Śniło mi się, że
nie umiem kłamać.
Nie umiem kłamać
za bardzo i w życiu, bo częściej nawet coś powiem niż pomyślę,
że może skłamać powinnam. Prawdą po oczach. Czasem staram się
coś ukryć, ale gdy tylko wypiję parę piw nie ma możliwości,
żebym nie powiedziała, jak to jest naprawdę.
Ale w tym śnie nie
umiałam kłamać całkowicie. Byłam naga w prawdach i wszyscy znali
moją myśl, moje uczucia, zanim ja jeszcze nawet zdążyłam się z
nimi oswoić.
Bo prawda jest
taka, że nieraz nie kłamiemy- ale sami jeszcze nie wiemy, co
czujemy. Czego i kogo potrzebujemy. Co o tym wszystkim myślimy, co
nam się przytrafia. Czasem po pierwszym szoku potrzebujemy godzin
albo i lat, żeby przywyknąć do jakiejś myśli i żeby wiedzieć,
co czujemy. Bo emocje nam się plączą. Czy jestem zła, czy
rozczarowana? Czy tak na dobrą sprawę to mnie nie dotknęło, czy
jakiś delikatny niesmak przerodzi się w dyskomfort, a z niego w
ból? Czy nie mam już na to siły, czy mam na te sprawy wielkie jej
pokłady?
Czego naprawdę
potrzebuję?
Nieraz sami nie
wiemy, nieraz musimy się zastanowić.
A w tym śnie
wszyscy nagle wiedzieli lepiej ode mnie, wyprzedzali mój ruch. I
czułam się niewolnicą cudzych osądów, cudzej znajomości mnie.
Czułam się
maleńka. Nieporadna. Czułam się wręcz kaleką duchową.
Czasem tak czuję
się w życiu.
Czasem w złości,
gdy ktoś knuje za moimi plecami dla mojego dobra zaczynam sobie
zadawać pytanie, to tu wie, co jest dla mnie najlepsze.
Kiedy ktoś stara
się zakładać, co czuję. Czego potrzebuję, gdy ja sama tak
naprawdę nie wiem i może chcę, by wszystko po prostu potoczyło
się swoim rytmem. Nie wiem, czy chcę, by ktokolwiek trzymał mnie
za rękę, bo być może, gdy będę musiała być sama, pewne rzeczy
będą dla mnie łatwiejsze do zniesienia, bo wiem, że będę
musiała polegać sama na sobie i wcale nie mogę się rozsypać. Nie
wiem, czy za rękę trzeba mnie po prostu trzymać i robić
niepotrzebny dramat tam, gdzie go nie ma i gdzie być może, nigdy
nie będzie musiało go być.
Nie chcę, żeby
ktoś panikował za mnie, bo i ja zacznę panikować tam, gdzie
jestem spokojna.
Nie chcę, żeby
ktoś zakładał czarne scenariusze tam, gdzie ja ich nie zakładam.
Nie chcę, żeby
ktoś robił coś na siłę tam, gdzie to po prostu nie jest
potrzebne.
Nie chcę, żeby w
ogóle ktoś robił coś na siłę.
Często dowiaduję
się, jak boli brak ludzi, kiedy ich potrzebuję. Aż za często w
tamtym roku dowiadywałam się właśnie, jak boli rana zadawana
przez to, że kogoś potrzebujesz, a ten ktoś zostawia cię w mroku.
I silnie to przeżyłam. I mocno to przebolałam.
Ale teraz, gdy
wszyscy popadają w drugą skrajność, być może właśnie nie tam,
gdzie potrzeba, rozumiem, dlaczego tak często się nie dzielę swoim
bólem, lękiem i dumnie unoszę głowę, mówiąc, że poradzę
sobie sama i odpycham ludzi.
Bo nie chcę, żeby
ktoś za mnie decydował. Nigdy tego nie lubiłam, zawsze, gdy miałam
wrażenie, że ktoś zaczyna się mną rządzić, traktować mnie jak
swoją własność, decydować za mnie, pokazywałam rogi. Czasem
robiłam specjalnie na przekór, żeby udowodnić, że ktoś nie miał
racji, nawet, jeśli te jego próby decydowania prowadziły w dobre
miejsca i wynikały z troski. Ale ja nigdy nie chciałam troski
nadmiernej. Roztkliwiania się. Litości. Ograniczania mojej
wolności. A tak mi się to kojarzy, zwłaszcza, gdy ktoś robi coś
za moimi plecami. Jedna osoba prosi, druga się na to godzi, a ja
sądzę, że wszystko wyszło samo z siebie naturalnie, bez jednej
dziwnej zapewne, krótkiej rozmowy.
