piątek, 3 kwietnia 2015

O 25 roku życia, wiosennych zawirowaniach i kwiatach które muszą to przetrwać, o słowie Inszallach, czyli po króciutkiej przerwie-wracam do pisania

Nie miałam czasu żeby tu pisać. Tak się przed sobą usprawiedliwiałam, bo przecież nowa praca, bo szkoła, bo niedosypianie. Ale na inne rzeczy znajdowałam czas. Na siedzenie parę godzin z książką, na siedzenie na czacie, na który mnie (bardzo dobrze!) zaciągnięto. Miałam czas na spotkania z przyjaciółmi, kolejne spektakle. Na to wszystko się znajdowało.
Nie miałam czasu, żeby odpisywać na maile, na dłuższe wiadomości na fejsie? Nie miałam czasu, żeby dokończyć obrazy, kilka zaczętych szkiców? Nie miałam czasu, żeby odezwać się do paru osób?
Tak sobie mówiłam. Nie mam czasu. Wir życia, kolejnych obowiązków, kolejnych szaleństw, które każą pić, wracać do domu o piątej nad ranem. Dużo szalonego śmiechu. A pomiędzy nim napady, coraz silniejsze napady łez cisnących się do oczu. Niesamowita huśtawka. Męcząca, choć momentami tak piękna huśtwka.

Znowu się zacięłam. Zamiast chwycić za kartkę, zamiast skupić się znów na śpiewie księżyca i gwiazd, znowu wolałam usiąść przed snem na parapecie okna i zapalić papierosa. Znowu troszkę destrukcji. Gdy w nocy z 31 marca na 1 kwietnia przecięłam sobie palec, pomyślałam, znowu, że to wcale nie takie złe.

Parę rzeczy się posypało. Nie tylko mnie chwyciła słynna „melanchujnia”. Mojego Męża też, a ten wybrał jedną z lepiej sobie znanych metod- zamknięcie w jaskini. Udawanie, że sprawy nie ma. Czas leczy rany, więc niech wyleczy się samo. Może i ma trochę racji. Może rozdrapywanie każdej nocy, bez końca i bez końca tego samego, mówienie o bólu i tęsknocie do niczego nie prowadzi. Chciałam mu więc tego oszczędzić, wziąć na przeczekanie.
Potem okazało się, że może chce udawać przed obcymi że nawet nie znał człowieka, że nic nie znaczył. Ale gdy go potrzebuję, to jest, przecież jest.

Tylko że ja zamknęłam się w tym znowu sama. Bez żadnych znanych sobie metod, ryba wyciągnięta z wody, miotająca się w sieci.

I tak strasznie bałam się swoich urodzin. Może wydawać się śmieszne, ale tak, bałam się. Tak bardzo, że chciałam udawać, że ich wcale nie ma. Wyłączyć telefon, wmawiać, że ktoś przecież pomylił daty.

2 kwietnia. Ten dzień przecież nie należał tylko do mnie. Zawsze, razem czy osobno, urodziny obchodziliśmy wspólnie. Wspólnie w swojej głowie.
Starałam się ignorować ten strach. Umówiłam się do lekarza nawet, lekarza w moim dawnym mieście, tak, że urodziny miałam spędzić w pociągach, w pędzie, nie myśląc.
W ruchomy, zabiegany cel łatwiej trafić? Owszem. Ale nieraz kula trafia prosto w serce. Los i ból są doskonałymi strzelcami.

Udawałam cały czas, że nic się nie dzieje. Dużo pracy, dużo picia i zabawy. Znane metody odreagowania, znane metody ucieczki przez te dwa tygodnie. A może i dłużej, tak naprawdę. We wtorek wpadł do naszego mieszkania August, ze swoim problemem- i to wcale nie błahym, bo po prostu też nie wie, jak ułożyć sobie teraz życie.
Mąż i August postanowili więc po męsku pogadać, przy piwie. Nie wtrącałam się, byłam obok, w swoim świecie, rozmawiając przez internet ze znanymi albo przypadkowymi ludźmi. Niby nic. Kolejna piosenka, kolejne piwo, kolejne skojarzenie. Skończona paczka papierosów.

Tłumione emocje ponoć kosztują najwięcej. Mąż i jego przyjaciel upili się na dobre, August wrócił do siebie a ja...a ja nie chciałam iść spać. Coraz więcej myśli o nadchodzących urodzinach, coraz więcej myśli złych i niedobrych, lęku Odkrycie w pełni, że tak, znowu się zacięłam, zrobiłam coś, czego nie chciał.
W tym zimowym początku wiosny dopadło mnie znowu przemęczenie, znowu smutek. Już pierwszy kwietnia, jeszcze tylko doba, niecała doba.
Nie chciałam budzić Męża, wmawiając sobie...że ile można? Ile mogę się wypłakiwać, słuchać pocieszeń albo milczeć? On ma przecież też swój ból, ten który może i idealnie współgra z moim...ale nieraz nie może go wyleczyć. Nie chciałam go budzić, niech śpi, niech nie śnią mu się złe sny, ja poczekam. Poczekam, bo pusta paczka papierosów.

