niedziela, 12 kwietnia 2015

O opowieściach znów parę słów, o sprycie Brata Królika i pięknie rozgwieżdżonego nieba.

Piękny dzień, pełen słońca. Idealny dzień wiosenny, idealny dzień na spacer, na to, by wreszcie załapać trochę witaminy D3, tak pogubionej w czasie mrocznej jesieni i dziwnej zimy.
Ulice Poznania zaroiły się tłumem ludzi. Sobota, dzień wolny.

Dzień wolny, choć przecież nie dla mnie. Gdy nie biegam do pracy, w weekendy biegam do szkoły. Tak naprawdę pierwsze wolne dni uświadczę w czasie majówki, na które i tak mam już intensywne zapewne plany. Ale to nic. Dziarski krok, spacer przez park koło domu. Idziemy do przodu.

Podczas przerwy w zajęciach wychodzimy z Gośką przed budynek na papierosa.
Gośka nie jest pierwszej młodości, niedawno świętowaliśmy jej 52 urodziny. Nie najmłodsza, ale z niesamowitą werwą i pasją. Inteligentna, oczytana, wiele w życiu przeszła, ale stale próbuje coś zmienić na lepsze. Istny wojownik.
Ale i ten wojownik w ostatnich tygodniach aż marniał w oczach. Stale blada, zmęczona. Dużo pracy, może to dlatego. Może na wiosnę każdemu ciału jest trudniej, gdy po długiej zimie zaczyna się przestawiać i regenerować. Może to to.
Jednak Gośka opowiada mi, co ostatnio się stało. Zemdlała na ulicy. Wylądowała na szpitalnym oddziale ratunkowym z trzepoczącymi przedsionkami. Zaawansowana miażdżyca, jak się okazało. Wypuścili ją wreszcie z OIOM-u, na którym siłą wręcz położył ją dyżurny lekarz, ale we wtorek tam wraca. Ablacja.

Trzepoczące przedsionki. Ablacja.
Na dźwięk tych haseł padających z ust Gośki przez chwilę mi słabo. Staram się nie pokazać, ale mam odruch paniki. To mi serce zaczyna trzepotać, a może na chwilę staje.
W tym pięknie świecącym, kwietniowym słońcu czuję na sobie oddech listopada.
Są chwile, które trwają wiecznie. Są chwile, w których na nowo umieramy, zamieramy i czujemy rozpacz. Spadamy na samo dno własnych przepaści, nasze demony szarpią nami aż za mocno, ściskają serce, wyrywają włosy.

Ale te chwile mijają. Przebłyski. Nie daję po sobie nic poznać, nie mówię nic Gośce, bo przecież jej nawet o tym nie mówiłam, za krótko się znamy, za mało i...
Nie chcę jej przestraszyć. Teraz ona potrzebuje pocieszenia, powiedzenia, że wszystko będzie dobrze.
Zaciągam się papierosem, takim samym, który pewnie i ją wykańcza tak naprawdę. Zaciągam się, łapiąc chwilę, w której mogę nic nie mówić. Wypuszczam śmiercionośny dym ( och, kto jak nie ty wiesz, jak bardzo to zabija?) i racjonalizuję, w tej jednej właśnie chwili.
Masz zamiar, cholera, pracować w szpitalu. Nie możesz na nowo umierać, gdy za każdym razem słyszysz przedsionek. Migotanie. Trzepotanie. Blizna na sercu. Ablacja. Stent. Echo serca. Ekg. Zator. Uszkodzenie aorty. Chore serce.
Nie możesz. Nie na tym polega tez życie, żeby ulegać terrorowi własnych skojarzeń. Nie teraz, nie na tym słońcu. Nie przed wieczorem, na który tak długo czekałaś.

Rozmawiamy więc dalej na spokojnie, wracamy na zajęcia. Skupiam się na tym, co mówią mi po raz setny w moim życiu o aseptyce i gronkowcach. Rozmawiam z innymi, piszę smsy na co nudniejszej części.
( Serio, ktoś jeszcze chce mi wmówić, że na zakażenie HIV najbardziej zagrożeni są obecnie homoseksualiści? A figę! Bo heteroseksualne kobiety statystycznie zapadają na zachorowania obecnie najczęściej!)

