poniedziałek, 9 stycznia 2017

O tym, że wszystko jest, jak powinno być i o poezji znajdowanej znienacka.

Już wczoraj to uczucie przyszło samo z siebie.
Po gniewie, rozdrażnieniu, które przerodziło się w rozbawienie, pojawił się ten dziwny spokój i jakieś wzruszenie, niewytłumaczalne, płynące z głębi serca. Ten dziwny stan, który znam aż za dobrze.

Zawsze zjawia się, gdy pewne rzeczy w moim sercu wskakują w odpowiednie miejsca, leczą się jak wybite stawy, które puchną i niszczą się, póki przez jeden moment bolesnego szarpnięcia nie wstawimy główki kości do panewki. A potem czuje się ulgę, pomimo bólu czuje się ulgę, gdy czuje się, jak ścięgna skracają się do odpowiedniej długości, a i kość w końcu leży bezpiecznie obok drugiej kości. Podobnie jest z rzeczami w mojej duszy. Z relacjami, z troskami, z lękami.
Ciało i dusza to jedno. Czasem i zaniepokojoną nawet pozorną błahostką duszę trzeba nastawić, jak dziwnie pękniętą kość, która od niewielkiego nawet uderzenia przemieściła się, jak zwichnięty staw, który rozciąga ścięgna, te, które ostatkiem sił walczą, żeby nie pęknąć.
I w duszy wszystko może tak po prostu, za jednym szarpnięciem, wszystko wskoczyć w swoje miejsce. Gdy dodamy do tego trochę gniewu, ale i wiele miłości, staje się to najlepszym lekarstwem dla jej zwichnięć.
I to uczucie przychodzi nagle.
Gdy ostatecznie godzę się z żalem, gdy opuszcza mnie strach, nawet jeszcze przed konfrontacją z tym, co dopiero powinno mnie przerażać.

Opanowuje mnie spokój.
Dziwaczny spokój i wzruszenie. I jeśli go nie zaznałeś, drogi czytelniku, nie będę umiała ci tego wyjaśnić.

Kocham to uczucie.
Poczucie, że wszystko jest takie, jak być powinno. Czasem zastanawiam się, ilu ludzi choć raz doznało tego uczucia?
Bo mnie ono spotyka często. Spokój, wszystko jest takie jak być powinno, tak bardzo, aż powoduje to wzruszenie. I chęć wylania łez, które nie są ani słodkie, ani słone. Są takie jak życie. Takie jak być powinny.
Wszystko jest na swoim miejscu. W świecie i we mnie. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Świat mówi do mnie mniej lub bardziej wyraźnymi znakami, a ja jestem tu i teraz, całą sobą jestem w świecie, jestem wszechświatem, jestem tu i teraz i kocham. Bo nagle, po wszystkim, po tym wszystkim co ludzkie, po gniewie, niechęci, żalu, przychodzi właśnie spokój i miłość. I jakieś dziwne zrozumienie, którego nie da się wyjaśnić słowami. Słowa tego nie oddadzą, co czuje serce.
Bo ono bije, bije swoim silnym, spokojnym rytmem. Jestem tu i teraz. Żyję. Kocham. Czy jest coś ważniejszego?

Moje stopy stoją tam, gdzie powinny stać i silne, choć nieraz zmęczone, przejdą drogi, które mają przejść. Moje serce bije, wyznacza rytm mojego życia. I wszystko w świecie, w całym wszechświecie, ma swoje miejsce i czas. Nic nie dzieje się bez przyczyny.
Chcę aż śpiewać, chcę aż tańczyć, ale coś we mnie, silnego każe mi sięgnąć w innym kierunku. No tak. Coś, co współgra. Coś, co jakby rozumie.

Muzyka, o której mój Mąż mówi, że gdy się jej słucha przed snem, ma się właśnie wrażenie, że wszystko układa się w głowie, w sercu do odpowiednich szuflad. Starczy tylko zamknąć oczy, wsłuchać się.
Tak jak nieraz wystarczy wsłuchać się we własne serce. W siebie. W swoje światło, w swoją ciemność. Nic więcej nie potrzeba.
Bo w świetle, w ciemności, znajduje się miłość.
Słucham więc przed wyjściem do pracy. W pokoju, w którym coraz bardziej zapada zmrok. Zapalam tylko świeczki. Słucham i układam w sobie do końca to, co już i tak samo z siebie przestawiło się na dobry tor. Mam czas dla siebie Wyciszam się. Sięgam do swojej miłości, sięgam do swojej siły. Mrok w pokoju. Zimno mrożące dłonie i serca ludziom na zewnątrz. A we mnie tyle światła, tyle ciepła.
Jestem kontrastem dla świata. Jestem z nim jednym.