Musiałam jednak komuś powiedzieć. Tłumione emocje mają swoją cenę, a potem wylewają się aż za bardzo. Zawsze byłam wobec nich ekshibicjonistką. Napisałam więc do Red, wiedząc, że śpi, nie chcąc jej budzić, po prostu chcąc to gdzieś napisać. O tym, że nie czekam wcale na urodziny, o tym, że nie, wcale dobrze nie jest. Znowu melanchujnia.
Może nieładnie czasem tak wylewać emocje. Zalewać kogoś własnymi łzami. Przywykłam, że to mi się o nich mówi. Ale los stwierdził, że i ja muszę mieć swoje.

Noc trwała. Czekałam na to, aż otworzą pierwszą Żabkę, pod domem, chciałam zapalić, tak po prostu. Czekałam, a ktoś jednak czekał ze mną.
Nocne rozmowy z A.
Z jego bólem w głównej roli zazwyczaj. Z moim tym razem. Sam wyczuł, że coś jest nie tak. Dziwne, jak można znać człowieka, prawie go nie znając.
Dużo dobrych słów, dużo brutalnych słów.

Mówisz o tęsknocie? Dobry żart. Tęsknota to kolejna ułuda ( sama mówiłaś mi o ułudach, nie?). Echo dawnej miłości, echo dawnej czułości ( tej jego). Czujesz ją pod sercem, czujesz ból, czujesz pustkę. I co z tego? Po raz kolejny kurwa, co z tego? Żyjesz, twoje serce bije, choć inne umarło. Dla ciebie umarło.
A ty żyj dalej i kochaj, bo nadal masz szansę- iść dalej, nie oglądać się za siebie, z czasem leczyć rany. Może właśnie czasem tęsknić, odczuwać ból, ale ale mimo to, iść dalej. Aż po horyzont szczęścia. To Ty mnie nauczyłaś- szczęście, ze swoim wielkim pomimo, jest możliwe.
Więc przestań Frida, bo się poukłada. I twój Mąż ma też rację, wiesz? Czasem za dużo oglądasz się za siebie ostatnio. Może nieraz trzeba to przemilczeć, zacisnąć zęby, iść właśnie dalej.
Pomyśl też do cholery, co on by zrobił, jakbyś ty umarła? Zatrzymałby się?”

Nocne rozmowy. Wysiedział ze mną do tej 6 rano, nie musiałam iść po papierosy, bo z pracy na nocce wrócił współlokator. U niego w oknie oglądaliśmy blady świt, paląc, nic nie mówiąc, zmęczeni, każde w inny sposób.

Poszłam pod prysznic, wtuliłam się Męża, który spał niespokojnie, bo beze mnie u boku. Wiem, że budził się parę razy gdy ja siedziałam w kuchni i rozmawiałam z bardziej i mniej obcymi ludźmi, ale nie przychodził. Chyba tym razem on bał się przeszkadzać jakoś. Za ostrożny i on i ja.
Zasnęliśmy już spokojnie, we dwójkę, choć na dworze robiło się jasno. Spokojnie, bo sami dla siebie, w swoim świecie, jednak we dwójkę. Żyj i dalej kochaj.

Tak, kochaj tak mocno, jak to możliwe...nawet gdy inne rzeczy bolą. Tego się nauczyłam, o tym trzeba mi przypominać. O tym przypominają mi te szczupłe, podrapane wcześniej przeze mnie plecy. Najintymniejsza część świata, plecy właśnie, jak pisał i mówił jeszcze ktoś inny, też ten, który rodził się w kwietniu, a z którym nie będę obchodzić urodzin.

Chciałam doczekać, chciałam przeczekać. Może przespać.

Obudziłam się więc, zanim przyszło południe. Obudziłam Męża pocałunkiem, wstałam i zaczęłam się pakować. Bo jadę przecież do domu. Na swoje bagna, gdzie może nałapię trochę energii. Na wizytę do lekarza, na zabieganie, na załatwianie mamie zakupów, bo przecież złapała i ona zapalenie oskrzeli.
Porozmawiałam z nim o nocy, przez co spóźniłam się na wcześniejszy pociąg, ale porozmawiałam o tym wszystkim, że jednak się boję. Wiem, że mówienie sprawia mu ból, słuchanie o tym moim jego podwaja. Ale nie ucieka, przede mną nie ucieka, nie jestem obca. Jesteśmy dla siebie, to właśnie ze sobą dzielimy się wszystkim. Dobrym i złym. Bo jest miłość.

Zmęczony i niedospany był tak samo jak ja, jednak odprowadził mnie na pkp. Pocałował czule, wsadził do pociągu, mając to dziwne spojrzenie. Spojrzenie, które się martwi, ale które otula i mówi zawsze „zajmę się tobą”. Stały ląd, w który wierzę, chcę wierzyć w tym świecie. On. Kocham, kocham, kocham.

W pociągu czytam książkę, kolejną ucieczkę w świat cudzej wyobraźni. Książki chronią przed naszymi własnymi bajkami nieraz, pewnie dlatego znowu tyle czytam.

Po drodze, w szalonej pogodzie, nagle widziana nad polami, zza szyby, cudowna tęcza. Pierwsza w tym roku.
Dobry znak? Przecież zawsze cieszyliśmy się jak dzieci, chwytaliśmy za ręce, gdy byłam jeszcze nastolatką, dobry znak. Tęcze i szalone pocałunki w deszczu potem, gdy już dorosłam, z Mężem.
Tak, piękna tęcza, lecz...