Czekam do końca zajęć. Czekam na wieczór.

Po zajęciach odbiera mnie Mąż. Idziemy zjeść coś na szybko, a potem pędzimy do Zamku. Tam, gdzie czeka nas dzisiaj noc pełna opowieści. Tam, gdzie i ja mam przedstawić swoją.

Rozsiadamy się, razem z moimi przyjaciółmi, pewnymi znajomymi bliższymi i dalszymi. To aż deprymuje, że aż tylu ich tego wieczoru się zjawia.

Tak dawno nie mówiłam nic publicznie. Tak dawno przestałam grać w teatrze, tak wiele czasu temu to zamarło. Usnęło. A teraz musi obudzić się na nowo.
Dopada mnie stres, ale nie jest nieprzyjemny. Tym bardziej, że pod sercem coś cichutko gra.
Nie robię przecież tego tylko dla siebie, choć w dużej mierze, owszem. Chcę pamiętać, chcę coś właśnie obudzić. Chcę zmienić zimno listopada, które i dzisiaj mnie dopadło i nieraz wraca, nieraz ze zdwojoną siłą, chcę zmienić w spokojne ciepło opowieści.
Bo jak mówił ten, o którym myślę także i tego wieczora, nie jesteśmy niczym więcej, albo może jesteśmy aż, opowieścią. Tą, którą sami piszemy swoimi czynami.
Pamiętam twoją opowieść, Bracie. A i dzięki tobie poznałam inne. Poznałam też wiele sama, wiele takich, które i tobie by się spodobały. Więc jedną dzisiaj opowiem głośno, niech idzie w świat.

Słucham nieraz ze wzruszeniem, a nieraz rozbawiona cudzych słów i biorę je sobie mocno do serca. Opowieść o miłości, która musi być cierpliwa. Opowieść o ranach, które potrzebują czasu na wygojenie. Opowieść o złości, opowieść o krzywdzie która wynagrodzona zostaje wielkim dobrem.

To prawda, że opowieści, mówione a nie czytane, te przekazywane głównie w kręgu ludzi, kiedyś przy ogniskach wspólnot, teraz nawet rozdawane w salach zamów i w pubach są pewnym rodzajem społecznej psychoterapii. Mają uczyć przez zabawę. Mają pokazywać inną perspektywę. Czasem pozwalają powiedzieć o tym, co niesprawiedliwe i o tym, co boli.
My trochę w naszym szybkim świecie, gdzie nie ma czasu na ukryte mądrości, gdzie podane muszą być wprost na złotej, zimnej tacy, zapominamy o tym. A ja, jak już pisałam całkiem niedawno, zapomnieć nie chcę. Chcę nadal uczestniczyć w wymienianiu mądrości przy ogniskach. Chcę słuchać historii prawdziwych ludzi, historii, które się zdarzyły, chcę słuchać bajek, zmyślonych prawd, które ubrane są w postacie zwierzą i księżniczek. I chyba coraz bardziej sama chcę mówić. Coraz bardziej sama chcę się...leczyć.

Bo opowieści to społeczna psychoterapia. Ale i osobista, w tym jednym przynajmniej przypadku. Osobista nie tylko dla mnie. Ale też dla wielu ludzi, którzy przyszli dzisiaj, by posłuchać. Oni zrozumieją w dwójnasób. Oni odczują to, co i ja czuję.

Po drugiej przerwie trochę zdenerwowana czekam na swoją kolej. Baśnie nie są długie, a moment, kiedy mam wyjść przed całą publikę, dłuży się niemiłosiernie.
Obok mnie stoi inna dziewczyna. Dziewczyna z psem przewodnikiem, niewidoma od paru lat, która pięknie opowiada, zawsze mądrze, zawsze rozczulająco. Dzisiaj również już mówiła, właśnie o miłości, która potrzebuje cierpliwości, o miłości, która pozwala dostrzec pod tym, co brzydkie to, co piękne. Odwieczne prawdy skryte za imieniem chińskiej starożytnej księżniczki i za bezimiennym starym rybakiem o cudownym głosie.