Wszystko jest na swoim miejscu. Wszystko jest takie jak powinno być.

W końcu muszę się spotkać ze światem. Wychodzę ze swojej medytacji, wychodzę ze swojego, mniej dosłownego świata, do tego bardziej oczywistego.
Biegnę do pracy.
Nocne rozmowy.
Sms, który mnie ucieszył. Ja doznawałam spokoju, a ktoś inny naprawiał swoje życie. Swoją miłość. Czy może być coś piękniejszego, niż dwoje ludzi, którzy pomimo swojego cienia, którym nieraz bywają, znajdują na nowo swoje światło?
Miłość. Spokój. Wszystko jest takie, jak powinno być.

Rozmawiam w środku nocy przez telefon. Na początku słyszę, jak boi się, po tym, co zrobił, przez to, że narozrabiał. Na początku się boi, ale słyszy mój spokój. Setki kilometrów stąd, to ja daję mu swój spokój. Swoją dziwną miłość, niedosłowną, ale taką, którą mogę dać. Wiem, że po tej rozmowie spokojnie już zaśnie.

Wszystko jest takie, jak powinno być. Jak kiedykolwiek możemy się z tym spierać? Jak możemy sądzić, że jest inaczej, mówić, że świat jest podły, niesprawiedliwy, rzuca nam kłody pod nogi? Świat to my i to, co nosimy w sobie. Nasze światło i nasz mrok, te dwie części, które musimy zaakceptować, a może i pokochać. Z którymi nie możemy walczyć. Bo wszystko jest takie jak powinno być. I każdy nasz błąd, każda złość, każde cierpienie ma swoje znaczenie. Nie dzieje się po nic. Jest nauką.

Wracam do domu, trochę dłużej niż zamierzałam. Poranny spacer w ciemności, z której wyłania się słońce. Naturalny cykl, dzień, noc, dzień. Tak oczywisty, a tak wieloznaczny. Oczywisty cykl w nas, ten, który gubimy, o którym zapominamy.
A wszystko jest takie, jak powinno być.

W końcu docieram do miejsca, gdzie mieszka moja dosłowna miłość. Wtulam się w jego rozgrzane plecy, zasypiam spokojnie. A gdy się budzę, po godzinie snu, wcale nie jestem zmęczona. Spędzamy zwykły poranek, wzruszam się jego wzruszeniami.
Kocham go. Jego w tym świecie kocham najczyściej, najoczywiściej. Ale kocham i świat.

Oglądamy po prostu filmy, słuchamy razem muzyki. Ręka w rękę wychodzimy z domu. Odprowadzam go kawałek, całuję na do widzenia. Pocałunki już nie bolą, moje ciało leczy się szybciej, niż wszyscy zakładają.
Zawsze dochodzę do siebie wcześniej, niż inni naprawdę zdążą się zmartwić. Może dlatego, że czuję ten świat. Może dlatego, że jestem tu i teraz i wiem, że pewne rzeczy muszą się zdarzyć, jasne i ciemne.
I wszystko jest takie, jak powinno być.