Urodziny z każdym kilometrem zbliżały się nieubłaganie. Zbliżały się, a ja trochę się bałam, a trochę zaczęłam się cieszyć. Bo dobre znaki, mimo że pod sercem ból tak uwiera.

I pękłam.
Pękłam w nocy, pękłam jak dojrzały owoc, owoc, który może zakrwawić tym sokiem pełnym żalu i goryczki, zamiast słodyczy. Pękłam w rozmowie z A., pękłam w poranku z Mężem. I zaczęłam czuć początek ulgi.
Owoc miał bowiem w sobie jak zawsze pestkę, w której tkwił mały zielony kiełek.
Zielone kiełki w doniczkach, opary mgły w kubku. Tak, tak już było, te teorie, przed latami, jedna z teorii w urodziny właśnie....

Zawsze kochałam pracę w ziemi. Rośliny w doniczkach na parapetach, zielone i pachnące. Te, którymi trzeba się opiekować.

Mój owoc po raz kolejny pękł, ale wydał na świat pestkę, kiełek. I to na nim muszę się skupić, nie na ranach na skórce, na gorzkim miąższu.
Roślina zielona i w doniczce, koniecznie pachnąca. Pamiętam jak ten, z którym miałam zawsze urodziny, sadził mango i cytryny. Teraz czas na mnie. Zasadzę taką samą siebie.

Urodziny, dzień tak symboliczny. Dla wielu zwykła data, nic nie znacząca. Dla mnie może kolejny krok, kolejna odpowiedź. Człowiek jednak nieraz boi się ten krok zrobić, postawić go, boi się, że skacząc po skałach spadnie w przepaść. Ale trzeba iść uparcie do przodu, tak, A. miał rację, przedtem to mój przyjaciel miał rację, mój Mąż ma nawet cholera rację.

Urodziny, więc można urodzić się na nowo. Na wiosnę, bo sama wiosnę w sobie noszę, tą skomplikowaną, tą która słońce miesza ze śniegami, tą która ogrzewa ale i roztapia makijaże i mrozi serca. Jestem wczesną wiosną, kwietniowo skomplikowaną, niosę ze sobą młode, rodzące się jagnięta i trzaskającą krę na rzekach. Tak było i tak zawsze będzie.
Taki jest mój los. Wszystko się przeplata i nie ma jednego równania na życie.
Inszallach.

Po bólu i zamieraniu obietnica nowej zieleni. Tej, która jeszcze nie wybuchła. Tak jak mówi moja wiara, szalony krąg, życie, śmierć, życie, wszystko jest jednym.
Czasem myślę o Bogu, a czasem o śmierci i wiesz, dzisiaj odkryłem, że to to samo.

Więc i niech tak będzie dla mnie. Nadzieje wiosny i jej śmierci. Obietnica, którą sama spełnię.
Samospełniająca przepowiednia.
Zielone kiełki.

Wysiadam z pociągu, biegnę do domu, biegnę do mamy, też przytulić się, porozmawiać, oderwać. Całkiem inny świat. Atmosfera która ładuje baterie.
Po ogrodzie biegają dzikie koty, których jeszcze nie znam. I kwitną wiosenne kwiaty, niezrażone okalającym je śniegiem. Im to nie przeszkadza, przetrwają. Choć miały nadzieję, że już wszystko w porządku, że najwyższy czas, zimno i mrok cofnęły się, zaskakując znów, mrożąc zielone kiełki. Fioletowe i białe pachnące fiołki pod puchem. Ale to nic, one przetrwają. Przetrwają jak i ja.

Uśmiecham się, jem obiad, rozmawiam z mamą.
Jestem u siebie. W nocy więc wychodzę na spacer do pobliskiego parku, staję przy ukochanych 3 zrośniętych drzewach. Dotykam ich kory przytulam. Czuję jak ich soki wibrują, czuję, jak ciepło rozprowadza się po ich ciele. Odżywają. Intensywnieją, zielenieją.
Nie siadam na ziemi, ale tkwię pomiędzy nimi i modlę się, modlę się do swoich bogów, o siłę, żeby krew krążyła szybciej, żeby wracające śniegi wcale nie bolały. Patrzę na księżyc który wychyla się zza chmur, ja patrzę na niego, on patrzy na mnie. A raczej na nią.
Myślę o kolejnej pełni, już niedługo. Niech mi błogosławi i wszystkim, których kocham. Wszystkim których kochałam.

Spaceruję nocą po parku, prawie lesie i mam już 25 lat. Weszłam sama w ten wiek, sama wśród drzew, na swoich bagnach, pod swoim niebem. Nie krzycząc jak niemowlę, nie prosząc już czasu o żadne zmiłowanie. Niech się nie zatrzymuje, wręcz przeciwnie, niech biegnie.

Mam 25 lat i wiele zmarnowanych szans za sobą. Wiele bólu i tyle pęknięć serca, że trudno zliczyć. Mam za sobą ciężkie oddechy wspomnień. Ale mam też za sobą tak wiele ciepła. Wiele miłości o której trzeba pamiętać.