-Teraz ty?
-Tak...- mówię, najwyraźniej słychać moje pewne zdenerwowanie.
-Pierwszy raz?
-Tak.
-Daj czadu.

Wychodzę więc przed ludzi, przed siedzących na podłodze i popijających wino. Reflektory trochę oślepiają, za oknem nie widać księżyca, nie widać gwiazd. Świecie być może, pozapalane w całej sali a także na parapetach chyba wszystko psują.

Nie widzę gwiazd, ale wiem, że tam są. Płoną, czasem martwe, z oddali jednak nada świecą.
Płoną, jak miłość zmarłych. Nie możemy spojrzeć im w oczy, ale nadal ją czujemy.

Mówię cicho na początku. Z czasem coraz głośniej.

A więc zaczynam.

Wiecie, istniał, nadal trochę istnieje, pewien lud, lud zniewolonych ludzi, przywieziony w kajdanach do pracy na polach bawełny. Mimo, że zabrano im wszystko, biczowano ich plecy, nie zabrano im jednego. Ich opowieści. Pełnych tzw. Spryciarzy, którzy potrafili ograbić i wykiwać silniejszego, pod którego panowaniem się znajdowali. Opowieści pełnych radości ale i nauki o tym, czego nie powinno się robić.
Ludzie ci mawiali, że jasne noce, pełne gwiazd, są najlepsze, by zasiąść przy ognisku i opowiadać. Opowiadać w metaforach to, czego nie mogli powiedzieć tak naprawdę głośno. W takie noce mawiało się, że Brat Królik czuwa. Nad nimi, jako jeden ze Spryciarzy. Nad opowieściami, bo i on dzięki nim nieraz potrafił przetrwać. Ja wierzę, że Brat Królik czuwa dzisiaj i nad nami.

Urywam na chwilę. Zacinam się, dziwne uczucie w sercu i na chwilę mam wrażenie, że nie mam głosu. Podnoszę wyżej głowę, reflektor już tak nie oślepia. Podnoszę wzrok, widzę kilka par oczu. Widzę i inne oczy, które czekają niemo na dalszy ciąg. Miałam mówić o czymś innym, o Króliku i Pająku Anansim jak u Gaimana, ale w ostatnim momencie....

