczególnej żałoby, po prostu przyjęłam ten fakt i... żyłam dalej. Tak samo z moimi dziadkami - nie byłam z nimi szczególnie blisko i szczerze mówiąc bardziej bolała mnie rozpacz mojej mamy (to byli jej rodzice), a nie sama śmierć. Dlatego tym bardziej nie biorę sobie do serca śmierci ludzi sławnych, których nigdy nie znałam, o których w większości dowiedziałam się w momencie ogłoszenia daty ich śmierci (ech, to brzmi tak strasznie, ale nie mam siły szukać ładniejszego sformułowania), a nawet jeśli znaleźli się wśród nich i tacy, których twórczość/działalność znałam i ceniłam, no to... po prostu przyjęłam fakt, może wysłałam do świata jakąś dobrą myśl na temat konkretnej osoby, ale nic poza tym. Czasem mam wrażenie, że ja w ogóle inaczej odbieram śmierć i że nie potrafię się tym tak przejąć. Może to się jeszcze zmieni, ale mam wrażenie, że z czasem właśnie do śmierci nabiera się większego dystansu (jak patrzę na swoich rodziców). Ale nie wiem, to tylko gdybanie.
    Bardziej niż śmierci boję się straty kogoś w mniej dosłownym sensie. Boję się bardziej, że ktoś kogo znałam zmieni się do tego stopnia, że nie znajdziemy już wspólnego języka. Albo że ja się zmienię tak bardzo. Boję się, że bliskie mi osoby "umrą", to znaczy po prostu się bardzo zmienią, a ja wciąż będę próbowała widzieć w nich dawne cechy. Sama dla siebie też w sumie trochę umarłam i zdałam sobie z tego sprawę tak naprawdę dopiero w zeszłym (tzn. w 2016) roku, kiedy próbowałam być tą Lizzy sprzed dwóch lat, a to niemożliwe, bo tamtej już nie ma. I to właściwie dobrze, że się zmieniam. I dobrze, jeśli inni się zmieniają, ale... zawsze to niesie ze sobą jakiś niepokój, przynajmniej w moim przypadku. Chyba wiesz, o co mi chodzi, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ten post jest jak życie, wiesz XD Słodko- gorzki, trochę światła, trochę ciemności. Inaczej się w życiu nie da:)I fakt, sama coraz bardziej jakoś swoją siłę widzę bo...naprawdę co mało mnie złamało. Owszem, pewne rzeczy sprawiły, że w pewnych miejscach jestem jakby hm...mniej czuła. Ale żyję. I cieszę się, że to napełniło cię taką energią:)
      Wiesz, mi się wydaje, że właśnie pewną śmiertelność, swoją własną, odczuwamy dopiero z wiekiem. Uczymy się odczuwania śmiertelności. Tak do 25 roku życia ( chyba że wcześniej ktoś umiera ci na rękach albo masz doświadczenia własne z pogranicza życia i śmierci jak ja, oba przypadki) nie czujemy, że jesteśmy śmiertelni, bo nawet....ma to jakiś związek z naszą fizjologią, mam wrażenie. Do 25 roku życia rośniemy, potem już tylko...umieramy. I do pewnych wydarzeń też myślałam pff, śmierć, wiem, że umrę i co z tego. Teraz śmierci się nie boję, ale dlatego, że jakoś już raz się jej przeraziłam, doświadczyłam boleśnie i śmierci najbliższych mi osób i własnej jako tako, ale potem oswoiłam ją. Między innymi właśnie zracjonalizowałam przeżycia i też przez stałe obcowanie ze śmiercią, nawet w swojej pracy. Bo to robi swoje. I może właśnie nie przejmujesz się nią, bo twoje ciało jeszcze fizjologicznie nie umiera, a i nie dotknęła cię jeszcze śmierć najbliższych. Bo mam wrażenie, że mamy taki moment paniki wręcz, kiedy naprawdę czujemy, że umrzemy. Że odejdą bliscy. Z czasem to oswajamy, ale to taki moment przełomowy i ...może on u ciebie jeszcze nadejdzie jakoś? A może po prostu taka twoja natura:)
      I rozumiem o co chodzi, ale może właśnie bardziej to cię przeraża bo...to już jakoś odczułaś i przeżyłaś dosadniej?

      Usuń
  10. дзякуй за інфармацыю, прывітанне здаровым заўсёды

    Obat Leukimia

    Obat Herbal Kista

    Zahra Herbal

    Obat Jantung Bocor

    Obat Penyubur Kandungan

    OdpowiedzUsuń