Piękny dzień, pełen słońca.
Idealny dzień wiosenny, idealny dzień na spacer, na to, by wreszcie
załapać trochę witaminy D3, tak pogubionej w czasie mrocznej
jesieni i dziwnej zimy.
Ulice Poznania zaroiły się tłumem
ludzi. Sobota, dzień wolny.
Dzień wolny, choć przecież nie dla
mnie. Gdy nie biegam do pracy, w weekendy biegam do szkoły. Tak
naprawdę pierwsze wolne dni uświadczę w czasie majówki, na które
i tak mam już intensywne zapewne plany. Ale to nic. Dziarski krok,
spacer przez park koło domu. Idziemy do przodu.
Podczas przerwy w zajęciach wychodzimy
z Gośką przed budynek na papierosa.
Gośka nie jest pierwszej młodości,
niedawno świętowaliśmy jej 52 urodziny. Nie najmłodsza, ale z
niesamowitą werwą i pasją. Inteligentna, oczytana, wiele w życiu
przeszła, ale stale próbuje coś zmienić na lepsze. Istny
wojownik.
Ale i ten wojownik w ostatnich
tygodniach aż marniał w oczach. Stale blada, zmęczona. Dużo
pracy, może to dlatego. Może na wiosnę każdemu ciału jest
trudniej, gdy po długiej zimie zaczyna się przestawiać i
regenerować. Może to to.
Jednak Gośka opowiada mi, co ostatnio
się stało. Zemdlała na ulicy. Wylądowała na szpitalnym oddziale
ratunkowym z trzepoczącymi przedsionkami. Zaawansowana miażdżyca,
jak się okazało. Wypuścili ją wreszcie z OIOM-u, na którym siłą
wręcz położył ją dyżurny lekarz, ale we wtorek tam wraca.
Ablacja.
Trzepoczące przedsionki. Ablacja.
Na dźwięk tych haseł padających z
ust Gośki przez chwilę mi słabo. Staram się nie pokazać, ale mam
odruch paniki. To mi serce zaczyna trzepotać, a może na chwilę
staje.
W tym pięknie świecącym, kwietniowym
słońcu czuję na sobie oddech listopada.
Są chwile, które trwają wiecznie. Są
chwile, w których na nowo umieramy, zamieramy i czujemy rozpacz.
Spadamy na samo dno własnych przepaści, nasze demony szarpią nami
aż za mocno, ściskają serce, wyrywają włosy.
Ale te chwile mijają. Przebłyski. Nie
daję po sobie nic poznać, nie mówię nic Gośce, bo przecież jej
nawet o tym nie mówiłam, za krótko się znamy, za mało i...
Nie chcę jej przestraszyć. Teraz ona
potrzebuje pocieszenia, powiedzenia, że wszystko będzie dobrze.
Zaciągam się papierosem, takim samym,
który pewnie i ją wykańcza tak naprawdę. Zaciągam się, łapiąc
chwilę, w której mogę nic nie mówić. Wypuszczam śmiercionośny
dym ( och, kto jak nie ty wiesz, jak bardzo to zabija?) i
racjonalizuję, w tej jednej właśnie chwili.
Masz zamiar, cholera, pracować w
szpitalu. Nie możesz na nowo umierać, gdy za każdym razem słyszysz
przedsionek. Migotanie. Trzepotanie. Blizna na sercu. Ablacja. Stent.
Echo serca. Ekg. Zator. Uszkodzenie aorty. Chore serce.
Nie możesz. Nie na tym polega tez
życie, żeby ulegać terrorowi własnych skojarzeń. Nie teraz, nie
na tym słońcu. Nie przed wieczorem, na który tak długo czekałaś.
Rozmawiamy więc dalej na spokojnie,
wracamy na zajęcia. Skupiam się na tym, co mówią mi po raz setny
w moim życiu o aseptyce i gronkowcach. Rozmawiam z innymi, piszę
smsy na co nudniejszej części.
( Serio, ktoś jeszcze chce mi wmówić,
że na zakażenie HIV najbardziej zagrożeni są obecnie
homoseksualiści? A figę! Bo heteroseksualne kobiety statystycznie
zapadają na zachorowania obecnie najczęściej!)
Czekam do końca zajęć. Czekam na
wieczór.
Po zajęciach odbiera mnie Mąż.
Idziemy zjeść coś na szybko, a potem pędzimy do Zamku. Tam, gdzie
czeka nas dzisiaj noc pełna opowieści. Tam, gdzie i ja mam
przedstawić swoją.
Rozsiadamy się, razem z moimi
przyjaciółmi, pewnymi znajomymi bliższymi i dalszymi. To aż
deprymuje, że aż tylu ich tego wieczoru się zjawia.
Tak dawno nie mówiłam nic publicznie.
Tak dawno przestałam grać w teatrze, tak wiele czasu temu to
zamarło. Usnęło. A teraz musi obudzić się na nowo.
Dopada mnie stres, ale nie jest
nieprzyjemny. Tym bardziej, że pod sercem coś cichutko gra.
Nie robię przecież tego tylko dla
siebie, choć w dużej mierze, owszem. Chcę pamiętać, chcę coś
właśnie obudzić. Chcę zmienić zimno listopada, które i dzisiaj
mnie dopadło i nieraz wraca, nieraz ze zdwojoną siłą, chcę
zmienić w spokojne ciepło opowieści.
Bo jak mówił ten, o którym myślę
także i tego wieczora, nie jesteśmy niczym więcej, albo może
jesteśmy aż, opowieścią. Tą, którą sami piszemy swoimi
czynami.
Pamiętam twoją opowieść, Bracie. A
i dzięki tobie poznałam inne. Poznałam też wiele sama, wiele
takich, które i tobie by się spodobały. Więc jedną dzisiaj
opowiem głośno, niech idzie w świat.
Słucham nieraz ze wzruszeniem, a
nieraz rozbawiona cudzych słów i biorę je sobie mocno do serca.
Opowieść o miłości, która musi być cierpliwa. Opowieść o
ranach, które potrzebują czasu na wygojenie. Opowieść o złości,
opowieść o krzywdzie która wynagrodzona zostaje wielkim dobrem.
To prawda, że opowieści, mówione a
nie czytane, te przekazywane głównie w kręgu ludzi, kiedyś przy
ogniskach wspólnot, teraz nawet rozdawane w salach zamów i w pubach
są pewnym rodzajem społecznej psychoterapii. Mają uczyć przez
zabawę. Mają pokazywać inną perspektywę. Czasem pozwalają
powiedzieć o tym, co niesprawiedliwe i o tym, co boli.
My trochę w naszym szybkim świecie,
gdzie nie ma czasu na ukryte mądrości, gdzie podane muszą być
wprost na złotej, zimnej tacy, zapominamy o tym. A ja, jak już
pisałam całkiem niedawno, zapomnieć nie chcę. Chcę nadal
uczestniczyć w wymienianiu mądrości przy ogniskach. Chcę słuchać
historii prawdziwych ludzi, historii, które się zdarzyły, chcę
słuchać bajek, zmyślonych prawd, które ubrane są w postacie
zwierzą i księżniczek. I chyba coraz bardziej sama chcę mówić.
Coraz bardziej sama chcę się...leczyć.
Bo opowieści to społeczna
psychoterapia. Ale i osobista, w tym jednym przynajmniej przypadku.
Osobista nie tylko dla mnie. Ale też dla wielu ludzi, którzy
przyszli dzisiaj, by posłuchać. Oni zrozumieją w dwójnasób. Oni
odczują to, co i ja czuję.
Po drugiej przerwie trochę
zdenerwowana czekam na swoją kolej. Baśnie nie są długie, a
moment, kiedy mam wyjść przed całą publikę, dłuży się
niemiłosiernie.
Obok mnie stoi inna dziewczyna.
Dziewczyna z psem przewodnikiem, niewidoma od paru lat, która
pięknie opowiada, zawsze mądrze, zawsze rozczulająco. Dzisiaj
również już mówiła, właśnie o miłości, która potrzebuje
cierpliwości, o miłości, która pozwala dostrzec pod tym, co
brzydkie to, co piękne. Odwieczne prawdy skryte za imieniem
chińskiej starożytnej księżniczki i za bezimiennym starym
rybakiem o cudownym głosie.
-Teraz ty?
-Tak...- mówię, najwyraźniej słychać
moje pewne zdenerwowanie.
-Pierwszy raz?
-Tak.
-Daj czadu.
Wychodzę więc przed ludzi, przed
siedzących na podłodze i popijających wino. Reflektory trochę
oślepiają, za oknem nie widać księżyca, nie widać gwiazd.
Świecie być może, pozapalane w całej sali a także na parapetach
chyba wszystko psują.
Nie widzę gwiazd, ale wiem, że tam
są. Płoną, czasem martwe, z oddali jednak nada świecą.
Płoną, jak miłość zmarłych. Nie
możemy spojrzeć im w oczy, ale nadal ją czujemy.
Mówię cicho na początku. Z czasem
coraz głośniej.
A więc zaczynam.
Wiecie, istniał, nadal trochę
istnieje, pewien lud, lud zniewolonych ludzi, przywieziony w
kajdanach do pracy na polach bawełny. Mimo, że zabrano im wszystko,
biczowano ich plecy, nie zabrano im jednego. Ich opowieści. Pełnych
tzw. Spryciarzy, którzy potrafili ograbić i wykiwać silniejszego,
pod którego panowaniem się znajdowali. Opowieści pełnych radości
ale i nauki o tym, czego nie powinno się robić.
Ludzie ci mawiali, że jasne noce,
pełne gwiazd, są najlepsze, by zasiąść przy ognisku i opowiadać.
Opowiadać w metaforach to, czego nie mogli powiedzieć tak naprawdę
głośno. W takie noce mawiało się, że Brat Królik czuwa. Nad
nimi, jako jeden ze Spryciarzy. Nad opowieściami, bo i on dzięki
nim nieraz potrafił przetrwać. Ja wierzę, że Brat Królik czuwa
dzisiaj i nad nami.
Urywam na chwilę. Zacinam się, dziwne
uczucie w sercu i na chwilę mam wrażenie, że nie mam głosu.
Podnoszę wyżej głowę, reflektor już tak nie oślepia. Podnoszę
wzrok, widzę kilka par oczu. Widzę i inne oczy, które czekają
niemo na dalszy ciąg. Miałam mówić o czymś innym, o Króliku i
Pająku Anansim jak u Gaimana, ale w ostatnim momencie....
Brat Królik czuwa, więc i o nim
dziś opowiem.
Wiecie, a może nie, Brat Królik to
znakomity muzyk, który swoim śpiewem, graniem albo stepowaniem
potrafił wydobyć się z każdej opresji, a nie było też melodii,
której nie umiałby zatańczyć, właśnie stepując.
Czasem doprowadzał tym do szału,
bo kiedy tańczył ktoś inny, Brat Królik potrafił wskoczyć na
scenę, ot tak, przejąć całą uwagę i sprawić, że wszystkim
dookoła opadały szczęki. Nie kiwał się przy tym, ani nie
ślizgał, jak to nowomodni tancerze mają w zwyczaju, ale
podskakiwał wysoko i uderzał z gracją obcasami o ziemię. Nikt nie
potrafił skakać z taką gracją jak Brat Królik.
Jednak czasy się zmieniły i Brat
Królik trochę zmądrzał. Rozmyślał nad różnymi rzeczami i
pojął, że zamiast tak dokazywać na oczach całej wioski, powinien
trochę czasem posiedzieć w domu i zająć się interesami własnej
rodziny. Myślał, myślał, aż w końcu wymyślił, jak mógłby
zarobić na swoje utrzymanie i swoich dzieci.
Zawsze kochał ziemię, więc
oczyścił jej kawałek i zaczął uprawiać ziemniaki.
Brat Lis, który zawsze pilnie
obserwował co się dzieje i miał z Bratem Królikiem na pieńku,
sądził, że nagła zmiana u Królika wynika ze strachu. Pomyślał,
pomyślał, jak to on, czasem zawistny i postanowił odpłacić mu
się pięknym za nadobne, za wszystkie wcześniejsze czyny i
upokorzenia na zabawach. Zaczął więc wyrządzać szkody na polu
Brata Królika.
A to powyrywał sztachety z płotu,
a to posypał ziemię solą, tak, żeby nic nie urosło. I tak na
okrągło, aż biedny Brat Królik nie wiedział, co począć.
Kiedy Brat Lis zauważył, że
jednak Brat Królik nie reaguje na jego zaczepki ani trochę, uznał,
że na pewno jest już na tyle przerażony i zastraszony, że można
go pożreć. Zawołał więc go i zapytał, czy ma może ochotę na
spacer.
-Gdzie?-zapytał Brat Królik?
-Ano tam, hen przed siebie
-A gdzie jest to hen przed
siebie?-zapytał Brat Królik.
-To tam, gdzie rosną znakomite
brzoskwinie- odparł Brat Lis. -Będziesz mi potrzebny, żeby wleźć
na drzewo i trochę ich postrącać.
Wyruszyli więc w drogę i po pewnym
czasie dotarli do sadu. Brat Królik wybrał odpowiednie drzewo i
wspiął się na nie, a Brat Lis usiadł pod drzewem w dogodnym
miejscu, gdzie, jak miał nadzieję, gdy tylko Brat Królik będzie
schodził z drzewa, będzie mógł go niepostrzeżenie schwycić i
pożreć.
Jednak, Brat Królik, łagodny i
miły, nie był tak naiwny, jak wielu sądziło i przejrzał plan
Lisa. Kiedy zrywał brzoskwinie i Lis rzekł, by rzucił mu owoce,
Brat Królik odkrzyknął:
-Jeśli je rzucę tam gdzie teraz
stoisz, Bracie Lisie, a ty ich nie złapiesz, poodbijają się. Rzucę
je tam dalej, na trawę.
Brat Królik rzucił więc
brzoskwinie na trawę, a kiedy Brat Lis zaczął je zbierać, oddalił
się nieco. Kiedy był już dość daleko, rzucił do Brata Lisa, że
ma dla niego zagadkę.
Lis zdziwił się nieco, nie lubił
zagadek, a Królik był ich mistrzem, tak jak wszystkich gier, w
których trzeba myśleć. I zanim Lis zdążył zaprotestować, ten
już mówił:
Ptak mały śpiewa, duży tylko
dziobie
Mała pszczoła żądli, duża
bzyczy sobie.
Człowieka konie słuchają, choć
duże
Jaki pożytek jest z głowy w
dziurze?
Brat Lis, gdy już ją usłyszał,
podrapał się po głowie, myślał, myślał, ale nic nie wymyślił.
Nie wiedział o co chodzi w zagadce i choć bardzo się wysilał, w
końcu przyznał się Królikowi, że nic nie rozumie.
-Chodź ze mną, a pomogę ci ją
odgadnąć. To jedna z tych zagadek, które zrozumiesz, jak zjesz
trochę miodu. Od miodu się mądrzeje- mówił Brat Królik, mając
już plan. -Widzisz, Lisie, ja mam ponadto na oku jedno miejsce,
gdzie można miód zdobyć!
Okazało się, że ów miejsce
znajduje się na polu bawełny Brata Niedźwiedzia. Kiedyś buszując
tam trafił na wielki plaster miodu. Lis nie był zbyt łasy na
słodycze, ale chciał poznać rozwiązanie, więc zgodził się
pójść.
Ruszyli więc w drogę i po krótkim
czasie dotarli do uli Brata Niedźwiedzia. Brat Królik zaczął
stukać w nie kijem, tak, jak sprawdza się arbuza, czy już dojrzał.
Stukał i pukał, aż w końcu znalazł taki, który brzmiał
naprawdę obiecująco.
-Bracie Lisie, musimy go sprawdzić!
Ja teraz kijem uniosę ścianki w górę, a ty włóż tam głowę i
sprawdź, czy spadające krople odpowiednio smakują, pozlizuj je
trochę!
Jak powiedział Brat Królik, tak
zrobili. Lis wetknął tam głowę, a nagle Brat Królik wyciągnął
kij i ścianki ula spadły na jego głowę, przygniatając ją.
Brak Lis wierzgał, kopał,
piszczał...ale nic z tego! Zaklinał i złorzeczył, ale na nic to!
Utknął na dobre.
Teraz Brat Lis zrozumiał wreszcie,
o co chodziło Bratu Królikowi w jego zagadce! Jak mógł być tak
naiwny? Zezłościł się jeszcze bardziej, a jego pyszczek cały
oblepiony miodem zaczynały coraz zacieklej kąsać pszczoły.
Brat Królik oddalił się nieco, a
kiedy odwrócił się i zobaczył, jak Brat Lis wyje i podryguje,
krzyknął z radości jak za starych czasów i uciekł do domu ile
sił w skocznych nogach. Już nigdy więcej Brat Lis nie wyrządzał
szkód na jego polu i mógł w spokoju zarabiać na swoją rodzinę.
Jaki stąd wniosek? Mimo, iż
niektórzy są niepozorni, nie należy ich nigdy lekceważyć.
Zapamiętajcie sobie łagodnego, ale sprytnego Brata Królika, który
cudze zło potrafił obrócić na słuszne, choć bolesne lekcje
życia.
Skończyłam. Dopiero teraz poczułam,
że jednak trochę drżą mi nogi. Gdy ukłoniłam się, zeszłam ze
sceny, sprzed oślepiających reflektorów.
Dopiero gdy skończyłam...bo przecież
opowieść płynęła sama. Brat Królik przecież czuwa. Przecież
czuwa zawsze, nawet wtedy, gdy gwiazd nie widać. Bo ich światło,
choć mocne, jest słabsze nawet od siły pewnych więzi. Choć
przebywa miliardy, miliardy kilometrów pustek przestrzeni i
udowadnia istnienie czwartego wymiaru, mam wrażenie,że światło
gwiazd i tak jest niczym wobec poczucia tego, że ktoś nadal czuwa.
Że nadal jest przy nas ta miłość, ta czułość. Spokojna
obecność. Światło udowadnia istnienie czwartego wymiaru, a pewne
więzi przenikają wszystkie wymiary, udowadniając, w naszej pamięci
i świadomości, że nie ma niemożliwego.
Schodzę ze sceny, wracam „do swoich”
i słucham dalej opowieści. Zachwycam się, raduję dalej i
wzruszam, a moje serce śpiewa. Śpiewa podwójną pieśń, pieśń
zarówno szczęścia, jak i bólu. Jak każda z opowieści, ta pieśń
ma w sobie mądrość. Ta pieśń to życie.
Pieśń życia gra w sercach, a noc
jeszcze młoda. Mamy trochę czasu, choć on nie istnieje ( a może i
udowadnia fizycznie, w teorii strun 5 wymiar?). Mamy trochę czasu
choć nie młodniejemy z żadną sekundą i zawsze już będziemy
bliżej śmierci niż narodzin, nie odwróci się tego biegu. Ale noc
młoda, więc czas jeszcze na wino, jedna butelka, da każdego po
łyku. Symbolicznie, w parku, pod niebem na którym...
….pod niebem, na którym widać
jednak gwiazdy. Osłabione łuną miasta, przesłaniane przez
sporadyczne chmury. Ale jednak świecą, jednak są. Udowadniając,
że nie ma niemożliwego, udowadniając, że istnieją inne światy,
istnieją światy, w których one nadal żyją, choć w swoich
prywatnych ponoć są martwe.
Dla nas nie ma to znaczenia. Światło
przenika wszystkie granice. Opowieści toczą się dalej, pod każdym
niebem, nawet, jeśli nie zdążymy ich dostrzec, zapisać,
wypowiedzieć. Gdzieś zapisały się jednak w tym świecie, na
skrajach atomów, na skrajach pustki z których się składają.
A mi niektóre opowieści nadal, być
może, będzie udawało się uchwycić. Niektóre być może, będzie
udawało się przekazywać. '
A co najważniejsze, może napiszę
jeszcze do końca swoją opowieść. Którą jestem i którą będę.
I może kiedyś i ktoś wspomni o mnie w rozgwieżdżoną, wiosenną
noc.
Wiesz, zawsze jest ktoś kto nad nami czuwa, taka dobra dusza. A każdy ma w sobie swoją własną opowieść.
OdpowiedzUsuńNo ja mam parę swoich już "dusz", które jakoś mentalnie po prostu tylko są ze mną ale...nadal chcę właśnie wierzyć w ich opowieść:)
UsuńAle przecież ich opowieści są prawdziwe, mimo że są fizycznie nieobecni ...
UsuńOtóż to:)
UsuńTo piękna opowieść...
OdpowiedzUsuńCieszę się, że się spodobała:)
UsuńGdybym tam była na dźwięk słów "Brat Królik" zaczęłabym płakać. Nie wiem jaka była pierwotna wersja historii, którą chciałaś opowiedzieć, ale czuję, że dobrze zrobiłaś zmieniając ją. Włożyłaś w tą historię serce i wśród publiki nie jedna osoba się wzruszyła i uroniła łzę.
OdpowiedzUsuńCo do choroby Twojej koleżanki (Pani Gosi - mi ciężko mówić Gośka znając jej wiek:P) to wczoraj koleżanka opowiedziała mi historię dziecka z jej rodziny, które gdy było małe otarło się o śmierć chorując na zapalenie płuc, o którym nikt nie wiedział, bo było bezobjawowe. Ciarki mnie przeszły na myśl, że tyle osób z nas choruje nie wiedząc o tym, przez co w porę nie możemy sobie pomóc.
Wiele nie zmieniłam. Właśnie Bart Królik występuje w opowieściach ludów Afroamerykańskich, tak samo jak Brat Lis itp:) Ale fakt, że dla mnie osobiście to była jednak..intyna bardziej historia:)
UsuńJa jej tak mówię, bo sama zaproponowała, trochę inaczej, więc się przestawiłam:)
I teraz jest w szpitalu i mam nadzieję, że będzie dobrze już. I dokładnie, czasem choroba czy nawet śmierć...atakują znienacka.
Dzisiaj komentarz będzie krótki.
OdpowiedzUsuńJak zawsze napisałaś trafną puentę, która zapada w pamięci.
Więc...cieszę się:) Tak chyba mogę powiedzieć:)
UsuńNapisane przez Ciebie słowa powodują u mnie chwilowy bezdech, naprawdę.
OdpowiedzUsuńZaraz po nim łzy...tak już mam, często się wzruszam.
Przepiękna opowieść.
Dużo zdrowia dla Twojej Koleżanki!!!
Wierzę, że wszystko dobrze się poukłada!
Ściskam!
No to cieszę się:) Bo chyba od czasu do czasu tak powinno być, a i wzruszanie jest dobre.
UsuńI Gośka już w w szpitalu i nie jest tak źle, więc życzenia pomogły:)
Pamiętam, jak chyba u Kordiana pierwszy raz czytałam o tych wieczornych opowieściach. :) Świetna inicjatywa. Czytając miałam wrażenie, że siedzę przed Tobą na widowni i słucham Twojej opowieści - tej jeszcze nie znałam.
OdpowiedzUsuńNo to możliwe, chociaż na inicjatywę Baśne Właśnie się ostatecznie nie wybrał, to ja z Cat byłam jakoś w grudniu. Ale są różne takie organizacje, stowarzyszenia i oni często w Antykwariacie Mały Książek coś takiego robili:)
UsuńWięc już znasz, no:D
Bardzo ciekawa i mądra opowieść.:) To dobrze, że się przełamałaś i ją opowiedziałaś tym ludziom. I że podzieliłaś się nią z nami, czyli czytelnikami:). Szkoda tylko, że opowieści, które człowiek pisze własnym życiem zwykle są bardziej bolesne i ciężko zauważyć w nich jakąkolwiek naukę z początku. Ale może ta przychodzi z czasem...
OdpowiedzUsuńPostarałam się w tych etnicznych po prostu wybrać jakąś bardziej zrozumiałą bez opowiadania całego kontekstu, a koniecznie właśnie z tą postacią jakby nie patrzeć...i też się cieszę, że jednak przełom pewien nastąpiłw tej kwestii:)
UsuńNa początku owszem, ale mądrość i zrozumienie mają to do siebie, że łatwe nie są i właśnie wymagają czasu...może to kwestia żeby potem móc to docenić mimo wszystko?
Jakoś coś mnie jeszcze podkusiło mimo godziny, żeby tutaj wejść i przeczytać Twój wpis, akurat po wcześniejszej rozmowie z kimś i po mojej trochę dziwnej reakcji na jedno zdanie 'no i co ja znów złego powiedziałem', 'nic, naprawdę, kompletnie nic złego, hmm nigdy nie miałeś tak, że coś Ci się z czymś skojarzyło?'. No i wchodzę do Cb i widzę terror skojarzeń. Straszne są, siedzą w naszych głowach, cały czas aktualne, potrafią wywołać dużo smutku, melancholii.
OdpowiedzUsuńDowiedziałam się dziś, że 'paplam', tak więc koniec bezsensownego paplania na dziś.
Tak sobie tylko i aż westchnęłam po przeczytaniu Twojego wpisu.
Piękne opowieści i Ty też tworzysz piękną opowieść Frido.
Hm...skojarzenia czasem pojawiają się niechciane, a czasem wręcz znajdują odpowiedni moment przecież. I nawet jak smutne, czasem trzeba je przetrawić. Nie da się przecież całe życie uciekać od smutnych i niewygodnych nam rzeczy, no nie?
UsuńI niekiedy ludzie za bardzo przywiązują się do pojedynczych zdań, niestety.
Jak dla mnie nie paplasz:)
I..dziękuję:)
Oni nigdy nie odchodzą. Można cierpieć z tęsknoty za nimi, jednak tak naprawdę w sercu nadal są - żywi. I czuć ich właśnie, jak poczułaś jego czuwanie Ty. Materia być może za materią tęsknić będzie zawsze, jednak dusze mają się w porządku.
OdpowiedzUsuńDokładnie. Nieraz wręcz boleć musi, bo to znak przeszłej i obecnej miłości. Ale właśnie, nadal pewna część żyje. A poza naszym coedziennym postrzeganiem. Jak sądzę, ta ważniejsza.
Usuńpiękna opowieść, dobrze się ją czytało, fajna inicjatywa ze spotkaniami i występami na scenie
OdpowiedzUsuńCieszę się, że się spodobała:) I pewnie że fajna. W każdym mieście warto taką podjąć:)
UsuńTy już jesteś piękną opowieścią. Pełną cudownych słów, zaskakujących zwrotów akcji i głębokich emocji :)
OdpowiedzUsuńOpowieści pozwalają nam brać udział w życiu innych ludzi i poznawać ich mądrość. Te usłyszane, spisane na kartach książek i te na blogach. Tak więc jesteś opowieścią i jesteś opiekunką opowieści, a to bardzo piękna misja :)
Dziękuję ci za tak miłe słowa:)
UsuńI dokładnie, opowieści to mądrość w nich zaklęta przede wszystkim, ich piękno...a my nieraz tego nie doceniamy po prostu. A szkoda.
I ty przecież też, no nie?:)
Wysłałam zaproszenie. :)
OdpowiedzUsuńWidziałam, ale nie miałam czasu:D
UsuńJesteś niesamowitą osobą Frido. Uwielbiam czytać jak jeden moment potrafisz opisać w milionie słów.
OdpowiedzUsuńDziękuję za wspaniały komplement:)
Usuńkurczę, nie wiem czy umiałabym coś z siebie wydusić choćby słowo, widząc te wszystkie pary oczu. a co mówić o opowieści...
OdpowiedzUsuńdużo zdrowia dla koleżanki :)
Mi się wydaje, że każdy może się przemóc::) i dziękuję w jej imieniu:)
UsuńJa też problemy innych biorę sobie za bardzo do serca.
OdpowiedzUsuńChociaż to, że ta kobieta akurat o tej chorobie Ci opowiedziała ma dla Ciebie jakby głębsze znaczenie..
Ja może nie tyle biorę je za bardzo do serca, co to mnie właśnie wyjątkowo mocno ubodło...
UsuńZobaczyłam w tytule 'Brat Królik' i mi dech zaparło... I dałaś czadu tą opowieścią ;)
OdpowiedzUsuń