Brat Królik czuwa, więc i o nim dziś opowiem.
Wiecie, a może nie, Brat Królik to znakomity muzyk, który swoim śpiewem, graniem albo stepowaniem potrafił wydobyć się z każdej opresji, a nie było też melodii, której nie umiałby zatańczyć, właśnie stepując.
Czasem doprowadzał tym do szału, bo kiedy tańczył ktoś inny, Brat Królik potrafił wskoczyć na scenę, ot tak, przejąć całą uwagę i sprawić, że wszystkim dookoła opadały szczęki. Nie kiwał się przy tym, ani nie ślizgał, jak to nowomodni tancerze mają w zwyczaju, ale podskakiwał wysoko i uderzał z gracją obcasami o ziemię. Nikt nie potrafił skakać z taką gracją jak Brat Królik.
Jednak czasy się zmieniły i Brat Królik trochę zmądrzał. Rozmyślał nad różnymi rzeczami i pojął, że zamiast tak dokazywać na oczach całej wioski, powinien trochę czasem posiedzieć w domu i zająć się interesami własnej rodziny. Myślał, myślał, aż w końcu wymyślił, jak mógłby zarobić na swoje utrzymanie i swoich dzieci.
Zawsze kochał ziemię, więc oczyścił jej kawałek i zaczął uprawiać ziemniaki.
Brat Lis, który zawsze pilnie obserwował co się dzieje i miał z Bratem Królikiem na pieńku, sądził, że nagła zmiana u Królika wynika ze strachu. Pomyślał, pomyślał, jak to on, czasem zawistny i postanowił odpłacić mu się pięknym za nadobne, za wszystkie wcześniejsze czyny i upokorzenia na zabawach. Zaczął więc wyrządzać szkody na polu Brata Królika.
A to powyrywał sztachety z płotu, a to posypał ziemię solą, tak, żeby nic nie urosło. I tak na okrągło, aż biedny Brat Królik nie wiedział, co począć.
Kiedy Brat Lis zauważył, że jednak Brat Królik nie reaguje na jego zaczepki ani trochę, uznał, że na pewno jest już na tyle przerażony i zastraszony, że można go pożreć. Zawołał więc go i zapytał, czy ma może ochotę na spacer.
-Gdzie?-zapytał Brat Królik?
-Ano tam, hen przed siebie
-A gdzie jest to hen przed siebie?-zapytał Brat Królik.
-To tam, gdzie rosną znakomite brzoskwinie- odparł Brat Lis. -Będziesz mi potrzebny, żeby wleźć na drzewo i trochę ich postrącać.
Wyruszyli więc w drogę i po pewnym czasie dotarli do sadu. Brat Królik wybrał odpowiednie drzewo i wspiął się na nie, a Brat Lis usiadł pod drzewem w dogodnym miejscu, gdzie, jak miał nadzieję, gdy tylko Brat Królik będzie schodził z drzewa, będzie mógł go niepostrzeżenie schwycić i pożreć.
Jednak, Brat Królik, łagodny i miły, nie był tak naiwny, jak wielu sądziło i przejrzał plan Lisa. Kiedy zrywał brzoskwinie i Lis rzekł, by rzucił mu owoce, Brat Królik odkrzyknął:
-Jeśli je rzucę tam gdzie teraz stoisz, Bracie Lisie, a ty ich nie złapiesz, poodbijają się. Rzucę je tam dalej, na trawę.
Brat Królik rzucił więc brzoskwinie na trawę, a kiedy Brat Lis zaczął je zbierać, oddalił się nieco. Kiedy był już dość daleko, rzucił do Brata Lisa, że ma dla niego zagadkę.
Lis zdziwił się nieco, nie lubił zagadek, a Królik był ich mistrzem, tak jak wszystkich gier, w których trzeba myśleć. I zanim Lis zdążył zaprotestować, ten już mówił:

Ptak mały śpiewa, duży tylko dziobie
Mała pszczoła żądli, duża bzyczy sobie.
Człowieka konie słuchają, choć duże
Jaki pożytek jest z głowy w dziurze?

Brat Lis, gdy już ją usłyszał, podrapał się po głowie, myślał, myślał, ale nic nie wymyślił. Nie wiedział o co chodzi w zagadce i choć bardzo się wysilał, w końcu przyznał się Królikowi, że nic nie rozumie.
-Chodź ze mną, a pomogę ci ją odgadnąć. To jedna z tych zagadek, które zrozumiesz, jak zjesz trochę miodu. Od miodu się mądrzeje- mówił Brat Królik, mając już plan. -Widzisz, Lisie, ja mam ponadto na oku jedno miejsce, gdzie można miód zdobyć!
Okazało się, że ów miejsce znajduje się na polu bawełny Brata Niedźwiedzia. Kiedyś buszując tam trafił na wielki plaster miodu. Lis nie był zbyt łasy na słodycze, ale chciał poznać rozwiązanie, więc zgodził się pójść.
Ruszyli więc w drogę i po krótkim czasie dotarli do uli Brata Niedźwiedzia. Brat Królik zaczął stukać w nie kijem, tak, jak sprawdza się arbuza, czy już dojrzał. Stukał i pukał, aż w końcu znalazł taki, który brzmiał naprawdę obiecująco.
-Bracie Lisie, musimy go sprawdzić! Ja teraz kijem uniosę ścianki w górę, a ty włóż tam głowę i sprawdź, czy spadające krople odpowiednio smakują, pozlizuj je trochę!
Jak powiedział Brat Królik, tak zrobili. Lis wetknął tam głowę, a nagle Brat Królik wyciągnął kij i ścianki ula spadły na jego głowę, przygniatając ją.
Brak Lis wierzgał, kopał, piszczał...ale nic z tego! Zaklinał i złorzeczył, ale na nic to! Utknął na dobre.
Teraz Brat Lis zrozumiał wreszcie, o co chodziło Bratu Królikowi w jego zagadce! Jak mógł być tak naiwny? Zezłościł się jeszcze bardziej, a jego pyszczek cały oblepiony miodem zaczynały coraz zacieklej kąsać pszczoły.
Brat Królik oddalił się nieco, a kiedy odwrócił się i zobaczył, jak Brat Lis wyje i podryguje, krzyknął z radości jak za starych czasów i uciekł do domu ile sił w skocznych nogach. Już nigdy więcej Brat Lis nie wyrządzał szkód na jego polu i mógł w spokoju zarabiać na swoją rodzinę.

