piątek, 17 kwietnia 2015

O tym, że nie umiem się żegnać, a moje serce nie potrafi śpiewać słyszalnie dla każdego z ludzi.

Nie potrafię się żegnać.

Nigdy przy żadnych pożegnaniach nie umiałam wylewać łez. Przytulenie, pomachanie na do widzenia. Może można więcej. Ja nie potrafię. Czasem aż jest mi niezręcznie. Czasem wiem, że może czegoś się oczekuje, innego ruchu z mojej strony...ale nie umiem.
Mam za grube futro.
Nawet gdy się do kogoś przywiążę. Nawet, gdy mi na kimś zależy. Nawet, gdy pokocham.
Nawet, gdy to ostatnie pożegnanie. Łzy, tęsknota przychodzą z czasem.

Eleganckie wychodzenie po angielsku, pomachanie na do widzenia, wrócenie do swoich spraw. Czasem może się wydawać, że nie mam serca.
Nie mam serca, ale nieraz umiem kochać. Może jednak nie istnieje, a może w innym kształcie.
Może jest ono za twarde. Albo porośnięte zbyt grubym futrem właśnie. Zanim wszystko dojdzie do siebie, musi upłynąć w rzekach wiele wody. Znów, musi to być woda stopionego lodowca.
Nie umiem płakać na zawołanie, gdy oddala się ktoś na długi czas. Może nawet nie umiem odpowiednio nieraz tęsknić, bo zazwyczaj tęsknota to uderzenia, uderzenia słonych oceanów łez, uderzenia płonących w australijskim buszu drzew.

Sam moment mówienia żegnaj nie ma znaczenia.
Nie umiem pożegnać z klasą. Nie żegnam z obietnicami których może ktoś by oczekiwał. Pewnie było to widać wczoraj. Pewnie było to widać już nieraz.

Nie umiem się żegnać, ale chcę więcej. Nie umiem tęsknić pokazowo, popisowo, zalewając się łzami, gdy opowiadam każdemu o swoim bólu. Nie umiem cierpieć milionami słów i zwrotów. Czasem może to komuś przeszkadza.
Nie umiem tęsknić, choć to stale tkwi pod skórą, czasem atakuje. I wtedy pojawiają się słowa, dla tych, którzy je zrozumieją albo wysyłane w ogólną przestrzeń, bo tak łatwiej. Spisywane choćby tutaj. Czasem malowane na obrazach, rozdawanych potem, jakby były bez znaczenia. Albo dawane tym wyjątkowym.

Ale może dzięki temu umiem też nadal żyć. I chcieć od życia więcej. Umiem nadal zamiast w mroku tkwić, żyć w słońcu, żyć z dnia na dzień, planując kolejne kroki. Podnosić, sprawiać, że zmiażdżona i przewrócona na drugą stronę, chcę więcej. I idę. Naprawiam kości, grzebię zmarłych i szukam żyznych ziem. Bo ziemia, ona zostaje. Ziemia, pamiętająca i łagodząca. Czarna i wchodząca pod paznokcie. W niej kości, z niej pochodzimy, do niej zmierzamy.

Niewielu opowiadam, jeśli to już się zdarzy, jeśli przyjdzie złe i niedobre. I od niewielu żądam pocieszeń. Bo właśnie to moje nogi muszą dosięgać tej żyznej ziemi i po niej stąpać. Czasem potrzebuję drugiej ręki, która poprowadzi mnie przez błota i bagna. Ale na bagnach się wychowałam. Tak naprawdę chodzę sama, choć nauka chodzenia tak wiele kosztuje.
To nic, płacę tą cenę. I idę dalej. I chcę więcej od życia. Ale nie oczekuję tak wiele od jednego człowieka, jak oczekiwali by ode mnie niektórzy.
A może po prostu, oczekiwaniom nie nadaję kształtu. Nie chcę idealnych obrazów. Chcę wszystkiego wprost, w tym momencie. I żadnego później. Albo żadnego wcześniej.

Nie umiem się żegnać. Kiedyś ten, którego już pożegnałam na zawsze mówił, że przecież każde spotkanie oznacza pożegnanie. Widujemy się i rozstajemy. Gdzieś, w czasoprzestrzeni, jeśli ta będzie łaskawa, dane nam będzie znów ujrzeć swoje twarze, dotknąć swoich rąk.

Każde spotkanie oznacza pożegnanie i on z kolei żegnał się z wieloma słowami. Jemu przychodziły łatwiej pożegnania niż powroty. W nich znajdował więcej słów, odprawiał cały rytuał. Wysyłał miliony listów, zostawiał spadki, jakby każde było tak samo umieraniem z tym światem wespół, dotykał setek rąk. Nawet przy ostatnim, gdzie tym razem się nie pomylił.
Ja wolałam powroty i opowieści z nich. Nigdy nie dałam się popłakać przy żegnaniu, pocieszałam raczej uśmiechem, choć przecież pocieszać nie umiem. A może pocieszać umiem tylko tych, którzy rozumieją, o co mi chodzi. Bardziej znają. I tu nie trzeba wielu lat, jak się ostatnio okazuje.

Ale nigdy nie przywiązywałam się do pożegnań. Samego momentu. Wolałam wracać do życia, wracać z podróży i po prostu siadać na swoim miejscu. A pożegnania nie miały dla mnie znaczenia. Może późniejsza tęsknota ale... Wolałam śmiech niż łzy i powiedzenie, że jeszcze gdzieś tam się zobaczymy. Tak po prostu. Bo nic więcej nie trzeba.

Na co miliony słów właśnie? Tego nie mogłam zrozumieć. Pożegnanie, normalna część życia. Mojego zwłaszcza życia. Nawet to, poprzednie ostatnie i dłuższe niż wieczność ludzkiego życia. Nie musisz tulić ciał, widzieć martwych źrenic, znać zapachu słów żeby potem móc żyć. Nie musisz dostawać spadków, nie musisz, starczy, że widzisz horyzont, wiesz, jak bardzo to naturalne i wierzysz, że jeszcze gdzieś tam się spotkamy. Nikt nie musi obiecywać kiedy, dawać konkretnych terminów.
Żegnać można się na wiele sposobów. To nie musi być żaden rytuał. Ja przynajmniej go nigdy nie miałam, więc wygląda na to, że żegnać w perspektywie wielu po prostu nie umiem.

Każde spotkanie oznacza pożegnanie jak mówił i tak naprawdę to jedno, właśnie to jedno zrozumieć w pełni daje wolność. Bo nie oczekujemy deklaracji. Nie oczekujemy żadnego zawsze, nie mówimy czuwaj nade mną, nie żądamy w każdej godzinie i w każdym momencie. Tak w ludzkim życiu się nie da. A może i w życiu po życiu. Bo jak można wiecznie czuwać nad każdym? Istnieje pewna energia, miłość nam zostawiona. Ale nikt nie leży na chmurce i nie macha z odległości, mówiąc do każdego trzymam za ciebie kciuki. To byłoby jak cierpienie za miliony. Jak można życzyć tego komuś, kogo się kochało? Raczej ma się swoje sprawy, a nam zostaje to co było, znaki, zakrzywiona czasoprzestrzeń energetyczna, która nam sprzyja. Czy można żądać więcej?
Czy można żądać tych obrazów, w pewien sposób przez własny egoizm? Coraz bardziej dociera do mnie, że nie. Tak samo jak nie można sobie wycierać czasem tym, co zostawione gęby, słowami, ciałami w przestrzeni. Szeptami z daleka. Nie wszystko umiemy przecież zrozumieć do końca.
Trzeba umieć się pożegnać bez ceregieli. To potrafię. Dać wolność sobie. I komuś. A tym, których się najbardziej kocha, daje się wolność największą. Złote klatki to egoizm, który powoduje cierpienie.

Nieuchronność pożegnania więc oznacza wolność i może dlatego nie zalewam się łzami. Tylko czasem mam wrażenie, że można oczekiwać więcej. Tak samo jak więcej oczekiwać ktoś może od moich tęsknot i kopalni pamięci. Ale ja nie umiem wydobywać wszystkiego, nieprzerwanie, potokami łez. Wolę śmiech. Wolę wypić, może czasem zaszaleć, przez chwilę jeno otrzeć łzy...i iść dalej. Nawet jeśli grunt zmienił się po roztopach w zdradziecką glinę.

Jestem niedźwiedziem, mam grube futro i ciężkie łapy. Czasem zapadam w sen i marzę o lecie, czasem przeczekuję i nie mówię każdemu o swoich snach. Nie mówię o przeszłości, hibernuję ją w sobie i nie zmieniam jej kształtu w idealny, choć przecież, sny i pamięć nieraz płatają figla.
Hibernuję nieraz, a nie można żądać od lodowca, by od razu zaczął topnieć. I to wymaga czasu. Odpowiedniego podejścia. Idealnego kąta padania promieni. Czasem jestem zaskoczona, jak po krótkim czasie choćby jedna osoba to znalazła.
Może sprawiają to ogromne, ciemne oczy. Do tych zawsze miałam słabość. Mój Mąż ma takie. Mój przyjaciel miał takie. Moja młodsza siostra ma ciemne, z odrobiną zieleni. I jak widać, te zawsze działają.

Może to te oczy. Wiem jedno, że deklaracje mówiące o przywiązaniu, mówiące o więzach nie uczynią tego. Tylko długo budowane mosty porozumienia. Albo nagłe iskry, które powodują pożary już przy pierwszym pitym piwie.
Czasem wiesz od razu, czy się uda. Jak pisał Jose Carlos Somoza:

Przyjaźń nie jest tak trudnym i wymagającym wysiłku przedsięwzięciem, jak się wielu osobom wydaje. Jesteśmy skłonni myśleć, że najważniejsze rzeczy potrzebują czasu, żeby się narodzić, ale czasami przyjaźń albo miłość pojawiają się jak słońce w pochmurny dzień: jeszcze przed sekundą wszystko było szare, sekundę później oślepia nas światło.

Więc i dobrze mi z moją hibernacją i z tym, że niektórzy potrafią stopić lodowce. Ci, którzy pokazują słońca w pochmurne dni, albo zgrywają się z deszczem. Z tym właśnie dobrze, że przy niektórych rozwiązuje mi się język, gdy mówię o trudnych rzeczach. W pełni, a nie tak zdawkowo.

Nie umiem więc się żegnać, choć nieraz bym chciała. Nie umiem zawsze głośno śpiewać, choć wiem, że pieśń właśnie powinna wybrzmieć pełnym, głębokim głosem. Może gdybym miała inne serce. Ale mam, jakie mam.

I cieszę się, że to, które noszę, jest wystarczające jednak dla wielu. Inny brak barier. Śmiech. Pewna dzikość i rubaszność. Cieszę się, że nawet, gdy nie umiem się żegnać, ktoś potrafi to pominąć i zrozumieć. Czasem nie umie się żegnać tak samo jak ja.
Tak, wiem, że ostatnio wielu rozumiało. W ciągu ostatniego czasu i za to mogę dziękować.
Tak jak wielu potrafiło zrozumieć mój sen, tak jak niektórzy potrafią zrozumieć sen i hibernację tego, którego kocham najbardziej. Bo on śpi jeszcze dłużej, on zapada w sny, które trwają prawie tyle co wieczność. Jego lodowce topnieją tylko przy słońcu, którym mogę być ja.
Niektórzy potrafią to zrozumieć, nie naruszać wiecznej zmarzliny, nie rozbijać na siłę murów. Wiedzą, że tak nie można. Nawet jeśli się o tym nie mówi, wiedzą.

Nie umiem się żegnać, traktuję to jako naturalną część życia. Daję wolność i mówię jeśli chcesz, możesz do mnie wrócić. Jeśli chcesz, znów przekrocz moje progi, a może tym razem lodowiec stopi się jeszcze bardziej. Mój, jego. Może na następną wiosnę zdziałasz więcej i może razem będziemy pic krew z otwartych ran. Jeśli rany sobie pokażemy.
Niektórzy widzą je bez problemu, ale zranione zwierzęta kąsają się i bronią. Czyż to nie naturalne? Owszem, jak najbardziej. Ale wielu obwinia psa o zraniony palec, zapominając czasem, że wykonało się ruch nadmierny i wina jest po obu stronach. I o wiele łatwiej zabija się spłoszone jelenie.

Nie umiem się żegnać, nawet jeśli to właśnie ostatnie pożegnanie. W pierwszym momencie nie płaczę. To przychodzi potem. Gdy dowiedziałam się raz, drugi...nie, nie płakałam od razu.
Niektórzy mówią, że moje łzy są cenne. Cenniejsze nieraz niż te wylewane hektolitrami. Ten, kto nie umie płakać na zawołanie, zrozumie nieraz o co chodzi. Cenne, bo radzą sobie z bólem w całkiem innym kształcie. Cenniejsze dla tego który płacze. Czy dla tego, którego się opłakuje? To chyba już nie ma znaczenia.

Można oczekiwać więcej łez. Ale ja wolę dać więcej czegoś innego. Jeśli to nie odpowiada, zawsze można odejść. Szukać w innych miejscach. Świat jest ogromny i piękny i każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Najważniejsze, by nic nigdy nie było na siłę.

Nie umiem się żegnać rytualnie i nie umiem przekrzywiać obrazów ze swoich snów, wydobywać ich wprost na światło dzienne i nie mam sobie tego za złe. Nie oczekuję też, że w lustrze cudzych oczu będę ideałem. Że spełnię oczekiwania i nakarmię, zaspokoję cały głód.
Tak naprawdę każdy musi karmić się sam. Ja mogę od czasu do czasu wyłowić rybę z lodowatej rzeki, zapobiec temu, że w momencie słabości słaniając się na nogach padniesz i już nie wstaniesz, rozbijając głowę o ostre ranty kamieni. Raz, drugi. Ale nie mogę robić tego stale. Nikt nie może.
Oddając wszystkie swoje ryby, głodzi się samemu, do tego pozbawiając czucia w palcach, bo woda tej rzeki potrafi zmrozić najwytrwalszych.
To niesamowicie wymagający nurt. I ja potrafię jemu podołać.

I czasem mam serce i śpiewam. I czasem woda staje się gorąca i tęskni, starożytne runy rzucane przez przedwiecznych pozwalają powiedzieć więcej słów. I czasem śpiewam strasznie fałszując, ale ten śpiew jest dla kogoś piękny. Cenny jak rzadkie łzy.
I czasem chcę więcej. I czasem przy pożegnaniu mam ukłucie, że trudno. Ale przecież....życie toczy się dalej. Nie trzeba słów marnować. Nie trzeba marnować kolejnej chwili.

Czasem też myślę, że im szybciej się pożegnamy, tym szybciej nastąpi przywitanie. Im szybciej pozbędziemy się żalu i potoków łez, tym szybciej z uśmiechem można szykować się na kolejne przygody.
I to wcale nie miażdży.
I to wcale nie wciąga, ja ruchome piaski.
Może czasem musimy sobie na to pozwolić. Czekać, bez zbędnych słów i deklaracji. Bez wielkich podziękowań, przeprosin czy wyznań. Bo kto powinien i tak zrozumie. I sprawi, że zaśpiewam.



To się nigdy nie skończy, bo chcę więcej
Więcej, daj mi więcej, daj mi więcej
Gdybym miał serce mógłbym cię kochać
Gdybym miał serce, mógłbym śpiewać
Po nocy, gdy się obudzę
Zobaczę, co niesie jutro.

Nogi zwisają z framugi okna
Czy kiedykolwiek dosięgnę podłogi?
Więcej, daj mi więcej!
Zmiażdżona i wypełniona tylko tym co znalazłam pod i w środku
Tylko po to, by się przekonać
Daj mi więcej


Gdybym miał głos, mógłbym śpiewać. 

77 komentarzy:

  1. wychodzenie po angielsku, jestem bardzo na tak! :D
    a pożegnania są smutne i dołujące, więc lepiej się w nie nie angażować emocjonalnie.
    wow, ten cytat o przyjaźni taki piękny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli w tej kwestii się rozumiemy:)
      Wiesz co...dla mnie właśnie często nawet smutne nie są. Dociera po fakcie albo..patrzę w przyszłość, a nie przeszłość. Staram się przynajmniej i w wielu przypadkach po prostu czekam na kolejne spotkania:)
      Somozę polecam zawsze :D

      Usuń
  2. Nie lubię pożegnań.
    Kiedyś komuś obiecałam, żebyśmy żyli tak jakby jutra miało nie być i ... I wtedy najbardziej uświadamiam sobie moment, w którym chce brać z życia jak najwięcej.
    A niespełnione obietnice są najgorsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja po prostu w wielu przypadkach nie traktuję ich jako rytuału, nie przywiązuje się do nich, tego momentu. Nie umiem się żegnać, nie ma tu żadnego lubię/ nie lubię. Ale wiem, że wielu ludzi tego nie znosi właśnie.
      Więc czasem lepiej nie obiecywać. Ale...ludzka natura chyba tak nie potrafi.

      Usuń
    2. Hmmm, już się wiele nasłuchałam, że to czy tamto, a potem wielkie rozczarowanie, że ktoś coś powiedział, a potem lipa ...
      A do pożegnań - wielu ludzi przeszło przez moje życie i ostatnio wiele znajomości po prostu zakończyłam, bo stwierdziłam, że to nie to. Dlatego nie warto aż tak się przywiązywać do innych.

      Usuń
  3. Nie lubię pożegnań. Żadnych. Zapłakują moje wnętrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony rozumiem, choć moje zapłakują tylko czasem te ostateczne...i to dopiero, gdy dotrze do mnie w pełni, że nie spotkamy się w tym życiu. Ale inaczej...właśnie to część życia. I nawet jak odejść, żegnać się na zawsze trzeba...mimo wszystko, trzeba to zaakceptować:)

      Usuń
    2. Świadomość nieuchronności pożegnan niczego nie ułatwia. ZAwsze pozostaje pustka i tęsknota. Choć i z tym czas sobie radzi

      Usuń
    3. Nie chroni w pełni, jasne.Ale jednak mi chociażby taka świadomość jednak pomaga w jakimś sensie, nawet bardzo. Może niektórym łatwiej idzie przetłumaczenie sobie pewnych spraw?

      Usuń
  4. Wydaje mi się, że Twoje podejście do tego tematu jest taki zdrowe. I stoickie. To chyba kultura/wychowanie sprawiło, że pożegnanie jest uznawane za coś patetycznego, a tak jak piszesz to po prostu część życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jednak...czy chwilowe mijanie się, czy ostateczne żegnanie...jest właśnie tą nieodzowną częścią życia i nie zmienimy tego, jak bardzo byśmy nieraz nie chcieli. Trzeba to po prostu przyjąć. Czasem boleśniej, czasem lepiej. Ale jak zawsze zostaje nam tylko iść dalej albo czekać na kolejne spotkania. Jak mawiał mój przyjaciel- no co zrobisz, jak nic nie zrobisz?:)

      Usuń
  5. Lubię jak się komentarze nie dodają ^^

    Może to wszystko świadczy właśnie o tym, że jednak umiesz się żegnać? Łzawe pozegnania wykreowane przez książki i filmy. Może właśnie trzeba to robić z jakimś uśmiechem. Mimo ukłuć w sercu. Nawet z tej chmurki pozwolić odejść, żeby nie trzymać na siłę przy tym życiu.
    A cytat piękny i znów trafiony i idealny i w ogole xD
    I chyba my trochę w siebie trafilysmy, co? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I chodzi mi po głowie jeden cytat, którego dokładnie nie pamiętam, ale to może i lepiej... Ludzie zawsze będą czegoś oczekiwac - innych słów, innego zachowania, innego myślenia. Nie zadowoli się wszystkich. Zegnasz się w taki, a nie inny sposób - i co z tego? To nie Twój problem. Nie masz za co przepraszać. Nie masz czego tłumaczyć. Ich oczekiwania to nie Twoje obietnice :)
      Ja uwielbiam Cię taką, jaka jesteś :) ale to wiesz :D

      Usuń
    2. Smsy, komentarze...Powinnaś już przywyknąć :)
      Może. Albo po prostu musi to mi wyjść "po mojemu" jakoś. Nigdy do scenariuszy filmowych i książkowych w realnym życiu się nie przywiązywałam za bardzo,więc pewnie i dlatego też wolę od mojego księcia,a raczej ogra dostawać kwiat kalafiora nadzień kobiet :D
      Bo na siłę tylko wszystko psuje. A i w ogóle kiedyś słyszałam pewną mądrość, że zmarłych się nie opłakuje za rzewnie tylko pozwala właśnie im odejść, bo oni przywiązują się do naszych łez i nie mogą być szczęsliwi. I tak wychodzi chyba podobnie z każdym pożegnaniem.

      I wiem :D I pewnie że tak. W dziwnych okolicznościach ale może...między innymi też i o to chodziło? Los ma różne pomysły na nasze życie :D

      I wiem że nie. Jak to mówi moja mama, jak przed jednym się kłaniasz, na drugiego wypinasz dupę :D I tak to właśnie wychodzi:D
      I dzięki no I nawzajem czy jakoś tak :D

      Usuń
    3. Chyba nigdy nie przywyknę xD
      Zawsze najlepiej jak się robi po swojemu. Haha no tak :D Ale wiesz, to jednak jedzenie. A jedzenie jest zawsze lepsze niż kwiaty, które zaraz zwiędną :D
      Też to słyszałam. I fakt, może właśnie z każdym pożegnaniem tak jest.

      Może i tak właśnie miało być, skoro tak wyszło. A reszta zapisana w teledyskach...? xD

      Zajebisty tekst :D
      Tak, tak, bez alko nie jesteś taka wylewna, wiem xD

      Usuń
    4. Już nie pierdol, przywykaj i tyle :D
      Jasne, jedzenie najlepszym prezentem:D Dlatego uczę się piec torty, wiesz :D I coś w tym jest na pewno.

      Dokładnie:D Tego tira lepiej załatwiaj:D

      No więc właśnie, tu mnie nie ciagniemy za język :D

      Usuń
    5. Najlepiej xD
      Jak wyjdzie Chujowy to sama będziesz go jeść xD

      Hahahaha spokojnie, to ma być misja wyjazdowa czyli... Warszawa? Tirem po wawie? XD

      Ja Cię nigdy za język nie ciągnę, sama gadasz :D

      Usuń
  6. ja tam rozróżniam pożegnania na te, w których to ja coś zostawiam i odchodzę i te w których ja zostaję w miejscu a ktoś odchodzi, zdecydowanie łatwiej przychodzą mi te pierwsze pożegnania, dopiero po jakimś czasie zaczynam tęsknić gdy już jestem sam, same pożegnania są u mnie bez okazywania uczuć, proste i konkretne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To właśnie mamy podobnie. Że pewna tęsknota przychodzi z czasem a samo pożegnanie, sam akt..jest dość prosty.

      Usuń
  7. Ja też nie umiem się żegnać. Gdy brat przyjeżdża i wyjeżdża znów do Niemiec to mówię mu tylko: "to narazie". Mama to tam zaraz z łzami w oczach ściska się z nim i jego dziewczyną. Zaś ja tak nie umiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No więc wiesz o co mi chodzi. Żadnych łez, sam akt jest po prostu...aktem pożegnania. Czasem myśli się więcej o nim przed i po ale w samym momencie...łzy uwierają nieraz chyba za bardzo po prostu. I nie warto ich wylewać przy każdej okazji.

      Usuń
    2. U mnie to bardziej wstyd, bo ja się wstydzę płakać i wstydzę się emocji. A przy pożegnaniach nie sposób emocji nie pokazać.
      Po drugie nie lubię pożegnań, bo pożegnanie brzmi tak, jakbyśmy się mieli już nie zobaczyć,a o tym to ja nawet nie chcę myśleć.

      Usuń
    3. Rozumiem,. Ale może jednak...nie ma się co ich wstydzić? Czasem może warto?
      A ja jakoś...strasznie zabrzmi...le przywykam.

      Usuń
  8. Wydaje mi się, że każdy z nas żegna się na swój - nietypowy - sposób. Ciężko się pożegnać. Mnie zdecydowanie trudniej przychodzi pożegnanie, które przychodzi nagle niż wtedy, kiedy wiem o nadchodzącym pożegnaniu..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, czasem, jeśli to pożegnanie nagłe z nadzieją na kolejne spotkanie, to nie jest tak źle. Ale czasem owszem, dobrze, gdy pewnych rzeczy się po prostu spodziewamy...

      Usuń
    2. Sama nie wiem...czasem lepiej się nie spodziewać bo z tym spodziewaniem się ... różnie wychodzi.

      Usuń
    3. jasna sprawa, tak w drugą stronę po prostu.

      Usuń
  9. Cenię angielskie wyjścia. Najgorsze są chyba jednak te, robione "pod publikę", żeby wszyscy się przejęli, itp itd.

    A pożegnania... Smutne są, niezależnie od tego czy to są na zawsze, czy na krótki okres czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Wielkie spazmy, łzy które nie są szczere. Bo niektórzy reagują tak naturalnie, są płaczkami z natury i to wtedy jest w porządku. Ale jak ktoś tak za wszelką cenę zwraca po prostu na siebie uwagę...to ani to mądre, ani ładne.

      A dla mnie niekoniecznie. Też każde ma swój unikalny kształt ale...właśnie to część życia. Może od nas nieraz zależy, czy uczynimy ją smutną, czy nie?

      Usuń
    2. Głupie po prostu, bym powiedziała. No ale jak się nauczyłam, ludzie i ludziska.

      Może i od nas, ale przyznaj, że jak się żegnamy, to raczej zawsze "na dłużej", bo czy powiedzenie komuś "hej, do jutra" kiedy wiemy, że to jutro rzeczywiście będzie i serio się spotkamy to takie pożegnanie stricte? :)

      Usuń
    3. No jasna sprawa. Każdy ma inne potrzeby, priorytety....
      I jasne, że to trudniejsze, że to co innego ale...nadal, to część życia, którą musimy przełknąć. I dać nieraz...spokój. Odpuścić pewnym rzeczom. Takie mam przynajmniej ostatnio wrażenie. I takie na chwile pożegnanie...czasem po prostu nie wiemy, że jest ostatnim, no nie? Ja już raz nie wiedziałam.

      Usuń
  10. Droga Frido, ja pisze dłuższe są o tutaj : http://piorovillandry.blogspot.co.uk/ poza tym jest też moja książka, która jakiś czas temu wysłałam do wydawnictw (a której dwa fragmenty są również na tym blogu podanym powyżej (Zyczenie półkrwi - prolog i Narodziny), także tak piszę więcej i dłużej, toteż zapraszam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, czyli dobrze wyczułam, że masz jednak świetne pióro o można cię gdzieś poczytać:) Zajrzę tam koniecznie:)

      Usuń
  11. Może offtopuję, ale chciałabym zobaczyć Twoje obrazy. Tak z ciekawości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podaj maila, może coś da się wymyślić:) Chociaż powiem szczerze, nie ma czego oglądać, bo ani techniki zajebistej nie mam ani pomysłowa też wielce nie jestem...ale malowanie to rodzaj terapii, medytacji nieraz, a nieraz "modlitwy",także no:)

      Usuń
    2. "ale malowanie to rodzaj terapii" o tak tak tak tak i jeszcze raz tak! To działa jak tabletka uspokajająca. No chyba że coś nie wychodzi, ale co to za malowanie jeśli się nie czerpie przyjemności z niego? Wtedy to tylko rzemiosło i staranie się o tą zajebistą technikę jedynie właśnie :) A możesz wysłać, jeśli to nie problem: slaanesh995@gmail.com
      Pozdrawiam!

      Usuń
    3. To po weekendzie ci podeślę jakieś zdjęcia, bo część rzeczy mam w domu rodzinnym, a tam jadę na weekend po prostu:)
      I dokładnie. Albo właśnie jak tabletka pobudzająca, jak się i tego potrzebuje:) I jasna sprawa. Ale i dobrych rzemieślników ponoć świat też potrzebuje:D

      Usuń
  12. nie lubię się żegnać. Ale czasami nie potrafię ich uniknąć... z niektórymi właśnie nieświadomie pożegnałam się na zawsze. Paskudne uczucie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie idzie uniknąć pożegnań. Bo to tak, jakby chciało się uniknąć jakiejś innej, równie ważnej części życia. I może paskudne uczucie, ale równie cenne. Bo każde takie paskudne uczucie wiele nas uczy:)

      Usuń
  13. 'Czasem to może komuś przeszkadzać', ale to przynajmniej jest takie Twoje i niczego nie udajesz, pokazowych łez, żeby kogoś zadowolić, jesteś sobą, a to chyba najważniejsze :). Widzę, że jesteśmy podobne w pewnej kwestii - łzy, opowiadanie i pocieszanie, ale to może też już kiedyś wspominałam.
    Ja chyba, nie umiem pocieszać, jeżeli to opiera się na czymś niezgodnym z rzeczywistością, z tym co może się wydarzyć, takie pocieszanie tylko dla pocieszania, żeby powiedzieć, że będzie dobrze, a wcale nie będzie, wtedy tylko szczerość i mówienie tego co naprawdę myślę, ubrane w ładne słowa, aby nikogo nie zranić, przychodzi mi do głowy.
    Pożegnania, te związane z dłuższymi wyjazdami i rozpaczanie nad tym, a nie cieszenie się z jakiegoś nowego rozdziału zawsze mnie dziwiły, ja na takie reakcje odpowiadam tylko zdziwieniem połączonym z uśmiechem i pytaniem, ale dlaczego? Chyba jeszcze kiedyś się zobaczymy, przecież nie wyjeżdżam tak daleko. No i przecież nadal mam telefon ;).
    Inaczej już u mnie chyba z tymi ostatnimi, czasami niespodziewanymi pożegnaniami na zawsze, gdy już naprawdę więcej razy nie będziemy mogli mieć z kimś do czynienia.
    A z piosenką jakoś tak się złożyło, że bardzo trafiłaś w moje ostatnie wybory, bo właśnie ostatnio u mnie dość często wypływa ze słuchawek ;p.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, że na siłę po prostu nic nie zmienię, więc i moje być musi...a i cały świat nie musi mnie kochać :D Zresztą, nawet ci co nas kochają odczuwają w nas pewne rzeczy jako wady...ale potrafią na to przymknąć oko:)
      I owszem:)
      Bo po co kłamać? Też wychodzę z takiego założenia, co kłamać w pewnych kwestiach po prostu nie ma. Nie warto. A okazuje się, że nieraz trzeba kogoś zranić, kopnąć, żeby zrobiło mu się lepiej. Brutalne, ale czasem działa.
      No i właśnie, jakiś kontakt nadal może być. Jeśli się chce, to się go utrzyma. Znajomość ma trochę inny kształt...ale inne nie znaczy gorsze, no nie?:)
      I te są trudniejsze. Ale i tych w życiu nie unikniemy, więc chyba...musimy się jakoś z nimi pogodzić jednak.
      To i dobrze:D

      Usuń
    2. Pewnie, przecież nikt nie jest idealny ;D. A na tym przymykaniu oka też to wszystko chyba trochę polega, bo jakby tak nie było, to nie wiem czy ktokolwiek byłby zdolny do pokochania i zaakceptowania kogoś innego ;).
      Gorzej jak ktoś oczekuje tej szczerości, a później narzeka, że jest zbyt bolesna i okazuje się zbyt dużym kopniakiem ;D. Tak tez czasami bywa.
      Właśnie... Takie wyjazdy też pokazują trochę komu się tak naprawdę chce i jeżeli ktoś naprawdę chce, to rzeczywiście wcale nie musza być gorsze ;).
      No niestety tak, na tym to nasze życie też między innymi polega ;).

      Usuń
    3. Ano właśnie. Ideał już by nie był idealny, bo byłby nudny, co?:D I jasna sprawa, jednak trzeba pewne rzeczy przełknąć ale...tak też działa miłość sama w sobie, no nie?
      No to już w ogóle, takie, jakby rzekła moja mama, o kant dupy trzasnąć :D
      Otóż to.

      Usuń
  14. Pożegnania... Ja też trzymam się myśli, że kiedyś jeszcze się spotkamy. Jak nie na tym świecie...
    Boli mnie potem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jeśli mamy, to się spotkamy. W tym właśnie czy innym świecie. Jeśli nie...to może właśnie tak miało być?
      Też widzę masz syndrom tzw. cofniętej czy też odbitej fali.

      Usuń
  15. Właśnie podobno koniec jest początkiem. To,że trzeba się z kimś pożegnać nie znaczy,ze to nie będzie początkiem czegoś nowego niekoniecznie z tą właśnie osobą. W końcu czas niesie ze sobą zmiany.
    Też jakoś specjalnie nie płaczę przy żegnaniu się. Zawsze jednak chociaż ściskam rękę żeby pozostawić ten ciepły ślad jako swoistą pamiątkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Coś się kończy, więc coś się zaczyna. Prawie święty cykl. I nieraz nawet może, jak właśnie musimy się z kimś rozstać na zawsze, może tak ma być, żebyśmy mogli właśnie zacząć coś innego.
      I tyle starczy jak widać:)

      Usuń
  16. Pamiętam ostatnie pożegnanie. Ważne.... Płakałam jak idiotka... Czułam, że widzę go ostatni raz, pomimo że on twierdził inaczej. Sprawdziło się moje... Zazdroszczę Ci, że Ty tak potrafisz. Iść na przód, nie patrząc w przeszłość... Nie zgadzam się jednak co do tego, że miłość i przyjaźń przychodzą od tak. Ja potrzebuję czasu nim powiem "kocham"...
    Co do historii jeszcze chciałam jedynie zaznaczyć, ze ja nie studiuję filologii, lecz lingwistykę. U nas historia jest raz w tygodniu przez jeden rok. Skupiamy się na języku, nie na przedmiotach teoretycznych.Czy dobra znajomość historii coś nam w życiu daje? Wzbogaca intelektualnie, ale poza tym...? Nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to nie jest tak że ja w ogóle nie płacze. Po prostu..nie w danym momencie. Sam akt mnie nie rusza. Nie wiem, czy bym płakała odchodząc nawet od Męża. Nie wiem. Po prostu do mnie pewne rzeczy przychodzą później, falami, stopniowo. Może tak łatwiej sobie z nimi radzić? Samo pożegnanie nigdy w sobie nie jest łatwe, czy płacze się od razu, czy potem...ale mimo wszystko właśnie, co nam zostaje, jeśli nie ta przyszłość? Widzisz, ja wierzę jednak w głębszy sens. Nawet już część tego sensu widzę nawet po jednym z najboleśniejszych ostatnio rozstań, rozstań w wieczności wręcz ( przynajmniej wieczności ludzkiego życia). Może pewne rzeczy, nawet ból są po to, żeby nas czegoś nauczyć. Albo po to, żebyśmy mogli zacząć coś innego. Coś się musi skończyć, żeby mogło się zacząć. Wielkie cykle przemian, wręcz święte jak niektórzy mówią.
      Też tak kiedyś sądziłam, a potem poznałam Wojtka. Widziałam go w sumie 3 raz w życiu, 2 raz z nim gadałam...i byliśmy razem i wiedziałam, że to to. Teraz też niedawno, w dziwnych okolicznościach trochę, tragicznych poznałam pewną kobietę. Dobrze nam się rozmawiało, potem poznałyśmy się realnie i jedno piwo, drugie, szalony wieczór....i też, jakby to było to. Zaczęłam wierzyć w takie iskry, bo już drugi raz ich doświadczam. Co nie znaczy, że np. jak się zaniedba to, co iskra może rozpalić, to będzie trwać. Wręcz przeciwnie. Ale czasem "wiesz" bo wyjrzy to słońce. Wiesz i koniec. Przynajmniej, mówię, mi się tak już drugi raz zdarza:)
      No tak, widzisz, ja stale mylę, czy to filologia czy lingwistyka :D Zabija mnie, wiem, nie powinnam :D Mi się wydaje że daje, ale tylko dla tych, co potrafią wnioskować. Ale żeby coś dała naprawdę, musielibysmy wnioskować w szerszej perspektywie, jako społeczeństwo...a to trochę już utopia, co?:)

      Usuń
  17. Pewnie najlepsze i najzdrowsze byłyby pożegnania po angielsku właśnie w dodatku bez zbędnych słów, ja niestety tak nie umiem.
    Niewiele mówię, ale przeraźliwie płaczę...tak jakby jutra miało nie być.
    Przeżywam w środku i uwidaczniam emocje na zewnątrz, walczę zarówno z sobą jak i z nimi, ale zawsze tą walkę przegrywam.
    Nie umiem się żegnać elegancko, nie lubię się żegnać choćby rozstanie miało być krótkie...
    Wiadomo wszystko zależy też od osób, miejsca i czasu, ale...no właśnie w moim przypadku zawsze jest jakieś ale...
    Nigdy jednak nie mówię żegnaj...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy mają tak w naturze i ktoś musi tak mieć na tym świecie przecież:) Nie tylko pewien chłod w samym akcie jest potrzebny, może nieraz warto i zapłakać. Każdy radzi sobie z emocjami po prostu po swojemu przecież:)
      A ja nieraz mówię żegnaj. Ale nawet żegnaj ma w sobie nadzieję właśnie:)

      Usuń
  18. Jeśli chodzi o te ostatnie pożegnania, to też nie potrafię płakać - na pewno nie wśród ludzi. Płaczę po czasie, sama, nie pokazując innym, że mnie to boli. Raczej idę w drugą stronę pokazując jaka jestem silna. Nie wiem czy to dobre, czy złe.
    Jeśli chodzi o inne pożegnania, to też zależy od tego, kogo żegnam. Mojego B. żegna mi się najgorzej i chyba najdłużej. Mój brat bez ceregieli rzuca mi się w ramiona i ściska z całych sił - co chyba daje siłę, by iść w swoją stronę. Ale do znajomych zazwyczaj wystarczy zwykłe "cześć". Tylko z moją A. wymieniamy uściski, choć jakiś czas temu tych osób było więcej....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Po prostu reagujemy różnie, czasem właśnie pozwalamy sobie dopiero potem na łzy...czasem to i nas przecież ochrania, bo łzy nie są tak dosłowne, nie w tym momencie..odwlekanie ich czasem pomaga ułożyć w czasie pewne rzeczy. Gorzej jak w grę wchodzi tłumienie, wtedy to zdrowe nigdy nie jest.
      To też fakt, kwestia kogo żegnamy. Ale powiedzmy, jak rozstawałam się nawet z Mężem na długie tygodnie, bo i tak nam się zdarzyło...po prostu cmok na do widzenia na peronie. Bez ceremonii. Bo do siebie wracamy.
      I pewne rzeczy jak widać się zmieniają...

      Usuń
  19. Jak zwykle mądrze i ładnie to opisałaś :)
    Wiesz, ja sądzę, że nie można się nauczyć tęsknić. Według mnie jest to coś, co albo się ma w sobie albo nie
    a skoro odczuwasz, to co odczuwasz, to znaczy, że jesteś zdolna do tego uczucia. Cóż, każdy przeżywa to na swój sposób i nie ma lepszego czy gorszego.
    A co do pożegnań... cóż, dawno tego nie robiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)
      Po prostu, też nic w życiu na siłę. Nie można w sobie pewnych uczuć wymusić.
      Tylko niektórzy wolą cermonie. Czasem jedno czucie nie zgrywa się z drugim...ale i tak, można spróbować to przecież dogadać:)
      I obyś może nie musiała?:)

      Usuń
  20. Prawdziwe pożegnanie właśnie przede mną, to symboliczne, najmocniejsze. Nie umiem się żegnać, jedna wiem, że to jedyny sposób na uwolnienie siebie jako człowieka. Pięknie to napisałaś, czytanie Ciebie to przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) I...pożegnania nie są łatwe, jak widać ale...skoro trzeba? Koniec to też początek. A na nowy początek właśnie trzeba dać sobie nieraz przez wrota pożegnania właśnie szansę.