Chce się śmiać. Na ulicy, gdy wracam do domu, zaczepia mnie chłopak. Sama nie wiem, to chłopak czy mężczyzna? Pyta, czy mam papierosa.
Nie wiem, kim jest. Może jest trochę młodszy ode mnie, a może trochę starszy. Nie wygląda na bezdomnego, ale i nie wygląda na „porządnego obywatela”. Niechlujny, zarośnięty, ale ładnie pachnący. Z wypchanym, nieforemnym plecakiem.
Zagubiony podróżny? Autostopowicz autostrady życia, którego w tej chwili nikt nie chce wziąć ze sobą?
Chcę mu odruchowo powiedzieć, że nie palę, ale skłamałabym. Bo popalam. I tak, mam papierosy, kilka sztuk, bo zostały mi po dyżurze z Chłopcem, którego nie chcę opalać.
Pyta więc, czy mam papierosa, a ja sięgam do plecaka i po sekundzie zastanowienia daję mu nie tylko papierosa, ale całą paczkę do ręki, paczkę, w której jest po prostu kilka sztuk. Uśmiecham się i mówię mu, że mi niepotrzebne te papierosy, nie będę ich palić.
Jest zdziwiony, patrzy na mnie uważnie i jakby coś sobie przypomina.
Teraz on sięga do swojego plecaka, chwilę w nim grzebie, a ja stoję i czekam, trochę marznę, ale nie spieszy mi się przecież. I nic nie mówi, ale ja widzę, że czegoś szuka. Mam wrażenie, jakby powiedział mi to w sercu, gdy tak na mnie spojrzał.
W końcu wyciąga dość grubą, czarną książkę. Widać, że to żaden bestseller. Wyciąga ją z wypchanego plecaka i wciska mi, silnie, do moich dłoni, które same jakby czekały na podarunek.
-Tobie już trucizna niepotrzebna, a mi już niepotrzebna poezja.
Mówi szybko i odwraca się na pięcie, a ja stoję oniemiała trochę takim obrotem sprawy. Chłopak, a może mężczyzna odchodzi, jakby go ktoś gonił a ja stoję z grubym tomem nieznanej mi poezji w ręku. Jerzy Jarniewicz. Nigdy nie słyszałam takiego nazwiska.

Wszystko jest takie jak być powinno. Nic nie dzieje się bez przyczyny.
Może po czasie prozy moje życie potrzebuje też trochę poezji, którą czasem się gubi?

Słucham muzyki, która układa mentalne atomy duszy i serca w odpowiedniej koniunkcji. W swoich atomach czuję porządek wszechświata, czuję porządek planet. I czytam poezję. Karmię się nią, ani wyjątkowo urzekającą, ani wyjątkowo piękną, dość ascetyczną poezją, którą dostałam do ręki na środku głośnej, zadymionej ulicy.

Mi dano poezję w zamian za truciznę. Kiedyś znów dostanę truciznę na swoje rany, a odbiorą mi poezję. Ale wszystko jest takie, jak być powinno. Szczęście i cierpienie, ciało i dusza, światło i mrok, ciepło i mróz.
Jestem tu i teraz. I rozumiem swoim czuciem, rozumiem, choć nie umiem tego opisać.Spokój i miłość.
Czego mi więcej trzeba od życia...jak życia?



Zatem...niech będzie i trochę poezji, którą dziś dostałam.

wiersz w noc
kroki których nie słychać
gorący czajnik
z zimną jak śmierć wodą
która wypełni ci kiedyś usta

w milczeniu
z samym sobą
rozmowa będzie możliwa

***

mój oddech
zakłóca

powagę
przedmiotów

których jestem gościem
na czas określony

szafa kamień
nóż muszla

za mądre
by łykać powietrze

moje anachroniczne tchnienie
prowadzi donikąd

później czy prędzej
zakończy się ciszą

szafy kamienia
noża czy muszli

przygodny kamyk
kaleczy piętę

to co jest
nie oddycha

***

ten promień
wszystko widzi
przenika cię
na wskroś
to światło
cię zabija
prześwietla cię
na wylot
i gnieździ się
w białych komórkach
tylko w ciemności
usłyszysz jak żyje
twoja krew

***
dzień ciągle się wahał jak to w listopadzie
o piątej nad ranem kiedy szafa przypomina
pusty konfesjonał obnoszący się
z bezgrzeszną jak na razie nagością a ja
wciąż zasypywałem cię jak to się mówi słowami
jednym oknem celując w dogorywającą noc
a drugim w to miejsce na którym powinnaś
jak mi się zdaje wciąż siedzieć
i chyba jak mi się zdaje zasiedziałaś
bo nagle cień się poruszył po raz drugi
a potem raz drugi raz jeszcze
jakbyś chciała zabić lub tylko przytulić

zapominając że noc i życie dosłownie już za nami

33 komentarze:

  1. Ja to uczucie nazywam po prostu szczęściem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęście ma dla mnie jeszcze trochę inne oblicza, ale owszem, to jedno z nich, chyba najpełniejsze:)

      Usuń
  2. Poezja cudowna mogłabym czytać i czytać, serio... i cóż, ostatnie dni napawają szczęściem, nawet, jeśli jest to śmiech przez łzy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki bywa o wiele cenniejszy tak naprawdę, dla mnie cenniejszy niż zwykła euforia, która z kolei może i piękna w swojej niewinności...ale bywa trochę e...pusta? XD
      To najwyżej poczytamy sobie na głos przy winie XD

      Usuń
  3. Uwielbiam taki stan błogiego spokoju. Kiedy siedzę i nie mam nic złego, nie mam nic, co by mnie martwiło, niepokoiło, smuciło. Jest równowaga, tak trudna czasem do osiągnięcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, nieraz ta równowaga się gubi w życiu ale...grunt, że do nas wraca, prawda?:)

      Usuń
  4. A których poetów najbardziej lubisz czytać?
    Poezja to dla mnie temat rzeka. Kiedyś pisałem sporo wierszy do szuflady. Pisałem bardzo dużo, bo pomagało mi to radzić sobie z samotnością i z brakiem drugiej połowy.
    Później wywaliłem 70% swoich wierszy. Nie żałuję, bo były słabe albo bardzo słabe.
    Później miałem kilka lat przerwy w pisaniu, a niedawno znów zacząłem pisać wiersze. Chyba nigdy nie uwolnię się od poezji ;)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różewicz, Rimbaud, Rumi, ogólnie starzy poeci persy ostatnio jakoś do mnie wrócili. Lorca, Herbert, Poświatowska...
      A najbardziej zawsze lubiłam wierze swojego przyjaciela, który niestety już nie żyje.
      Cóż, na początku chyba każdy poeta swoje wiersze wywalał XD I w sumie...chętnie bym przeczytała coś twojego:)

      Usuń
    2. Twój przyjaciel też był blogerem?

      Akurat tak się składa, że Różewicz i Herbert to absolutna czołówka moich ulubionych poetów :)
      Zagranicznych poetów nie czytam prawie w ogóle, bo uważam, że poezję strasznie trudno przetłumaczyć. Chyba tak naprawdę nie da się przetłumaczyć, ale to moje zdanie.

      Co do moich wierszy, to kiedyś publikowałem je na blogu (dalej tam są), ale od jakiegoś czasu nie dodaję z wielu powodów. Część z nich wyrzuciłem, część zmieniłem, niektóre diametralnie zmieniłem.

      Usuń
    3. Tak, ale nie publikował na blogu wierszy. Może kojarzysz Kordiana Królika?
      Ha, nie dziwię się:) I prawda, tłumaczenia to...tylko takie echo poezji. Ale mimo wszystko jakoś można się w tym zaczytać, wyobrażając sobie do tego, jak by smakowały te słowa, gdyby mówiło się tym samym językiem.
      To muszę na twoim blogu poszperać sobie w takim razie głębiej:) Chociaż te dawne dzieła poznam:)

      Usuń
    4. Bardzo dobrze kojarzę Kordiana. Czasami komentowałem na jego blogu, a on u mnie. Byłem w szoku, gdy dowiedziałem się, że zmarł w tak młodym wieku..

      Niektóre z tych wierszy uważam teraz za słabe albo bardzo słabe, ale gdy będę miał trochę wolnego czasu, to podeślę Ci do jakichś linki :)

      Usuń
    5. Przejrzałem swoje stare wiersze opublikowane na blogu. Ale nie jestem z nich zadowolony. Gdybyś chciała, mógłbym przesłać Ci na mejl jakieś nowsze, tylko nie mogę znaleźć Twojego adresu mejlowego.

      Usuń
  5. Ta historia z chłopakiem jest prawdziwa? Czy to metafora? :0

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdziwa. Ja wiecznie mam takie przypały życiowe XD

      Usuń
  6. Bardzo miło mi się Ciebie czyta, bo Twój spokój daje się poczuć nawet w umartwionych słowach. Pozbawionych mimiki i gestykulacji. Całkiem wzruszającą rzecz przyniosła Ci rzeczywistość. Ja uwielbiam poezję. Wyraża mnie zdecydowanie bardziej niż proza. W niej lepiej się odnajduję.