Jaki stąd wniosek? Mimo, iż niektórzy są niepozorni, nie należy ich nigdy lekceważyć. Zapamiętajcie sobie łagodnego, ale sprytnego Brata Królika, który cudze zło potrafił obrócić na słuszne, choć bolesne lekcje życia.

Skończyłam. Dopiero teraz poczułam, że jednak trochę drżą mi nogi. Gdy ukłoniłam się, zeszłam ze sceny, sprzed oślepiających reflektorów.

Dopiero gdy skończyłam...bo przecież opowieść płynęła sama. Brat Królik przecież czuwa. Przecież czuwa zawsze, nawet wtedy, gdy gwiazd nie widać. Bo ich światło, choć mocne, jest słabsze nawet od siły pewnych więzi. Choć przebywa miliardy, miliardy kilometrów pustek przestrzeni i udowadnia istnienie czwartego wymiaru, mam wrażenie,że światło gwiazd i tak jest niczym wobec poczucia tego, że ktoś nadal czuwa. Że nadal jest przy nas ta miłość, ta czułość. Spokojna obecność. Światło udowadnia istnienie czwartego wymiaru, a pewne więzi przenikają wszystkie wymiary, udowadniając, w naszej pamięci i świadomości, że nie ma niemożliwego.

Schodzę ze sceny, wracam „do swoich” i słucham dalej opowieści. Zachwycam się, raduję dalej i wzruszam, a moje serce śpiewa. Śpiewa podwójną pieśń, pieśń zarówno szczęścia, jak i bólu. Jak każda z opowieści, ta pieśń ma w sobie mądrość. Ta pieśń to życie.

Pieśń życia gra w sercach, a noc jeszcze młoda. Mamy trochę czasu, choć on nie istnieje ( a może i udowadnia fizycznie, w teorii strun 5 wymiar?). Mamy trochę czasu choć nie młodniejemy z żadną sekundą i zawsze już będziemy bliżej śmierci niż narodzin, nie odwróci się tego biegu. Ale noc młoda, więc czas jeszcze na wino, jedna butelka, da każdego po łyku. Symbolicznie, w parku, pod niebem na którym...

….pod niebem, na którym widać jednak gwiazdy. Osłabione łuną miasta, przesłaniane przez sporadyczne chmury. Ale jednak świecą, jednak są. Udowadniając, że nie ma niemożliwego, udowadniając, że istnieją inne światy, istnieją światy, w których one nadal żyją, choć w swoich prywatnych ponoć są martwe.
Dla nas nie ma to znaczenia. Światło przenika wszystkie granice. Opowieści toczą się dalej, pod każdym niebem, nawet, jeśli nie zdążymy ich dostrzec, zapisać, wypowiedzieć. Gdzieś zapisały się jednak w tym świecie, na skrajach atomów, na skrajach pustki z których się składają.
A mi niektóre opowieści nadal, być może, będzie udawało się uchwycić. Niektóre być może, będzie udawało się przekazywać. '

A co najważniejsze, może napiszę jeszcze do końca swoją opowieść. Którą jestem i którą będę. I może kiedyś i ktoś wspomni o mnie w rozgwieżdżoną, wiosenną noc.  



33 komentarze:

  1. Wiesz, zawsze jest ktoś kto nad nami czuwa, taka dobra dusza. A każdy ma w sobie swoją własną opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja mam parę swoich już "dusz", które jakoś mentalnie po prostu tylko są ze mną ale...nadal chcę właśnie wierzyć w ich opowieść:)

      Usuń
    2. Ale przecież ich opowieści są prawdziwe, mimo że są fizycznie nieobecni ...

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się spodobała:)

      Usuń
  3. Gdybym tam była na dźwięk słów "Brat Królik" zaczęłabym płakać. Nie wiem jaka była pierwotna wersja historii, którą chciałaś opowiedzieć, ale czuję, że dobrze zrobiłaś zmieniając ją. Włożyłaś w tą historię serce i wśród publiki nie jedna osoba się wzruszyła i uroniła łzę.
    Co do choroby Twojej koleżanki (Pani Gosi - mi ciężko mówić Gośka znając jej wiek:P) to wczoraj koleżanka opowiedziała mi historię dziecka z jej rodziny, które gdy było małe otarło się o śmierć chorując na zapalenie płuc, o którym nikt nie wiedział, bo było bezobjawowe. Ciarki mnie przeszły na myśl, że tyle osób z nas choruje nie wiedząc o tym, przez co w porę nie możemy sobie pomóc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele nie zmieniłam. Właśnie Bart Królik występuje w opowieściach ludów Afroamerykańskich, tak samo jak Brat Lis itp:) Ale fakt, że dla mnie osobiście to była jednak..intyna bardziej historia:)
      Ja jej tak mówię, bo sama zaproponowała, trochę inaczej, więc się przestawiłam:)
      I teraz jest w szpitalu i mam nadzieję, że będzie dobrze już. I dokładnie, czasem choroba czy nawet śmierć...atakują znienacka.

      Usuń
  4. Dzisiaj komentarz będzie krótki.
    Jak zawsze napisałaś trafną puentę, która zapada w pamięci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc...cieszę się:) Tak chyba mogę powiedzieć:)

      Usuń
  5. Napisane przez Ciebie słowa powodują u mnie chwilowy bezdech, naprawdę.
    Zaraz po nim łzy...tak już mam, często się wzruszam.
    Przepiękna opowieść.
    Dużo zdrowia dla Twojej Koleżanki!!!
    Wierzę, że wszystko dobrze się poukłada!
    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to cieszę się:) Bo chyba od czasu do czasu tak powinno być, a i wzruszanie jest dobre.
      I Gośka już w w szpitalu i nie jest tak źle, więc życzenia pomogły:)

      Usuń
  6. Pamiętam, jak chyba u Kordiana pierwszy raz czytałam o tych wieczornych opowieściach. :) Świetna inicjatywa. Czytając miałam wrażenie, że siedzę przed Tobą na widowni i słucham Twojej opowieści - tej jeszcze nie znałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to możliwe, chociaż na inicjatywę Baśne Właśnie się ostatecznie nie wybrał, to ja z Cat byłam jakoś w grudniu. Ale są różne takie organizacje, stowarzyszenia i oni często w Antykwariacie Mały Książek coś takiego robili:)
      Więc już znasz, no:D

      Usuń
  7. Bardzo ciekawa i mądra opowieść.:) To dobrze, że się przełamałaś i ją opowiedziałaś tym ludziom. I że podzieliłaś się nią z nami, czyli czytelnikami:). Szkoda tylko, że opowieści, które człowiek pisze własnym życiem zwykle są bardziej bolesne i ciężko zauważyć w nich jakąkolwiek naukę z początku. Ale może ta przychodzi z czasem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postarałam się w tych etnicznych po prostu wybrać jakąś bardziej zrozumiałą bez opowiadania całego kontekstu, a koniecznie właśnie z tą postacią jakby nie patrzeć...i też się cieszę, że jednak przełom pewien nastąpiłw tej kwestii:)
      Na początku owszem, ale mądrość i zrozumienie mają to do siebie, że łatwe nie są i właśnie wymagają czasu...może to kwestia żeby potem móc to docenić mimo wszystko?