Mam więc 25 lat i wiele szans do zmarnowania przed sobą. Nieraz jeszcze pęknie mi serce, przykryje mnie śniegiem oszukańcza okrutna, tak trudna wiosna. Pełno przede mną sierpniów i listopadów, płaczących rocznic. Ale i pełno szans na ciepło i znów, miłość. Szans kochania, radości i dzikiego śmiechu, który nie służy temu, by cierpienie przykryć, a jest sam z siebie, sam dla siebie.
Mam 25 lat i nie mam żadnych życzeń.
Inszallach

Ostatnio poznałam właśnie to słowo. Inszallach. Ponoć jest sensem życia, stanowi o nim. Znaczy ono „Bóg tak chce”, "będzie co ma być" "los przyniesie co miał przynieść". . Bóg, los? Nazwijmy jak chcemy. Inszallach. Niech się dzieje co chce. Ja mam 25 lat i stanie się jeszcze wiele, w kolejnych urodzinach, stanie się nieraz, co bóg, los, fortuna zechcą. Wszystko zależy od tego, jak ja do tego podejdę.

Więc już teraz, mając 25 lat troszczę się o zielony kiełek. I rodzę się na nowo, nawet na zgliszczach śmierci. Nieraz zmarznę, ale co z tego? Inszallach.

Wracam do pierwszego z domów, z rana biegnę do fryzjera, golę głowę jak to przypada baranom na wiosnę. Zawsze poryw buntu po zimie, goła skóra na rozpalonej głowie, którą koi zimny, mroźny jeszcze wiatr i płatki śniegu. Topią się, topią, nie muszą jednak udawać łez.
Potem lecę do lekarza Kolejny prezent, jestem zdrowa choć w jednym względzie. Mimo, że nieraz dusza boli i przez to wysiada mi organizm. Jako kobieta jestem zdrowa.
Wsiadam w pociąg, kończę książkę, ale nie dlatego, że uciekam w świat wyobraźni. Dlatego, że jest ciekawa.

Wracam do domu, mam już 25 lat. Na dworcu czeka na mnie Mąż z bukietem żółtych kwiatów wie, że je uwielbiam. Są wczesnowiosenne i drobne. Są żółte, jak kwiaty Mistrza i Małgorzaty. Musiały też przeżyć śniegi, by wypuścić kiełek z cebulki.

Spędzamy cudowny wieczór. On gotuje dla mnie, szepcze czułe słowa, kocha, jak tylko mężczyzna może kochać kobietę. Ja kocham, jak kobieta może kochać mężczyznę.

Mam 25 lat i wiem, że czas nie istnieje, znam słowo Inszallach i dlatego nie miałam wczoraj żadnych życzeń. Może oprócz jednego, które zachowam dla siebie, bo niebezpiecznie mówić o tym czego się pragnie zbyt głośno. Mimo wszystko jestem szczęśliwa, nawet jak czasem wspomnienia atakują, nawet gdy się tęskni. Jestem szczęśliwa. Żyję, oddycham, bywam lodem, bywam zielenią i kiełkami kwiatów, jestem Księżycem którego ubywa i który rośnie, krzycząc o płodności i namiętności. Jestem ciemnością, blaskiem słońca. Mam tylko 25 lat. Mam aż 25 lat. Ćwierć wieku. Miewam lat 5, a nieraz miewam 5000 i wszystko jest w porządku.
Jestem sobą. Ze swoim szaleństwem nieraz, radością i bólem. Ze swoją miłością. Ze swoją, już swoją datą urodzin.
Umarłbym, gdybym nie był sobą.

2 kwietnia to będzie zawsze dobry dzień, mimo wszystko, bo przecież się urodziłam, przyszłam po coś, na coś na ten świat. Tak miało być, jest i będzie. Mój wyjątkowy dzień. I tylko to się już liczy.
Inszallach.



Gonimy marne kłamstwa
Stawiamy czoła upływowi czasu
A ja ciągle walczę, ja ciągle walczę
W tej bitwie całkiem sam
Nie mam nikogo do kogo mogę się zwrócić
Nie ma miejsca, które nazwałbym domem

Moje poświęcenie poszło na marne
Moja prywatność została rozgrabiona
A ja ciągle słyszę, ciągle słyszę
Słowa powtarzające się w mojej głowie

Gdybym nie mógł być sobą, wolałbym umrzeć.

(A ten kawałek towarzyszył mi stale prze te dwa tygodnie. "Zamknięty w łupinie orzecha czułbym się wolny, gdyby mnie nie dręczyły złe sny"- Hamlet) 

P.S. Mimo żę urodzin się bałam i trochę chciałam przed nimi uciekać, także przed życzeniami, dziękuję i tutaj już wstępnie za te które pewnie złożycie, ale też i za te wszystkie, które dostałam na facebooku, mailu, telefonicznie czy nawet osobiście. Oby miały dobrą moc:) Inszallach ale....może swoje możemy do boskiego dołożyć:)

66 komentarzy:

  1. Obawiam się, że niedługo też będę miała za mało czasu na robienie tego, co chcę robić.. Zmiany się szykują.
    Myślałam, że jesteś ode mnie starsza - chyba po Twoich dojrzałych wpisach takie miałam wrażenie ;)
    Ja życzę Ci tylko i aż jednego - żebyś była szczęśliwa. Jak będziesz szczęśliwa, to wszystko inne jakoś się ułoży i ze wszystkim dasz sobie radę.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmiany? A jakież to? I wiesz, jak się bardzo chce, to czas się znajdzie, tylko mniej no:)
      A ile ty masz lat?
      I dziękuję:)

      Usuń
    2. Jak rozpocznę staż (a wszystko na to wskazuje), to za tym pójdzie szereg zmian.. no ale mam nadzieję, że będą pozytywne ;) Tylko trochę będę musiała zmodyfikować swój obecny styl życia..
      Jestem od Ciebie o rok starsza ;)

      Usuń
    3. Rozumiem:) I oby, życie popchną na pewno do przodu, na inne tory:)
      No to niewiele między nami różnicy:)

      Usuń
  2. Wiesz, wcale nie brzmi śmiesznie fakt, iż bałaś się urodzin. Wcale się nie uśmiechałam, czytając ten wpis. Czułam każdą emocję...którą Ty zapewne czułaś, kiedy wpisałaś ten wpis. Kurde, Frida...Dobrze, że napisałaś do kogoś.Wyżaliłaś się, z pewnością było Ci to potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie w mojej głowie to nieraz brzmiało śmiesznie. No bo jak to tak? Trzeba wziąć się w garść, ale po prostu, nieraz to nie okazuje się być takie łatwe.
      I jasne, czasem trzeba z kimś pogadać:) Czasem nawet z kimś...z zewnątrz.

      Usuń
    2. W głowie...czasem wszystko brzmi śmiesznie, u mnie ironicznie. Ale... kiedy piszemy choćby tutaj to jakby lżej, prawda?

      Usuń
    3. Dołądnie. Właśnie tak jest, we własnej głowie...I pewnie. Od tego też jest blog:)

      Usuń
    4. To dobrze. Najważniejsze, aby znaleźć takie miejsce/osobę. Aby móc się wygadać...

      Usuń
  3. Droga Frido! Życzę Ci tego co najlepsze. Przed Tobą jeszcze wiele cudownych chwil.
    Ja długo tłumiłam emocje, ale już tego nie robię. Teraz po mnie widać, że jak się wkurzę to można mnie doprowadzić do szału. Ale to nie najgorsze. Najgorsze jest to, że bliscy nie dostrzegają nic złego w swoim zachowaniu ani problemów, które powstały. Nawet zaczęłam się zastanawiać czy ze mną wszystko w porządku. Z resztą sama wiesz o jakich problemach mówię, bo Ci o nich pisałam i te w nowej notce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      Znaczy, jeśli idzie o złość, to tej na przykład nie umiem tłumić nawet :D Tylko nieraz takie bolesne emocje...próbuję gdzieś zepchnąć. A tak się nie da. I właśnie z bliskimi nieraz jest problem, mają swoje widzimisię...i nijak tego nie idzie przeskoczyć. Inny wszechświat, cudzy wszechświat, no nie?

      Usuń
    2. :)
      Coś w tym jest. Ale kurczę jak ktoś ma ewidentnie problem z czymś to staram się coś zmienić w swoim zachowaniu a po niektórych ostatnio widzę, że mają kompletny brak zrozumienia. I się dziwić, że wychodzi jak wychodzi. Ale stwierdziłam, że skoro tak to lepiej będzie jak się wyniosę z ich życia.

      Usuń
    3. Bo mają klapki na oczach. I właśnie nie rozumieją, chociaż ty to widzisz, oni nie widzą. Ślepota jest tak naprawdę najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka. I...może to jest metoda? Smutna, ale jednak.

      Usuń
    4. Tak, masz wiele racji. Dziękuję.

      Usuń
    5. Nie ma za co raczej:)

      Usuń
  4. Cholera, popłakałam się czytając tego posta... \
    Najlepszego.. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co płakać już:)
      I dziękuję:)

      Usuń
  5. Rodzimy się w bólach, także na nowo. Wiem po sobie.
    Przyjmij najserdeczniejsze życzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie boleć nieraz aż musi, w jakimkolwiek sensie ale...za to potem może lepiej smakuje życie?:)
      I przyjmuję, przyjmuję:) dzięki:)

      Usuń
    2. Nie wiem, jestem jeszcze w trakcie odradzania się :D

      Usuń
    3. To potem to zrewidujesz, no :D

      Usuń
  6. Ten post o urodzinach jest taki smutny, że ciężko mi jest przestawić się na optymistyczne i radosne wszystkiego najlepszego! :D Ale życzę Ci kochana, byś już nie bała się obchodzić urodzin, byś tęskniła i nigdy nie zapomniała kto jeszcze je z Tobą obchodził, ale byś też zaakceptowała to. Byś nie musiała tłumić złych uczuć, bo tłumienie uczuć to przyczyna stresu, a stres jest bardzo zły i niszczący dla organizmu.
    Nie wiem czego jeszcze Ci mogę życzyć, ale na pewno Ty wiesz, czego byś od życia chciała więc życzę Ci właśnie tego, czego tylko pragniesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ostatecznie...to smutne nie jest:) W sensie...właśnie jestem jak te śniegi i mrozy może może momentami, mam zmrożone serce...ale w końcu przychodzi wiosna, w którą wierzę. Po prostu w ciągu paru lat straciłam bardzo bliskie mi osoby, najbliższe nawet. Nie umiem o tym nie myśleć, nie umiem przejść nad tym tak od razu do porządku dziennego. Ale nadal żyję, nadal jakoś sobie radzę. Idę do przodu, a i czas leczy rany. Więc jest dobrze. A z każdymi właśnie urodzinami, wierzę, że będzie coraz lepiej:)
      I dziękuję ci bardzo za życzenia :* Na pewno się przydadzą, w sumie, utrafiłaś w to, czego mi potrzeba:)

      Usuń
    2. Wiem, że jesteś jedną z najbardziej optymistycznych, pogodnych ale i wrażliwych osób. Wiem, że wierzysz wiosnę i to się czuje czytając Ciebie zwłaszcza na dłuższą metę :)

      Usuń
    3. Nie wiem czy taka jestem, ale...to chyba dobrze, że takie wrażenie chociaż sprawiam:) Staram się po prostu iść do przodu, no:)

      Usuń
  7. urodziny zawsze napawają mnie swego rodzaju niepokojem, dyskomfortem. w końcu starzejemy się. jesteśmy o 365 dni dojrzalsze i bardziej pomarszczone, co tu świętować? :D w każdym razie życzę Ci mnóstwa uśmiechów, pozytywnego nastawienia i wspaniałej relacji z Mężem. ściskam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja raczej zawsze się z nich cieszyłam, tylko ten rok...ale może to tez starzenie, tak przy okazji?:D Ale tak naprawdę, starzejemy się każdego dnia. To tylko symbol. A i zmarszczki są piękne, gdy są współdzielone, tego uczy mnie właśnie upływający czas:)
      I dziękuję ci:)

      Usuń
  8. Nie do pomyślenia jest, iż bym nie miała Twojego numeru, bo przez fejsika to tak strasznie głupio mi te życzenia składać!

    Mówię w ten weekend koleżance, że przyjedzie do mnie w styczniu, to na moje 21 urodziny coś tam zrobimy. Parędziesiąt sekund później dopiero dotarło do mnie, że - bejb - to już 22 będą. Jak ten czas zapiernicza!

    Ściskam gorąco :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę ci podać na fejsie:D Jakbyś coś potrzebowała, zawsze jestem pod tel dostępna:)

      No latka lecą, a człowiek się nawet nie zorientuje, jak, kiedy :D

      Wzajemnie :*:)

      Usuń
    2. A dziękuję! Zaraz Ci wyślę i mój - pewnie nie zaszkodzi :-)

      Noo dokładnie! :D Gdzieś za naszymi plecami normalnie :D

      :*

      Usuń
    3. No właśnie, zawsze się przydać może:)
      Dokładnie:D Ani patrzeć, a będziemy w bujakach siedzieć i orbić na drutach:D

      Usuń
  9. Cóż, cieszę się, że się poukładało :)
    Co do tęsknoty, to chyba nie zgodzę się z twierdzeniem, że jest ułudą. Wyobraziłam sobie przez chwilę jakby to było, gdyby odeszły pewne bliskie mi osoby i stwierdziłam, że czułabym się tak, jakbym straciła część siebie. Bo każda z nich na inny sposób jakoś mnie kształtuje. Ale cóż, masz rację, trzeba dalej żyć i oddychać w pełni. To że żyjemy już samo w sobie jest piękne :)
    Wiesz, chciałabym pochłaniać książki w takim tempie... uwielbiam czytać, ale jak się uczę do późna, to potem padam nad książką, niestety :/ Chociaż teraz trochę przez święta ponadrabiam przynajmniej :)
    No i już na koniec oczywiście życzę Ci wszystkiego co najlepsze! Eech, mogłabym się rozwinąć trochę, ale pisanie na telefonie trochę męczy. W każdym razie intencje mam jak najlepsze :p Ale no, Frida, jeszcze wciąż wiele wspaniałych chwil przed Tobą, bądź szczęśliwa! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja też:)
      Wiesz, tu chodziło o trochę inną dyskusję, związaną i z fizyką kwantową i z postrzeganiem, percepcją świata, także dlatego tak to wynikło:) Wszystko na świecie jest ułudą, każde realne uczucie na tym świecie dla nas, które czujemy, w szerszej perspektywie nie ma znaczenia a nawet go nie ma i tak dalej:)
      Ale to prawda dla nas czyjekolwiek odejście...to właśnie tragedia. Brakuje nam cząstki nas samych.
      A mi jakoś tak zawsze szło, zawsze bardzo szybko czytałam. A ja w święta nic nie doczytam, bo nie będę mieć na to czasu :D
      I dziękuję ci bardzo :* I te intencje to już bardzo dużo:)

      Usuń
  10. Chciałam złożyć Ci życzenia urodzinowe .....niech sie spełni czego sama sobie zażyczysz:))

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak dobrze,że masz się komu wyżalić... mi czasami tego brakuję. Niech Ci się spełnią wszystkie marzenia i to co skrywasz w serduszku głęboko :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasem właśnie to drugi człowiek bywa najbardziej potrzebny. I..jeśli byś chciała kiedyś pogadać ( wiem, że całkiem obca jestem, no ale czasem i z obcymi się dobrze rozmawia) to mogę ci podać maila czy coś:)
      I dziękuję:)

      Usuń
  12. Przypomniałaś mi moje osiemnaste urodziny, które przecież są w jakimś stopniu wyróżniane i wtedy u mnie kogoś brakowało i pamiętam do dziś te chwile gdy stałam nad tortem, śpiewanie sto lat, uśmiechy itd., a ja popatrzyłam w jedno miejsce i pomyślałam, że tam przecież ktoś jeszcze powinien/musi być, ale ta osoba odeszła kilka miesięcy wcześniej. I do tej pory jest trudno o tym myśleć. Przecież to niejedyne urodziny, niejedyne wydarzenie, podczas którego tego kogoś brakuje. Mówią, czas leczy rany, a ja za każdym razem mówię, że on je tylko potrafi przykurzyć. Ale wiesz, A. miał rację, każda osoba chciałaby żebyś potrafiła żyć tak jak wcześniej, żeby i te urodziny były szczęśliwym dniem, chociaż trudnym, bo pewnego rodzaju pierwszym, ale przecież Ty to wszystko wiesz najlepiej. Piszesz, że miałaś też wiele ciepła i miłości, więc niech to będzie tutaj jedynym życzeniem (tym razem po czasie ;) ), niech ta miłość i ciepło towarzyszy Ci we wspomnieniach, ale i w kolejnych latach i przy każdych kolejnych urodzinach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc rozumiesz doskonale o co mi chodzi. Może nie przez spójną datę, a przez ten pewien brak właśnie....który odciska się na człowieku tak bardzo, że przesłania nieraz każdą możliwą inną radość, nawet radość, która zdaje się być konieczna w takich wspaniałych momentach, jakimi są urodziny. Ale urodziny to często też czas podsumowań, robienia pewnego rozrachunku...i to właśnie nieraz robi swoje.
      I coś w tym jest. Chociaż, ja już wiem, że rany się zmieniają w blizny i to one, trochę martwe miejsca, nam zostają. Ale jednak ten czas, mimo wszystko, pomaga. I to też fakt, nikt kto nas kochał nie chce, żebyśmy po jego odejściu cierpieli przecież.
      I dziękuję ponownie:D

      Usuń
  13. Tłumienie swoich emocji to jedna z gorszych rzeczy, którą można zrobić, chociaż i tak często to zmienić, prawda? Mnie zawsze łatwiej poukładać myśli, kiedy je już wypowiem ;) Urodziny powinny być radosnym dniem, ja nie potrafię ich świętować, od zawsze był to dzień rozczarowań. Mam jednak nadzieję, że dla Ciebie będzie to początek ukojenia, bo z całego serca życzę Ci spokoju w duszy i leniwego szczęścia na co dzień :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem właśnie, że to straszne ale nieraz no...samo się tak dzieje. Człowiek ma dość i pewne rzeczy przestaje do siebie dopuszczać, a potem nagle- bum!
      Dla mnie zawsze były dobre i walczę o to, żeby takie zostały...a może i u ciebie się to zmieni?:) I dziękuję:)

      Usuń
  14. Spóźnione sto lat! :) Dobrze Cię czytać ponownie!
    Ja z jakiegoś powodu w ogóle nie lubię swoich urodzin. Jakoś od lat tego dnia sięga mnie samotność i robi mi się niemiłosiernie smutno. Ale to tylko data, tylko dzień, nijak to się ma z wiekiem ducha. Nie da się uciec przed datą, trzeba ją przeżyć po prostu. Szukając spokoju i porządku w pozornym chaosie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i dziękuję:)
      Ja zawsze lubiłam, zwłaszcza od czasu, jak te urodziny dzieliłam. Były jeszcze bardziej wyjątkowe. I właśnie, to tylko data..ale symboliczna. I symbolami najbardziej obrywamy i nieraz to symbole najbardziej dostają w kuper.

      Usuń
  15. No to wszystkiego najlepszego!
    Ech każdego czasem dopadnie melancholia nie ma co się z tym kryć. W końcu każdy ma prawo źle się czuć i w ogóle.
    Inszallach całkiem dobre powiedzenie. Z hebrajskiego nie czasem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:)
      I jasne, że ma prawo tylko mi pewne rzeczy za długo już trwają...muszę skończyć opłakiwać straty i iść do przodu, po prostu:)
      Arabski:)

      Usuń
  16. Mówisz, że u Ciebie malanchujnia, ale mimo wszystko piszesz. I kurcze, no podziwiam Cię. Za to, że umiesz pozbierać słowa, myśli i dalej próbować iść do przodu. Ja miałam teraz dłuższy postój, w sumie nadal w nim trwam, ale obiecałam sobie, że spróbuje być dzielną i zrobię krok do przodu. Inszallah! Oby nam obu wiosna puściła pęki samej radości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo staram się mimo wszystko właśnie tej meanchujni nie poddać. Bo poco, dlaczego? Nie chcę w niej tkwić. Chcę swobodnie oddychać, jak już dzisiaj:) I nie ma co podziwiać, naprawdę:) Każdy ma swój czas, swoje metody, swój czas też dochodzenia do prwnych rzeczy.
      I tobie również:)

      Usuń
  17. Światło, no właśnie. Od dawna walczę o światło, choć mam świadomość, ze z ciemności rodzi się światło, które zostaje na długo.
    Póki co znajduję się gdzieś pomiędzy światłem i ciemnością.
    Szukam swojej drogi. Swoich odniesień i pukntów stałych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciemność być może, nieraz jest pewnym rodzajem światła. Tą doskonałą ciemnością bez niego jest tylko całkowite nieistnienie..czasem więc może trzeba bardziej wysilić wzrok?:)
      To i tak już dobry punkt, jak sądzę. I już zacząć szukać, to nieraz cholernie sporo.