    A te wiersze mają trochę odcień mojej duszy. Szczególnie ten drugi *** (mój oddech) do mnie trafił. Kurczę, że też wcześniej Ciebie nie czytywałam. Mam nadzieję, że nie przestaniesz pisać! Teraz w styczniu mogę być trochę nieobecna przez podwójną sesję (chociaż i tak nazbyt wiele siedzę na bloggerze!), ale potem wracam, żeby Cię czytać! Ściskam mocno! ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Ja ją kocham czytać, odeszłam od pisania. Ostatnio nawet na fali zachwytu światem wróciłam nawet do starej perskiej poezji. Miałaś kiedyś z taką kontakt?
      I nie wiem czy dobrze zrozumiałam, ale to nie są moje wiersze. Tylko z tego tomu, który dostałam. Ale właśnie...są cudowne.

      Usuń
    2. Red miała chyba na myśli, że wcześniej nie trafiła na Twojego bloga ;)

      Usuń
  7. Nieznany poeta nie był dla mnie zaskoczeniem, ponieważ już powiedziałaś mi o nim w mailu, jednak... nie spodziewałam się tych słów i szybkiego odejścia, choć z drugiej strony... czego innego można by się spodziewać po poecie? Sama pewnie postąpiłabym podobnie.

    W mailu mówiłaś, że ta poezja jest ascetyczna, ale ja bym jej tak nie nazwała. Powiedziałabym bardziej, że jest... jakby trochę surowa, czyli może faktycznie bardziej średniowieczna niż barokowa. No, nieważne.
    Trzeci wiersz ma w sobie najwięcej światła, ale to pierwszy przemówił do mnie najbardziej. Jeśli w tym tomiku jest więcej tych wierszy, to może opublikuj coś jeszcze?

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Przypadkowe spotkanie, które wcale nie ma być dłuższym, a jednak wiele do życia wnosi. Często mi się coś takiego zdarza ale...to chyba kwestia otwartości na to?
      O, surowa to dobre słowo.
      Mogę ci po prostu podesłać na maila:)

      Usuń
    2. O, tak, poproszę na maila ;)

      Usuń
  8. Wszystko takei jak powinno być.. marzę o takim uczuciu

    OdpowiedzUsuń
  9. Lubie wracac do takich stanow poczucia gdy jest tak jak powinno byc po strudzonej wedrowce. Zdjac ciezkie buciory, zrzucic plecak z barkow i odpoczac po morderczej nieraz wyprawie wsrod ciszy codziennosci, albo posrod krzataniny ludzi, ktorych kocham.

    A poezja tego pana ma w sobie cos, co mnie przyciagla. Nie lubie poezji, ale tych kilka fragmentow mnie zaintrygowalo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, to właśnie pięknie ujęte w słowa uczucie, które trudno opisać.
      Bo faktycznie, trafia jakoś do tego dziwnego miejsca w sercu, które czasem trudno poruszyć.

      Usuń
  10. Zaznałam kilka razy tego uczucia - to najlepsze, co może mnie spotkać po wielu chwilach nerwów, smutku i zwątpienia. Ulga jest wtedy tak wielka, że mam ochotę wszystkich uściskać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, aż wzruszenie rozpiera i się wszystkich kocha XD

      Usuń
  11. Takiego podejścia do życia można pozazdrościć. Takie godzenie się ze wszystkim, co przynosi los.

    PS. List nie dotarł do dziś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego można się przede wszystkim nauczyć:)

      Usuń
  12. A ja nazwałabym to...spełnieniem - jesteś zadowolona z tego, co tu i teraz. I tak trzymaj! :)

    OdpowiedzUsuń
  13. O tak! Uwielbiam to uczucie! Przed nowym rokiem miałam tak przez dłuższy czas, jednak nadszedł styczeń i już zaczęłam przeżywać to co ma być w czerwcu i tak mnie to męczyyyy :P Mam nadzieje że minie i nie będę musiała czekać do czerwca na spokój :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To życzę, żeby to uczucie wróciło jednak wcześniej:)

      Usuń
  14. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń