Mawiają, że bycie tzw. singielką w
naszym świecie jest trudne. Zapewne, nie idzie temu zaprzeczyć. Te
wszystkie problemy dookoła, stałe dopytywanie się rodziny, kiedy
wreszcie wyjdzie za mąż i będzie miała dzieci. Samotne, zimne
noce. Całe łóżko dla jednej osoby. Problem z kolejnymi
rachunkami, wynajmem mieszkania czy kredytem, bo przecież trudno
tak, tylko z jednej pensji ( no chyba, że żyje się w jakiejś
komunie). Kot czy pies zamiast ludzkiego ciepła. Kolejne przygody z
nieznajomymi albo naprawdę jałowe w tej kwestii miesiące, jeśli
nie lata. Kolejne rozczarowania, spotkania, randki, które nie
prowadzą nigdzie, jak może się zdawać. Złamane serca,
opłakiwanie nad kolejnymi butelczynami wina, samotnie, lub z
przyjaciółkami, niczym w amerykańskich serialach.
Życie to nie serial jednak.
A ja i tak nie znam się na tym. Nie
mam prawa, by wypowiadać się na ten temat, bo przecież od 18 roku
życia praktycznie tkwię w szczęśliwym związku. Regularnie
uprawiam seks. Nie mam większych problemów z opłaceniem
mieszkania, bo żyjemy z dwóch pensji. Mam dwa koty, ale nie jestem
dla nich samotną matką, moje koty mają oboje rodziców i nie śpią
z nami w łóżku, bo nasze łóżko jest mało pojemne- a dwie osoby
lubią się rozpychać tak samo, jak jedna.
Jestem mężatką, nawet nie tyle mam
faceta, jestem z kimś, co jestem mężatką. Uzyskałam ten ponoć
społecznie prestiżowy status. Może miałam szczęście. Zresztą,
często to słyszę. Jak bardzo jestem szczęśliwa przez tą jedną
kwestię. Jakiego miałam farta.
Czasem mam ochotę powiedzieć, że nie
miałam farta, tylko zapracowałam na to.
Czasem mam ochotę powiedzieć, że
życie we dwoje wcale nie jest takie różowe, jak się wydaje.
Owszem, jest piękne. To wspaniale być z kimś, kto bywa twoją
podporą, kogo się kocha, kto ciągle pociąga nas seksualnie. To
cudowne uczucie, nie przeczę. Ale czasem mam wrażenie, że ci
którzy tego nie mają, zapominają, że to też ciężka praca i że
bycie z kimś nie odmienia od razu całego świata tak, że widzimy
go w różowych barwach. To nie teledysk do piosenki Bjork, w którym
ludzie tańczą z nią nagle na ulicy, tylko dlatego, że się
zakochała. Co więcej, czasem zapominają, że problemy tworzą się
też przez bycie z kimś. Ten ktoś też boleśnie rani nieraz, tak,
że nie chce się o tym mówić.
Znam się na byciu mężatką, nie
byciu singielką. Dokonałam jednak ostatnio niesamowitego odkrycia.
Większość moich kobiecych znajomych, bliższych i dalszych,
najbliższych sercu, to właśnie singielki.
Nie zauważałam tego przez długi
czas. Ale tak naprawdę...znam tylko kilka kobiet, które są z kimś.
Po prostu są, w stałym związku, mieszkają ze swoimi mężczyznami.
Dzielą w pewien sposób moje problemy. Tak naprawdę, obecnie tylko
z jedną jestem blisko. A nieraz mam wrażenie, że bliżej tak
naprawdę jestem z jej facetem i to z nim się lepiej dogaduję
nieraz. Ale nie w tym rzecz.
Większość kobiet, które znam, to
singielki. Może to w pewien sposób symbol naszych czasów, może
jakiś stygmat. Tyle kobiet, powyżej 20 roku życia, ba, mające
prawie 30 lat, a same. Jedna została nawet singielką niedawno-
rozwodzi się.
Może to, że znam więcej singielek
niż mężatek to właśnie wynik naszego szybkiego życia,
krótkotrwałych związków, nasycenia przelotnymi romansami albo
wynik pewnej niedojrzałości większości społecznej, zarówno
kobiet, jak i mężczyzn.
Może.
Zauważyłam tez pewną tendencję-
wiele kobiet- singielek, które znam, znikają od razu, gdy tylko
znajdą sobie mężczyznę. Zauważyłam, że wielu z nich przestaję
być potrzebna, bo nie muszą już nikomu zwierzać się ze swoich
seksualnych podbojów, bo stają się dziarskimi paniami domu, które
wrzucają na fejsa sentencje o dojrzałych związkach już po
miesiącu ognistego romansu. Niektóre singielki, które znalazły
partnerów, znikają bezpowrotnie. Inne wracają gdy zaczynają się
pierwsze problemy związkowe, po jakieś porady, jakbym była
ekspertem w tej dziedzinie. Jakby mój 8 letni staż mógł wyrabiać
jakieś reguły. Nie może.
Jeszcze inne wracają, załamane, gdy
wszystko całkiem się rozpadnie. I potrzebują znów czułości i
przytulenia, tak ja potrzebowały go czasem przy trudnych początkach.
Wtedy znów pijemy wino, słucham tego, jaki to on był podły, jak
to złamano im serce.
Nie mówię, że to jakaś złota
reguła. Po prostu czasem tak się zdarza, to naturalna kolej życia-
gdy się zakochujemy, miłość przesłania nam świat i przestajemy
na chwilę potrzebować reszty. Tak to działa, przynajmniej przez
jakiś czas.
W każdym razie, nie jestem singielką.
Jestem mężatką, która ze zdziwieniem zauważyła, że zna więcej
singielek, niż innych mężatek.
Nieraz jestem portem, z którego
wypływa się do rozlicznych ramion, portem, do którego wraca się w
czasie sztormu. Bo zawsze tkwię na posterunku, w swojej kamienicy
albo jakimś barze na starym rynku, jestem trochę jak mama, która
pocieszy albo wysłucha historii o fatalnym romansie. Bo zawsze
wypiję z nimi wino, ba, nieraz wleję je do gardła, chociaż sama
piję raczej piwo i to nim się zezwłaczam.
Ba, jestem mężatką, której i mąż
nieraz doradza albo wysłuchuje olejnych historii sigielek. Nie
zapomnę, gdy pewnego dnia przyszła do nas nasza Kozica, która
właśnie zniszczyła swój związek i koniecznie chciała poznać
„męską perspektywę” mojego męża. Okazuje się, że w życiu
singielek i cudzy mąż jest potrzebny. Ba, bywa niesamowicie
potrzebny, zwłaszcza kiedy trzeba naprawić kran albo powiesić
półki. Na nieszczęście, mój mąż nieraz lepiej doradza, niż
robi to drugie. Nie, żeby nie umiał. Kryje się w nim po prostu
sporo lenistwa i nieraz mówi, że starczy, że naprawia pewne rzeczy
dla mnie. Może i coś w tym jest.
Niektóre moje singielki mówią mi
wówczas właśnie, że jestem szczęściarą. Bo mam swoją stałą
kamienicę, stały punkt, stałego faceta.
Może miałam więcej szczęścia. A
może nie o to chodzi.
Wiele mówi się o tym, jak to
singielkom trudno żyje się z koleżankami mężatkami.
Nie przeczę, że jest w tym wiele
prawdy.
Koleżanki mężatki nie przedstawiają
swoich mężów singielkom, bo boją się, że te zaczną im ich
odbijać, bo na wszystko, co ma penisa, patrzą przecież jak na
potencjalną ofiarę!
( Zawsze śmiałam się z tego
przesądu, ale po pewnych doświadczeniach poprzedniego roku może w
pewien sposób uświadomiłam sobie że „coś w tym może być” i
czasem może, trzeba zachować czujność, choć zawsze sądziłam,
że to bzdury?)
Nie żyje się z nimi łatwo, bo
przecież, te stale wyjeżdżają z tekstami „kiedy znajdziesz
sobie chłopaka?” tak, jakby same przez to, że kogoś mają, mogły
czuć się lepsze.
Nie są. Nie patrzy się na czyjąś
wartość przez pryzmat cudzego bycia ale...nie o tym miałam.
Singielki nie mają łatwo z tymi
„zaklepanymi”. Te stale chwalą się przecież wakacjami we
dwoje, po latach, o zgrozo, kolejnymi zdjęciami swoich zaślinionych
bobasów. Mówią o idyllicznym życiu. Zachowują się, jakby
wygrały wszystko.
Singielki pewnie stale podejrzewają
mężatki o zazdrość, o to, że zazdroszczą im nowych,
ekscytujących podbojów, zazdroszczą im nocy spędzanych w barach i
marzą o swojej figurze sprzed ciąży.
Tak to toczy się mała społeczna
wojna, singielki, kontra mężatki. Tak to jedne przekonują drugie,
ile są warte. Tak to jedne i drugie krzyczą o swoim wielce
wartościowym, szalonym albo uporządkowanym życiu, krzyczą z
triumfem, a nocą nieraz płaczą w poduszkę. Bo jedne zazdroszczą
drugim tego, czego same nie mają, nie potrafiąc skupić się na
własnym życiu i być za nie wdzięcznym.
Tak, dobrze myślicie, to wielce
przesadzony obraz wojny na linii singielki- mężatki.
Bo tak naprawdę nie trzeba nic nikomu
zazdrościć. Tak naprawdę w życiu trzeba być cholernie wdzięcznym
ale...w każdej legendzie jest jakieś ziarno prawdy.
Wiele mówi się, jak to signielki mają
źle z koleżankami- mężatkami, jak to wielka jest na nie wywierana
presja, jak to są przez nie dyskryminowane, obrażane wręcz ich
stylem życia.
Jakimś cudem, może przez moje cudowne
leki, naszła mnie inna myśl- a co, jeśli sytuację odwrócić? Tak
naprawdę...jak mają się mężatki z koleżankami- singielkami?
Jak ja mam się z moimi znajomymi
singielkami?
Cóż. Jestem jednak nietypową
mężatką. Żadnych dzieci, uroczych, acz śliniących się bobasów
nie planuję. Starczą mi staruszkowie w mojej pracy. Dalej uchlewam
się nieraz do nieprzytomności, czasem z mężem, a czasem z
koleżankami- singielkami i to nie tylko wtedy, kiedy mają problemy
sercowe. Czasem uchlewam się z wszystkimi naraz i raczej, ogólnie,
dość luźno i bez presji sobie żyję. Nie postrzegam swojego
małżeństwa jako ostatecznego spełnienia w moim życiu, stawiam na
ciągły rozwój i szukanie nowych wyzwań. Spełniam się poza
małżeństwem też, co tu dużo mówić.
Nietypowa ze mnie, uciekająca
stereotypom mężatka, prawda?
Ale jednak czasem mam wrażenie, że
jestem poza zaczarowanym kręgiem i nie zrozumiem pewnych rzeczy.
No tak. Miałam szczęście, nie muszę
ich zrozumieć ( ciekawe, kiedy ktoś zrozumie że też na to
szczęście zapracowałam?), często to słyszałam swojego czasu.
Mężatka, która przyjaźni się z
singielkami, często bywa spowiednikiem. Może to przez mój
charakter i jednak skrytość w pewnych sprawach, często mam jednak
wrażenie, że to nie działa tak samo w obie strony. ( dobra, to na
pewno moja wina, jak ktoś nie rozumie, odsyłam notkę niżej). Bo
signielki mają się na co wypłakiwać. Mężatki? Niekoniecznie. No
chyba że mają ząbkujące dzieci, ryczące od kolki ale tak?! Może
to śmieszne, ale wiele razy w moim związku zdarzały się poważne
kryzysy. Raz byliśmy o krok od rozwodu.
Pamiętam, jak jednego dnia chciałam
pogadać o tym z koleżanką- singielką. Nie zapomnę jak przerwała
mi i powiedziała „przecież jesteście taką świetną parą,
mieliście tyle szczęścia że na siebie trafiliście, na pewno się
dogadacie!”. Pamiętam, jak potem wróciła do tematu swojego
zjebanego byłego, który nie wynosił śmieci. No bywa.
W każdym razie, czasem mam wrażenie,
że pewne problemy mężatek bywają...trywializowane przez problemy
singielek. No chyba, że mąż je zdradzi, bo to jest sensacja, którą
warto wałkować, w końcu rozpadł się idealny domek z kart! Tylko,
że o zdradzie pewnie żadna mężatka singielkom nie powie, bo wstyd
i nikt nie chce dawać takiej wody na cudzy młyn, chyba, że już
dochodzi naprawdę do rozwodu i trzeba naprawdę pomarudzić na już
byłego męża.
Chwila. Wtedy już się jest singielką,
co nie?
Czasem, wyobraźcie sobie, nawet
mężatka ma wolny piątek czy sobotę. Chce się wyrwać z
koleżankami do baru, poszaleć, wypić parę głębszych czy
płytszych, zależnie, jaką ma głowę. Nadchodzi więc ten długo
umawiany wieczór, wychodzą...i się zaczyna. Czasem mam wrażenie,
że mężatka na imprezie jest tylko dodatkiem. Serio, czasem mam
takie obawy. Bo tak naprawdę, siedząc w barze, wypatruje facetów,
którzy mogliby się podobać koleżankom, które mogłyby zamiast
niej zaszaleć przez jedną noc. Tak naprawdę ekscytuje się, że
mrugnął do kumpeli. Jej, podobasz mu się! A potem wraca do domu,
pijana wtula się w swojego męża ( którego, jak zakladamy, kocha i
docenia) i zastanawia się...chwila, co to było? Babskie wyjście,
czy cholerne polowanie, w które dałam się bez sensu wciągnąć?
Tak, mężatki wciągają się w nie swoje polowania. Ktoś powie, że
tęsknią za dreszczykiem. Ktoś inny powie, że po prostu nie chcą
stracić kontaktu z innymi samicami w których polu zainteresowania
są tak czy siak samce.
Singielki mają przerąbane z
mężatkami? Jasne! Ale i mężatki mają przejebane z signielkami.
Tak naprawdę powinno się na trzymać
w osobnych barach, domach, miastach, ba, planetach! Zaraz się
pozabijamy!
Dobra. Stop. Chwila.
Wypuszczamy pałki z rąk, odkładamy
noże, opuszczamy pięści z kastetami.
Już?
Czy ktoś tu się zapędził?
Owszem. Nieraz zapędzamy się
cholernie daleko.
My?
Ano my. Kobiety.
Wszystkie mamy swoje za uszami.
Mężatki. Singielki. Panie w parach i samotne, czy to homo, czy
hetero, bez różnicy. Matki i bezdzietne, a nawet bezpłodne. Tak,
właśnie my.
Wszystkie mamy swoje drobne grzeszki.
Wszystkie mamy swoje przywary.
Nadmierny egoizm, bronienie swojego
kawałka podłogi przed ingerencją hormonów z moczu innej samicy,
bo ten kibel przyjmuje tylko nasz progesteron przed okresem i chwała
jemu jest!
Wszystkie bywamy o siebie zazdrosne,
zazdrosne jakoś może o cudze życia, zapominając, że za każdy
dzień swojego powinnyśmy być wdzięczne.
Wszystkie bywamy zagubione w swoich
problemach, uważając, że gdy nasz świat się zawali, zapadnie się
cały wszechświat. I to dosłownie. Nieraz naprawdę się tak
zachowujemy. Cholerne pępki świata, widzące tylko jedną
perspektywę, tą, którą pokazują nasze oczy.
Widzimy tylko swoją perspektywę i
chcemy zaszufladkować ten świat. Chcemy utwierdzać się, że nasze
jest słuszne. Zaczynamy tworzyć podziały i w swoich siostrach,
innych kobietach widzieć rywalki, widzieć zagrożenie, podłe byty,
które chce się przytrzasnąć obcasem.
A ja mówię temu zdecydowanie nie.
Ja, mężatka, która ma swoje kumpele-
singielki.
Bo widzicie, to nie ma znaczenia.
Ja swoje singielki kocham.
Ja w tych kobietach widzę siostry i
jeny, częściej mnie bardziej nużą problemy z zapaleniem sutków
mojej prawdziwej siostry od karmienia ( a mężatką jest!) niż ich
kolejne złamane serca.
Mają te moje singielki swoje za
uszami, oj mają. Nieraz bywają egocentryczne, nieraz mówią tylko
o swoich kolejnych podbojach tudzież o swoich kolejnych samotnych
nocach, nie wiedząc, że i ja poprzedniej nocy nie zmrużyłam oka,
bo znowu zrobiłam mu awanturę. Albo mój mąż mi.
(Dobra, ustaliliśmy, to moja wina,
moja wyłącznie, bo się nie zwierzam, psiamać)
Nieraz przestaję się łapać w
kolejnych historiach moich singielek. Nieraz zaczynają mi wmawiać,
jak wmawiają sobie, ze życie jakoś tam ustatkowanej kobiety jest
nudne, a ja słucham...ze znudzeniem. Nieraz to ja z kolei mówię im
wprost, że są niedojrzałe, nieodpowiedzialne, całkiem jak dzieci
i nawet roślinki nie potrafią utrzymać przy życiu, a co dopiero
żyć z innym człowiekiem? Nieraz widzę jak popełniają te same
błędy i znów panikują, że są w ciąży z facetem, którego
imienia nie pamiętają, bo jeny, poniosło, bo nie założyło się
prezerwatywy. Nieraz odchodzą i wracają, odchodzą w tej miłosnej
euforii, a wracają załamane, a ja poję je wódką, cierpliwie,
tylko powstrzymując się przed wypowiedzeniem „a nie mówiłam?”
(Bądźmy szczerzy, rzadko udaje mi się
nie powiedzieć tego)
Oj mają te moje singielki za uszami.
Ale tak samo maja niektóre mężatki.
Och, znowu, po prostu tak mają po
prostu kobiety. Po prostu ludzie.
Smutne jest jednak, że wiele osób,
przez zwykłe ludzkie przywary tworzy jakieś podziały. Na lepsze i
gorsze. Mniej i bardziej wolne. Swobodne. Wyzwolone/
Cóż. Mam wrażenie, że jestem
bardziej wyzwolona niż niejedna singielka. I po co tu stereotypy?
Smutne jest, że w naszym świecie
kobiety nadal zapominają, czym powinny dla siebie być, niezależnie
od statusu stanu cywilnego. Kobiety nieraz zapominają o pewnym
pakcie, wcale nie stworzonym z hormonów, a z pewnej kobiecej siły.
Stworzonej z tkwiących nas archetypów. Stworzonym z ciemnej energii
nocy, splecionej energii księżyca wraz z yin.
To co płynne, to co poza światłem,
to, co tylko my, kobiety zrozumiemy.
I serio, chcemy to porozumienie
rozpieprzać przez jakieś dziwne wojny, dziwne stereotypy? Przez
zawiści, które wynikają, jak sądzę, tylko z naszych kompleksów,
z gnijącego dziecka w piwnicy podświadomości?
Naprawdę, niszczenie tego porozumienia
jest warte dla...czego właściwie? Dziwnie pojętej rywalizacji?
Walki „czyje na wierzchu”?
Cóż, dawno przestałam się w to
bawić. Już jako nastolatka przestałam myśleć, że mój pogląd
styl życia są jednym słusznym. Przestałam być niebezpieczną
idealistką, fanatyczką, pozbyłam się dziecięcych złudzeń? No,
któreś z tych w każdym razie.
Ale dzięki temu odkryłam, że można
przenikać światy. Można je też pokochać. Nawet, jeśli trochę
się ścierają. Nawet, jeśli każdy ze światów ma swoje za
uszami.
Jestem mężatką, ale kocham swoje
singielki. I nie mam zamiaru toczyć żadnej świętej wojny. Żadnej
podjazdowej. Żadnej zawistnej.
Za parę dni mój Mąż wyjedzie razem
z kumplami w góry, zostanę sama na 5 dni. Nie, nie sama. Z innymi
kobietami. Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Wcale nie idę bawić
się jednego wolnego wieczoru z żonami/ dziewczynami facetów,
którzy jadą z moim mężem. Najśmieszniejsze jest to, że żadna z
nich nie ma czasu. Idę bawić się z moimi singielkami przede
wszystkim. Jak los da, jak wyzdrowieję to przede wszystkim z nimi
pójdę kursować po barach.
Może jednak to na nie mogę bardziej
liczyć?
Może, cóż, to jednak ja sama mam
trochę bardziej duszę singielki?
Nie ma to znaczenia. Trochę obawiam
się, że ta noc zmieni się jak to często bywa w polowanie zamiast
w pełne babskie porozumienie, ale... ej...chwila...
Czy czasem drapieżniki nie najlepiej
czują się na polowaniach? Czy w tym kobiecym wilczym stadzie nie
zostanę po prostu swojego rodzaju waderą, która ma już swojego
basiora?
Wszystko przed nami.
Kocham swoje singielki. Ale mimo
to...swoim singielkom i innym, życzę też jednej rzeczy. Żeby nie
musiały, jeśli mają tego dość, stale zakochiwać się w kimś
nowym.
Dobra, trochę życzę im fragmentów
swojego życia. Dobrego zakochania już nie na co dzień w kimś
nowym, a może na stałe, jak ja przed laty...
Szlag by to! A raczej mnie!
Jeny, czy to źle, że jednak nie umiem
wyjść tym razem do końca poza swoje życie?
Zlinczujcie mnie, doprawdy!
Bóg wie, że zakochuję się
troszeczkę, po kawałeczku
W kimś nowym każdego dnia
Zakochuję się troszeczkę, po
kawałeczku
W kimś nowym każdego dnia
Zakochuję się w każdym obcym, im
bardziej obcy, tym lepiej.
Jestem singielką z wielkim stażem, chcąc czy też nie chcąc. Nieważne. Kiedy spotykam się z zamężną przyjaciółką, matką, ciągle słyszę,że mi zazdrości. Bo ja nie mam żadnych problemów, a ona to je dopiero ma. Bo ma męża -a to problem. A to dziecko -kolejny problem. Dom, samochód, pracę-tylko mężatki widocznie pracują ;) Nie wiem wydaje mi się,że niektóre mężatki myślą, że singielki nie pracują, od rana siedzą w spa, chodzą na lunche, broń Boże nie wchodzą do dyskontów,jak coś kupują to co najmniej u Diora, jak się znudzą zakupami to lecą do spa. A wieczorem randka za randką, i co non to nowy kochanek w łożu z atłasową pościelą. A tymczasem człowiek wstaje rano,nie ma komu powiedzieć dzień dobry, pije sam herbatę, idzie do pracy, sam robi zakupy, nie daj Boże zachoruje bo ani mąż,ani teściowa nie przyniosą leków.Wieczorem siedzi się pod kocem i zastanawia to dziś obejrzymy sobie-ja i kubek od tej herbaty ten czy tamten serial. I tak mijają dni,miesiące,lata...
OdpowiedzUsuńWszystko ma swoje wady i zalety. Mi się wydaje, że w zależności po której stronie jesteśmy widzimy tylko zalety tego drugiego stanu. I z moich obserwacji widzę,że robi to więcej mężatek,albo dam w związkach. Ze 4 razy w tygodniu słyszę jak ktoś mi zazdrości wolności, niezależności, braku zobowiązań, zabawy i luźnego życia. Ale to nie moje życie, tylko jakieś serialowe wyobrażenie...
https://sweetcruel.wordpress.com/
I widzisz właśnie o to mi w tym tekście też chodziło w dużej mierze. O głupie stereotypy, przez które nieraz rodzą się podziały, rodzi się też jakaś dziwna zawiść. Bo sama znam singielki które szaleją jak te serialowe ale...znam i te, które właśnie nie wiedzą, jak wypełnić puste dni. I tak samo, są takie mężatki. Są po prostu ludzie i ...mają problem, nawet w tak błahej, zdawałoby się kwestii, żeby wyjść poza jakiś schemat. Co więcej, nie potrafią wyjść jakoś poza swoje życie i w cudzym upatrują tego, które może by sami chcieli...bo w swoim nie do końca są zadowoleni. I to jest dopiero smutne tak naprawdę.
UsuńPo prostu, stara prawda, banał sprawdza się najlepiej-zawsze tęsknimy za tym, czego nie mamy, a nie doceniamy tego, co posiadamy.
Dokładnie tak to działa. Znam mężatki, które żyją jak singielki, i singielki, o stabilnym życiu, które te mężatki uznają za nudne. Moim zdaniem każda strona powinna czerpać z doświadczeń drugiej-chodzi mi o spotkania itp. Mężatki i singielki mogą się wiele od siebie nauczyć, doradzać, wspaniale spędzać czas. Ale najpierw trzeba pozbyć się stereotypów, po obu stronach:)
UsuńPo prostu, jako kobiety możemy się wiele od siebie nauczyć. Niestety, odeszłyśmy od tzw. kobiecych kręgów, w których stare i młode, mniej i bardziej doświadczone kobiety spotykały się ze sobą i wymieniały doświadczenia. Odeszło się od jakiejś kobiecej plemienności, budujemy coraz więcej murów wokół siebie, robimy jakieś podziały....a cholera, to nam na pewno nie służy. Bo wiadomo, każdy człowiek, każda kobieta jest inna. Ale zawsze mogą się dogadać ale...jakoś właśnie, tworzące te stereotypy, jakbyśmy o tym zapomniały. Ja zapominać nie chcę, w każdym razie XD
UsuńWstyd się przyznać, że sama koleżankom czy kolegom w związkach robiłam nieraz awantury, jakby byli w związkach, żeby mnie, singielce, zrobić na złość swoim szczęściem. A potem głupio mi było, gdy wręcz bali się przyjść do mnie zapłakani, bo chłopak najebany lata z kolegami zamiast rocznicę świętować, bo dziewczyna zazdrością zatruwa życie, bo to chyba koniec. Zajęci nie mieli ze mną lekko, ale gdy mają jakiś problem w związku, staram się jakoś wspierać, doradzać, nie pokazywać, że ja takich problemów nie mam, i mogę robić co chcę bez obawy, że zranię czyjeś uczucia. Oni w zamian nie pokazują, że są lepsi bo mają kogo za rękę złapać na ulicy. Bo tak naprawdę nie to przesądza o naszej wartości! Ważne jest to, jakimi jesteśmy ludźmi, jak my traktujemy innych, co z siebie dajemy światu, a nie to, czy mamy kogo za rękę złapać. Szkoda, że tak późno to zrozumiałam, bo zdążyłam zniszczyć wiele wspaniałych relacji, jakie kiedyś miałam.
OdpowiedzUsuńI też właśnie o to mi chodzi. Nie zależy czy jesteśmy z kimś, czy sami. To kolejna głupia klatka, głupi schemat, w który jeszcze łatwiej wpaść, niż w osławiony rasizm czy inne gorsze przywary szufladkowania. Wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy swoje problemy i ...fajnie jest, jak umiemy wyjść poza swój świat, przesłonięty jakoś swoim ego i umiemy się wspierać, mimo, że nasze życia się różnią:) Do tego właśnie zmierzałam, ot co XD
UsuńI trudno, człowiek też musi uczyć się przede wszystkim na własnych błędach, inaczej pewne sprawy po prostu do niego nie dotrą. Teraz jesteś dojrzalsza, właśnie o tą poprzednią głupotę mądrzejsza i możesz budować inne relacje, które już nie będą się ocierać o takie nieporozumienia. Więc...tyle z tego pożytku jak sądzę:)
Staram się, ale czasami nie wychodzi... nie, to nie moja wina, ileż można słuchać pieprzenia zakochanej, jak to cudownie spać obok faceta, wtulać się w niego, mieć kogoś koło siebie... chyba raz wystarczy, ale dziesięć razy w ciągu pół godziny słuchać tych samych zachwytów? Każdy by się zanudził :)
UsuńNie no dobra, to jest przesadzone pieprzenie, które jest przesadzone i świętego by mogło do pasji doprowadzić...ale zauważyłam, że zwłaszcza świeżo zakochani bywają w takich amokach i wtedy lepiej się odsunąć, póki nie ochłoną, a potem idzie rozmawiać chyba w miarę normalnie i logicznie, co?:D
UsuńPrzeczytałam, ale nie mogę skomentować. Ostatnio obserwuję nasilające się zjawisko związane z moim singielstwem, jeszcze odmienne od relacji opisanych przez Ciebie. Jest mi bardzo przykro i napisałabym za dużo, więc nie publicznie.
OdpowiedzUsuńPrzepraszam.
Rety, teraz się zastanawiam...nie uraziłam cię chyba jakoś tym, jakby nie patrzeć, całkiem żartobliwym, tekstem? Bo to wszystko pisane jest z dużym przymrużeniem oka choć...wiadomo, piszę z przymrużeniem oka o zjawiskach, które po prostu jakoś obserwuję i jest w nich sporo prawdy ale...nie mam zamiaru nikomu tym wkręcać jakiegoś ciernia w duszę że tak to ujmę:)
UsuńW żadnym razie nie chodzi o Ciebie. Przeciwnie, takie ujęcie tematu mi się podoba, też lubię patrzeć na różne zjawiska z mniej popularnej strony. Niestety moje otoczenie wszystko w tej kwestii psuje :P
Usuńjako singielka od równego miesiąca (a niech to, szybko zleciało...), żadnej wojny - nawet podświadomej - z moimi przyjaciółkami nie toczę. chociaż dosłownie wszystkie są w związkach - w sumie sytuacja dokładnie odwrotna niż u Ciebie ;) ja wysłuchuję o facetach, którzy olewają, nie chcą iść na kompromis, nie wiedzą, czego chcą... i doceniam w tym momencie swoją samotność, to, że nie muszę swoich planów dostosowywać do nikogo.
OdpowiedzUsuńale z drugiej strony... brakuje tego drugiego człowieka, kogoś w łóżku w nocy, wzajemnej troski i przynoszonych tulipanów. więc Twoje życzenia dla mnie też są i mam nadzieję, że się spełnią :)
Tak naprawdę...wszyscy widzimy, jak inni nam mówią o swoich problemach i zawsze mamy wrażenie, że sami mówimy mniej XD Takie często donoszę wrażenie, rzecz perspektywy choć jasne, są po prostu na świecie charaktery słuchaczy i mówców w kwestii problemów i chyba...to zależy przede wszystkim od tego, który typ reprezentujemy, nie w jakiej sytuacji jesteśmy:)
UsuńWięc, niech się dzieje, niech się spełnia!:)
Coś w tym jest. Kiedyś byłam na spotkaniu klasowym z liceum. Przyszło 14 dziewczyn, w tym tylko 2 singielki (w tym ja oczywiście). No i te 12 opowiadały o swoich małżeństwach i dzieciach a ja z koleżanką czułyśmy się niepotrzebne, chociaż też mogłyśmy opowiadać o naszych studiach, pracy itp. Od tamtego spotkania sporadycznie umawiam się na wyjścia z mężatkami :)
OdpowiedzUsuńBycie z kimś to przede wszystkim praca nad sobą, nad akceptowaniem wad i kochaniem zalet. Życie z kimś nie jest łatwe. Owszem może być piękne, ale nic nie przychodzi od ręki. Trzeba cały czas się starać! Ludzie często o tym zapominają, przyzwyczajają się do stanu rzeczy i stają się twardzi, nie czuli. Stąd tyle rozwodów. Później zdają sobie sprawę że lepiej było być samemu. Ale to nie prawda. Miłość wymaga poświęcenia, ale się opłaca. To naprawdę szczytny cel, a to co dajemy od siebie, wraca do nas podwójne :)
OdpowiedzUsuńU nas panuje jeszcze ten stereotyp - paradoksalnie u singielek właśnie najbardziej - że bez faceta nie można być szczęśliwym. Do tego utwierdzają się w tym, kiedy niektóre mężatki czy kobiety w związkach, ciągle pytają, czy już sobie kogoś znalazły. Bardziej ogarnięte mężatki wiedzą, że związek to ciężka praca, a szczęście daje nie tyle fajny facet, co po prostu fajne życie.
OdpowiedzUsuńGeneralnie, nie uskuteczniam (mam, kurwa, nadzieję) takiej wojny. Czasem wkurwiają mnie mężatki - chociaż bardziej te starsze już, po 40-stce (ale tutaj znowu jest bardziej nacisk - znajdź faceta, bo z dziećmi nie zdążysz), a czasem właśnie singielki. Bo często popełniają, jak piszesz, te same błędy. I ja też je popełniałam, nie raz jeszcze pewnie niektóre popełnię. Sęk w tym, że jak wiesz, jak coś działa, to próbujesz uchronić, ostrzec. Na nic to, bo trzeba się samemu sparzyć, ale mimo to się wkurwiasz, bo wiesz, jak coś się skończy i właśnie masz ochotę powiedzieć "a nie mówiłam" :D
I ej, weź mi kopnij w dupę, jak będę marudzić czy coś :D
A ja znów odwrotnie. Większość dziewczyn, z którymi mam kontakt są w związku. W pracy tylko ja i jeszcze jedna dziewczyna nie mamy męża. Poza pracą również wszystkie moje koleżanki mają faceta. A nie, jedna koleżanka sobie tylko nie może kogoś znaleźć, no dobra... dwie, ale jakoś tak właśnie się skapłam, że nie do końca mam z nimi o czym wtedy rozmawiać...
OdpowiedzUsuńA ja właśnie obecnie nie kumpluję się z żadną singielką. :P Fakt, faktem były, ale poszukały sobie facetów, powychodziły za mąż i generalnie żadna nie truje mi tyłka swoimi problemami - taki tam plusik. :P
OdpowiedzUsuńJaki dobry temat. Dobrze, że jesteś tą mężatką, która ciągle ma chęci rozwijania się. Dobrze, że związek Cie nie ogranicza w ten sposób. A relacje, może nawet bardziej rozmowy, singielek z zajętymi kobietami czasami faktycznie bywają ciekawymi.
OdpowiedzUsuńCiekawy post. Szczerze mówiąc, nigdy nie zastanawiałam się nad takim podziałem, może dlatego, że ja i moja przyjaciółka jesteśmy wiecznymi singielkami, a nasza trzecia jest w związku na odległość. :)
OdpowiedzUsuńja mam jedną koleżankę singielkę, która nie zawsze mnie rozumie. Jak nie raz próbuje z nią o tak pogadać czy się pożalić na chłopaka usłyszę tylko jedno: ja bym go zostawiła, na co Ci taki chłop co Cię denerwuje. dlatego te w związku bardziej pod tym kątem rozumieją :)
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawy wpis. Dokładnie wszelkie podziały są po prostu smutnym zjawiskiem, bo tak jak piszesz tylko kobieta zrozumie tak dobrze kobietę dzięki tej babskiej sile, więc czemu tworzyć sobie bariery, psiocz na siebie wzajemnie, w imię czego bycia w związku czy nie? Przecież to nie czyni kobietę w żaden sposób inną, po prostu uczy się nowych rzeczy w nowej roli, jak każdy człowiek...
OdpowiedzUsuńTwój ślub musiał być świetny :D A pomysł ze słowiańskim ślubem jest jeszcze lepszy :)
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że w tej relacji singielka-mężatka, wszystko zależy od charakteru osoby. Jeśli ktoś robi z tego problem, to widocznie jakoś myślenie uciekło mu na złe tory. Baby jak baby, jesteśmy super, innym razem wredasy z nas, ale powinnyśmy się trzymać razem, a nie dzielić. Mam wrażenie, że lepiej idzie się dogadać z facetami...:D
a ja nie do końca jestem singielką i nie do końca jestem z kimś.... nie chcę być sama....
OdpowiedzUsuńZnam Cię wirtualnie trochę czasu nawet gdy pisałaś że jesteś szczęśliwa to wspaniale ale wiem że życie we dwoje to dzielenie życia radości smutki... już sama relacja generuje rozmaite uczucia sytuacje... życie. Truizm. Jednak muślę że zdrowy związek to coś co bym chciała, bo wiadomo szklanka do połowy pełna czy pusta? A gdy jest pusta.... no właśnie....wiem że szanse moje maleją, ale co ja zrobić mam? hehhhhh
pozdrawiam
Nie rozumiem takiego czegoś, że niby się przyjaźnimy czy jesteśmy w związku a tu nie przedstawiamy partnera przyjaciółkom ani ich partnerowi. Mam kilka bliskich koleżanek i zawsze znałam ich obecnych partnerów i nie wiem po co robić problem.
OdpowiedzUsuńJa mam obok siebie całkiem sporo męzatek, sama tez mam staż malżenski, ale tak jak Ty zauwazam, ze niektore kobiety za bardzo zatracaja w zwiazu, odcinaja od calego swiata i najczesciej pozniej tego mocno zaluja
OdpowiedzUsuńCzasami zachłyśnięcie się związkiem i małżeństwem powoduje, że kontakty się urywają albo zmniejszają tzw "częstotliwość", ale myślę, że wiele zależy od ludzi i relacji.
OdpowiedzUsuńJak dla mnie takie podziały nie mają większego sensu też takiego, że w sumie przecież większość z nas w swoim życiu raz jest w jednym świecie raz w drugim. One się przenikają, nie ma żadnej wyraźnej granicy, nikt też nie jest na stałe do żadnego przypisany.
OdpowiedzUsuńJa w sumie jeszcze nie doświadczam takich bezsensownych wojen, licytacji w relacjach z koleżankami- nie wiem, może jeszcze nie ten wiek XD
25 years old Environmental Specialist Fianna Rewcastle, hailing from Manitou enjoys watching movies like Eve of Destruction and Video gaming. Took a trip to Kathmandu Valley and drives a Ferrari 250 GT LWB Tour de France. nastepna strona
OdpowiedzUsuń