No i po co to
wszystko?
Odpycham więc
ludzi, bo chcę sobie radzić sama, bo nie chcę, żeby ktoś
przejmował moje życie, decydował za mnie, nawet jeśli chce
dobrze. Nawet jeśli rozpaczliwie wręcz w nocy mówi mi, że to
wszystko z miłości, troski, czułości. Nie lubię takiej miłości,
uwiera mnie.
I co ważniejsze,
tak często unoszę dumnie głowę do góry, bo nie chcę zaczynać
się martwić znowu o to, że ktoś się o mnie zamartwia, troszczy,
zamiast skupiać się na sobie. Bo czy nie na sobie powinnam, skoro
to ja mam problem ( nawet nie będący jeszcze problemem, a
potencjałem problemu), zamiast rozmieniać się na cudze antagonizmy
w tym jednym przypadku, zamiast rozmieniać się na cudzy lęk,
niechęć do wykorzystywania cudzej energii?
Dlatego udaję,
może nie do końca udając. Dlatego mówię, że wszystko jest w
porządku, nawet jeśli nie jest, bo nie chcę nadmiernej ilości
pytań.
Dlatego chciałabym
mieć swoje kłamstwa albo i swoje prawdy, bez cudzego zakładania,
czego potrzebuję. Kogo potrzebuję. Że w ogóle potrzebuję. Bo
kiedy nagle wszyscy nadmiernie się starają tam, gdzie wcale nie
trzeba, być może przez przeszłe winy, wyrzuty sumienia dotyczące
nieobecności dosłownej albo niedosłownej...wtedy wszystko robi się
nadmierne. Nieprzyjemne. I może właśnie cudze działania, stają
się kłamstwem.
Patosem tam, gdzie
nie powinno go być.
Dramatem tam, gdzie
wcale się on nie toczy.
Niech wszystko
toczy się naturalnym rytmem, chciałoby się powiedzieć. Tylko
gdzie jest ten naturalny rytm? Jaki on jest?
Czy możemy się
zachowywać, jakby zupełnie nic się nie stało? Czy prawdą będzie,
jeśli powiem że tak? Czy prawdą będzie, jeśli powiem że nie? Bo
część we mnie naprawdę wie, że nic się nie stało, nie
przejmuje się, ani całą sprawą, ani problemem, o którym wiem, że
go przetrwam, przerobię, nawet, jeśli to coś gorszego, niż
zakładam. A część we mnie, malutką, ale jednak część, coś
uwiera, czuje niesmak, jakąś wręcz złość, że znowu zaczyna się
być może cyrk, którego będę musiała zostać konferansjerem. I
to nie dlatego, że dzieje się on przy mnie. Ale dlatego, że dzieje
się on znów przeze mnie I niby z troski i miłości o mnie.
Ja się o to nie
prosiłam, a czuję, że znowu ja będę musiała sprzątać
porozrzucane zabawki. A może i ja nieraz bywam cudzą zabawką,
zabawką ego, które wcale nie chce się rozczarować i próbuje
sobie coś udowodnić. I może to wcale nie z miłości do mnie a z
miłości własnej?
Zresztą, czy wiele
rzeczy z miłości własnej nie wynika przede wszystkim? Czy stale
nie udajemy i...czy nie kłamiemy?
I czasem w tym
wszystkim pojawia się myśl, czy nie byłoby lepiej nieraz, gdybyśmy
nigdy się nie spotkali.
Albo inaczej.
Wiem, że gdyby nie
pewne spotkania, pewne życia by już nie istniały, a inne nie
układały się tak jak układają, szczęśliwie. Więc dobrze,
spotkaliśmy się i to co było, to było. Z każdej ze stron.
Pojawia się myśl,
czy nie byłoby lepiej, gdybym teraz już, gdy wszyscy mają swój
happy ending, zniknęła, usuwała się w cień. Bo gdy moje
problemy, a może nawet sama ja staję się cierniem w cudzych
życiach, to przestaje mnie bawić. Przestaje mnie bawić szarpanina
między jednym a drugim człowiekiem na nowo, nawet, jeśli to nie
chodzi już o ich uczucia, a o mnie. Czuję się jak szmaciana
laleczka, której ramiona są liną, którą się po prostu przeciąga.
A laleczką nie
jestem. Jestem żywym człowiekiem. Osobnym, silnym bytem. Dorosłą
kobieta, która i tak sobie poradzi. Ze wszystkim. Sama czy z ludźmi.
I nie chodzi już o
to, co się dzieje. Głupie badanie, które jest bardziej jak
kontrola, jak to sobie mówię. Nie chodzi o to, że czasem może i
są sprawy, o których bym chciała pogadać nocami i nieraz jestem z
nimi sama już z własnego już bardziej wyboru. Nie chodzi wcale o
to.
Chodzi o powielanie
schematu, który mnie już męczy. Chodzi o dramaty, które są
niepotrzebne i które ja sama nieraz robię...ale tu przychodzi
zastanowienie- czy ja robiłam dramaty wcześniej?
Nie, nie robiłaś
Frida.
Nie robiłaś, więc
radź sobie dalej po swojemu. Bez żadnego trzymania za rączkę. Bo
jeśli każda błahostka ma się kończyć patetycznym robieniem
dramatów i to nie tam, gdzie sądzisz, że by powstały, ale
wykwitłych w mało spodziewanych miejscach...to jestem ciekawa, jak
kończyły by się prawdziwe dramaty. Za to serdecznie podziękuję.
Tym bardziej, że
wiesz, że to wszystko wynika z przeszłości. Z konfliktów,
złamanych serc, ran zadanych tak głęboko, że nie da się od tego
odejść. I przy każdym napięciu one będą na nowo wypływać na
wierzch.
Po ciemnym
listopadzie i grudniu, kiedy czułam się odtrącona przez kogoś, a
kiedy może za mocno weszłam w relację z kimś innym, tak, że
zaburzyłam pewną delikatną równowagę, już rozumiem, czemu
zawsze byłam dzielna.
Już rozumiem na
nowo, czemu zawsze wpuszczałam rzekę zdarzeń do swojego życia bez
tamowania jej cudzą pomocą. Bo...mam wrażenie, że sama radzę
sobie lepiej. A może i racze, z odpowiednimi ludźmi, kiedyś.
Może niektórzy
angażują się w cudze problemy aż za bardzo, i zamiast widzieć
człowieka, którego kochają, widzą własne ego. Widzą siebie
pomagającego, zamiast pomagania. I karmią się tym, jacy są
dobrze, uspokajają własne wyrzuty sumienia, że pomogli. Może
momentami za bardzo chcą być potrzebni, ci niektórzy, nadal gdzieś
tam zagubieni we własnym życiu.
A ja nie chcę
karmić cudzego ego. Nie chcę przemieniać zwykłej błahostki w
prawdziwy cyrk i robienie dramatów. Mówię temu stop. Poradzę
sobie sama, albo z tym jednym, który dramatów nie robi i mówi z
przekąsem „no wziąłem to wolne w pracy, żeby iść z tobą
na to usg, chociaż nic ci nie będzie, ale żebyś mi potem nie
wypominała”. I z takim podejściem sobie poradzę, nie z
robieniem z siebie bohatera, z tym wyśmianiem tragizmu, za którym
kryje się prawdziwa czułość.
Nie chcę bohaterstwa.
Ja nie chcę karmić
cudzego ego ani być arbitrem. W odwiecznej walce kogo kocham
bardziej, na kim mi bardziej zależy. W odwiecznej walce „ja ją
kocham mocniej, prawda, że ci to pokazałem”? Nie chcę.
Ja po prostu będę
sobą i poradzę sobie. Wpuszczę do swojego życia kolejny nurt
wydarzeń, który być może po prostu zamarznie w tym mrozie, scali
się zresztą rzeki mojego życia i nie będzie miał żadnego
znaczenia wiosną, kiedy wszystko stopnieje i obudzi się nowe życie.
Wpuszczę rzekę, której i tak żadne słowa i cudze starania nie
zatrzymają, bo rzeka jest rzeką, woda zawsze się przedrze, jeśli
ma biec odpowiednim korytem.