      Usuń
  18. Wiesz, ja Ci chyba Skarbie juz wszystko napisałam wtedy, w sms'ie, kiedy przeczytałam to po raz pierwszy. A teraz jeszcze raz Cię mentalnie przytulam (często to robię w myślach, wiesz? ^^ Zawsze się śmieję, że to taka ukryta modlitwa :)) Trzymaj się i jak coś - to wiesz :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiem, wiem, dlatego na nowo tematu ciągnąć nie będziemy, sensu nie ma :D I wzajemnie:) W ogóle dla ciebie też coś będę miała niedługo, o:) Jak magia pełni wczorajszej zadziała ^^

      Usuń
  19. Myślę, że nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Ci miłości. Miłości, która jest zawsze obecna. Miłości, która jest prawdziwa i szczera. Miłości, która wysłucha i zrozumie. Miłości, która wiecznie trwa.
    Trzymaj się cieplutko! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję jak najbardziej:) Tak, miłość jest po prostu..najważniejsza:)

      Usuń
  20. Podobnie jak Czarna Firanka - podziwiam. Bo gdy mnie łapie melanchujnia (spodobało mi się to słowo) najczęściej wychodzę z założenia, że żadne układanie myśli w słowa nic nie da. Dalej będzie, jak jest. Chcesz z tym walczyć i starasz się. Ja chcę, ale się boję, że zrobię coś nie tak, że będzie jeszcze gorzej.

    PS: Zawsze, gdy piszesz o swoim mężu przypomina mi się, jak raz mnie wyśmiał przez telefon gdy szłam odebrać aparat od Ciebie. Ma taki dobry śmiech i życzę Ci (i Jemu oczywiście), byście ten śmiech często słyszeli. Zwłaszcza w takich chwilach melanchujowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie znałaś wcześniej tego słowa? Bardzo popularne swojego czasu :) A ja jednak próbuję sobie słowa ułożyć, jakaś metoda to jest. I jak widać zadziałała, od wczoraj mnie energia już dobra roznosi:) Zobaczymy, jak długo, ale...chociaż jest:)
      I...najgorzej jak dla mnie stać w miejscu. To jedyne złe rozwiązanie, takie niejednokrotnie mam wrażenie.
      Oja...no tak, było coś takiego, faktycznie :D I ma, to prawda:) Więc cóż, dziękujemy:)

      Usuń
  21. Frido. Być zawsze była taką Fridą, jaką tu poznałam. I być zawsze była zdrowa, nie tylko fizycznie, ale i duchowo, a może i przede wszystkim duchowo.
    Dziękuję za swój adres mejlowy. Może kiedyś napiszę krótką wiadomość. I również może kiedyś znowu napiszę coś na swoim blogu. Tymczasem będę zaglądać do tych, których obecność w blogosferze jest dla mnie ważna - tak, Ty też wśród nich jesteś :). Nawet jeżeli nie zobaczysz mojego komentarza, wiedz, że czytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) I wiesz, na pewno się zmienię w życiu nieraz. Ale miejmy nadzieję, że na lepsze tylko:)
      I nie ma za co. Mój mail zawsze dla ciebie otwarty, tak powiem :D I..jeśli napiszesz, mam nadzieję, że mnie to nie ominie w żaden sposób:)
      I to miłe:)

      Usuń
  22. Mam wrażenie, że tylko dzieci cieszą się z urodzin. Mnie osobiście też nie bardzo cieszy fakt, że jestem coraz starsza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja jeszcze rok temu się z nich cieszyłam. I nadal mam zamiar, jak pewne kurze opadną, no:)

      Usuń
  23. Fajnie, że wróciłaś. Ale czemu post tak długi, jakby miał nadrobić zaległości? :P
    Tak samo jak Ty, nie mam życzeń. Bo albo są utopią albo same się udupią.

    Ale żeby nie było tak melanchunijnie: żyj nam sto lat! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Myślałem, że jesteś trochę starsza.

      Usuń
  24. Ja to akurat zawsze się rozgaduję:D
    I dziękuję:)
    W ogóle kolejna osoba która mi pisze, że sądziła, że jestem starsza. Dlaczegóż to?:D

    OdpowiedzUsuń
  25. A ja leję łzy jak beksa, mimo tego, że strasznie tego nie lubię. Gdy jest mi smutno, przykro i nie wiem jak jeszcze, to one same wylewają mi się z oczu. Podłe łezki.

    OdpowiedzUsuń