      Usuń
  8. Jakoś coś mnie jeszcze podkusiło mimo godziny, żeby tutaj wejść i przeczytać Twój wpis, akurat po wcześniejszej rozmowie z kimś i po mojej trochę dziwnej reakcji na jedno zdanie 'no i co ja znów złego powiedziałem', 'nic, naprawdę, kompletnie nic złego, hmm nigdy nie miałeś tak, że coś Ci się z czymś skojarzyło?'. No i wchodzę do Cb i widzę terror skojarzeń. Straszne są, siedzą w naszych głowach, cały czas aktualne, potrafią wywołać dużo smutku, melancholii.
    Dowiedziałam się dziś, że 'paplam', tak więc koniec bezsensownego paplania na dziś.
    Tak sobie tylko i aż westchnęłam po przeczytaniu Twojego wpisu.
    Piękne opowieści i Ty też tworzysz piękną opowieść Frido.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm...skojarzenia czasem pojawiają się niechciane, a czasem wręcz znajdują odpowiedni moment przecież. I nawet jak smutne, czasem trzeba je przetrawić. Nie da się przecież całe życie uciekać od smutnych i niewygodnych nam rzeczy, no nie?
      I niekiedy ludzie za bardzo przywiązują się do pojedynczych zdań, niestety.
      Jak dla mnie nie paplasz:)
      I..dziękuję:)

      Usuń
  9. Oni nigdy nie odchodzą. Można cierpieć z tęsknoty za nimi, jednak tak naprawdę w sercu nadal są - żywi. I czuć ich właśnie, jak poczułaś jego czuwanie Ty. Materia być może za materią tęsknić będzie zawsze, jednak dusze mają się w porządku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Nieraz wręcz boleć musi, bo to znak przeszłej i obecnej miłości. Ale właśnie, nadal pewna część żyje. A poza naszym coedziennym postrzeganiem. Jak sądzę, ta ważniejsza.

      Usuń
  10. piękna opowieść, dobrze się ją czytało, fajna inicjatywa ze spotkaniami i występami na scenie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się spodobała:) I pewnie że fajna. W każdym mieście warto taką podjąć:)

      Usuń
  11. Ty już jesteś piękną opowieścią. Pełną cudownych słów, zaskakujących zwrotów akcji i głębokich emocji :)
    Opowieści pozwalają nam brać udział w życiu innych ludzi i poznawać ich mądrość. Te usłyszane, spisane na kartach książek i te na blogach. Tak więc jesteś opowieścią i jesteś opiekunką opowieści, a to bardzo piękna misja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci za tak miłe słowa:)
      I dokładnie, opowieści to mądrość w nich zaklęta przede wszystkim, ich piękno...a my nieraz tego nie doceniamy po prostu. A szkoda.
      I ty przecież też, no nie?:)

      Usuń
  12. Odpowiedzi
    1. Widziałam, ale nie miałam czasu:D

      Usuń
  13. Jesteś niesamowitą osobą Frido. Uwielbiam czytać jak jeden moment potrafisz opisać w milionie słów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wspaniały komplement:)

      Usuń
  14. kurczę, nie wiem czy umiałabym coś z siebie wydusić choćby słowo, widząc te wszystkie pary oczu. a co mówić o opowieści...
    dużo zdrowia dla koleżanki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się wydaje, że każdy może się przemóc::) i dziękuję w jej imieniu:)

      Usuń
  15. Ja też problemy innych biorę sobie za bardzo do serca.
    Chociaż to, że ta kobieta akurat o tej chorobie Ci opowiedziała ma dla Ciebie jakby głębsze znaczenie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja może nie tyle biorę je za bardzo do serca, co to mnie właśnie wyjątkowo mocno ubodło...

      Usuń
  16. Zobaczyłam w tytule 'Brat Królik' i mi dech zaparło... I dałaś czadu tą opowieścią ;)

    OdpowiedzUsuń