Ja zadecyduję o
swoim życiu, ja i los, którego nie zmienię, ale do którego mogę
się uśmiechać nawet tam, gdzie uśmiech zaskakuje. Ja zadecyduję,
jak nauczę się pływać w rzece. Ja, nie nikt inny.
I ja przeżyję
swoje życie, wszystkie jego piękne i złe strony- nikt inny za mnie
tego nie zrobi. Nikt inny za mnie nie zdecyduje. Nie weźmie mojego
bólu, lęku, rozczarowania.
Ja sama. I nikt nie
zrobi tego lepiej niż ja. Nikt nie zorbi tego...piękniej.
Bo życie jest
piękne. Moje własne życie jest piękne, wszystko, co wyciągam z
rzeki, co przynosi mi ona z sobą, ze swoim naturalnym nurtem. Sypki
złoty piasek, czarny, żyzny muł, pozornie zbyt ciężki ale
właśnie taki, na którym wyrastają najcudowniejsze owoce i dorosne
zielone wiosną kłosy zbóż.
I ja, znów ja,
nieraz może nadmiernie dumna, a nieraz zbyt krucha, ale jednak
silna, poradzę sobie ze wszystkim, co rzeka mi przyniesie. Co da mi
los z biegmiem czasu. I będę za to wdzięczna. I zrobię z tego
użytek. I poczuję orzeźwienie przy kazej kolejnej fali. I poczuję
że żyję. Niezależnie, czy ktoś będzie trzymał mnie przy tym za
rękę. Chociaż....może. Tylko niech robi to umiejętnie. Tylko
niech nie przesłania mi samej mnie w chaosie, jaki tworzy.
Bo wiecie...nieraz
dmuchając na płomień, chcąc go zagasić, tylko się go roznieca.
I wtedy dopiero zostają zgliszcza, tam, gdzie tak wiele mogło być
uratowane. W lesie nad rzeką, która musi wiele mułu nanieść
jeszcze, by na nowo, wiosną, wyrosło życie.
I czasem po prostu
nie ma o co walczyć. Czasem trzeba wpuścić rzekę do swojego
życia. Czasem trzeba wpuścić samo życie i jego naturalny nurt.
Będzie co ma być. Nic na siłę.A ja sobie poradzę. Sama albo
mądrze i z innymi, w swoim wspaniałym lesie, w którym nie ma już
lęku.
Bo jak można bać
się rzeki?
Trzymasz się moich dłoni jak
imadło
Obracając śrubą, zmieniasz je w
biel
Jest jednak moment, w którym się
złamiemy
Nie mogąc znaleźć, czy to jest
najszybsza droga
Och,wpuść rzekę,
niech rzeka przedrze się i zacznie
od nowa
Wpuść rzekę, wola ludzi nie może
jej zatrzymać
Wpuść rzekę, jak krew pod moją
skórą
Wpuść rzekę, natura gra. Natura
wygra.
Czasami chciałabym aby ktoś poprowadził mnie bo za rękę bo nie umiem poradzić sobie z daną sytuacją. Ale jest tak jak napisałaś - nikt piękniej od nas nie przeżyje życia :)
OdpowiedzUsuńA ja właśnie nie chcę prowadzenia za rękę, chcę obecności, ale nie decydowania za mnie:) Na to nigdy nie umiem przystać:)
UsuńTo pewnie wynika z Twojego silnego charakteru. Ja mam słaby Ale to wynika raczej z tego,że jestem niedowartościowana...
UsuńKompleksy, najgorszy życiowy doradca :X
UsuńWydaje mi się, że ani chęć bycia prowadzonym za rękę ani radzenia sobie ze wszystkim samemu nie jest do końca dobra... Choć wszyscy przecież mamy takie momenty - jedne i drugie. I złotym środkiem chyba właśnie są ci ludzie, którzy... są, po prostu, ani zbyt egoistyczni, ani całkowicie nam poświęceni. Achh.
OdpowiedzUsuńJasna sprawa. Dla mnie złotym środkiem jest po prostu obecność, ale nie taka, która chce za mnie wszystko załatwić że tak powiem. Obecność, która nie chce jakoś zamknąć mnie w klatce własnego martwienia się nawet, w tym przypadku, o mnie. Czegoś takiego nie chcę i już z dwojga złego w tym momencie wybieram po prostu samodzielność.