      Usuń
  21. A może jakoś to się w Tobie tłumi..? Ja mam odwrotnie - na początku zawsze płaczę (żegnając bliskich: na długo, na zawsze), ale im szybciej się wypłaczę, tym szybciej mi jest lżej. Umiem powiedzieć dobre słowa na koniec, docenić kogoś i podziękować, ale pożegnanie zawsze jest pożegnaniem. Idę dalej i szukam... innych wartości, które mogę zyskać, nie odrzucając tych, których już na bieżąco nie czerpię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to raczej nie tłumienie. Myślałam tak o tym kiedyś...ale to nie to. Po prostu tak mam. Nie jestem typem ceremonialnym, celebrującym...nie umiem tego robić. I ja żyję, ale do mnie pewne rzeczy docierają falami powrotnymi, etapami...ale jest dobrze.
      Ale to zdrowo, jakby nie patrzeć:)

      Usuń
  22. Zazdroszczę ludziom, którzy nie podchodzą zbyt emocjonalnie do takich pożegnań. Nie wylewają łez, nie rozmyślają o tym, tylko żyją dalej. Biorą to, co moją pod ręką i żyją. Ja sama chciałam się tego nauczyć, jednak pewnych rzeczy zmienić się w sobie chyba nie da, choćbym jak wielką świadomość miała tego, że pożegnania to przecież naturalny cykl życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nawet ja boli to jednak...trzeba sobie samemu nieraz wyjaśnić, że nic innego nie zostaje. jak dalej żyć. Wiem że to brzmi dziwnie, ale mi takie logiczne wyjaśnianie nieraz pomaga. Właśnie to, że iść do przodu trzeba, a nie marnować czas na użalanie się jakieś, na łzy..bo co nam to da? A nawet tym, których żegnamy? Ale fakt, że każdy reaguje inaczej i ma do tego pełne prawo, zesztą...gdyby nie pewne rzeczy, to właśnie nie bylibyśmy w pełni my.

      Usuń
  23. Czasem bym tak chciała... Odciąć się od tego, powiedzieć żegnaj i odejść w swoją stronę. Dużo w moim życiu pożegnań, zdecydowanie mniej powrotów. Podchodzenie do tego w zbyt emocjonalny sposób wyniszcza, zabija radość na wiele dni, czasem tygodni i miesięcy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, każdy chyba ma takie wrażenie nieraz, że pożegnań więcej bo...jednak może to bardziej naturalna, nieodzowna część życia? Ale to fakt, Że pewne rzeczy trzeba odciąć od emocji, wziąć na logikę nawet bo..inaczej się zniszczymy. Odetniemy od życia całkiem. A nie warto.

      Usuń
  24. Pożegnania z osobami bliskimi mojemu sercu nie wywołują płaczu od razu. Na początku próbuję jakoś z tym sobie poradzić bez wielkich dramatów, ale czasem chyba za mało się staram i tęsknota mnie pożera, a wieczory zamieniają się w tworzenie morza z łeż ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, tęsknota przychodzi potem..ale to często coś, co musi być przetrawione:) Także w pełni rozumiem, że potem i te morza się zdarzają ale...i to mija, prawda?:)

      Usuń
  25. Piosenke uwielbiam :)
    A jesli chodzi o pozegnania nigdy nie umialam sie "wczuc w ten klimat". Melancholijny, smutny, wrecz sztuczny. Rozlaka to obietnica kolejnego powitania. tak wole o tym myslec :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jest genialna sama w sobie właśnie:)
      I jakby nie patrzeć, to zdrowe patrzenie w jakiś sposób:)

      Usuń
  26. Czasami nie wiemy czy ostatnie spotkanie nie było pożegnaniem..
    Jeszcze nigdy nie czytałam takich ładnych słów o pożegnaniu.
    Sama nie lubię pożegnań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też prawda, nigdy nie mamy takiej pewności. Ale nawet jeśli nim było..nieraz trzeba się z tym właśnie pogodzić.

      Usuń
  27. "Jesteś bez serca, czy ty za mną w ogóle nie tęsknisz?!" - wykrzykuje we łzach moja miłość, od której uciekłam. Może i jestem bez serca... Ale nikt nie patrzy czy w poduszce czasem nie chowam łez. Nie umiem się żegnać... Nigdy nic przy tym nie mówię. Tylko przytulam czule, ale krótko zarazem - żeby pamiętać, ale się nie rozkleić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dla mnie po prostu to serce ma inne wartości nieraz, albo inaczej pokazuje, jak odczuwa. I każde serce ma właśnie do tego prawo.W pełni.
      I jeśli naprawdę masz nieraz ochotę się rozkleić...może jednak nieraz warto to zrobić właśnie?

      Usuń
  28. Muszę nauczyć się Twojego podejścia choć po części, zwłaszcza w obecnej sytuacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem po prostu taka hm...powiedzmy, wręcz racjonalizacja, bywa przydatna i naprawdę pomaga. Więc mam nadzieję, że i ty się właśnie z pewnymi rzeczami uporasz:)

      Usuń
  29. Fever Ray <3 i ta piosenka. mam ciarki za każdym razem, kiedy ją słyszę.
    dla mnie pożegnania to, jak pisał Sapkowski, znak, że "coś się kończy, coś się zaczyna". przynajmniej tak staram się na nie patrzeć. wiadomo, nie zawsze umiem, czasem to koniec świata. ale jednak staram się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że wszyscy Fever Ray kochają :D I ten kawałek jest idealny, więc to miłość w pełni zasłużona.
      Dokładnie, każdy, nawet dosłowny koniec to przecież jakiś początek. I jasne, nie zawsze idzie, ale można to sobie nieraz tak przetłumaczyć właśnie:)

      Usuń
  30. Musze przyznać, że i ja żegnać sie nie umiem. Zawsze wydaje mi się to takie.. nie istniejace te momenty. Albo jestem przed tym albo po tym, ale jakoś w trakcie to nie bardzo..

    OdpowiedzUsuń