UsuńJa też. Tyle, że... czy Ty sama nie tak dawno nie pisałaś o tym, że jak człowiek długo wybiera tę samodzielność to ludzie zaczynają wychodzić z założenia, że chętnie pomożemy wszystkim, ale nas już nawet słuchać nie trzeba, bo przecież zawsze i ze wszystkim damy sobie radę sami? Trochę błędne koło się z tego robi... przyzwyczajamy ludzi do naszej samodzielności, tworząc tym samym swoją własną samotnię. Nie do końca chyba świadomie.
UsuńDokładnie. Ale już wiem właśnie, czemu w to błęden koło wpadłam. Wiem, maruda ze mnie bo...i tak źle i tak niedobrze, na to wychodzi XD
UsuńMam podobny problem: nie zawsze wiem poza pewnymi wyjątkami, kto pomaga, bo chce pomóc, a kto karmi ego. Choć w moim wypadku to bardziej dosłowne nieraz, znam ten niesmak. Nie potrzebujesz prowadzenia za rękę, tylko wsparcia, a mam wrażenie, że przy Twojej naturze tylko absolutnie najbliżsi wiedzą, jak go udzielić.
OdpowiedzUsuńDokładnie, nikt nie lubi być pokarmem dla cudzego ego, nawet, jeśli to są osoby, które jakoś nas kochają i o tym wiemy.
UsuńI owszem, jestem dość...trudna w kwestiach, kiedy to ja mam problem. I chyba obecnie tak naprawdę tylko Wojtek to ogarnia XD
Hmm jesteś po prostu silną kobietą, czy w to wierzysz czy nie. I piękny tekst.<3
OdpowiedzUsuńAkurat w to wierzę, ale zastanawiam się, czy obecnie inny o tym wiedzą XD Dziękuję:)
UsuńMam podobnie, również nie chcę być prowadzona za rękę, na szczęście wypracowałam w moim życiu takie układy że już nikt nie próbuje się do mnie wtrącać, nawet mój facet pyta "czy może mi jakoś pomóc" a nie próbuje dawać rady na siłę kiedy ja chcę się tylko wygadać ;)
OdpowiedzUsuńZ moim mężem to akurat nie mam w tej kwestii problemów, on jeden wie najlepiej, jak ze mną postępować. Gorzej, że niektórzy bliscy mniej to rozumieją XD
UsuńBardzo nie lubię podejmować decyzji... ale jeszcze bardziej nie lubię, gdy ktoś chce to robić za mnie. :)
OdpowiedzUsuńOtóż to , bo nawet jak my podejmiemy najgorsze decyzje, to są nasze, a nie cudze. I to my ponosimy ich konsekwencje.
UsuńCzasem przez człowieka przemawia panika i paraliż i może jakieś wyrzuty sumienia przez błędy przeszłości... podejrzewam, żE wielu z nas miało styczność z nowotworem w rodzinie lub wśród znajomych i zawsze jest za mało. Za mało obecności, za mało inicjatywy, pomocy. Stąd czasem rozpaczliwa, nadgorliwa troska gdy pada chociaż podejrzenie. Sama też zrezygnowałam z wyczekiwanych spotkań z przyjaciółką, bo zarazilam się grypą, a mam takie schizy na poziomie Ciąża-wirusy, ze masakra. Oczywiście nie tłumaczy to ludzi madrzejszych od Ciebie i oczywiście lepiej znających się na Twojej sytuacji, a Ty nic nie rób, ale... troska jest troską, czasem gorzej ja zrozumieć niż miłość;)
OdpowiedzUsuńA wiesz, że kobiety w ciąży mają o wiele lepszą odporność? Ale sama te schizy rozumiem, tak samo jak troskę, chęć pomocy ale...tu jest trochę pokomplikowana sytuacja, knucie za plecami i powrót do dramatw i to nie moich przez cudzą troskę o mnie. Taki czeski film, który chyba się jednak tym razem nie rozegra XD I po prostu, troska to czasem chybione okazywanie miłości, o. Ale nadal, miłości jednak.
UsuńWróc do pisania proszę...
OdpowiedzUsuńCzekamy na powrót wspólnego tworzenia bloga. Było tak fajnie czytać te przemyślenia. Czekam na zwrot na https://czaszki24.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńSuper! :)
OdpowiedzUsuńO Cudownie :) <3
OdpowiedzUsuń